• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Pokątna > Pracownia "Howell's Hand"
Pracownia "Howell's Hand"
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
21-09-2025, 14:51

Howell’s Hand
Niewielki lokal przy ulicy Pokątnej. Jedno pomieszczenie, które zostało podzielone prowizoryczną półścianką dla nadania właścicielowi odrobiny prywatności podczas pracy. Pomoc znajdą tu wszyscy ci, których los zmusił do korzystania z protez. Oprócz szerokiego ich asortymentu, przybytek oferuje prace naprawcze i serwisowe.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#31
Nataša Doherty
Zwolennicy Dumbledore’a
with defiance, with abandon, with hysteria; like an axe dreaming its way through their throats
Wiek
27
Zawód
zielarz w Św. Mungu, alchemiczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
20
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
14-02-2026, 03:53
Kolejne pytanie – kolejne ziarno zwątpienia. Wodziła spojrzeniem za jego twarzą, obserwowała tymczasem nerwowe dłonie, palce rozkurczające się i zaciskające znów, jak gniewne serce. Nie próbował chować przed nią swojego zdenerwowania, nie powstrzymywał emocji przed wylaniem się w gesty, a przez to trudniej było podejrzewać go jeszcze o kłamstwo. Więcej: w którymś momencie zrobiło jej się go żal; nie mogła oprzeć się wyobrażeniu, że stoi przed nią młodszy o dekadę albo więcej, z jeszcze chłopięcą przejrzystością myśli, charyzmą niewyszlifowaną jeszcze doświadczeniem jak papierem ściernym. Rozbiegane dłonie, pozbawione jeszcze kolorowych oczek pierścieni i sygnetów, wątłe nadgarstki, miękkie włosy opadające na pochylone czoło. Pozwoliła sobie go takim widzieć przez krótką chwilę, kiedy nie patrzył akurat na nią – nie chciała, by ją na tym przyłapał; by wybadał w niej tę nieoczekiwaną słabiznę empatii, współczucia czy litości. Nie zastanawiała się nad tym nigdy dotąd: co skłania dziecko do kradzieży? Co sprawia, że chłopięce dłonie uczą się sięgać w cudze kieszenie ukradkiem – nie raz, ale raz za razem, pomimo nagany zaciskającej się na nadgarstkach, sprzączki paska kaleczącej grzbiet dłoni (dlaczego wyobrażenie sobie tego przychodziło jej z taką łatwością? kiedy nauczyła się aż tak źle myśleć o świecie, tak surowo, bez złudzeń?), aż wyzbył się niezdarności i nauczył nie popełniać błędów? Byli wciąż dzieciakami, kiedy poprosiła go wykradnięcie dla niej ingrediencji z profesorskich zapasów; już wtedy dobijał targu z wyrachowanym sznytem za przyjemnym uśmiechem. Pamiętała, że zawahała się, zanim wreszcie uścisnęła mu dłoń; nie przez to, że gryzło ją przedwcześnie sumienie, ale dlatego, że wzbudzał jej nieufność tym, że przychodziło mu to tak łatwo i swobodnie, kiedy ją prześladowało jeszcze wszechwidzące spojrzenie matczynego Boga i przekonanie, że prędzej czy później ktoś odkryje prawdę. I potem, kiedy w ramach odpłaty zaprosiła go do filharmonii, w której pracowała Amelia i przez cały wieczór, zamiast spoglądać ludziom w twarze, spoglądała na ich palce, nadgarstki i szyje, przytłoczona lśnieniem drogiej biżuterii, wydawało jej się, że musiała wyglądać na złodziejkę, choć wcale nie miała zamiaru kraść, ale o tym myślała. Lysander wydawał się tymczasem tak naturalny, przekonujący i niewinny; uśmiech nie zachwiał mu się nawet na ustach, kiedy zsuwał łańcuszek z kobiecej ręki – był to chyba jedyny moment, kiedy udało jej się przyłapać go na gorącym uczynku, choć obserwowała go przez cały wieczór uważnie i była pewna, że znalazłaby w jego kieszeniach więcej niż złota bransoletka. Wtedy wydawało się to proste: Lysander Hatley był krętaczem i złodziejem.
Ale teraz jego dłonie były nerwowe, jego spojrzenie gniewne, niepróbujące wzbudzać w niej sympatii charyzmatycznym błyskiem, choć była pewna, że byłby w stanie wykrzesać ten błysk z łatwością, gdyby tylko zechciał. Może wiedział, zwyczajnie, że nie dałaby się mu zwieść – może ta nerwowość też była grą, skrojoną na miarę jej słabości, może. Może się myliła, od początku. Uderzała ją nagła świadomość, jak krótkowzrocznie go postrzegała – mogła usprawiedliwić siebie sprzed lat wiekiem, ale dzisiaj nie była już dzieckiem, świat nie był dłużej tak prosty, płaski i jednoznaczny (już wtedy zaczynał się rozwarstwiać: bo był złodziejem i kłamcą, a mimo to ściskała mu rękę i chyba zwyczajnie go lubiła). Poznała wystarczająco ludzi i ich historii, by wiedzieć, że człowiek nie rodzi się zły i że wszystkie wybory i wszystkie działania mają swoją przyczynę. Ona też naginała przecież reguły – poprosiła go przecież, by okradł dla niej nauczycielkę, która okazywała jej tyle wsparcia; wprowadziła go do filharmonii, pomiędzy bogatych do przesady ludzi, by odwdzięczyć się za tę przysługę cudzą własnością. Nie dlatego, że była z natury zła i łamanie reguł sprawiało jej przyjemność i nie dlatego, że była po prostu ambitna – dlatego, że desperacko pragnęła coś sobie udowodnić. Dlatego, że czuła, że musi. Dlatego, że zawsze czuła się wybrakowana.
Więc co – co nauczyło go kraść?
Nie, chyba rzeczywiście nie wierzyła, że mógłby dać Millborrow powód do tego, by się go miała obawiać. Nawet teraz, kiedy zaciskał palce i pozwalał, by złość chrzęściła mu w głosie – otwarta wyrazistość jego zdenerwowania sprawiała właściwie, że czuła się przy nim bezpieczniej. Nie potrafiła jednak powiedzieć sobie, że nie zrobiłby tego na pewno i ta myśl odbiła się w jej spojrzeniu mimowolnie przygnębionym przebłyskiem, kiedy oburzone boi się? mnie? cięło ostro powietrze; chyba o nikim nie byłaby dłużej w stanie powiedzieć tego z pewnością, włączając w to swoich najbliższych. Ale wierzyła, że byłaby w stanie rozpoznać moment, w którym miałoby to nastąpić, również w jego przypadku – i wydawało jej się wątpliwe, że Renate mogłaby go do tego doprowadzić. Choć nie na pewno.
