• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Ministerstwo Magii > Piętro IV > Wydział Zwierząt
Strony (2): 1 2 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
10-01-2026, 22:13

Wydział Zwierząt
Do Wydziału prowadzi korytarz, w którym łatwo zgubić orientację między kolejnymi drzwiami oznaczonymi numerami. Wnętrze jest podzielone na mniejsze pokoje robocze połączone otwartą przestrzenią wspólną. Na ścianach wiszą schematy, szkice i plansze techniczne, część z nich nosi ślady wielokrotnego poprawiania. W kątach stoją skrzynie transportowe i zamknięte klatki, aktualnie puste, ustawione równo pod ścianami. Biurka są zajęte, ale nie zagracone — leżą na nich notatniki, formularze i drobny sprzęt roboczy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Jesse Leffingwell
Czarodzieje
You'll never get a second chance Plan all your moves in advance
Wiek
30
Zawód
Były auror, praca dorywcza
Genetyka
Czystość krwi
wilkołak
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
18
0
OPCM
Transmutacja
18
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
5
Brak karty postaci
09-02-2026, 21:12
5 maja 1962 roku


Kiedyś jego wędrówka zwykle kończyła się na piętrze drugim. Doskonale zna tamte rejony, jeszcze niezupełnie wyparł z pamięci dni pracy w Biurze Aurorów, dlatego zawsze, ilekroć stawia się w Ministerstwie, nogi niemal same niosą go wydeptaną ścieżką. Refleksja przychodzi zdecydowanie ze spóźnieniem. Musi zrobić kilka kroków w tył, zatrzymać się przy windach i wybrać czwórkę.
W budynku wrze niczym w ulu. Jest tu naprawdę bardzo dużo pracowników i interesantów. Każdy przemierza atrium sprawnie, tylko niektórzy zatrzymują się, oszołomieni ogromnymi rozmiarami Ministerstwa. Jemu spowszedniał widok owej instytucji, dlatego bardzo szybko wnika w tkankę interesantów, wciska się w windę i ma nadzieję, że dotrze na miejsce bez większych problemów. W dłoni trzyma oficjalnie wysłane z Rejestru pismo. Zdaje się, że nie uważał dostatecznie, bowiem ktoś musiał dostrzec jego nadmierną obecność w Londynie. Odkąd opuścił stolicę dwa lata temu, nie bywał tu wcale, tymczasem w przeciągu kilku miesięcy zagląda tu zdecydowanie zbyt często. Kilkukrotnie czytał wezwanie — niewiele z niego wynika, tyle tylko że musi się pokazać, złożyć wyjaśnienia i to pewnie na tyle. Jest w nim jednak tyle frustracji i zmęczenia, że nawet prosta czynność okazuje się niemalże katorgą. Zupełnie pomija kwestię podpisu na papierze; imię i nazwisko niewiele mu mówią. Musi rozmówić się zupełnie z kimś innym, tego jest pewien. Wsuwa na moment kopertę do kieszeni, bo w windzie robi się tłoczno. Uśmiecha się krzywo, niemal wstrzymuje oddech, odlicza sekundy do końca nieprzyjemnej podróży, podczas której żołądek podchodzi mu pod samo gardło.
Uwolniony z metalowej klatki, wysypuje się wraz z dwójką pracowników — tak wywnioskował po zasłyszanej, rwanej rozmowie — na przyjemnie rześki korytarz, ciągnący się przez całą długość Departamentu Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami. Oddycha swobodnie, na ile to możliwe, przerzuca kurtkę przez ramię, poprawia koszulę — spłowiałą, o lekko zmiętych mankietach. Wygląda wprawdzie o wiele lepiej niż kilka dni temu, do szczytu formy jednak wciąż mu daleko. Do pełni jest jeszcze kilkanaście dni, dlatego nie czuje nieprzyjemnych zwiastunów obecności swojego drugiego J A, na twarzy odbija się zwykłe zmęczenie codziennością, a przede wszystkim mało komfortową sytuacją ciągnącą się od dobrych kilku miesięcy.
