• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Walia > Cardiff > Morska knajpa "The Packet”
Morska knajpa "The Packet”
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
15-06-2025, 16:24

Morska knajpa "The Packet”
Tuż przy nabrzeżu, gdzie cumują stare barki i portowe dźwigi skrzypią na wietrze, stoi „The Packet” – pub, który z dużym prawdopodobieństwem gościł większą ilość marynarzy niż cała Walia. Wnętrze ciemne, pachnące dymem, z pokładowymi lampami i stołami z wypalonymi znakami. Nikt nie pyta o nazwiska. Bywalcy znają się z widzenia lub z niejednej wspólnej, morskiej historii, które powtarza się między tymi ścianami tuzin razy. Na ścianach zdjęcia statków bez podpisów, a za barem stoi ulubiona beczka rumu. Mówi się, że każdy port ma swój pub. Ale „The Packet” nie jest portowy – on jest portem samym w sobie i z całą pewnością trudno z niego wypłynąć.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Freddy Krueger
Czarodzieje
zawsze budzę się za późno, nawet jeśli nie spałem
Wiek
21
Zawód
rybak, diler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
2
0
OPCM
Transmutacja
4
4
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
11
Siła
Wyt.
Szybkość
15
15
10
Brak karty postaci
05-11-2025, 21:57
Nie bałem się jej. To nigdy nie chodziło o strach, a zawstydzenie, które jednocześnie było moją zmorą, ale z drugiej strony wielokrotnie wyciągało mnie z tarapatów. Nie wciskałem nosa w nie swoje sprawy, unikałem bliskiego kontaktu i zwykle umykałem bokiem, nim ktoś w ogóle dostrzegł moją obecność. Tak było prościej, tak było po prostu lepiej. I zapewne ten wieczór zakończyłby się w podobny sposób, bo zabrakłoby mi odwagi, aby cokolwiek do niej powiedzieć, jednakże zaginione zawiniątko okazało się dostateczną motywacją. Była moją ostatnią nadzieją i naprawdę głęboko wierzyłem, iż okaże mi nieco zrozumienia, a nawet jeśli nic nie widziała – nie odprawi z kwitkiem, tylko powie prawdę. Najpewniej nie był to jej interes, najpewniej niewiele obchodził jej los innych wszak w podobnych miejscach trudno było spotkać ludzi o dobrych intencjach – co było poniekąd zrozumiałe, ale… mi naprawdę nie chodziło o nic innego i szczerze liczyłem, że zdążyła to zrozumieć. Nabrać choć nikłej pewności, iż w mych słowach nie było bujdy, nie było ukrytego dna, lecz swego rodzaju desperacja. Musiałem odzyskać ten błyskot.
Uniosłem na nią zaskoczone spojrzenie, gdy otwarcie wytknęła społeczną zmorę – problem, jaki winien być rozwiązywany od razu, niżeli zrzucony na karb rzekomej pewności tudzież szeroko rozumianej przesady. Błędy popełniał każdy, były one nieodłączonym elementem naszej codzienności, charakteru i bycia po prostu człowiekiem wszak jeszcze nie urodził się nikt idealny. Nieskalany podjęciem złej decyzji, czy wypowiedzeniem słów nijak mających się do rzeczywistości. I oczywiście – sam spotykałem takich, którzy nie byli gotów wyznać prawdy uparcie trzymając własną stronę, jakby w ogóle o obranie jakiejkolwiek chodziło. Nigdy nie rozumiałem cóż było w tym złego i dlaczego tak trudno było po prostu przeprosić lub spróbować naprawić schrzanioną sprawę. Duma? Ego? Nawet jeśli, to czy nie było od nich ważniejsze poczucia bycia dobrym?. Uczciwym? Czy fikcyjna nieomylność naprawdę znaczyła tak wiele? Jeśli tak – nie rozumiałem tego. Jeśli nie – to dlaczego wciąż uparcie do niej dążono?
-Eee- mruknąłem zerkając to na pusty kufel, to na dziewczynę. -Ja nie mam z tym problemu- wzruszyłem lekko ramionami. Przeniosłem spojrzenie na bar mając wrażenie, że szkło zapiekło mnie w dłoni – niczym jakby rwało się do powrotu na swoje miejsce. Czyżby był to wymysł właściciela na niesfornych klientów, czy jednak uwaga kobiety wyjątkowo zapadała mi w pamięć? Może to zaś wstyd, który już wcześniej dało się rozpoznać po zaczerwienionych policzkach? Wieczór nie był chłodny – nie mogłem tego zrzucić na pogodę i z pewnością czarownica miała tego świadomość. -A Pani? Potrafi przyznać się do błędu?- zagaiłem przygryzając lekko wargę. Chciałem na nią patrzeć, a może raczej podziwiać jej piękną i nietuzinkową urodę, ale każde krótkie spojrzenie kończyło się spuszczeniem głowy, bowiem miałem wrażenie, że ta wpatrywała się we mnie nieustannie. Co by sobie pomyślała, gdybym i ja czynił to samo? Może było to niekulturalne? A może jednak tak wypadało? Nie wiedziałem co robić – dlatego moją pełną uwagę otrzymała kępka trawy. Zapewne nawet rano będę potrafił opisać ją w detalach.
-Różdżki?- zdziwiłem się mrużąc brwi. -Ach tak, różdżki. No ja ten- przerwałem nerwowo pocierając kciukiem o chłodne szkło. -Jakby no to ja kiedyś miałem, no różnie no miałem. Różnie bardzo- pokiwałem lekko głową, po czym przymknąłem oczy i wziąłem głęboki oddech. Musiałem się uspokoić. Przecież nie będę jej tu opowiadać o przyzwyczajeniach z bidula. -Noszę ją często, ale czasem po prostu nie jest mi potrzebna. Jak dziś. Chciałem się w spokoju napić piwa, nikomu nie wadzić i nie przeszkadzać- skwitowałem przesuwając wolną dłonią wzdłuż twarzy – być może tylko po to, żeby zmusić się i naprawdę na nią spojrzeć. Nigdy wcześniej nie spotkałem równie pięknej kobiety; Merlin mi świadkiem, że miałem miękkie kolana. Byłem skończonym kretynem, bo z pewnością już żałowała, że poświęciła mi choć chwilę. -Na każdym kroku może spotkać nas coś złego- wygiąłem wargi w lekkim uśmiechu, przez który przedzierała się wyraźna nerwowość. -Czy to oznacza, że ciągle musimy być w gotowości? Nie jest mi- ponowa pauza, ponowny haust powietrza. -Wszystko jedno, nie zawsze, to znaczy, no- zamknij się. -Nie jest- dodałem ciszej licząc, że na tym zakończymy temat. Daleki byłem od naiwnej frywolności, jednakże jak każdy miewałem chwile słabości – momenty, kiedy codzienność stawała się wyjątkowo obojętna i pozbawiona tego czegoś. Trwało to jednak ledwie kilka dni, niekiedy nawet godzin; paskudny humor czy brak odpowiednich zapasów – to najczęściej stanowiło zapalnik.