– Ciebie też próbowałam przed sobą usprawiedliwić. Zgodzisz się chyba jednak ze mną, że to nie takie proste dochodzić twojej niewinności – była okrutna. Wiedziała, że będzie tego żałować, kiedy tylko wyjdzie z powrotem na rześkie powietrze; nie mogła jednak pohamować słów, nawet teraz, kiedy wreszcie zdała sobie sprawę, jak niesprawiedliwie go dotąd traktowała, bo tkwiła w niej wciąż uciążliwa nieufność, uwierająca obawa, że to zwątpienie i litość, które czuła, były przez niego zręcznie spreparowane, że ulegała jego zabiegom jak uległa glina we wprawionych rękach. Nawet te argumenty, w których doszukiwała się jego szczerości, nawet ta nerwowość, nawet pociemniałość jego spojrzenia; trudno było uciszyć w sobie podejrzliwość, odkrztusić i wypluć z siebie wreszcie te zakorzenione głęboko uprzedzenie.
– Nie, nie chcę wiedzieć – powtórzyła za nim niepotrzebnie, ponownie przez to okrutne zacietrzewienie. Jakby ją to w jakiś sposób miało obruszać, zniesmaczać czy uwierać, podczas gdy przecież nie miało to najmniejszego znaczenia; nie chciała wiedzieć przede wszystkim dlatego, że nie chciała naruszać ich prywatności bardziej niż to już robiła, ale postanowiła chyba wywrzeć na nim najgorsze możliwe wrażenie. Zirytował ją znów tym pobłażaniem, nieszczęsnym nie każ mi wyjaśniać, jakby uważał, że mogłaby nie zdawać sobie sprawy z istnienia podobnych relacji, bliskości niewynikającej z czystej, idealistycznej miłości. Chciała mu przypomnieć, że też jest dorosła i nietrzymana pod klasztornym kloszem, ugryzła się jednak w język; to wydawało się już poniżej godności, żeby się o podobną rzecz upominać.
Miała wrażenie, że sobie z nią igra. Że dostrzegł już to pęknięcie, które w niej stworzył i teraz próbował rozłupać je jeszcze paznokciem, próbując postawić ich nie naprzeciw siebie, ale obok siebie – zmanipulowanych jednako wdowim smutkiem. Kiedy on się uspokajał, ona stawała się bardziej nerwowa, choć usilnie starała się to przed nim chować – i przez to zdawała się tym chłodniejsza. Tymczasem nawiedzała ją zdradliwa myśl: jak bardzo chciałaby, żeby poznali się inaczej; żeby dzielili cieplejsze wspomnienie niż ten niepewny uścisk ręki przypieczętowujący ich układ i to, jak się nawzajem mieli później postrzegać. Ona jego z nieufnością, on ją – jak sobie wyobrażała – z przeświadczeniem, że arogancka i zimna z niej jędza.
Milczała przez chwilę; chyba nawet dało się odnieść wrażenie, że przyjęła jego słowa z dozą spokorniałości. Czuła się przede wszystkim zdezorientowana – nic nie było dłużej takie, jak w chwili, w której tutaj wpadła tak stanowczo przekonana o słuszności swoich intencji; włącznie z ich trójką.
– Słyszałam o twojej pracowni w Mungu. Pan Knightley polecał cię chyba każdemu, z kim tylko rozmawiał, niezależnie nawet, czy mieliby powód z twoich usług skorzystać. Nie widziałam, żeby był wcześniej taki... chyba po prostu uspokojony, tak myślę. Może bardziej pogodzony z tym, co go spotkało – spróbowała więc inaczej, odsuwając kwestię winy i niewinności na margines, obawiając się, że wciąż nie byłaby w stanie okazać mu szczętu wyrozumiałości tak, jak powinna. Potrzebowała czasu, żeby to przemyśleć; żeby przekonać się, czy może i czy chce mu ufać. – Chciałam ci o tym powiedzieć, kiedy dowiedziałam się, że Howell's Hand jest twoja, ale nie było okazji. O tym, że bardzo mu pomogłeś, może bardziej niż wiesz. Naprawdę się cieszyłam... cieszę się, że ci się udało – nie starczyło jej odwagi, by powiedzieć mu, że była z niego dumna; wydawało jej się to niewłaściwe, przyznawanie tego głośno, szczególnie po tej rozmowie, która jeszcze między nimi zalegała. Bardziej zniosła bezpośredniość jego spojrzenia, niż je przytrzymała. Dystans skrócony tak nagle zdawał się ocierać nerwy, jakby był przyciasnym ubraniem. – Może się ze mną zgodzisz, że ideały tworzą ludzie, więc dalej też, że tworzymy je sobie sami. I może moje i twoje nie są jednakowe, może z jakiegoś powodu moje wydają ci się równie napuszone, co naiwne i niepraktyczne, ale nie mogę ci chyba wierzyć, że w twoim świecie ich zupełnie nie ma – pociągnęła dalej, przyglądając mu się uważnie, pilnując wręcz, by nie zbiegł przed nią wzrokiem. Nawet jeśli nie umiała jeszcze mu całkiem zaufać, a w każdym razie wycofać się z oskarżeń, nie uważała go za człowieka niezdolnego do dobrych intencji.
– Może nie – przytaknęła mu miękko, unosząc lekko kąciki ust w bladym, pojednawczym uśmiechu. Krótkim, bo zaraz ruszyła ku drzwiom, by przekręcić klucz w zamku i chwycić za klamkę. Zatrzymała się jeszcze, by spojrzeć na niego przez ramię i na odchodne, ze szczerym zaciekawieniem, zapytać: – Dlaczego Howell?
chodź do mnie, gryź i kop aż opadniesz z sił, aż Ci minie złość; na co czekasz? choć się boję, to przecież nie uciekam
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#32
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
16-02-2026, 00:50
Zwykle ucinam każdą wątpliwość nisko, tuż przy ziemi, nie pozwalam pęcznieć podejrzeniom, nie bawię się w adwokata siebie samego. Zwyczajnie nie ma miejsca na to, żeby ktoś zadał mi o jedno pytanie za dużo. Bardzo o to dbam od kiedy pamiętam. Konfrontacja źle mi się kojarzy; tłumaczenie nie pomaga, a pogarsza jedynie sprawę. Życie nauczyło mnie kłamać ale też pokazało, że jest lepsza alternatywa — zręczna ucieczka, maskowanie dowodów, nie dopuszczanie do tego, żeby ktokolwiek się o mnie upomniał. Jeśli nie padnie cień podejrzenia, to cóż mogą mi uczynić?
