• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Suffolk, Dunwich, Przeklęta Warownia > Stół w jadalni
Stół w jadalni
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
14-03-2026, 20:40

Stół w jadalni
Na środku jadalni stoi masywny, ciemnobrązowy stół wykonany z ciężkiego, starego drewna. Już na pierwszy rzut oka widać, że przetrwał wiele lat - jego blat nosi ślady czasu: drobne zadrapania, przetarcia i nierównomierne odcienie drewna, które nadają mu surowego, autentycznego charakteru. Powierzchnia stołu jest szeroka i solidna, jakby stworzona do długich uczt, spotkań i rozmów przy blasku świec. Blat spoczywa na potężnych, rzeźbionych nogach z grubego, ciosanego drewna. Każda z nich ozdobiona jest głębokimi żłobieniami i ornamentami. Stół otoczony jest wysokimi, drewnianymi krzesłami z rzeźbionymi oparciami, które niemal wtapiają się w jego ciężką, dostojną formę.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (3): « Wstecz 1 2 3
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#21
Mitch Macnair
Śmierciożercy
Wiek
27
Zawód
Architekt i budowniczy
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
8
10
Brak karty postaci
14-04-2026, 18:28
-Może w tym młodszym wydaniu co ostatnio, teraz to mam jednak pewne wątpliwości. - powiedział rozbawiony na udawaną urazę Drew, po czym pokręcił głową z cichym śmiechem - A daj spokój - machnął ręką - Może sobie szykować cały arsenał komentarzy i uwag, a jak jak zwykle, po mistrzowsku, będę wpuszczał jednam, a wypuszczał drugim uchem. - odparł wzruszając ramionami na słowa kuzyna odnośnie ciotki - Nie mogłem pozwolić aby ktokolwiek przyćmił urodą Lucindę, prawda? - uniósł brew ku górze uśmiechając się pod nosem.
Z resztą kogo miałby przyprowadzić? Pomyślał o Clarze, ale ich znajomość była zdecydowanie za świeża żeby sprowadzać ją do tego domu wariatów, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Ciekawe jakby zareagowali gdyby przyprowadził tą panienkę z wczoraj? Sama myśl sprawiła, że parsknął wewnętrznie. Teraz pomyślał o Manon, dobrze się dogadywali, należeli do tej samej organizacji i w zasadzie naprawdę ją lubił, ale w tym momencie było zdecydowanie za późno aby do niej pisać. Będzie dzisiaj jednym z nielicznych singli, ale miał zamiar się dobrze bawić mimo wszystko.
Wychodziło na to, że nie pojawił się jako ostatni. Kamień z serca. Dostrzegł brak Igora jak również i ciotki. Nie brał nawet pod uwagę, że ta dwójka się nie pojawi. Może i Karkaroff nie był ostatnio częstym gościem w Warowni, jednak z całą pewnością nie odpuściłby takiej uroczystości jaką były urodziny Lucindy. Irina z resztą również. Jednak gdy usłyszał dźwięk otwieranych drzwi do jadalni nie spostrzegł członka rodziny, a młodą kobietę (Violet), której nigdy wcześniej miał sposobności spotkać. Przyglądał jej się przez chwilę, nie natarczywie, po prostu ciekaw kim jest. Może będzie mu dane się tego dowiedzieć podczas tego wieczora. Pojawienie się jednak kolejnej osobistości (Hilda) sprawiło, że o mało co nie zakrztusił się pitym alkoholem. Zamaskował to jednak cichym odkaszlnięciem jakie towarzyszyło każdemu, komu wpadło by coś do gardła. Nie mógł uwierzyć w to jak się zachowywała. On wychował się na Nokturnie, a wychodziło na to, że odebrał o wiele lepsze wychowanie niż ta tutaj. Skąd ona wyszła? Z rynsztoku? Kto to widział w ogóle. Szczerze wątpił w jej słowa jakoby miała być „najlepszą przyjaciółką” Lucindy, z resztą widział jak solenizantka kręci głową, więc to jedynie utwierdziło go w tym przekonaniu. Szybko podjął decyzję, że tą kobietę z całą pewnością będzie tego wieczoru obchodził szerokim łukiem. Nie zmieniało to jednak faktu, że uświadomiła mu jeden z jego błędów.
- Wybaczą państwo brak manier. - odezwał się po chwili uśmiechając się lekko - Mitch Macnair, miło mi wszystkich poznać i gościć w naszych progach. - bo skromne to one wbrew pozorom nie były, to na pewno.
Ugryzł się na koniec w język aby czasami nie dodać, że poleca się do remontów i budowy jakby ktoś potrzebował. Reklama dźwignią handlu jak to się mówi, ale jednak są sytuacje kiedy należy się zamknąć i sobie odpuścić. Taka uroczystość jak dzisiaj należała do jednych z nich.
W żadnym razie nie podobało mu się to jak Hilda zwracała się to zgromadzonych gości. Nie jego rolą jednak było przytemperowanie jej, zerknął w kierunku Drew, ale nie powiedział nic. Wiedział, że starszy Macnair z całą pewnością z czasem z robi co należy. Stłumił jednak parsknięcie słysząc uwagę mężczyzny (Amodeusa), który miał to nieszczęście siedzieć obok Hildy. Komentarz odnośnie używanych ubrań był tak bardzo w punkt, tak pięknie ubrany w uprzejme słowa, ale jednocześnie będącymi piękną szpilą wciśniętą w odpowiednie miejsce, że Mitch spojrzał na mężczyznę z uznaniem i uśmiechnął się porozumiewawczo.