-Myśli Pani, że powinienem?- spytałem nieco zaskoczony, bowiem wcześniej o tym nie pomyślałem. Może naprawdę potrzebował pomocy? -Ale on był chyba w towarzystwie, więc pewnie ktoś zadba, aby trafił bezpiecznie do domu- odparłem mając nadzieję, że tak właśnie było. -Wiem, że nie powinien był się tak zachować, jednak z drugiej strony nie wiadomo, jaka była tego przyczyna. Może mnie z kimś pomylił? Jeśli natomiast zrobił to dla głupiej rozrywki- wzruszyłem lekko ramionami. -Co mogę poradzić? W końcu trafi tak, że odechce mu się podobnych hecy- dodałem. Miałem zbyt dużo wiary w ludzi i wiedziałem o tym, a mimo to nie robiłem nic w kierunku jakiejkolwiek zmiany.
Słysząc pytanie poczułem się jeszcze gorzej. Ton głosu niby daleki był od sarkazmu, jednakże nie sposób było go nie wyczuć. -Tak, to był wyjątkowo kiepski wieczór- skwitowałem. -Ale obiecałem, że oddam kufel, a ja zawsze słowa dotrzymuję- dodałem jakoby na własne usprawiedliwienie, bo choć zdarzało mi się kraść, to nigdy równie błahych i nieprzydanych rzeczy. -Takie małe zawiniątko, czarny materiał. Proszę Pani- mruknąłem ponownie zmuszając się, aby na nią spojrzeć. -To naprawdę dla mnie ważne. Naprawdę- zacisnąłem wargi w wąską linię. -Będę dłużny przysługę. Może nie mam wiele, ale co tylko Pani poprosi to uczynię, jak tylko mi Pani pomoże- czysta desperacja, najpewniej zacząłem już nią cuchnąć.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Antonia Borgin
Śmierciożercy
I can resist everything except temptation
Wiek
28
Zawód
zaklinacz, pracuje w Ministerstwie Magii
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
14
OPCM
Transmutacja
6
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
11
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
8
Brak karty postaci
17-11-2025, 12:55
Przyznawanie się do błędu nigdy nie było dla niej problemem - nie dlatego, że była pokorna, ale dlatego, że od dziecka nauczono ją, iż prawda i tak w końcu wypływa na powierzchnię. Za każdym razem, gdy zrobiła coś niedokładnie, niewystarczająco dobrze, gdy choć odrobinę zboczyła z wyznaczonych ram, kara przychodziła nieuchronnie. A gdy próbowała cokolwiek ukryć - wtedy dopiero potrafiło zaboleć. Szybko więc pojęła, że kłamstwo jej się nie opłaca. Kręcenie, drobne zmyślenia, próby zamaskowania potknięć kończyły się gorzej niż same przewinienia. Zwłaszcza że konsekwencje spadały nie tylko na nią - dzielili je wszyscy po równo, za winy własne i cudze. Lata tego samego schematu sprawiły, że zaczęła podchodzić do błędów jak do czegoś, co należy wyeliminować u źródła. Lepiej nie popełnić niż potem znosić ich ciężar. Lepiej być czystą. Nietykalną. A kiedy już musiała mówić prawdę… cóż, nauczyła się robić to po swojemu. Zamiast kłamać wybierała manipulację - subtelne odginanie rzeczywistości, takie naginanie faktów, by te stawały się bezpieczne, wygodne, lekkie. Prawda, ale przetworzona. Prawda, ale podana tak, by nikomu nie przyszło do głowy jej zakwestionować. Problem w tym, że prawdziwe przyznanie się do winy wymagało czegoś więcej niż słów - wymagało jej własnego poczucia odpowiedzialności. A to pojawiało się rzadko. Naprawdę rzadko. Bo rzadko widziała w sobie winę, która nie dawałaby się usprawiedliwić, odsunąć, przekuć w coś korzystnego. W winę, przed którą nie mogłaby uciec ani jej przeforsować. Taką, która rzeczywiście istniała. Ale to wcale nie oznaczało, że nie istniała. Bo nie była głodna pochwał, bo stąpała mocno po ziemi.
Mężczyznom zawsze przychodziło to łatwiej - bo i więcej im uchodziło. Z racji urodzenia, z racji bycia po prostu mężczyzną. Absurdalne, jak bardzo świat potrafił ich nagradzać wyłącznie za to, że natura obdarzyła ich dodatkowym narządem między nogami. Antonia mogła się z tego śmiać, mogła się oburzać, ale prawda była taka, że nic nie mogła na to poradzić. A może nawet nie chciała. - Niezwykłe - skwitowała sucho, kiedy oznajmił, że nie ma problemu z przyznawaniem się do winy. Brzmiało to tak, jakby brał na siebie nie tylko własne przewinienia, ale i ciężar całego świata. Z jednej skrajności w drugą. - Umiem - odparła krótko, ciągle mu się przyglądając. - Myślisz, że ratując ci skórę popełniłam błąd? To do tego powinnam się przyznać? - w samej barwie rozmowy dało się wyczuć coś, czego żadne z nich nie nazwało. Jakąś nienaturalną - a może właśnie najbardziej naturalną na świecie - hierarchię. Ona od początku zwracała się do niego zwyczajnie, na ty. On zaś, jakby nie znając innej formy, uparcie jej paniował.
Może właśnie dlatego było w tym coś nienaturalnego. Coś, co w nim nie pasowało. Może dlatego wciąż ją zadziwiał tym swoim brakiem pewności siebie - bo przecież różnie z nim bywało. Nie zamierzała jednak drążyć tematu; nie interesowało jej to na tyle, by wkładać w to energię. Podejrzewała zresztą, że nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo sprawy mogły się skomplikować, gdyby nie jej interwencja. I po raz pierwszy od dawna zaczęła się zastanawiać, czy wtrącanie się w tego typu sytuacje cokolwiek jej właściwie daje. Bo jeśli nie zginął dziś, to nie wróżyła mu długiej przyszłości - ktoś, kto z taką łatwością i bez żadnych zabezpieczeń pcha się w konflikty, prędzej czy później płaci za to cenę. - Po tym, co się stało, naprawdę uważasz, że jest ci niepotrzebna? - uniosła brew, a w jej głosie zabrzmiała zniecierpliwiona ostrożność. Doprowadzał ją tym do dziwnej, uporczywej złości. - A jeśli ja teraz wyciągnęłabym różdżkę? - ciągnęła chłodniej. - A jeśli byłabym jedną z nich i zrobiła to celowo, żeby zaciągnąć cię w ciemny zaułek? Myślisz, że nic ci nie grozi? A co, jeśli właśnie dałeś się nabrać jak małe dziecko? - przyznaj, że to głupota być czarodziejem bez najważniejszego oręża.