Kiedyś jeszcze próbowałem być zupełnie uczciwy, co szybko zweryfikowały realia. Brutalnie, w wieku kilku lat, kiedy przybyłem do Cardiff wraz z Kyrosem i Earem. Kiedy pierwszy raz stanąłem na progu brudnej izby i kiedy głód zmusił mnie, by sięgnąć na parapet kuchenny pani Milne. Po ciasto drożdżowe; parujące, o błyszczącej skórce zarumienionej ledwie kilka chwil wcześniej w kaflowym piecu. Prosto, z potrzeby dudniącej w żołądku pustki. Przyznałem się później, lecz nie spotkała mnie za to żadna chwała, jedynie głód trwający dłużej, kąsający dotkliwie. Wujek nie tolerował kłamstwa, ale też nie miał litości, kiedy otrzymywał zamiast niego prawdę. Nauczyłem się więc sięgać po to, czego potrzebowałem w sposób niezauważalny. Z czasem coraz częściej, już nie tylko dlatego, aby poczuć w życiu normalność, ale i po to, żeby nadać jej więcej kolorytu, by zaspokoić zachcianki, dążenia, które zdawały się wcześniej nieosiągalne. Wykradałem więc nie tylko rzeczy materialne ale i cudzą uwagę w sposób, który ostatecznie nie był widziany jako kradzież. Nikt więc nie pytał dlaczego, a jeśli nawet, to zbyt późno.
Przy Millborrow zdaje się jednak, że coś poszło nie tak. Zawiodły emocje, nadmierny pośpiech, coś bardzo osobistego… Gdyby tak odciąć wszystkie te afekty jak czyniłem wcześniej, być może Doherty nie dotarłaby tutaj i nie drążyła. Czułem jednak jeszcze wtedy w Cardiff, kiedy pakowałem biżuterię do lnianej sakiewki, że inaczej nie mógłbym jak tylko w pośpiechu, gwałtownie, nim determinacja zdoła wystygnąć do rana, nim Renate znów się pojawi, a ja zacznę kwestionować czy faktycznie jest mi tak bardzo źle? Bo nawet jeśli ona była równie nieuczciwa co ja, to jednak na swój sposób… bliska? Nie negując, że to faktycznie było popaprane, niezdrowe.. ale jednak oswojone, przewidywalne. Może się wydawać, że wszystko co wtedy uczyniłem zadziało się w sposób wyrachowany i zapewne to Doherty w pierwszej chwili miała przed oczami. Nic bardziej mylnego. Był to zryw chwili: złości, bólu, rozczarowania, zazdrości, sprzeniewierzenia się ale też może i nadziei, że tym razem oderwę się od toksycznych zapędów i zacznę na nowo, z czystą kartą. Jak okazało się jednak, tym samym ściągnąłem na siebie niepotrzebnie uwagę, bo i Millborrow poczuła się urażona, zdradzona, po prostu okradziona. Dlatego szukała pocieszenia. Wiele złego powiedziałem dzisiaj na jej temat, dużo surowych, nieprzyjemnych słów. Nataša musi sądzić, że nienawidzę Renate, albo że zwyczajnie z niej kpię. A myślę teraz tylko o rubinie, który spoczywa na dnie kieszeni alchemiczki. Dlaczego go nie sprzedałem? Dlaczego nie próbowałem nawet? Wszystko szło dobrze z innymi przedmiotami, póki nie pozostał jeden, nieszczęsny, podarowany z potrzeby serca(?).
— Tu się z tobą zgodzę — odpowiadam, pierwszy raz w sposób łagodny, pogodzony z tym, że nie wyprę się mojej przeszłości, zwłaszcza przed nią. Zna mnie, zna moje skłonności. Wie, czego się spodziewać po moich dłoniach, po spojrzeniu poszukującym okazji. Wiedza ta jest jednak mieczem obosiecznym, bo i ja wiem, że Nataša umie zaciskać zęby, kiedy potrzebuje pomocy. Może nie przyzna tego teraz, ale wie, że ktoś taki jak ja potrafi być pomocny, zwłaszcza jeśli okoliczności przyprą do muru. Nie oceniam, jedynie wymagam oddania mi sprawiedliwości.
Choć nie musi potwierdzać, cieszy mnie, że zapewnia. Nie będziemy dalej zagłębiać się w meandry mojej zażyłości. Mogę mówić wprawdzie swobodnie, bo nie krępuje mnie nadmierna pruderia, ta raczej nie gości w moim słowniku, lecz muszę przyznać, że przez moment coś mnie szczypie i przestaje dopiero wtedy, gdy rozmowa schodzi w kierunku bezpiecznym, bo zasadzającym się na moim interesie. Zgrabna klamra dla naszego spotkania.
Knightley… Pamiętam go, pamiętam tak jak i resztę klientów, rzadko potrafię wymazać ich twarze z pamięci. Za każdym stoi osobna historia oraz finalnie moja praca, którą traktuję niezwykle osobiście. Składam wybrakowane ciała w taki sposób, w jaki sam pragnąłbym, aby załatano we mnie to, czego brakuje. Nie potrafię inaczej i myślę, że to jeden z niewielu obszarów, w których potrafię stanąć w prawdzie, zupełnie szczerze, bez udawania. Zapominam o naroślach z iluzji hodowanych przez lata. Uśmiecham się, kiwam głową.
— Dziękuję. — Bardzo chcę, żeby tak właśnie odbierano to, co robię, aby Nataša zrozumiała, że faktycznie nie kierują mną złe intencje, a udzielana pomoc faktycznie rodzi się z potrzeby sprawiania, by życie innych było choć odrobinę lżejsze. I może to jest właśnie ta szczypta idealizmu, która we mnie pozostała — niesienie pomocy każdemu okaleczonemu, bez pytania o to skąd przychodzi i kim jest.
— Możliwe, pewnie masz rację. Ale to chyba rozmowa na inny czas. — Wyraźnie chce już uciec z pracowni, a ja nie mam siły na dalsze kontynuowanie. Czuję zmęczenie w ciele, a pozostało mi jeszcze sporo pracy. Dzień nie kończy się jeszcze, choć słońce przyćmione przestaje oświetlać wystarczająco moje zaplecze.
Klik drzwi powoduje niezrozumiałe napięcie. To już? To koniec? Czy może początek? Cisza przed burzą. Ostatnie pytanie lecz wcale nie niewygode. Myślę, że i tu mogę być z nią szczery.
— To moje drugie imię, Doherty. — Nie ma tu na pozór żadnej filozofii. — Po dziadku mugolu — dodaję jakby nigdy nic i uśmiecham się szeroko, z ulgą. To swoboda, na którą nie przy każdym można sobie pozwolić. Potem znikam za ścianką, pochylony nad rozsypanymi mechanizmami. Wyciągam różdżkę i zaklęciem rozpalam dodatkowe oświetlenie. Zerkam zza zabudowy dopiero w momencie, kiedy drzwi zatrzaskują się za nią. Po kilku chwilach opadam bezwładnie na krzesło, spoglądam na ślad po pierścieniu, znów na pustkę za przeszklonymi drzwiami. Odpuszczam. Oplatam się szczelnie ramionami; może jednak powinienem już dzisiaj odpuścić?