- No cóż, nazwisko zobowiązuję. Nie ma możliwości aby ominął urodziny Lucindy, w końcu jesteśmy rodziną. - uśmiechnął się do Leopoldine - Drew, mąż solenizantki, jest moim kuzynem. O ile się nie mylę, nasi dziadkowie byli braćmi. - pokiwał lekko głową popijając spokojnie whisky ze swojej szklanki.
Po chwili jednak jego twarz rozświetlił szerszy uśmiech. W końcu pojawił się spóźnialski Igor i to w towarzystwie. Mitch nie liczył, że kuzyn będzie mu się zwierzał ze wszystkiego, ale mógł uprzedzić, że kogoś przyprowadzi, może wtedy sam by pomyślał czy kogoś nie zabrać. Twarz Igorowej towarzyszki (Melusine) wydała mu się jakoś znajoma, ale nie mógł jednak połączyć kropek. Kolejna warta poznania osoba tego wieczora, wyśmienicie!
- Wejście smoka nie ma co. - podniósł się z krzesła by uścisnąć dłoń kuzyna z uśmiechem - A któż to ci towarzyszy? Nie bądź taki tajemniczy, przedstaw panią. - posłał kobiecie(Melusine) jeden z uśmiechów ze swojego arsenału - Mitch Macnair. - przedstawił się, jako, że nie było jej wcześniej gdy to robił - O widzisz, nie miałem pojęcia, że się znacie. - dodał po chwili widząc jak kuzyn zwraca się do Leopoldine.
Moment później jego spojrzenie skierowało się w stronę wchodzącej do pomieszczenia Iriny. Prezentowała się, jak to miała w zwyczaju, nienagannie, w czerwonej sukni wyglądała fenomenalnie i zaczął się zastanawiać jak to było, że była samotna. Chociaż po chwili uświadomił sobie, że pewnie to jej charakter odstraszał od niej mężczyzn. Potrafiła był chłodna i zdystansowana, jak również i krwiożercza na swój sposób. No chyba, że przesadziła akurat z ilością wina i lądowała na główkę w choince, oj tego obrazu nie zapomni do końca życia. Skinął jej głową na powitanie, w duchu dziękując Merlinowi, że jednak postanowiła usiąść obok Drew, a nie obok niego.
Nachylił się na nowo do Leopoldine słuchając tego co miała mu do powiedzenia, niby to w sekrecie.
- W takim razie ja zdradzę, że nigdy nie widziałem żadnej listy gości, więc w zasadzie większość osób przy tym stole jest dla mnie zaskoczeniem. - uśmiechnął się do niej porozumiewawczo, a po chwili zaśmiał się cicho na jej uwagę o nazwie ich domu - Może tak, a może nie. Nigdy nie wiadomo. - poruszał zabawnie brwiami - Jednak zapewniam cię, że żadne z nas nie jest przeklęte. - dodał konspiracyjnie, sięgając już po kieliszek z szampanem by razem z gośćmi wznieść toast za zdrowie Lucindy.
Na uwagę panny Flint, mimowolnie spojrzał w kierunku Hildy…i musiał to aż zapić. Mina, którą mu posłała, ta niewychowana kobieta, sprawiła, że w zasadzie nie wiedział gdzie ma oczy podziać. Odwrócił więc od niej wzrok dopijając zawartość kieliszka prawie na raz.
- Chyba wolałbym aby nie miała. - mruknął do Leopoldine posyłając jej rozbawione spojrzenie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#22
Augustus Rookwood
Śmierciożercy
paint me as a villain
Wiek
32
Zawód
właściciel pubu, przestępca, oszust
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
5
16
OPCM
Transmutacja
7
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
15
10
Brak karty postaci
14-04-2026, 21:02
Nieszczególnie obchodziły go fochy Anastasiyi, spowodowane postawionym przed nią wymogiem zmiany kreacji na taką, której nie wyjęto żywcem z Przełyku Chimery. Mogła się w duchu na niego boczyć, byleby na twarzy nosiła maskę przyjemnego uśmiechu, a z jej ust płynęły jedynie uprzejme słowa względem gospodyni dzisiejszego wieczoru. Kapryśna półwila najwyraźniej musiała jednak zamanifestować swoje niezadowolenie, dając upust złości, gdy niemal natychmiast po zajęciu stołu wdała się we flirt z mężczyzną zajmującym miejsce po jej lewej stronie. Uśmiechnął się jedynie kpiąco pod nosem, na tamten moment ignorując kobiecy fortel; pociągnął zdrowo ze swojej szklanki pełnej ognistej whisky, w pierwszym toaście za zdrowie Lucindy, a zaraz po tym uwagę jego i wszystkich wokół skoncentrował na sobie Drew, wygłaszając właściwy toast i życzenia dla swojej małżonki. Jeszcze raz uniósł więc szklankę i wychylił znów trochę trunku, powiódłszy spojrzeniem po zebranych przy stole. Większość z nich była mu całkiem obca. Zastanawiał się, czy Lucinda zdecydowała się zaprosć włą rodzinę, czy przybył ktoś o nazwisku Selwyn, czy może nie skorzystali z zaproszenia; nie do końca wiedział jak zareagowała jej rodzina na małżeństwo z kimś spoza kręgu blękitnej krwi. Niewątpliwie kilkoro z nich na pewno miało błękitną krew. Ciekawe, czy zaliczała się do nich ta trajkocząca jak nakręcona katarynka przyjaciółka Lucindy (Hilde), która bardzo chciała przykuć do siebie uwagę.