Wsłuchiwała się w dalsze paplanie, zauważając, jak jej złość niespodziewanie zaczyna przechodzić w rozbawienie. Bo jak inaczej mogła na to patrzeć? On naprawdę w to wierzył. Wierzył, że ludzie atakują przez przypadek, że kierują nimi jakieś niewinne, chaotyczne pobudki, które koniecznie wymagają wytłumaczenia. - W twoich myślach świat musi być prawdziwie uroczym miejscem - rzuciła z niedowierzaniem, kręcąc przy tym głową. Wciąż nie wiedziała, czy powinna to uznać za głupotę, czy za przejaw jakiejś osobliwej naiwności. Nie odezwała się więcej, bo nie zamierzała tłumaczyć mu zawiłości życia. Nie była od naprawiania ludzi ani od uczenia ich, jak wygląda świat naprawdę.
A jednak, kiedy w rozmowie pojawiły się narkotyki, coś w nim drgnęło. Potrafił nagle wykazać się energią, determinacją, potrafił szukać wyjścia - bo nie miał zamiaru walczyć o siebie, ale o własne uzależnienie już tak. Zaskoczyła ją jego nagła gotowość do obiecywania wszystkiego, byle tylko mu pomogła. Ale nie zamierzała oddawać mu zdobytego pakunku. Gdyby to zrobiła, niczego by się nie nauczył. I co ważniejsze - ona również nic by na tym nie zyskała. - To od ciebie zależy, jak to potraktujesz - stwierdziła chłodno. - Możesz płakać nad utraconym zawiniątkiem. Możesz potraktować to jako lekcję. Bo gdybyś miał różdżkę, wystarczyłoby jedno małe zaklęcie i już trzymałbyś je z powrotem w dłoniach. - kącik jej ust uniósł się w ledwie zauważalnym uśmiechu. - Niestety nic więcej zrobić nie mogę. – bo i tak zrobiłam już wystraczająco dużo.

/zt x2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Keith Croft
Akolici
Wiek
23
Zawód
Pracownik restauracji
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
9
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
6
Siła
Wyt.
Szybkość
10
8
8
Brak karty postaci
13-12-2025, 21:04
27.03.

Wyjątkowo ostatnio wszystkie dni wolne poświęcał na naukę. Jeśli nie pochylał się nad zdobytymi książkami traktującymi o eliksirach i sposobach ich ważenie albo przesiadywał w aptece pani Lian doszkalając się w robieniu bardziej skomplikowanych maści. Tak jak zapowiedział Leonie, trochę przystopował z imprezowaniem, chociaż też nie całkiem też tak, że z niego zrezygnował. Może i wyznaczył sobie cel, który miał zamiar za wszelką cenę osiągnąć, ale jednocześnie zdawał sobie sprawę, że nie może też całkowicie z siebie zrezygnować.
Tego dnia postanowił połączyć przyjemne z pożytecznym. Zamiast spać do godzin popołudniowych podniósł się rano z budzikiem i od razu poszedł do apteki. Pomógł ją otworzyć, potem pół na pół pomagał trochę w aptece, dokładał towar i nawet udało mu się obsłużyć kilku klientów, a kiedy nie był na froncie zaszywał się na zapleczu gdzie pani Lian przygotowała dla niego kilka maści do zrobienia. Dostał jasne instrukcje, ale mimo wszystko nie było to tak łatwe jak można było się spodziewać. Chińska magia lecznicza różniła się od tej stosowanej w Anglii pod kilkoma względami. Przede wszystkim stawiano w większej mierze na maści właśnie i różnego rodzaju kadzidła, a te drugie zwłaszcza miały bardzo skomplikowane procesy tworzenia. On sam na razie skupiał się przede wszystkim na maściach jednak, zanim dotrze do kadzideł chciał zwiększyć swoją wiedzę z zakresu eliksirów jako, że one były jednym z głównych składników tychże specyfików.
W aptece spędził dobre kilka godzin i udało mu się wstępnie stworzyć dwie maści, z czego był bardzo zadowolony. Nie zamierzał tam jednak spędzić całego dnia i pani Lian o tym wiedziała. Powoli zbliżała się ta przyjemna część dnia kiedy miał się spotkać w jednym z portowych pubów ze znajomym. Nie znali się jakoś dobrze, w zasadzie poznali się na ostatnim, i jedynym, na którym do tej pory był, spotkaniu akolitów, ale Croft wyczuł jakoś podskórnie, że Morty może okazać się swoim człowiekiem. Chociaż nie ufał wielu ludziom, to mimo wszystko miał do nich nosa i rzadko się mylił. A skoro i tak dobrym pomysłem było zacieśnianie więzi między Akolitami, to czemu nie spotkać się na przysłowiowe piwko i po prostu pogadać.
Na wychodne pani Lian poczęstowała go jeszcze Musem-Świstusem, które kupiła jakiś czas temu, w podzięce za dzisiejsza pomoc. Zjadł cukierka wychodząc już z apteki i na spokojnie ruszył piechotą już do knajpy. Już dawno ludzie w tej części miasta przestali patrzeć na niego krzywo czy bacznie mu się przyglądać. Można było powiedzieć, że mieszkając już tak długo w Cardiff był swój, społeczność przyzwyczaiła się do obecności Azjatów w mieście i w pewnym stopniu traktowała ich jak swoich. W każdym razie on lubił tak myśleć. Nie sprawia kłopotów, jedyne jakie czasami się zdarzały to ewentualnie na jakiś potańcówkach, ale przeważnie miał szczęście i wychodził z tego wszystkiego cało.