ztx2 <3
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#33
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
21-02-2026, 09:46
13 maja

Pracownia Lysandera znajdowała się dokładnie dwieście czterdzieści trzy kroki od mieszkania Mortiego. Wiem, bo sprawdziłem to dwa razy, za pierwszym omyłkowo wchodząc w drzwi budynku, w którym się ono znajdowało i orientując się dopiero na schodach, że nogi zaniosły mnie w nieodpowiednie miejsce. Ulica Pokątna tętniła życiem jak zawsze w środku dnia, ale i tak najwyraźniej potrafiłem się zamyślić na tyle, że z rytmu nie wybił mnie nawet wszechobecny gwar i hałas. Nieco zawstydzony, ale i rozbawiony pomyłką, skierowałem się w kierunku pracowni, której adres miałem zapisany na karteczce tkwiącej głęboko w kieszeni.
Główna arteria magicznego Londynu kusiła kawiarenkami i restauracjami, ale tym razem nie dałem się zwieść – przynajmniej nie aż tak bardzo, bo jedyne, w co się zaopatrzyłem, to pudełko lukrowanych pączków. Nie miałem pojęcia, czy Lysander je lubi, ale nie zamierzałem narzekać, gdyby odmówił. Uwielbiałem pączki. Mijałem wystawy sklepów, w których lśniły zaczarowane przedmioty, na moment nawet przystanąłem przed witryną, za którą lśniły najnowsze wydania książek, lecz żaden z nich nie przyciągał mnie tak bardzo jak miejsce, do którego zmierzałem, tym razem już trafiając bez najmniejszego problemu.
Szyld „Howell's Hand” dostrzegłem z daleka, połyskiwał subtelnie tuż na wejściem, odbijając promienie majowego słońca, które tego popołudnia postanowiło zaszczycić niemal wiecznie zachmurzony Londyn. Przez okno ledwie widziałem wnętrze, ale nie zastanawiałem się nad tym, czy miał teraz jakiegoś klienta, gdy wchodziłem do środka. To on wyznaczył godzinę spotkania, zakładałem więc, że nie umawiał się z nikim w tym samym czasie.
Chyba, że postanowił pokazać mi na żywo... Nie, aż takim szczęściarzem nie byłem. Podejrzewałem, że zaczniemy od czegoś zwyklejszego, niż oglądanie wnętrza prawdziwej ludzkiej dłoni, której budowę i tak już doskonale znałem. Przynajmniej w teorii, którą posiadłem dzięki książkom tak namiętnie pożyczanym od Lysandera i wyszperanym w bibliotekach.
- Halooooo! - zawołałem tuż po przekroczeniu progu, zanim jeszcze się zorientowałem, jak mikroskopijne jest pomieszczenie, do którego wszedłem. No, może trochę przesadziłem z tą mikroskopijnością, ale w porównaniu z przestrzeniami w Palatium Librae... W każdym razie na pewno nie było na tyle duże, bym musiał podnosić głos. Składzik na miotły w Hogwarcie bywał większy. - Hatley – westchnąłem, gdy moje spojrzenie spoczęło na przyjacielu, którego sylwetka odznaczała się na tle przeciwległej ściany – nie dostałeś tu jeszcze klaustrofobii? - zapytałem z zaniepokojeniem, rozglądając się po wnętrzu z ciekawością, której nie zamierzałem ukrywać.
Nie miałem pojęcia, czego spodziewać się po pracowni, w której wykonywane są protezy magiczne, ale raczej nie był to aż taki minimalizm. Reszta mogła się zgadzać, regały i półki z gotowym asortymentem, zawalone od góry do dołu. Tak mógł wyglądać każdy sklep na Pokątnej, różniąc się jedynie wyposażeniem. Mimo to nie miałem wrażenia, że wnętrze było zabałaganione. Po pobieżnym zlustrowaniu całości, co nie zajęło długo, znów skupiłem spojrzenie na przyjacielu.
Ostatnie tygodnie spędziłem nad anatomicznymi księgami, które mi podsunął, traktującymi o budowie szkieletowej i mięśniowej ludzkiego ciała, a dzisiaj w końcu zgodził się przejść od teorii do praktyki. Byłem ciekawy, co dla mnie przygotował, ale chciałem też zobaczyć jego życie od mniej formalnej strony; pochylonego nad protezą, zagryzającego pióro, ściskającego różdżkę w dłoni, gdy jakiś uparty detal wciąż mu nie wychodził. Anatomia fascynowała mnie nie tylko jako nauka o strukturze człowieka i jego funkcjonowaniu, ale miała być też moją przepustką do przyszłości. Zamierzałem potraktować to spotkanie w pełni poważnie.
- Pączusia? - Wyciągnąłem w jego stronę otwarte pudełko.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#34
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
22-02-2026, 00:09
Praca z klientem jest trudna — nie ma co ukrywać. Lubię ludzi, nie chcę być źle zrozumiany, i pomaganie im przynosi mi realną satysfakcję. Czasami tylko dostaję iście szewskiej pasji, kiedy kolejny interesnat próbuje wchodzić w moje kompetencje. Owszem, zdarzają się tacy. Nie można spodziewać się, że każdy pokrzywdzony przez los człowiek spokornieje niby owca i łagodnie podporządkuje się woli pasterza. Bywa tak, że ból, który niesie im codzienność, zalewa serce morzem goryczy, czasami roszczeń i choćby były one najbardziej abstrakcyjne, to muszą być wyartykułowane — w sposób, który burzy jedynie krew w żyłach. Jestem empatyczny, jestem cierpliwy, ale każdy najznakomitszy przymiot ma swoje granice. Trzymam się w ryzach, uśmiecham, wyrażam zrozumienie, a później, kiedy drzwi się zamykają, wszystko ze mnie wypływa. Przede wszystkim zmęczenie, choć i złość. W złości więc po wyjściu pana… pana… (jedyne określenie, które dla niego mam jest wyjątkowo paskudną inwektywą i to właśnie ona zastępuje mi w pamięci jego prawdziwe personalia) mniejsza… Po jego wyjściu wściekle dźgam metalowe śródstopie i robię to tak zapamiętale jakby to była jego realna, czująca wszystko kończyna. Niech na zardzewiały gwóźdź nastąpi… Nie. Nie na gwóźdź. To źle się skończy. Cofam. Niech… ugh… Szpikulec wbija się pomiędzy blaszki, grzęźnie na dobre. Odrzucam od siebie protezę. Ląduje z chrobotem pośród drewnianych modeli składowanych w najdalszym kącie pracowni. Teraz będę musiał to wszystko posprzątać. Zapominam więc zupełnie o pozostałych zajęciach na dzisiaj, które mam zaplanowane, aby zanurkować w chaosie. Sam sobie to zgotowałem.
Po czasie mrozi mnie myśl. A jeśli to nie kwestia natrętnego klienta? Jeśli to coś innego przyprawia mnie o frustrację i rozkojarzenie? To chyba nawet bardziej niepokojące. Wolę wersję pierwszą, nawet jeśli wiąże się z ubliżaniem kalece.
Początkowo nie słyszę zgrzytu zamka i odpiero donośne „halooo” wciska się w czaszkę powodując nagły zryw mięśni. Chwytając zgubę w ostatniej chwili, sprowadzam na siebie lawinę drewnianych elementów.