Akurat nakładał sobie na talerzyk dyniowe paszteciki, gdy solenizantka zagaiła go o dzień leszcza. Przez chwilę wydawał się zaskoczony, lecz pomiędzy jednym kęsem a drugim zaśmiał się serdecznie.
- Dzień leszcza tak cię zaintrygował, moja droga? - spytal z przekąsem, a jasna brew uniosla się lekko; sprawiał wrażenie, jakby kryło się za tym coś... specjalnego. - To taki dzień kiedy nawet największy leszcz ma powodzenie i sprzyja mu szczęście - stwierdził enigmatycznie, odkrawając nożem kawałek paszteciku. W domu złapałby go w palce i wepchnął sobie w calości do ust, ale przy eleganckim stole... - A poza tym to takie święto rybackie gdzieś w Szkocji. Tak slyszałem - wyjaśnił wreszcie.
Dobrze, że przełknął kawałek paszteciku i przepił to wodą, bo inaczej mógłby się zakrztusić, gdy przez drzwi wparował nie kto inny jak Igor, w towarzystwie jego... kuzynki, Melusine. Augustus zamarł na chwilę, a żyłka na skroni zadrgała wyraźnie, tak mocno zacisnął zęby, obserwując tę dwojkę. Głupio byłoby pytać skąd się znali, ale skąd u diaska myśl, aby pojawiać się tutaj razem? Z tego co było mu wiadomo, to Karkaroff nie starał się o jego kuzynkę oficjalnie. Nie wiedział nawet, że miał jakieś nieoficjalne zamiary. Tymczasem strzelał mu w pysk, przyprowadzając ją jak jakąś swoją... Właśnie, kogo? Pewnie wszyscy pomyślą, że kochankę. Na pewno tak pomyślą. A Melusine była już starą panną, bez pierścionka zaręczynowego, za to o... dość specyficznych obyczajach. Co ona miala w głowie, ściągając na siebie plotki, że prowadza się z pół-Bułgarem? Lubil Igora, ale teraz to przesadził. Nie odpowiedział na ich słowa powitania, za to gapił się to na jedno, to na drugie jak zjeżony pies, który wściekle obserwuje ofiarę zanim wyskoczy z zębami.
- Nic nie zmieniłem - odpowiedział na pytanie Melusine sucho i beznamiętnie, niemal niegrzecznie, świdrując ją spojrzeniem spod przymrużonych powiek. Najpierw Anastasiya, teraz ona. Znów kobiety dawały mu dowód na to, że ich glowy nie były od myślenia. - Za to u ciebie chyba się trochę pozmieniało, KUZYNKO - rzekł, kładąc akcent na ostatnie słowo. Skupił wówczas wzrok na Igorze.
Gdyby nie slowa mężczyzny, Mitchella, który jak się okazywało, był kuzynem Macnaira, sam zadałby podobne pytanie.
- Też chciałbym wiedzieć. Spotykacie cię? Nie wiedziałem. WIesz, Igorze, że najpierw wypada poprosić o zgodę ojca, zanim zacznie się zabierać dziewczynę na oficjalne kolacje? - wypalił bez zastanowienia. Dla własnego komfortu uniósł szklankę do ust i tym razem wypil resztę jej zawartości. - Nastya na pewno się ucieszy, jeśli nie ona jedna będzie wybierać suknię ślubną - dodał, nie dbając o to, czy pólwila dalej rozmawia z tym fircykiem; pod stołem zacisnął lewą dłoń na jej udzie, chcąc na niego spojrzała.
To, że on nie zapytał o to samo ojca Rosjanki to była inna sytuacja. To co sobie robili za zamniętymi drzwiami nieszczególnie go obchodziło, ale reputacja całej ich rodziny - już tak.
Wygramy, a jak nie, to przynajmniej rozwalimy kilka łbów
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#23
Anastasiya Trubetskoy
Czarodzieje
si tu n'existais pas déjà
je t'inventerais
Wiek
29
Zawód
utrzymanka i matka
Genetyka
Czystość krwi
potomkini wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
16
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
5
15
Siła
Wyt.