W wyśmienitym humorze przekroczył próg The Packet. Z uśmiechem na twarzy rozejrzał się po wnętrzu portowego pubu. Pierwszy raz trafił tutaj niedługo po swoim pierwszym przyjeździe do Cardiff kiedy miał osiemnaście lat, zabrał go tu jeden z pracowników jego ojca, twierdząc, że młody musi poznać odpowiednie lokale aby wiedzieć gdzie ewentualnie szukać jeśli zajdzie taka potrzeba. Chociaż jego ulubionym miejscem była tawerna Pod Mewą i Księżycem, to nigdy nie odmawiał sobie możliwości stołowania się w innych lokalach. Skinieniem głowy przywitał się z kilkoma znanymi sobie marynarzami, którzy akurat odpoczywali przy szklance czegoś mocniejszego i poszedł do baru, zajmując jeden z wolnych stołków. Nie wiedział jeszcze jakie są upodobania alkoholowe Morty’ego więc postanowił zaczekać z zamówieniem czegokolwiek aż ten się pojawi. A nie musiał długo czekać, bo kilka chwil później dostrzegł go wchodzącego do knajpy.
Uśmiech pojawił się na jego twarzy i machnął do znajomego ręką chcąc go nakierować aby ten nie musiał za długo szukać.
- Pytanie numer jeden, czego się napijesz? Czekałem na ciebie, bo nie wiem co lubisz. - powiedział od razu kiedy ten tylko do niego podszedł, a uśmiech i dobry humor nawet na moment go nie opuszczały.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Morty Dunham
Akolici
L'ennemi, tapi dans mon esprit, fête mes défaites
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
17-12-2025, 19:57
Niby końcówka marca, niby powinno być cieplej, niby śnieg znikł z ulic, zastąpiony przez deszcz, a nadal chłód wciskał się w każdą szczelinę nagiej skóry. Stojąc na balkonie, dopalał papierosa, obserwując jak z winkla horyzontu wynurza się pierwszy brzask jutrzni, a potem słońce. Jego wschód nie zapierał dech w piersi, jak zachód, bo oznaczał, że gwiazdy, jakie jeszcze kilka godzin temu migotały na firmamencie, znikły w świetle budzącego się do życia dnia, ale czasem bywał równie inspirujący, zwłaszcza dzisiaj, po spędzeniu samotnej nocy.
Obracając w dłoni papierosa, przyglądał się przez chwile siedzącemu na parapecie kotu, który jego pierwszy stracił nim zainteresowanie, teraz łapą myjąc sobie pyszczek. Drań, pomyślał z rozbawieniem, na moment spojrzeniem łowiąc martwego wróbla, któremu sierściuch wcześniej musiał skoczyć do gardła, w imię trudnego do pokonania instynktu łowiącego.
Wsunął nałóg do ust i zaciągnął się nim niepośpiesznie, mrużąc oczy, gdy blask nadchodzącego dnia nieco go oślepił. Ostatecznie, kiedy zimny podmuch wiatru osiadł na jego skórze, przynosząc ze sobą krople deszczu, który nie dawno spadł, schował się w ciepłych trzewiach mieszkania.
Gramofon, chwile wcześniej wypluwający z siebie Fauré, zastygł, pogrążając mieszkanie w ciszy. Potoczył spojrzenie po wnętrzu salonu łączonego z kuchnią. Skrzywił się na widok talerzy piętrzących się w zlewie. Jeszcze chwila i brud, jaki na nich osiadł, odkryje co to koło i da początek własnej cywilizacje. W tiku przeczesał dłonią włosy, tworząc na głowie jeszcze większy bałagan. Nawet nie wiedział, kiedy w jego dłoni pojawiła się wiolonczela. Niesiony nagłym natchnieniem, objął ją w palcach, zaprowadzając na kanapę, gdzie tam, nadal z papierosem w zębach, zlokalizował smyczek. Kilka chwil później pierwsza partytura narodziła się z instrumentu. Sięgnął po ołówek, przyciągnął lezący na stoliku pergamin i zapisał na pięciolinii kilka kolejnych nut. Chciał grać dalej, ale wtedy jego wzrok natknął się na list, wciśnięty do książki, którą skończył czytać dwa dni wcześniej. Od razu skojarzył pismo z jego właścicielem. Keith Croft. No tak, pierwsza refleksja zagościła pod sklepieniem czaszki, umówił się z nim dzisiaj w Cardiff.
Nie znał go zbyt dobrze. Spotkali się tylko raz, na spotkaniu akolitów i wywarł na nim dobre wrażenie; to początek obiecującej znajomości, czy strata czasu? Wszystko miało rozstrzygnąć się dzisiaj w - prześwietlił spojrzeniem treść listu – w murach morskiej knajpie "The Packet".
Ziewając, uporządkował bałagan tańczący na podłodze, a potem tłoczący się w zlewie, po czym wziął długą kąpiel. Dzisiaj był wolny od prób w teatrze, pierwszy raz od kilku miesięcy. I czuł przez to, jakby ktoś zamienił trzustkę z wątrobę. Skrzywił się, do tej pory nie zadając sobie sprawy, jak bardzo od sztuki uzależnił swoje życie.
Z mieszkania wyszedł późnym popołudniem i, stojąc na zatłoczonej Pokątnej, teleportował się do portowego miasta. Przez chwilę, mając jeszcze trochę czasu, zastanawiał się, czy nie udać się na plażę, ale obawiał się, że na sam widok łajb, chociaż przycumowanych do portu, to jednak niestrudzenie kołyszących się na falach, sprawi, że nabawi się choroby morskiej, dlatego też odmówił sobie tej przyjemności.
Zatrzymał się przy fontannie w kształcie mokrego snu każdego pirata – syren o długich, wijących się włosach i połyskujących ogonach, które zdawały się śmiać do przechodniów perlistym, nieco figlarnym śmiechem. Rozejrzał się dookoła, jakby szukając drogowskazu, tropu czy przypadkowego impulsu, który podpowie mu, dokąd powinien się udać. Jego wzrok zatrzymał się w końcu na ceglanym budynku, którego fasada nieco odznaczała się na tle białych, tynkowanych kamienic. Szyld przy wejściu głosił, że to antykwariat. Wszedł do środka, aby zanurzyć się na moment w oddechu przeszłości. Zanurzył się chwile w jego odmętach, skupiając swoje zainteresowanie na starych, pożółkłych od starości tomach, lecz ostatecznie opuścił jego gmach z pustymi rękami.
Podążając za uwzględnionym w liście wskazówkami, udał się w końcu tam, gdzie miał się spotkać z Keithem, do nabrzeża, gdzie cumowały stare barki. Powitały go ciemne wnętrze i kłębiący się aż pod sam sufit dym. Zamykając za sobą drzwi ,skrzywił się lekko, wodząc spojrzeniem po lokalu, aż w końcu dostrzegł osobę, która skłoniła go do odwiedzenia tego miejsca.