— Bogowie, Rafael — chwytam się teatralnie za serce, kiedy nieprzyjemne „rrrrums” wreszcie cichnie. Zapomniałem! To znaczy, pamiętałem, ale przez moment wszystko uleciało mi z głowy. Wychylam się zza ścianki karton-gips. — Pamiętasz ze szkoły coś o pierwszej pomocy, mam nadzieję? Bo zamiast anatomii i budowy protez będziesz miał zaraz ćwiczenie na żywym materiale, jeśli tak dalej pójdzie. — Dlaczego tak krzyczy? To nie Wielka Sala. A jednak krzywię się, kiedy rzuca uwagę na temat wielkości, no właśnie, mojej pracowni. Tylko ja mogę przecież narzekać na metraż.— Klaustrofobii nie, ale zawału przed chwilą, to i owszem — kręcę głową i odkładam mechaniczną stopę na blat roboczy. Idę w kierunku rozglądającego się Croucha z zamiarem podania mu ręki. Nadal nie odpuścił, jest zdeterminowany, co dobrze rokuje. Nie zamierzam odmawiać mu przysługi w postaci kilku lekcji. Potem zobaczymy co dalej.
Nie mieliśmy ze sobą kontaktu od owej partyjki pokera. Dziwnej partyjki. Tak specyficznej jak i reszta naszych spotkań. Dzisiaj jednak, kiedy na niego patrzę, mam zupełnie inne nastawienie. Jeśli chodzi o kwestię pracy, to jestem nieprzejednany — uważam, że profesjonalizm to coś, o co należy bezwzględnie dbać.
Zamiast wyciągniętej dłoni napotykam na pudełko z pączkami. Rzucam mu pytające spojrzenie. Nie zastanawiam się jednak zbytnio, częstuję się, upychając słodycz do ust i otrzepując palce z resztek cukru-pudru. Pstrykam i wskazuję miejsce, gdzie ma podążyć Rafael. Chwilowo nie wypowiadam ani jednego słowa. Jem, przeżuwam, jakby to miało odgonić resztki irytacji spowodowanej wcześniejszym klientem. Zatrzymuję się nagle. Zmieniam zdanie. Wyciągam pączka z ust.
— Odwróć tabliczkę na zamknięte i przekręć kluczyk w drzwiach — Nie mam już dzisiaj siły na więcej atrakcji. — Jak tam książki? Udało ci się je przerobić? — pytam. — A. I wybacz zamieszanie, miałem… miałem wymagającego klienta zanim przyszedłeś. Ale już będzie spokój.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#35
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
28-02-2026, 15:47
Gdyby nie to, że przywykłem do tego, że robię na ludziach piorunujące wrażenie – nawet na tych, którzy doskonale mnie znają – ze względu na swoją charyzmę, aparycję i styl bycia, przesadna reakcja Lysa mogłaby mnie mile połechtać. To znaczy i tak mnie mile połechtała, bo przyjemnie się patrzyło na przystojnego mężczyznę, który na mój widok łapie się za serce, ale znałem go zbyt długo, aby jednocześnie uznać, że ten teatralny chwyt był wyłącznie reakcją na moje pojawienie się. Musiałem go zaskoczyć i wyrwać z myśli o czymś, co go absolutnie pochłonęło.
Miałem nadzieję, że nie wyobrażał sobie niczego zbereźnego, to wtedy czułbym wyrzuty sumienia z powodu przerwania mu przyjemnych fantazji.
- Pamiętam, by przy ataku epilepsji nie wkładać choremu różdżki między zęby – odpowiedziałem zgodnie z prawdą o jedynej rzeczy, jaką zapamiętałem z obowiązkowych kursów medycznych w czasie swojej edukacji. Gdybym wtedy wiedział, że na starość najdzie mnie fascynacja anatomią i leczeniem, pewnie bardziej bym się do nich przykładał. Zerknąłem w dół, gdzie pod mój stopę dotoczył się jakiś metalowy, owalny fragment. Pochyliłem się i go podniosłem, oglądając pod światło, ale nie przypominał mi żadnego znanego elementu. - Statystycznie jesteś za młody na zawał, więc nie pleć głupot – upomniałem go uprzejmie przed robieniem głupstwa, jakim byłoby zejście na moich oczach z tak głupiego powodu i podałem mu zgubę. - Prędzej umrzesz z przepracowania. Wychodzisz kiedyś stąd? - zapytałem całkowicie nieironicznie, rozglądać się dookoła z większą uwagą niż wcześniej, poświęcając przestrzeni swoje nieprzesadzone zainteresowanie.
Poczęstował się pączkiem i sam sięgnąłem po swojego, nadgryzając od razu niewielki kawałek. Cukier błyskawicznie rozpuścił się na języku, uwalniając smak słodyczy, który zupełnie nie pasował to tego miejsca, pełnego emocji i uczuć raczej tych z gatunku gorzkich. A może właśnie nie? Może fakt zakupu protezy, która miała zwiększyć czyjś komfort życia, miał w sobie posmak radosnej słodkości? Wyobraziłem sobie kogoś, kto stracił kończynę i próbuje odzyskać kontrolę nad swoim codziennym funkcjonowaniem; odzyskać dawne życie lub przynajmniej jego namiastkę dzięki bardzo precyzyjnej i dokładnej magii. Tak, to rzeczywiście mogło nieść ze sobą pewną słodycz.
Wróciłem do drzwi, gdzie wykonałem jego polecenie, a potem ruszyłem z powrotem za Lysem w głąb pracowni. Niewielkie pomieszczenie zdawało się odkrywać przede mną każdą ze swoich tajemnic; nawet w mikroskopijnej pracowni Hatley'a nie kryło się na pierwszy rzut oka nic sekretnego oprócz wszechobecnego bałaganu na stole.