Szybkość
10
5
10
Brak karty postaci
15-04-2026, 00:13
Zapomniała już, jak to jest brylować w dostojnym towarzystwie, spijać z podłużnego kieliszka drogiego szampana, wzbudzać zainteresowanie i zarazem niechęć; zapomniała już, że poza pierwiastkiem zatroskanej matki i skrzywdzonej partnerki tliło się w niej przecież coś jeszcze. Dzisiejsza uroczystość miała jej o tym bezsprzecznie przypomnieć, nawet jeśli stanowczość narzeczonego nakazała ubrać coś skromniejszego, a dziwacznie paraliżujący stres chwilowo pozbawił ją swobody w mówieniu; bez względu na to przyjęła jednak konsekwentną maskę szerokiego uśmiechu ― a tenże, błyszcząc białą perłą zębów spomiędzy czerwonej pomadki, miała naprawdę przyjemny. Sympatyczny, otwarty, pobrzmiewający szczerością, choć w duchu dalej gniewać się mogła na Augustusa, choć odpływała niekiedy myślami do Charliego będącego pod opieką życzliwej Borginówny, choć skrępowanie błyszczało momentami w jej błękitnych tęczówkach; zachować się, wprawdzie, umiała, świadectwa etykiety poznała jeszcze w Paryżu, ale z jakiegoś nienormalnego powodu odnosiła też wrażenie, że co poniektórzy zbyt dobrze znali najpewniej historię ich burzliwego związku z tej drugiej, przeciwnej perspektywy ― i to okropnie ją zawstydzało.
― To prawda, narzeczeństwo ma w sobie coś urokliwie ulotnego... ― przyznała Lucindzie, na dłużej lokując na niej spojrzenie; palce mimowolnie zawędrowały do ułożonych loków, nerwowo poprawiając jeden pomimo tego, że pozostawał ciągle na swoim miejscu. ― Ale dla mnie największą magią jest to, co trwałe ― dodała cicho, wymownie zerkając jeszcze na Rookwooda; temat pozostawał jednak niezmiennie żywy, podtrzymywany dalej przez ciekawską, ekscentryczną kobietę z drugiego końca stołu (Hilda), pozwoliła więc sobie na oszczędny komentarz:
― Latem ― stwierdziła tak po prostu, bez szczegółów, bo nad wyraz dobrze znała swojego lubego, by oddawać się w towarzystwie związanej z weselem ekstazie; zawsze mógł przecież zmienić zdanie, rzucić ją znowu, zerwać zaręczyny, albo i uciec przed samymi słowami przysięgi ― a zalegający na palcu pierścionek bynajmniej tego nie zmieniał. ― Każdy moment na założenie rodziny jest odpowiedni... ― dopowiedziała z przekąsem, powstrzymując się od bardziej kąśliwych uwag, nawet jeśli te mimowolnie cisnęły się na usta. Zaraz zresztą jej uwaga spłynęła na siedzącego w pobliżu, eleganckiego jegomościa (Rodric), którego ― trochę z uprzejmości, a trochę na złość narzeczonemu ― postanowiła nienachalnie zagadnąć:
― Jak na pierwszy raz ― niemal bez zarzutu ― przeciągnęła ostatnie zgłoski, zaraz już gotowa odpowiedzieć na padające spomiędzy jego ust pytanie: ― W Anglii zaś jestem wystarczająco długo, by wiedzieć, kiedy rozmowa zapowiada się obiecująco. Szkoda tylko, że wciąż nie wiem, komu powinnam przypisać tę zasługę ― zauważyła, czyniąc z anonimowości Carrowa satysfakcjonującą igraszkę. ― To niedopatrzenie czy celowy zabieg? ― i zostawiła to w eterze z przydługą pauzą, ciekawa jego odpowiedzi i niechybnie oczekująca, że przyjmie zasady tej niewinnej gry. W międzyczasie w pomieszczeniu zjawiły się kolejne sylwetki, jedna z nich nawet jej znana; nim zamieniła z nią parę ładnych słów, do jej uszu dotarły słowa innej kobiety:
― Miło mi. Anastasiya Trubetskoy ― wybrzmiało po inicjalnym powitaniu Iris, którą obdarzyła kolejnym to uśmiechem; ten nie znikał z jej twarzy, a po spijanym z wolna winie miał być najpewniej jeszcze szerszy. ― Pięknie pani w tej zieleni ― skomplementowała ją szczerze, zachwycona tiulowym dołem sukni, który nadawał jej lekkości; w jej łyżwiarskich kostiumach ta sama tkanina gościła dość często ― i stąd chyba ta nieprzesadzona uwaga, stąd najpewniej to niewymuszone pochlebstwo, choć podobną uwagę mogłaby pewnie rzucić w stronę każdej kobiety zasiadającej w jadalni Przeklętej Warowni. Świetnie prezentowała się jubilatka, majestatycznie wyglądała też dojrzała pani w intensywnej kreacji (Irina), urocze i eleganckie były także panny z naprzeciwka (Violet, Leopoldine); najwięcej uwagi siłą rzeczy poświęciła jednak kuzynce Augustusa, która pojawiła się w męskim towarzystwie i przemówiła do niej już wkrótce:
― Rzeczywiście... A jednak nic a nic się nie zmieniłaś, ma belle ― i ten krótki powrót do francuszczyzny zachęcił ją do iście plotkarskiej wymiany informacji ― obfitującej w chichot, sugestywne mignięcie rodowego pierścionka, dopytanie o szczegóły. bynajmniej niegorszące, w obcym języku: ― Moi, enfin fiancée… et toi, ma chérie ? C’est qui, celui-là ? ― Ale mogła sobie tego oszczędzić, już zaraz wsłuchując się w suche i gburowate zapytania Rookwooda, wyraźnie niezadowolonego z jej obecności, wyraźnie skonsternowanego tym, czyją partnerką podczas tej uroczystości była; a gdy jej udo stało się przedmiotem niemożebnie mocnego nacisku palców partnera, powiedziała doń tylko cicho:
― Kochanie, chyba za bardzo przejmujesz się cudzymi sprawami... ― I spojrzała na niego ulegle, a zarazem możliwie najbardziej kokieteryjnie, jak to było możliwe; bo Melusine naprawdę ceniła, bo sama na pieprzone wybieranie sukni ślubnej czekała pięć lat, a okoliczność nie wydała jej się jakkolwiek stosowna do omawiania takich tematów w takim akurat tonie. ― Zostawmy innym ich decyzje, dobrze? ― szepnęła mu wprost do ucha, na końcu składając leciwy pocałunek na jego policzku, własną dłonią zaś zaczepiając męskie udo, jakby to miało jakkolwiek ukoić jego nerwy. Wszakże te, jak na nieszczęście, bywały naprawdę nieprzewidywalne.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#24
Vincent Rineheart
Zwolennicy Dumbledore’a
Za czyim głosem podążył tak czule, że się odważył na te podróż groźną. Rzucił wyzwanie ku morzu...