- A co najlepiej smakuje w nadmorskiej knajpie? - zapytał, sam krzywiąc zęby w uśmiechu, kiedy już znalazł się tuż obok inicjatora tego spotkania. – Niech zagadnę... - udał zadumę, która nie trwała więcej niż dwa uderzenia serca – …rum? - strzelał w ciemno, siląc się na jeden z największych banałów, jaki przyszedł mu na myśli i który jeszcze szybciej znalazł drogę do ust. – Po tym burbonie, którego piłem w zeszłym tygodniu, żaden trunek mi nie straszny i z ogromną przyjemnością skosztuje czegoś nowego. Co polecasz? Może jakiś lokalny trunek? Co najczęściej pija się w Cardiff?
Niby, ze względu na to, że Leonie zamieszkała w portowym mieście, maraton po lokalnych barach powinien mieć już dawno za sobą, lecz jednak nie mieli okazji udać się szlakiem tutejszych imprez. Zbyt często ich spotkania przybierały inne wymiar, kłócący się z rozrywkowym nastrojem. Znajomość z Keithem miała szanse to zmienić.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#15
Keith Croft
Akolici
Wiek
23
Zawód
Pracownik restauracji
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
9
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
6
Siła
Wyt.
Szybkość
10
8
8
Brak karty postaci
22-12-2025, 13:49
Tego dnia nie bawił się swoimi umiejętnościami, które i tak były organiczone. Metamorfomagia była złożonym darem. Croft nie znał wiel metamofromagów, w zasadzie tylko jednego i ta osoba miała to opanowane praktycznie do perfekcji. On sam nigdy nie nauczył się zmieniać więcej niż kolor i styl włosów oraz koloru oczu. W szkole starał się jak tylko mógł by jakkolwiek nauczyć się to wszystko kontrolować, zwłaszcza, że w tamtych czasach jego przemiany często były niekontrolowane, jednak finalnie udało mu się to tylko z włosami i oczami. Reszta ciała, mogło sie wydawać, była odporna na jakiekolwiek zmiany. W pewnym momencie się poddał, twierdząc, że to co umie mu zdecydowanie wystarczy, jednak teraz, kiedy niebezpieczeństwo czaiło się za rogiem doszedł do wniosku, że dobrze by było raz, że w końcu się czegoś nauczyć, a dwa nie obnosić się tak ze swoimi zdolnościami jak robił to do tej pory. W myśl tego, jego włosy miały dzisiaj naturalny ciemno-brązowy kolor, podobnie jak oczy.
Mimowolnie zaśmiał się cicho na stwierdzenie Morty’ego. Wychodziło na to, że mężczyzna chyba nie był specjalnie obyty z portowymi zwyczajami. Keith już zapuścił tutaj korzenie tak głęboko, że czasami łapał się na tym, że myślał, że stąd właśnie pochodzi, a przecież tak nie było. Znał wszystkie zwyczaje, zarówno stałych bywalców jak i tych, którzy byli tutaj tylko przejazdem żeby zaopatrzeć się w zapasy i za moment ruszali dalej. Każdy marynarz wbrew pozorom był praktycznie taki sam. Po tygodniach, a czasami miesiącach spędzonych na wodzie pierwszym miejscem, do którego się kierował po zejściu na ląd był bar, dopiero potem zaprzątali sobie głowę innymi obowiązami.
- Owszem, rum jest w zasadzie najpopularniejszym trunkiem pitym w porcie, przede wszystkim przez marynarzy. – zgodził się z jego słowami – Zwłaszcza jak dopiero zeszli z pokładów. Ale osobiście, jeśli chodzi o to miejsce to polecam piwo, mają naprawdę świetnego portera, co rzadko spotykane jest w takich miejscach. W innych knajpach można się naciąć na jakieś rozwadniane szczyny, bo przecież jeśli chcesz poczuć ich efekt to kupisz ich więcej nie? – uniósł brew ku górze.
Zagrania właścicieli takich przybytków nie były mu obce. Raz, że Riven czasami mu opowiadała o strategii tawerny, w której pracowała, a dwa sam pracował w restauracji, wiedział więc jak to działa. Chociaż pan Hao akurat przykładał dużo uwagi do tego aby wszystko co było serwowane w Krewetce było jak najlepszej jakości, to zdecydowanie nie można było tego powiedzieć o reszczcie portowych kanajp.
- To co to był za bourbon, że teraz nic nie jest ci straszne? – spytał szczerze zaciekawiony.
Osobiście próbował już chyba wszystkiego dostępnego na rynku, a w każdym razie w Cardiff. Jedne poniewierały mniej, drugiej bardziej, zawsze oceniał je po jakości kaca następnego dnia. Lubił imprezować, wychodził z założenia, że jest jeszcze na tyle młody, że nie powinien sobie odmawiać zabawy. Co prawda Leonie miała kompletnie inne zdanie na ten temat i nigdy nie odpuściła sobie momentu kiedy mogła mu suszyć głowę, że powinien się uspokoić, ustatkować, znaleźć jakąś panne i w ogóle. Osiągnął już taki poziom, że przeważnie wpuszczał to jednym, a wypuszczał drugim uchem jednocześnie drażniąc się z nią przy tym. Czym byłoby posiadanie przybranej siostry bez odrobiny adrenaliny?
- Okey, no to na początek jak jak mówiłem, polecam Portera, ale pszenicznego. A potem, w zależności jak nas wyobraźnia poniesie możemy przenieść się na coś innego, ale – uniósł palec ku górze niczym znawca – należy pamiętać o złotej zasadzie mieszania, zawsze procentowo w górę, nigdy w dół. – pokiwał głową z zadowoloną miną, by po chwili odnaleźć wzrokiem barmana i zamówić dla nich dwa kufly piwa.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#16
Morty Dunham
Akolici
L'ennemi, tapi dans mon esprit, fête mes défaites
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
27-12-2025, 01:18
Odkąd w jego ręce wpadł list z zaproszeniem do Cardiff, zastanawiał się w jakim celu Croft chciał się z nim spotkać. Podobne pytanie wielokrotnie zdawał w sobie w drodze do "The Pocket". Chciał go bliżej poznać? A może dowiedzieć, co czeka go w najbliższej przyszłości?
Zatłoczony bar nie sprzyjał poważnym rozmową. Do jego uszu doleciał fragment szanty, gdy zajął miejsce obok młodszego mężczyzny i objął go uwagą swojego spojrzenia. Miał wrażenie, ze Keith wyglądał nieco inaczej niż podczas spotkania akolitów, a może to kwestia światła i jego nastroju? Wydawał się zupełnie inny - pozbawiony trosk i bardziej skory do uśmiechu. Morty wysunął śmiałe podejrzenie, że Croft, przed spotkaniem z nim, czymś się nafaszerował. Na przykład kolorowymi tabletkami szczęścia, albo innym syfem, jaki można nabyć z rąk ulicznych dilerów. Chociaż z drugiej strony atmosfera, jaka panowała w jadalni Oriany, uśmiercała jakikolwiek przejaw dobrego humoru, bowiem poruszane przy stole tematy zupełnie mu nie sprzyjały. Napięcie wisiało w powietrzu jak burzowy chmury na niebie.