- Przeczytałem każdą dwukrotnie i zrobiłem notatki – odpowiedziałem, przyglądając się małym, drewnianym modelom porozstawianym na półkach. - Zapisałem też kilka pytań, które chciałbym później zadać. Ale im więcej czytałem, tym bardziej miałem wrażenie, że to wszystko jest... - zastanowiłem się nad określeniem, które tu najbardziej pasowało – … zbyt proste. To znaczy, chodzi mi o to, że anatomia na papierze wygląda banalnie. Zapamiętujesz każdą kość, ścięgno, mięsień, uczysz się wzrokowo n rycinach i masz teorię w małym palcu. Ale przecież żywa tkanka nie jest tak idealna, jak przedstawiają ją w książkach, prawda? - Dokończyłem pączka w dwóch kolejnych kęsach, nie bacząc na to, że mogło to wyglądać zbyt łapczywie. Byłem głodny. - Książki nie mówią o bólu pacjenta, emocjach, ani nie przygotowują na współczucie i poczucie straty, jeśli pacjent nie przeżyje. - Oblizałem palce, aby nie uronić najmniejszego okruszka. - Myślę, że dlatego właśnie najbardziej potrzebuję twojej pomocy. Aby dowiedzieć się, jak medycyna wygląda naprawdę. Łącznie z użeraniem się z pacjentem lub klientem. - Stuknąłem palcami w blat, rzucając Lysowi pełne zrozumienia spojrzenie, bo petenci w urzędzie też nie zawsze byli nieproblematyczni.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#36
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
11-03-2026, 23:19
Może powinienem przełożyć dzisiejsze spotkanie? Po tak intensywnym dniu pracy, wszystko zdaje się rozjeżdżać bez składu i ładu. Nie mogę jednak odprawić Rafaela z kwitkiem, kiedy już jest na miejscu. Myślę sobie, że ostatecznie jest przecież o wiele lepszym kompanem niż moi dzisiejsi klienci, jest również lepszy od ciszy i myśli kłębiących się nieprzyjemnie, przeskakujących z jednego krańca czaszki na drugi — niczym piłeczki do tenisa stołowego. W jakimś sensie przyzwyczaiłem się do jego towarzystwa, oswoiłem z dziwactwami, które do tej pory zdołał mi zaprezentować. Owszem, jestem człowiekiem przepadającym za nowymi doznaniami, adreanliną, jak zwał tak zwał — często się zmieniam, ulegam chwilowym fascynacjom, ale ostatecznie potrzebuję pewnych stałych. To nie tak, że bez nich nie przetrwam, są jednak miłą odmianą w chaosie, który sam sobie zgotowałem. Ślęczenie nad książkami do anatomii czy odpytywanie z niej mojego towarzysza zdaje się więc całkiem miłą perspektywą na wieczór. Przynajmniej istnieje prawdopodobieństwo, że przynajmniej on nie będzie wychylał się ze swej roli, próbując zgrywać eksperta, którym nie jest. Nie będzie się pchał w moje kompetencje. To już coś, niemal miód na moje skołatane serce.
Wędrując, o ile wędrówką nazwać można postawienie czterech kroków, słucham dokładnie słów mojego towarzysza, nawet jeśli nie wyglądam na takiego, co ma ochotę na czcze pogawędki.
— Punkt dla ciebie, brawo — kwituję wzmiankę o epilepsji i uwagę na temat stanu mojego serca. Faktycznie, pracuje bez zarzutu, a użyty skrót myślowy faktycznie ciężko uzasadnić medycznymi faktami. Co nie zmienia faktu, że Crouch wparował do mojej pracowni średnio delikatnie, a ktoś pogrążony w myślach (ja) mógł się realnie przestraszyć. Dobrze, że nie jestem mistrzem uroków i nie mam w zwyczaju by częstować ludzi ostrzegawczą Drętwotą czy czymś podobnym. Choć zawsze mógł dostać metalowym lejem przez łeb, jeśli takowy akurat bym trzymał w dłoniach. Śmieję się pobłażliwie na kolejną uwagę. — Przynajmniej ja z naszej dwójki. Wybacz, Rafael — dodaję zaraz, równie złośliwie. Potem przychodzi mi do głowy kolejna uszczypliwość, podyktowana czymś na kształt ciekawości. Bo przecież, strasznie mnie to pali. — Ostatnio nie. Straciłem, widzisz, jedynego kompana, którego jestem w stanie znieść. — Odwracam się przez ramię i rzucam mu dość wymowne spojrzenie. Przecież to czuć, że ostatnio ciężej jest mu wyrwać się na miasto, znaleźć przestrzeń… Cokolwiek… Nie krzywduję sobie wprawdzie, ale nie byłbym sobą, gdybym go nie dźgnął odrobinę i nie wziął pod włos. W sumie, nie jestem pewny czy potrzebuję wyjaśnień dla spokoju ducha. Powinno mi wystarczyć, że przyszedł tu dzisiaj, że wymieniamy się wciąż podręcznikami i że nie chce odpuścić nauki. Taki rodzaj przywiązania bardzo mi odpowiada. Ale… no właśnie. Jest to jedno ale: nie lubię, kiedy coś zaczyna lekko uciekać spod mojej kontroli. Że mam wrażenie, iż nie wszystko wiem, nie we wszystkim uczestniczę.
Opadam na swoje zdezelowane krzesło przy roboczym pulpicie. Obkręcam się w stronę Croucha. Potem wracam do pochłaniania pączka.
— Tam masz zydelek, przysiądź sobie obok, śmiało — zapraszam, a palcem wskazuję na lekko gibające się krzesełko. Rarytasów pokroju wygodnego fotela u mnie nie uświadczy. Chyba, że chce siedzieć na leżance dla pacjentów w otoczeniu mojej wspaniałej aparatury. Zaplatam palce na wysokości mostka i kciukami kręcę młynka. Słucham, słucham. — Intuicja cię nie myli. — Wszystko na papierze wygląda banalnie, jeśli dysponujesz bystrym umysłem. Kiedy przychodzi do praktyki, zaczynają robić się schody. Pamiętam swojego pierwszego pacjenta. Do tej pory cała treść żołądka podchodzi mi pod samo gardło. — Emocje nie zawsze pomagają, ale faktycznie ciężko jest obedrzeć pacjenta z tego, że jest po prostu człowiekiem. Trudno go sprowadzić do zwykłej ryciny, do tkanki bez czucia, zdjętej pośmiertnym tężeniem. Byłoby łatwiej, to fakt, ale cóż. — Zasępiam się. Potem kontynuuję — dzisiaj może mało będzie o faktycznym starciu z człowiekiem, bo jeszcze. na to przyjdzie czas, ale chciałem ci pokazać część moich prac i to, że faktycznie tutaj znajomość rycin jest bardzo pomocna. Co nie oznacza, że wbijając sobie do głowy wszystkie podręczniki nagle zbudujesz protezę. To znaczy, możesz, ale potrzeba czegoś jeszcze… — no właśnie. Sięgam po jedną z protez ręki — pełną, od palców po samo ramię — układam nieopodal Rafaela. Jest obleczona miękkim materiałem. Różowa skóra dość dobrze imituje prawdziwą. — Chcesz zajrzeć pod? Opowiesz mi, co widzisz. Czym to się różni od twoich rycin.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#37
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
18-03-2026, 18:50
Zydelek. Czy on naprawdę powiedział zydelek? Czy tak pospolite słowo w ogóle zasłużyło, by dotrzeć do moich uszu? Spojrzałem na wskazany stołek z dużą dozą podejrzliwości nie tylko ze względu na jego pospolitość, co wygląd, który sugerował, że nie będzie w stanie udźwignąć mojego ciężaru i majestatu. Będzie cudem, jeśli się pode mną nie załamie. Chociaż z drugiej strony miałem szczęście, że na miejscu znajdował się uzdrowiciel specjalizujący się w tworzeniu protez. Będzie mógł sobie zrobić protezę własnej dupy, w którą go kopnę, jeśli ten zydelek się pode mną rozleci.