Wiek
32
Zawód
zielarz i łamacz klątw
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
20
3
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
5
Brak karty postaci
Wczoraj, 11:51
Obserwowana zmienność majowego krajobrazu objawiała się w ów mnogim pięknie różnorodnych czynników, rozkołysanych za szklistą powierzchnią lekko uchylonego okna. Długie konary rozkwitających akacji, uginały się pod wpływem nierównomiernych podmuchów, zwiastujących nieubłagalną zmianę pogody. Białe, rozdrobnione kwiecie zaglądało do wnętrza podstarzałego domostwa, gubiąc wirujące płatki, rozsiewając cudowny, słodkawy zapach rozpostarty po niemalże całej okolicy. Kilka dorodnych gałązek spoczęło w brązowym, pękatym wazonie, wraz z wyrazistym dopełnieniem liliowego bzu i jasnoróżowych pierzastych goździków - prosto z własnego ogrodu. A te miały stać się idealnym dopełnieniem nadchodzącej, wyjątkowej uroczystości, na którą zaproszenie otrzymał już jakiś czas temu. Elegancki, rozpostarty, ozdobny papier, spoczywał na krawędzi stołu, ukazując złoto zakręconych liter. Wskazywał najpotrzebniejsze szczegóły, na które zerkał ukradkiem, podczas gdy długie place walczyły z ciasnym węzłem nierówno zawiązanego krawata. Rosła sylwetka odbijała się w podłużnym szkle starego, nadkruszonego lustra, podkreślającego szykowne ubranie w postaci szerszych, granatowych spodni, brązowego paska i jasnej, lnianej koszuli, której rękawy zostały podwinięte i zatrzymane w połowie przedramion, dodające odrobiny nonszalancji. Nie zamierzał zabierać ze sobą marynarki, gdyż wyraźne ciepło dzisiejszego przedpołudnia, rozsiadło się na odsłoniętej skórze. Starannie uczesanie włosy, były czymś niespotykanym. Żaden z niesfornych kosmyków nie wydobył się spoza przygładzonej fryzury. Oczy lśniły zamglonym jasnym błękitem, jednakże lekko zarośnięta twarz ukazywała przemęczenie: ciemne cienie, bladość i smukłość policzków, odblask uśmiechu, który tak ciężko było mu wywołać. W tym jednym momencie, nie czuł ani krzty ubłaganej pewności. Wahał się aż do ostatniej chwili, aż do samego końca, rozważając prawdziwy sens umówionej wizyty. Skrawki odległej, sielankowej przeszłości, przewijały się w odmętach podświadomości, skłębionych myśli, podsuwających różnorodne, niezbyt przychylne wizje. A te, początkowo, koncentrowały się na najmilszych, urwanych wspomnieniach ukazujących sylwetkę dzisiejszej solenizantki, momenty, w których wspólne więzi zakrawały o miano prawdziwej przyjaźni. A ta była przecież niejednoznaczną, zrodzona z przypadku i nieprzyjemnych, szkolnych okoliczności, w których on sam występował w łagodniejszej postaci okrutnego i nieprzewidywalnego kata. Byli wtedy nierozłączni – wspierający powiernicy najgłębszych tajemnic i wzmożonych obaw. Pełni nieustępliwej wiary, z niesamowitymi pomysłami, z ogromnymi marzeniami, które jeszcze przez jakiś czas wznosiły, uskrzydlały zmienną codzienność, rzucającą ów niebagatelne wyzwania. Wiedzieli o sobie wszystko, gotowi na każde poświęcenie. Dzielili myśli, koncentrowali na szczegółach, najulubieńszych przedmiotach, piosenkach, czy drobnych gestach. A wtedy pojawił się kryzys. Ten dziwny niepokój zakradający się pod cienką warstwę bladej skóry. Słowa i zamiary, które nie mogły wydostać się na światło dziennie. Te, imitujące złudną kontrolę, ochronę przed nadchodzącymi konsekwencjami z którymi nie mogła mu pomóc. Nie była w stanie wesprzeć wyborów, odwieść od zgubnych decyzji, które zmieniły zbieg wydarzeń. Wybrał sam, znikając na długie lata, lecz nie zapominając. To ona zapomniała o nim, wypierając z pamięci coś, co miało pozostać wieczne. A jednak postanowiła zachować namiastkę normalności, przekazać znaczące spojrzenie, przenikające całość zatłoczonego tłumu. Czy było prawdziwe? Tego miał dowiedzieć się właśnie dziś, gdy ogromny, drewniany zegar wybijał kolejną sekundę zamierzonego, a może niespodziewanego spóźnienia.