Wiolonczelista szybko się przekonał, że uśmiech, jaki rozlewał się na ustach restauratora, był zaraźliwy. Sam, chwile później, pozwolił sobie na odrobinę głębszą wersję tego grymasu.
- Nie przewożą go w beczkach na statkach? - Dunham nic nie wiedział o żegludze. Swoje wizje marynarzy opierał na zabobonach i książkach, które czytał. - Szczęściarz ze mnie. Dobrze mieć pod ręką eksperta, który zna się na sztuczkach barmanów.
Rzadko pił piwo. Najczęściej w towarzystwie Franceski, lecz skoro Keith uważał, że ten lokal słynie z dobrego portera, nie miał najmniejszego zamiaru z tym polemizować, ani bronić się przed posmakowaniem chmielowej zupki.
Przecież dlatego przyjął jego zaproszenie. Chciał oderwać się od rzeczywistości, która go otaczała i uwolnić się pod wpływu utartych schematów.
- Rozczarowany, jak powiem, że nie mam pojęcia? - rzucił, jak na jego standardy, całkiem szczerze. Nie był koneserem trunków, a tym razem etykieta, chociaż przestudiował jej treść, nie zdradzała mu zbyt wiele, bo była w języku, którego nie znał. – Ale palił w gardło dłużej niż Ognista. I pozostawiał po sobie naprawdę nieprzyjemny posmak.
I ból głowy, jaki obudził go nad ranem dnia poprzedniego. W tym wypadku kac morderca był bezlitosny. Zabrał mu chęci do życia na długie godziny. Co prawda liczył się, że się zjawi, ale nie sądził, że będzie tak okrutny. Gnił w łóżku pół dnia, zanim wziął się w garść. Obiecał sobie wtedy nigdy więcej, chociaż dobrze wiedział, że to obietnica bez pokrycia. Nie odmawiał sobie dobrej zabawy. Głównie w towarzystwie Nathniela, który zdawał się rozumieć tę potrzebę, jak nikt inny. W Crofcie też odnajdzie sojusznika podobnym małych zbrodni?
Jak dobrze, że noc jeszcze się nie zaczęła. Mieli sporo czasu.
- Mianuje cię moim przewodnikiem i zdaję na ciebie - a co tam, chociaż raz mógł pozwolić sobie na takie szaleństwo, nie godziło w jego komfort. – Zrewanżuję się kiedyś w Londynie. - Jedna z jego dłoni zanurkowała do kieszeni, wyjął z nią paczkę papierosów. – Palisz? - zapytał, potykając ją Keithowi pod rękę. Sam czuł, że potrzebuje papierosa, chociaż z ostatnim rozstał się ledwie kilka minut temu. Kiedy wpadł w nałóg? - Od dawna tu mieszkasz?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#17
Keith Croft
Akolici
Wiek
23
Zawód
Pracownik restauracji
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
9
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
6
Siła
Wyt.
Szybkość
10
8
8
Brak karty postaci
02-01-2026, 18:18
Spotkanie Akolitów było dla niego niespodziewane. Jasper poinformował go o nim na sam koniec ich spotkania i w zasadzie nie miał za bardzo czasu aby się na nie przygotować. Nie wiedział też czego powinien się tak naprawdę spodziewać. Nigdy wcześniej nie brał udziału w takich spotkaniach jako, że do Akolitów należał stosunkowo krótko. Nie zmieniało to jednak faktu, że doskonale rozumiał powagę tego wszystkiego. Pojawienie się Grindelwalda na angielskich terenach ich wszystkich z pewnością zaskoczyło, ale szybka mobilizacja doskonale obrazowała ich gotowość do działania. Raczej nie podejrzewał, że będzie w stanie powiedzieć coś mądrego wśród tych wszystkich ludzi, którzy przewyższali go umiejętnościami i doświadczeniem pod każdym względzie. Sam siebie zaskoczył kiedy odważył się odezwać i nawet coś mądrego wyszło z jego ust. Atmosfera jednak było mimo wszystko napięta, bo chyba nie wszyscy się znali i nie do końca wiedzieli czy mogą sobie do końca ufać, nawet jeśli wszyscy wyznawali te same poglądy.
Teraz jednak atmosfera była o wiele luźniejsza i skoro mieli możliwość poznania się i lepszego zrozumienia to dlaczego nie skorzystać z takiej okazji? Zwłaszcza, że podskórnie czuł, że Morty to swój człowiek.
- No przewożą, ale wiesz picie na bujającym się na falach morzu nie równa się z tym jak możesz się go napić na spokojnie w barze na stabilnym lądzie. No i spotkać inne gęby niż te, które na co dzień oglądasz na statku. - pokiwał głową - No coś tam wiem, sam czasami staje za barem w restauracji, w której pracuje, ale tam drinki raczej nie są specjalnie skomplikowane. - wzruszył lekko ramionami - Ale tak, mogę ci rzucić kilka rad, które w przyszłości mogą uratować tyłek albo zaoszczędzić kilka knutów. - dodał z rozbawieniem wymalowanym na twarzy.
Po chwili zaśmiał się cicho na stwierdzenie Morty’iego.
- Rozczarowany? Nie. Zaskoczony? Też nie. - pokręcił głową ze śmiechem - Czasami zdarza się tak, że się nie wie co się pije. Ale jak sponiewierało to znaczy, że było wystarczająco mocne. Znam kilka takich trunków, które zostawiają cię na następny dzień w opłakanym stanie, co wcale nie znaczy, że ich unikam. - dodał.
Nie koniecznie kojarzył trunek po tym co ten opisał. W zasadzie chyba rzadko aż tak się skupiał całkiem na smaku alkoholu, który akurat pił. Zdarzały się oczywiście wyjątki kiedy siedział i rozkoszował się tym co miał w szklance, ale jako stały bywalec portowych barów raczej nie miał za bardzo sposobności aby kosztować wykwintnych trunków. Z resztą do dobrej zabawy każdy alkohol był dobry, a on lubił się bawić kiedy miał do tego okazję.
- Przewodnikiem? Mówisz i masz, pokaże ci najlepsze, moim skromnym zdaniem, lokale w Cardiff. - pokiwał głową z zadowoloną miną - Okey, możemy się tak umówić. Londyn z całą pewnością też ma dużo więcej do zaoferowania dla tych co lubią nocne życie. - poruszał zabawnie brwiami.