Pokonałem w sobie pragnienie, by sięgnąć po kolejnego pączka – zawsze to dodatkowy ciężar - gdy z ostrożnością siadałem na chybotliwym krzesełku. Dla pewności nie oparłem na nim całego ciężaru ciała, ale podpierałem się nogami, właściwie półwisząc w powietrzu. Mało wygodne, ale postanowiłem nie narzekać, skoro sam wprosiłem się do Lysa, zamiast zaprosić go do siebie.
Gdy Lysander sięgnął po protezę, niemal żywa imitacja ręki od razu przyciągnęła moje spojrzenie. Może nawet odrobinę niezdrowej fascynacji, kiedy sobie uświadomiłem, jakie obrażenia musiał ponieść czarodziej lub czarownica, dla których została przygotowana. To nie małe rany, które zasklepiały się po paru tygodniach, ale uraz, który pozostawiał ślady na zawsze.
Wyciągnąłem dłoń, przykładając ją do tej sztucznej; na pierwszy rzut oka, zwłaszcza dość pobieżny, były nie do odróżnienia. Obleczone w jakiś materiał całe ramię mogło z powodzeniem oszukać obserwatora co do swojej prawdziwości. W końcu ująłem materiał między palce i uniosłem go powoli, odsłaniając wnętrze, które kryło się pod miękkością imitacji skóry. Zrobiłem to bardzo ostrożnie, niemal się bojąc, że zbyt gwałtowny ruch mógłby zaburzyć coś, co choć przecież sztuczne, sprawiało wrażenie wręcz organicznego. Naprawdę spodziewałem się ujrzeć pod spodem plątaninę tkanek, mięśni i ścięgien, gdy przez krótką chwilę nawet mój umysł dał się zwieść pierwszemu wrażeniu.
- Książki pokazują, jak coś powinno być zbudowane, ale przecież każde ciało jest inne mimo swojego pozornego podobieństwa – mruknąłem, zapominając o chybotliwym stołku i pochylając się głębiej nad protezą leżącą na stole. Sięgnąłem po różdżkę i jedno ciche zaklęcie później przyglądałem się już z bliska i w pełnym świetle z różdżki misternej budowie całego ramienia. - Obrazy i zdjęcia w podręcznikach pokazują warstwowość ciała. Skóra, tkanki... - Tu nie było warstw; zamiast mięśni i ścięgien widziałem system drobnych elementów, które nie próbowały ich odwzorowywać jeden do jednego, a raczej w jak najprostszy sposób przejąć funkcję, którą tamte pełniły w zdrowym ramieniu. - Jak to działa? - zapytałem, odrywając na moment wzrok od protezy i przenosząc spojrzenie na przyjaciela. - Używasz magii do każdego odtworzonego ścięgna osobno? Do każdego mięśnia? Kości? Czy zaklinasz protezę całościowo dopiero wtedy, gdy wszystko złożysz do kupy? - nie przejmowałem się bezpośredniością swojego języka. Ta ręka nie była żywym człowiekiem, nie musiałem być wrażliwy.
Trudno jednak było patrzeć na protezę, którą tak łatwo pomylić z prawdziwą kończyną i nie zastanawiać się nad tym, czy jej nowy właściciel będzie czuł dokładnie to samo. Fascynację, zachwyt, odrobinę niepewności i ciekawość. Czy na nowa ręka zastąpi coś utraconego? Będzie żywą częścią żywego człowieka, czy jedynie przypadkowym zamiennikiem, aby oszukać umysł i myśli? Czytałem o bólach fantomowych u osób, które straciły jakąś część ciała i zastanawiałem się, czy po założeniu protezy i jej magicznym zespoleniu, ciało i głowa będą w stanie zaakceptować ją na tyle, by ból ustąpił?
- Hm... tutaj skóra wydaje się tylko zewnętrzną powłoką. Można odczuwać nią temperaturę? Przewodzi bodźce? - drążyłem, znów skupiając uwagę na ręce. - Każdy z elementów tej ręki zachowuje swoje właściwości? Przez żyły i tętnice płynie krew, która rozprowadza tlen? - dziabnąłem palcem wskazującym protezę, jakby to właśnie ona miała mi udzielić niezbędnych informacji.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#38
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
25-03-2026, 22:40
Często drażni mnie, że słyszy tylko tyle, ile potrzebuje. Resztę zbywa nawet nie tyle milczeniem, co po prostu przełażeniem nad tematem niczym nad kałużą — bez zbędnego przystanku, naturalnie, nawet bez okazania choćby krztyny emocji. I znam go też na tyle, żeby to przełknąć z niechęcią, bez dalszego drążenia tematu, bo nie ma to szczególnego znaczenia. Pozostaje mi tylko utwierdzenie się w przekonaniu, że ostatni miesiąc zmienił naprawdę wiele. I może nie chcę nawet wiedzieć, co dokładnie zaszło? Lubię wbijać kij w mrowisko, ale obecnie nie przynosi mi to żadnej satysfakcji.
Obcieram tłuste od słodyczy palce o skrawek pstrokatego materiału, który wisi smętnie na haczyku tuż przy pulpicie mojego warsztatu. Szybko analizuję każdą część, którą usiana jest pracownia, jakbym chciał się upewnić, że nie ma tu nic, czego Crouch nie powinien dotykać. Są bowiem takie elementy, do których mam dostęp tylko ja, bo bez wiedzy fachowej łatwo jest zepsuć kilka godzin pracy. A ja nie lubię takiego marnotrawstwa. W pełnieniu zadań związanych z moim fachem nagle staję się jakby innym człowiekiem. Moja nonszalancja umyka, podobnie lekkie podejście do świata. Okazuje się, że pilnuję nawet najmniej znaczących szczegółów, moje mięśnie podążają za wyuczonymi ruchami i nie pozwalam sobie na nadmierny entuzjazm. Każdy etap pracy traktuję z należytym skupieniem i nie trawię, nie trawię wręcz wchodzenia w moje kompetencje. Nigdy nie byłem nauczycielem i nadal nie zamierzam nim być na szerszą skalę, ale nagle wstępuje we mnie maniera starego belfra. Chyba zbyt mocno trzymam się pamięcią lat Hogwartu.
Układam spokojnie protezę w rękach Rafaela, nie spuszczam go jednak choćby na moment spod uwięzi mojego czujnego spojrzenia. Zastanawiam się znów czy to dobry pomysł, jednak skoro już powiedziałem A to wypada ciągnąć przedstawienie dalej. Na szczęście mój towarzysz okazuje się być niezwykle ostrożny i z szacunkiem podchodzi do kilku tygodni pracy.
Bujam się lekko na moim krześle i słucham Rafaela. Ma rację, teoria teorią, a życie pokazuje, że samo wyuczenie się schematów nie zawsze wystarcza. Kiedy przechodzi do analizy poszczególnych fragmentów, pochylam się nieco ku niemu lecz nie zwracam uwagi na samą jego osobę, zamiast tego spojrzenie zawieszam na własnym dziele, by poddać je ponownej kontroli. Pewne rzeczy robię już niemal automatycznie i nie zastanawiam się wnikliwie, dlatego objaśnienie wymaga ode mnie przestawienia się na nieco inny tryb.