Nie wiedział czego się spodziewać. Nie miał żadnych oczekiwań, lecz ciężar narastających i obezwładniających obaw, zwiększał się z każdym, posuwistym, lekko ociągającym krokiem. Uczucie dyskomfortu pojawiło się w okolicy mostka, gdy serce obijało ciasną klatkę żeber w przyspieszonym i niejednostajnym rytmie. Stresował się niemalże każdym, objawionym czynnikiem. Nie pasował do ów nowej, lepszej rzeczywistości, z którą konfrontowała go tak wybiórczo. Nowy dom, nowa rodzina, nowa przestrzeń, nowi znajomi reprezentujący inną wygórowaną sferę. Czy nie byli wystarczający? Dlaczego tak uporczywie starała się przedłużyć coś zapomnianego? A może nieistniejącego? Kim miał się dla niej stać? Czy zamierzała przedstawić go obcym, niezainteresowanym twarzom? To nie był jego świat. Nie utożsamiał się z zapisanej w jej krwi wystawnością. Rodzina nie była jego aspiracją. Nie chciał powielać błędów, nie chciał przekazać skazy, która ciążyła na najbliższych potomkach... A jednak przyszedł wspinając się po schodach dość pokaźnej budowli. Przemierzając próg, gdzie nie było już odwrotu. Kierując się do wskazanego, gwarnego pomieszczenia, wiedział, że był tym ostatnim. Zatrzymał się tylko na moment przymykając powieki, pogłębiając oddech rozsiadły na rozedrganych tkankach i poddenerwowanych wnętrznościach. Przeczesał włosy, poprawił koszulę, wygładził liliowy papier, okalający piękno ogromnego bukietu, który dopełniał drobny upominek. Niewielka torebka o wstążkowej rączce, ukrywała, relikt przeszłości: drobny, srebrny medalik z nieoszlifowanym, szafirowym oczkiem, który dostał właśnie od niej. Czy pamiętała jeszcze okoliczności ów nietypowego prezentu? Dorzucił też ramkę ze zdjęciem: stare, prześwietlone, jedyne zrobione ukradkiem, na zakończeniu roku szkolnego Lucindy. Nie pamiętał, którą klasę wtedy kończyła, lecz jej roześmiane lico oraz kwadratowa czapka zdobiąca rozpuszczone włosy, przywoływały przyjemną nutę nostalgii. Nie czekał już dłużej. Nieśmiało wślizgnął się do środka wystawnego salonu, przytrzymując ciężkie, rzeźbione wrota, wieńcząc końcówkę uroczystego toastu, wzniesionego ku czczcii gospodyni. Odczekał kilka chwil, gdy goście upili łyk musującego alkoholu, a pierwsze rozmowy zajęły różnorodnych gości. Prostując plecy i puszczając ramiona, zdobył się na śmiałe prześlizgnięcie po zaproszonych sylwetkach. Bardzo szybko spostrzegł odwróconą plecami Lucindę – elegancką, szykowną, wyróżnioną z elitarnego klubu. Wyglądała zjawiskowo. Brylowała pomiędzy osobistościami, uśmiechnięta, zadowolona, a przede wszystkim szczęśliwa. Drew kręcił się nieopodal w roli zarządzającego gospodarza. Nie widział go przez bardzo długi czas, pogłoski były jedynie domyślnym cieniem. Zamierzał złapać go odrobinę później. Amodeus znajdował się po drugiej stronie sowicie zastawionego stołu. Nie spodziewał się, że znajdował się wśród bliskich znajomych rodziny, lecz pokrewna profesja mogła nakierować na pewne przesłanki. Przesłał mu przelotne spojrzenie oraz skinienie głowy, lecz zdawał się pochłonięty towarzystwem pięknych współtowarzyszek. Kilka twarzy wydawało mu się znajomych. Czyż nie widział ich w tłumie, na zaprzysiężeniu wśród najbliższych solenizantki? Mitch, Irina oraz gor przemknęli przed błękitnymi tęczówkami, a te na krótką chwilę zatrzymały się na młodej, czarnowłosej kobiecie, poznanej w dniu Międzynarodowego Zjazdu Absolwentów. Skinął do niej głową, a kącik ust powędrował ku górze. Miał tu powiernika, osobę, z którą wspólne, fachowe tematy mogły nie mieć końca. Miał nadzieję, że ostatnie wolne krzesło znajdowało się nieopodal czarownicy. Dopiero na samym końcu, nieświadomie zlokalizował właśnie ich. Mimika twarzy zmieniła się diametralnie, jednakże starał się nad nią zapanować. Augustus Rookwood – we własnej osobie. Obecny, zatruwający przestrzeń, z typowo cwaniacką, nieprzyjemną aparycją, którą rozpoznawał już tak dobrze. Panoszący się między obcymi murami – oprawca, przywłaszczający siłą nie tylko to, co materialne, ale także ludzkie. Czy właśnie takimi ludźmi otaczała się teraz Lucinda? Czyżby zapomniała o przeszłości, tolerowała osobowość oraz wszelkie występki? Czy wiedziała, że kobieta stojąca tuż obok, zjawisko, na którym na moment zawiesił przedłużony spojrzenie pełne