Kiedy mieszkał jeszcze w Londynie nie miał okazji sam się o tym przekonać. Większość czasu spędzał w szkole, a po jej ukończeniu przeniósł się od razu do Cardiff aby pracować w ojcowskiej firmie. To właśnie w tym portowym mieście rozpoczęła się jego przygoda z barami i klubami.
- W dobry towarzystwie jak najbardziej. - skinął głową z wdzięcznością przyjmując oferowanego papierosa, a po chwili z pomocą różdżki odpalił zarówno swojego jak i Morty’iego papierosa.
Zaciągnął się na spokojnie, po czym sięgnął po kufel z piwem, który przed momentem postawił przed nim barman.
- No będzie już w sumie z sześć lat z przerwą małą. Przeniosłem się tutaj zaraz po szkole do pracy i tak już zostałem. Odnalazłem się tutaj i w sumie nie wyobrażam sobie mieszkać gdziekolwiek indziej. Można powiedzieć, że znalazłem swoje miejsce na ziemi w postaci małej społeczności azjatyckiej właśnie tutaj. - pokiwał głową z uśmiechem - Ty pracujesz w Arkadii dobrze pamiętam?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#18
Morty Dunham
Akolici
L'ennemi, tapi dans mon esprit, fête mes défaites
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
05-01-2026, 12:25
Obecnie, w zatłoczonym barze, starał się nie poświęcać spotkaniu akolitów choćby jednej myśli, chociaż niektóre słowa, zdania, jakie tam padły, czasem do niego wracały, chociaż przez jego jaźni najgłośniej przebijały się dwa pytanie - co znaczyło dla nich, akolitów, pojawienie się Grindelwalda i jakie kroki podejmie? Były tak natarczywe jak "puk puk" niesione echem przez wąski korytarz mieszkania na Pokątnej. Teraz, w towarzystwie Crofta, był gotowy, przynajmniej chwilowo, zepchnąć je na drugi plan. Chciał przecież poznać człowieka, który zapuścił korzenie w Cardiff.
- Na sam widok statku bujającego się na falach mam mdłości - skrzywił się; czy można nabawić się choroby morskiej od samego patrzenie na statek? Gdy pokonywał kanał Le Manche promem, aby dostać się do Francji, nie towarzyszyły mu żadne dolegliwości zdrowotne; może to kwestia nastawienia?
- Mocne, ale czy dobre? - zapytał zaczepnie; nie imprezował już tak, jak kiedyś, aby zupełnie tracić kontakt z rzeczywistością i nie pamiętać, co się z nim wówczas działo. Zaliczył wiele takich nocy zaraz po powrocie do Anglii. Szukał na dnie kieliszka zapomnienia, znieczulenia, amnezji, a popadł przez alkohol jeszcze w większe otępienie, aż w końcu przestał poznawać same siebie. Gdyby nie wziął się wtedy w garść, zapewne popadłby w alkoholizm i skończył w rynsztoku. Może właśnie ta świadomość go ocuciła?
- Ma, chociaż nie poznałem wszystkich jego tajemnic. Możemy odkryć je razem - zasugerował z lekkim rozbawieniem, który zerknęło tez do jego spojrzenia.
Wkrótce paczką papierosów uszczupliła się o dwie sztuki. Zaciągnął się swoim, pozwalając, aby dym rozgościł się w płucach na chwile dłużej niż potrzebował to jego organizm.
Wydawało mu się, że ton Keitha uderzył nostalgiczne nuty. Tęsknota, za krajem, z którego pochodził? Czy może za domem, którego stracił, a potem na powrót go odnalazł, właśnie tu, w portowym mieście?
Sam nie wiedział, jakie to uczucie. Miał kiedyś dom, którego stracił i już nigdy go nie odzyskał. Przez pewien czas wydawało mu się, ze nadal szuka swojego miejsca, lecz potem uzmysłowił sobie, że nigdy nie zaczął, okłamując samego siebie, że nie chce się przywiązać, bo za każdym razem, gdy inwestował w coś emocje i czas, to prędzej czy później rozpadło się w jego rękach. Obawa ta zakorzeniła się w nim na tyle głęboko, że coraz rzadziej zapraszał do swojego życia szczęście. Nie chciał się oswajać z jego istnieniem, bo przecież zazwyczaj nie trwało zbyt długo, ledwie kilka uderzeń serca. I może stąd te uczucie zazdrości?
- Azjatycka dzielnica? - wychwycił obracając w głowie te wyznanie. – Wybacz bezpośredniość, ale tęsknisz za Azją? Czujesz się obco wśród brytoli?
W glowie te pytanie brzmiały lepiej, ale, gdy wypowiedział je na głos, wydały się zupełnie niepotrzebne. Zacisnął palce na kuflu i zwiesił na nim wzrok, jakby na jego dnie szukał wskazówki dotyczącej przyszłości, chociaż po prawdzie tej czynności nie przyćwiecał żaden cel. Złapała go w swoje silne objęcia zaduma, która od pewnego czasu pobudzała tkwiącą w nim nostalgię za tym, co zostawił za swoimi plecami.
- Pamięć cię nie zawodzi - przytaknął; praca dla teatru, chociaż przyjemna, nie była jego szczytem aspiracji, zawsze mierzył wysoko, zupełnie jak Ikar, który chciał dotknąć chmur, lecz zapomniał o tym, że słońce stało na straży tego pragnienia. Też, wzbijając się coraz wyżej na skrzydłach swoich ambicji, w końcu się poparzy i runie w dół, żegnając się z tym, co żywa istota ponoć ma najcenniejsze - życiem? W Aradii, chociaż nie mial zbyt bogatego zapalcza znajomości,konseksji, które otworzyłby mu drzwi do sławy, szybko poznali się na jego talencie. Może powinien zadowolić się tym, co otrzymał, a nie wypatrywać czegoś, co ledwie majaczy na horyzoncie? Przełknął te myśli pierwszym, solidnym łykiem piwa, które pozostawiło w przełyku posmak tym razem przyjemnej goryczy. – Od ponad trzech lat. Jestem muzykiem. Wiolonczelistą, więc gram nie tylko na nerwach. Gdybyś chciał zabrać gdzieś dziewczynę na randkę i nie miał zupełnie pomysłów gdzie, zapraszam w trzewia teatru, o ile taka forma sztuki do ciebie przemawia.
Brytyjska scena muzyczna rozrastała się z roku na rok; teatr oferował klasyczny reperatur, lecz sceny koncertowe stawiały na ostrzejsze brzmienia, który coraz skuteczniej przemawiały do publiki Eddie mógłby powiedzieć na ten temat dużo więcej.