— Zwykle całościowo. Lub na poszczególne elementy, ale nie na każdy. Magia ma pewne ograniczenia i chodzi tu o utworzenie symbiozy między mechanizmem a zaklęciami, jedno dopełnia drugie. Choć sama mechanika nadal pozostaje nadrzędna. — Jakże to ironiczne. Wymysł mugoli i ich rozwiązania, przynajmniej po części, są tu kluczowe. Wszak protezy pojawiają się tam, gdzie magiczna rekonstrukcja nie działa. To swoisty manifest ułomności naszej czarodziejskiej natury. I o ile niektórych może przyprawiać o grozę, mnie często fascynuje. Nie chcę powiedzieć, że bawi, bo sam jestem elementem świata czarodziejów, daleko mi do mugolskich pobratymców. A jednak, jednak czuję satysfakcję, kiedy wyposażam w protezy osobistości o dość jasno sprecyzowanych poglądach. — Poza tym, jak widzisz, to nie jest odwzorowanie jeden do jednego. Gdyby tak było, myślę że proteza na nic by się zdała. Zwyczajnie nie spełniałaby zadania — przyznaję. Potem pozwalam, aby oglądał dalej. — Żyły i tętnice? — pytam po czym uśmiecham się z rozbawieniem. — To zbędne w przypadku protezy. Co tyczy się skóry, to zwykle nie. Większości zależy na jakichś bardzo podstawowych funkcjach. I te zwykle są najbardziej osiągalne. Musisz pamiętać, że każdy mechanizm ma swoje ograniczenia i każda proteza może udźwignąć tylko pewien zakres funkcji. Jeśli nałożysz zbyt wiele zaklęć, jeśli zaczniesz się rozdrabniać, oczekiwać zbyt wiele, to niestety… mocno się rozczarujesz. — To wciąż substytut. I choć dążę do jak najwierniejszego odwzorowania, choć chcę zwracać ludziom maksimum sprawności, to jednak wszystkiego nie mogę uczynić. — Kiedy tworzę protezy, wiele zależy od tego, czym dana osoba się zajmuje. Co jest priorytetem w jej codzienności i funkcjonowaniu — wyjaśniam.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#39
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
30-03-2026, 17:16
Pochyliłem się jeszcze bliżej nad odsłoniętym wnętrzem protezy, tym razem już bez cienia zawahania, niemal całkowicie poddając się fascynacji, która mnie ogarnęła na widok jej wnętrza i skrywanych sekretów. Coś, co dla Hatley'a było codziennością i oczywistością, dla mnie jawiło się jak zupełnie nowa, nieznana magia. Słuchałem uważnie jego tłumaczeń, chłonąc słowo za słowo i próbując wycisnąć z nich coś więcej niż suche fakty, z jakimi miałem dotąd okazję zaznajomić się w medycznych księgach.
- Cóż, to trochę... rozczarowujące – przyznałem po chwili, marszcząc czoło tak bardzo, że pojawiła się na nim wielka bruzda. - To, że magia musi ustąpić mechanice – dodałem tonem wyjaśnienia. Oczywiście rozumiałem, że nie wszystko da się zastąpić czarami, a odtworzenie kończyny, nawet tej mniej skomplikowanej, wymagało pewnych ustępstw i kompromisów z mechaniką i techniką, ale nie sądziłem, że będą one aż tak daleko posunięte. Byłem przekonany, że to mechanika uzupełnia magię a nie odwrotnie, tymczasem rzeczywistość okazała się mniej magiczna.
- Czyli nie chodzi ściśle o odtworzenie straconej części ciała, co zastąpienie jej substytutem o podobnych właściwościach i zadaniach – mruknąłem pod nosem sam do siebie. Wysnute wnioski nieco usadziły mnie w miejscu i zmniejszyły początkowy entuzjazm, gdy uzmysłowiłem sobie, że nawet magia miała swoje ograniczenia. Praktyczność codziennego życia okazywała się potężniejsza od najsilniejszych zaklęć odtwarzających. - To takie... mugolskie – powiedziałem po chwili z lekkim niedowierzaniem w głosie, spoglądając na Lysandera, jakby to on był osobiście odpowiedzialny za tę konkluzję. - Czym więc nasze magiczne protezy różnią się od tych, które noszą niemagiczni? - Gdzie w tym wszystkim była magia, zaklęcia? Jeśli mechanika była nadrzędna, czy w ogóle potrzebowaliśmy jeszcze magii, aby usprawnić życie ludzi, którzy stracili rękę albo nogę?
Delikatnie poruszyłem jednym z segmentów, sprawdzając zakres jego ruchu, a potem odwróciłem wzrok od protezy i odchyliłem się do tyłu. Daleki byłem od doceniania mugolskich osiągnięć i zachwycania się tym, jak dawali sobie radę bez magii – w tym tej potężnej, leczniczej, która dosłownie potrafiła zdziałać cuda – a jednocześnie byłem lekko przybity faktem, że najwyraźniej sam przeceniałem też magię. Zakładałem, że to zaklęcia, odpowiednio dobrane czary i formuły, tworzyły z protezy coś więcej niż sztywny kawałek drewna, metalu i innych elementów, niemal odbudowując kończynę do jej pierwotnego stanu. Tymczasem rzeczywistość postanowiła wyraźnie ze mnie zadrwić.
Sięgnąłem po kolejnego pączka, postanawiając utopić swój nagły zawód w słodkościach. Pączki miały w sobie magię, której nie rozumiałem i nawet nie chciałem pojąć, ale dzięki niej doskonale wpływały na moje samopoczucie.
- Czyli gdybyś... - zacząłem mówić dość niewyraźnie, bo usta miałem zapchane drożdżowym ciastem – robił protezę dłoni dla... - przełknąłem – skrzypka, to skupiłbyś się pewnie na precyzji wykonania palców, tak? - Oblizałem usta z resztek lukru i wbiłem spojrzenie w Hatley'a, walcząc ze sobą wewnętrznie, aby nie sięgnąć po kolejnego pączka. Przynajmniej nie tak od razu. Starałem się też nadać swojemu głosowi w miarę rzeczowy ton, zastanawiając się, w którym momencie pracy Lysander uznaje, że dotarł do granicy i nic więcej ne jest już w stanie zrobić. Gdzie kończyła się wiedza i umiejętności, a zaczynały cuda, których nawet magia nie była w stanie dokonać? Próbowałem sobie wyobrazić ruch protezy w praktyce, subtelność każdej kosteczki w dłoni, która byłaby zastąpiona mechanizmem i paroma zaklęciami. Czy muzyka byłaby taka sama? Gorsza? Lepsza? Czy można w ogóle zastąpić coś tak delikatnego jak dłoń?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 15:14 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.