skrajnych, niewypowiedzianych emocji, została przez niego zawłaszczona? Czy właśnie taki model relacji, był tym imponującym? Nie widziała, że tu będzie. Dostrzegał jej profil, włosy ułożone w staranne pukle, makijaż podkreślający naturalność urody, zróżowione lico i perlisty uśmiech. Jej list nadal spoczywał na sypialnianym stoliku, czekając na odpowiedź. Nie zebrał się na odwagę, aby skonfrontować to, co znajdowało się w jego wnętrzu... Wszystko rozsypywało się na drobne kawałki, a on stał właśnie tu: pomiędzy światami, pomiędzy jawą a koszmarem, w którym nie chciał się znaleźć. Westchnął krótko, odwracając głowę, aby przejść do reszty formalności. Podchodząc do Lucindy, zdobył się na nieśmiały uśmiech. Ciepła dłoń dotknęła jej ramienia, gdy słowa, choć niepewne, same wydobyły się na rozgrzaną powierzchnię: – Lucindo... – zaczął łagodnie, gdy intensywność kolorytu znajomych tęczówek złączyła się jak dawniej. Mogła wyczuwać, że atmosfera jest odrobinę napięta, a ręce nie wiedzą co ze sobą zrobić: – Jeszcze raz dziękuję za zaproszenie i przepraszam za spóźnienie. Przyjęcie jest... – rozejrzał się energicznie, szukając odpowiednich słów. – Naprawdę niesamowite i wystawne. Gratuluje. – ramiona poruszyły się nieznacznie, a oddech wypełnił płuca: – To twoje święto... Chciałbym życzyć ci wszystkiego co najlepsze, ale wiem, że to wszystko już masz. Chciałbym po prostu, po prostu abyś była szczęśliwa, spełniona, pełna życia i tego szerokiego uśmiechu, który zauważyłem już dziś, gdy z gracją lawirowałaś pomiędzy gośćmi. Od zawsze wiedziałem, że odnajdziesz się w każdych okolicznościach... Jesteś do tego stworzona. Nigdy nie zapominaj o sobie, bo w tobie jest cała siła, piękno i moc kreacji. Dbaj o siebie o swoją moc. Wszystkiego najlepszego... – wyrzucił spokojnie, choć na jednym oddechu. Wielki bukiet znalazł się w jej ramionach. Torebka z naszyjnikiem, zdjęciem oraz autorską mieszanką ziół, znalazła się na jej nadgarstku, dotykając opuszka palców. Nie zdobył się na żaden dopełniający gest, nie pozwolił sobie, nie był w stanie... – Postaram się zająć pozostałe, wolne miejsce. Jeśli nie masz nic przeciwko. – poinformował krótko. Dopiero po chwili dostrzegł kolejnych gości, o nieznanej tożsamości. Gdy znalazł się przy stole, skinął głową i przedstawił się tym, którzy znajdowali się najbliżej: – Dobry wieczór. Vincent Rinehart. – uprzejme nuty, kurtuazyjne gesty, które zakrywały prawdziwość wewnętrznych odczuć. Nie powinien się tu znajdować.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#25
Violet Macnair
Czarodzieje

her lips were soft like winter

Wiek
21
Zawód
wróżbitka
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
5
OPCM
Transmutacja
0
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
19
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
5 godzin(y) temu
W duchu zaczęła się martwić. Lucinda nawet słowem nie skomentowała jej podarku, Drew zaś wydawał się niezwykle chłodny względem niej - czyżby popełniła jakieś faux pas? Wybrała niewłaściwy zestaw filiżanek? A może mieli już ich tyle, że nie pomieszczą ich w kuchennych szafkach? Niemal obtarła sobie stopy w czasie długich wędrówek po Horyzontalnej i Pokątnej w poszukiwaniu właściwego prezentu. Może powinna była spytać Drew o preferencje jego żony listownie... A może uważniej spoglądać w szklaną kulę. Teraz było już za późno. Może tak miało być. Pozostawało jej jedynie westchnąć nad samą sobą i unieść kieliszek z winem do ust, gdy wznoszono toasty. Patrzyła na brata, gdy wzniósł długi toast i złożył małżonce życzenia - wydawał się w niej szczerze zakochany. Uśmiechnęła się do tej myśli pod nosem.
Skoncentrowała spojrzenie na kobietę (Hilde), która przedstawiała się jako najlepsza przyjaciółka Lucindy Macnair. Nie znała ani jednej, ani drugiej, nie mogła więc ocenić czy było to faktem, czy może jednak tylko przechwałką. Solenizantka jednak nie zaprzeczyła, więc może rzeczywiście przyjaźniły się bardzo blisko. Violet wolała zatem nie podpadać Hildzie i choć wolała nie chwalić się magicznymi właściwościami swojego kapelusza, to zamierzała pozostać uprzejmą i życzliwą. Uśmiechnęła się ciepło do Hildy i dotknęła ronda kapelusza, przechylając go leciutko, by wyglądał bardziej zawadiacko i jednocześnie odsłonił bladą twarz.