- I czym się tu zajmujesz? Prowadzisz knajpę? Własną?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#19
Keith Croft
Akolici
Wiek
23
Zawód
Pracownik restauracji
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
9
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
6
Siła
Wyt.
Szybkość
10
8
8
Brak karty postaci
08-01-2026, 13:51
Dzięki wszystkiemu co się wydarzyło i zostało powiedziane podczas spotkania Akolitów podjął w końcu działania, które od dłuższego czasu leżały odłogiem gdzieś w zakurzonym kącie jego umysłu. To była tak naprawdę najlepsza pora na zabranie się za długo odkładane sprawy jak chociażby rozwijanie swoich umiejętności z zakresu metamorfomagii. Po nieudanych próbach zwiększenia ich zakresu w szkole porzucił to na wiele, wiele lat, ale teraz nadarzała się okazja kiedy mogły się przydać. Poza sobą znał tylko jedną osobę dzielącą ten sam dar, więc to do niej się z tym zgłosił.
W tym momencie jednak nie zamierzał się na rym skupiać. W końcu nie spotkali się tutaj po to by omawiać sprawy Akolitów, raz byłoby to zdecydowanie mało mądre, a dwa, z tego co kojarzył on i Morty wcale nie byli członkami tego zacnego grona jakoś wybitnie długo.
- No to jak na sam widok ci niedobrze to nie próbuj wchodzić na pokład. - pokręcił głową - Kiedyś myślałem, że mogę zostać marynarzem, do mojego pierwszego rejsu. Cały spędziłem pod pokładem rzygając jak kot do wiadra i już nigdy więcej moja noga nie postanęła na statku. Moje marynarskie życie poszło w niepamięć. - wzruszył ramionami z rozbawieniem wymalowanym na twarzy.
Pytanie było dobre, ale odpowiedź na nie wcale nie była prosta. Keith lubił się zabawić, wyjść na jednego, dwa, a może siedem szybkich drinków. Potem naturalnie cierpiał katusze następnego dnia, ale rzadko zdarzało się aby żałował wyjścia. Nie był uzależniony od alkoholu, mógł nie pić przez wiele dni i ręce mu się nie trzęsły kiedy brakowało procentów we krwi. Po prostu lubił sobie raz na jakiś czas zaszaleć.
- No cóż, każdy kij ma dwa końce. - uśmiechnął się lekko, po czym dla przypieczętowania tej wypowiedzi pociągnął porządny łyk z kufla - Mi na przykład Leonie cały czas wisi nad głową, że powinienem się mniej bawić, a więcej czasu poświęcić na ustatkowanie się. - skrzywił się zabawnie.
Wiedział, że przybrana siostra chce dla niego dobrze, taka już była. Z początku to jej gadanie go męczyło, z czasem się do niego przyzwyczaił i zapewniał ją, że ma jeszcze czas, że na razie chce się po prostu bawić, a na jakiekolwiek zobowiązania przyjdzie jeszcze czas. Z takiego założenia w każdym razie wychodził.
Na kolejne pytanie ze strony mężczyzny mimowolnie zaśmiał się cicho. W ogóle go nie dziwiło. Jako, że geny jego matki zdecydowały się być o wiele silniejsze niż ojca, rzadko był brany za anglika, a właśnie traktowany jak typowy Azjata zza granicy, z krainy dla wielu niedostępnej, tajemniczej i egzotycznej. Po tylu latach już do tego przywykł, więc nic sobie z tego nie robił. Jednak tym razem postanowił wyprowadzić nowego kolegę z błędu.
- Nie znam Azji w ogóle. - pokręcił głową patrząc na Morty’ego - Urodziłem się w Singapurze, to prawda. Jestem synem brytyjskiego przedsiębiorcy i singapurki. Moi rodzice niestety nigdy nie wzięli ślubu ponieważ wybuchła wojna mugolska, która zmusiła mojego ojca do opuszczenia Singapuru. Moja matka została tam ze swoją rodziną i już nigdy jej nie widziałem. Miałem trzy lata kiedy przyjechaliśmy do Anglii. Można więc powiedzieć, że większy ze mnie brytol niż Azjata. - zaśmiał się cicho - Mam normalnie obywatelstwo, jako urodzony na Angielskiej prowincji, wychowałem się w typowym Brytyjskim towarzystwie, uczęszczałem do Hogwartu. - wzruszył lekko ramionami - Czy tęsknie za Singapurem? Ciężko jest tęsknić za czymś czego się nie pamięta. - skwitował swoją wypowiedź pociągając kolejnego łyka z kufla.
Podczas spotkania starała się zapamiętać wszystko co mówili inni, zwłaszcza kiedy przyszedł moment, że ludzie zaczynali mówić o sobie. Nigdy nie wiadomo kiedy taka wiedza mogłaby się przydać. Często nie dało się przewidzieć w jakich sytuacjach można się było znaleźć, więc wiedza o tym kogo ma się w kręgu zaufanych osób, które ewentualnie mogą ci pomóc, była bardzo przydatne. Uśmiechnął się sam do siebie zadowolony z faktu, że zapamiętał co jest profesją Dunham’a. Zawsze podziwiał muzyków, wychodził zawsze z założenia, że aby nauczyć się grać na którymkolwiek instrumencie trzeba mieć zacięcie, którego jemu w lata młodzieńczych zawsze brakowało. Dopiero teraz, kiedy był starszy dotarło do niego, że jego obijanie się w szkolnych ławach jedynie sprawiło, że teraz musi włożyć dwa razy więcej wysiłku w naukę tego czego chciał się w tym momencie nauczyć.
- Jeśli jakaś dziewczyna się znajdzie to na bank ją zabiorę. Za dzieciaka ojciec zabierał mnie do Arkadii na różne wydarzenia, zawsze mi się tam podobało. - pokiwał lekko głową zaciągając się papierosem, a po chwili zaśmiał się - Nie, nie własną, ale kto wie, może kiedyś. - poruszał zabawnie brwiami - Pracuje w restauracji Złota Krewetka, prowadzonej przez poczciwego pana Hao. Jestem tam kierownikiem sali, ale też barmanem i kelnerem czasami, a nawet staram się pomagać w kuchni i uczyć się gotować. Nie jest to praca najwyższych lotów, ale zapewnia dochód i dom nad głową, więc nie narzekam. Jeśli kiedykolwiek będziesz miał ochotę na chińską kuchnię to zapraszam serdecznie. - uśmiechnął się do niego.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 11-01-2026, 00:46 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.