- Żadne tajemnice, proszę pani, po prostu lubię w nim siebie. Kapelusz i tiara to nieodłączne atrybuty angielskiej czarownicy, nie zgodzi się ze mną pani? Nigdy nie wyjdą z mody - rzekła tonem lekkim i niemal wesołym, choć wciąż dalekim od wysokiego szczebiotu, który dźwięczał w jej lewym uchu, gdy usta otwierała Leopoldine Flint. Dzięki kapeluszowi plotkarskiemu słyszała wszystko, co mówiła, nie tylko ona, ale i każdy przy stole, choć dobrze udawała, że wcale nie. Zareagowała dopiero, kiedy panna Flint zwróciła się bezpośrednio do niej - to musiało być do niej, skoro wspominała o kapeluszu. Do niej także uśmiechnęła się ciepło, poniekąd rada, że nie tylko ona jest nowa i obca przy tym stole. - Bardzo pani dziękuję, choć wydaje się niezwykle skromny, czy pani kreacji. Ten kolor niezwykle pani pasuje - odpowiedziała komplementem na komplement, choć nie było w tym ani cienia przesady, ani fałszywej serdeczności. Elegancka dziewczyna wyglądała naprawdę olśniewająco, dziwiła się, że mężczyzna (Rodric), z którym przyszła większą uwagę zwracał na zajętą blondynkę (Nastya).
Otwierała już usta, aby powiedzieć więcej, gdy do komnaty wszedł ktoś, kogo zupełnie się tu nie spodziewała. Igor Karkaroff w towarzystwie nieznanej Violet brunetki. Co tutaj robił? Skąd znał Drew i Lucindę? Zmarszczyła ciemne brwi i poruszyła się niespokojnie, odejmując od niego wzrok, choć po jej twarzy zdążył przemknąć dziwny grymas. Zamiast tego sięgnęła do najbliższego półmiska i nałożyła sobie na talerz odrobinę sałatki i kawałek pieczeni. Dłubała widelcem w talerzu, lekko nad nim pochylona i nadsłuchiwała, starając się odróżnić każde słowo i przypisać go do właściwej twarzy. Najwyraźniej Igor i Leopoldine się znali. Obok panny Flint zajął miejsce jeden z członków rodziny Macnair, Mitch, więc pewnie i jej krewny - jak bliski? Nie miała jeszcze pojęcia. Właściwie nawet nie spytała Drew, czy powiedział swym krewnym o jej osobie. Niektórzy się przedstawiali, ona sama dłuższy czas milczała. W pewnej chwili uwagę Violet przyciągnęła elegancka czarownic (Irina), która zwróciła się do Igora per synu, ale dopiero gdy wyjawiła swoje nazwisko wróżbitka znów zesztywniała. Był synem pani Macnair? Czemu nosił inne nazwisko? Był bękartem jak ona? Tyle pytań cisnęło się jej na usta, lecz urodziny Lucindy były najmniej odpowiednią okazją, aby je zadawać. Zbyt wielu obcych, dla których i ona pozostawała bezimienna. Nawiedziło ją bardzo dziwne przeczucie. Widok twarzy Iriny był Violet obcy, a nie mogła oprzeć się wrażeniu, że już gdzieś ją widziała - może nie oczyma, a trzecim okiem.
Miała zamiar taka pozostać, przynajmniej dopóki sam Drew nie zdecyduje się na wyjawienie łączących ich więzów, bo ten wieczór miał należeć do Lucindy - a ona była jedynie gościem. Nie wadziło jej pozostanie w cieniu, właściwie nawet to brunetce odpowiadało - wolała obserwować i słuchać. Maskowałaby to kolejnym kęsem pieczeni, gdyby nie to, że Irina zajęła miejsce pomiędzy nią, a bratem i zauważyła, że nie miały okazji się poznać. Uczyniła to specjalnie? Wiedziała? Violet przełknęła kęs pieczeni i wytarła usta serwetką.
- Tylko dwa toasty, ale myślę, że wzniesiemy dziś jeszcze nie jeden. Violet, pani Macnair, mam na imię Violet. Pracuję w sklepie zielarskim, ale moim prawdziwym zajęciem jest sztuka wróżbiarstwa i astrologii - odpowiedziała grzecznie, popijając wino. Z premedytacją pominęła nazwisko, gładko przechodząc do kolejnej części zdania.
Sądziła, że są już wszyscy, lecz drzwi otworzyły się jeszcze raz. Mężczyzna, który się spóźnił, wydawał się jej znajomy, choć przez kilka pierwszych chwil nie mogła przypomnieć sobie skąd; dopiero, gdy zajął wolne miejsce pomiędzy nią, a Mitchellem, przypomniała sobie sytuację sprzed dwóch tygodni - poznała Vincenta na Międzynarodowym Zjeździe Absolwentów.
- Panie Rineheart, co za niespodzianka. Jak upłynęła panu reszta zjazdu? - przywitała się, obdarzając go uprzejmym uśmiechem, zanim wróciła do tego co lubiła najbardziej - jedzenia i podsłuchiwania.
I have three eyes. Two to look, one to see.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (3): « Wstecz 1 2 3


Skocz do:

Aktualny czas: 17-04-2026, 00:11 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.