Do momentu, w którym trafia pod Wydział Zwierząt, korytarz pustoszeje, czuje dyskomfort, atmosfera znacząco gęstnieje przy drzwiach do Rejestru. Kiedy wchodzi do środka po uprzednim obwieszczeniu swojego przybycia, dostrzega kilka krzątających się postaci. Nic, czego wcześniej by nie widział. Biurka z imiennymi tabliczkami jak stały tak stoją, oddzielone niskimi ściankami, oferują odrobinę prywatności, ale niewiele. Choć to chyba ostatnie zmartwienie, bo nigdy nie ma tu tłumów.
Czasami sądzi, że Rejestr to twór martwy, bo mało który obywatel z tych zarażonych likantropią poddaje się chętnie wymogom oficjalnego spisu. W swoim życiu widział tu może kilka twarzy, niekoniecznie będących tu w pełni dobrowolnie. A może po prostu nie trafia w dobrych momentach. Podchodzi do miejsca, w którym zwykle siadywał lecz coś mu nie pasuje. Wyciąga z kieszeni pismo, porównuje podpis z tabliczką.
Ignatius Maffey.
Stoi chwilę przed biurkiem i zerka na młodego czarodzieja, zdaje się że ledwo po Hogwarcie, ale może się mylić.
— Pan? — Pytając poprawia okulary na czubku nosa. Zerka na pismo w dłoni Leffingwella i zaraz się poprawia. — Pan Leffingwell, tak? Wysła… — nie kończy, bo Jesse kiwa tylko głową i wchodzi mu w słowo.
— Szukam Ariany Draganovej. — Dokument chowa znów do kieszeni, na co chłopak wzdycha.
— Pani kier… — znów próbuje się przebić, lecz nic z tego nie wychodzi. Trema to czy strach?
— Chcę szybko wyjaśnić sprawę, nie mam całego dnia panie… panie Maffey — rzuca znów, czytając szybko nazwisko, które zdążyło już wyparować z jego pamięci. Młody czarodziej wreszcie kręci głową, bo zaczyna rozumieć, że w taki sposób nic tu nie wskóra.
— To wspaniale się składa, ja też pragnę załatwić to szybko i bezboleśnie, więc może usiądzie pan i porozmawiamy o otrzymanym piśmie? — Głos ma pewniejszy, lecz wszystko zdaje się być okupione niemałym wysiłkiem. Jesse zacina się na moment, przekrzywia lekko głowę, rozważając czy usiąść.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Ariana Draganova
Czarodzieje
Scars speak without words.
Wiek
30
Zawód
pracownica MM, wytwórca ceramiki
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
11
5
OPCM
Transmutacja
6
21
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
09-02-2026, 22:36
Dwanaście lat w Wielkiej Brytanii. Dwanaście. Wprawdzie bez dwóch miesięcy, ale jaka to była różnica?! Pracuje w Ministerstwie Magii. Legalnie. A mimo to kazali jej się rejestrować, jakby była imigrantką z Pakistanu! Nie obrażając oczywiście imigrantów z Pakistanu. Ariana przecież ma, technicznie, podwójne obywatelstwo. Musiałaby spytać matki, która ostatnio bardzo gorąco namawia ją w listach, żeby przyjechała do Bułgarii na kilka dni. Chociażby na kilka dni. Ari nie ma na to najmniejszej ochoty, a łącząc do kupy listy, namawianie i tę cholerną rejestrację dość powiedzieć, że Draganova nie ma najlepszego humoru przez ostatni czas. Do tego dochodzi świeży bądź co bądź awans i to, że nadal przyzwyczaja się do nowego miejsca, nawet jeśli minęło już kilka tygodni od momentu, w którym przyjęła nominację i zmieniła biurko. Jej poprzednik swoją drogą był okropnym syfiarzem...
Wychodzi z Wydziału Zwierząt w zasadzie na chwilę, tylko po to, by kilka drzwi dalej pogadać z kimś od Rejestru Skrzatów Domowych. Wprawdzie to nie jej działka, ale ostatnio poczta wewnętrzna miewa okazjonalne problemy. Lepiej pomylone papiery zanieść osobiście, niż odsyłać tą samą drogą. Dzięki temu ma krótką chwilę na niezobowiązującą pogawędkę i do Wydziału Zwierząt wraca z kubkiem parującej kawy. Nic nie pomaga na zły humor niż gorąca kawa. Z cukrem rzecz jasna, a mleko ma u siebie. Buty na gumowej podeszwie nie robią praktycznie żadnego hałasu na korytarzu, jedynie długa, czarna sukienka ozdobiona gorsetem podkreślającym talię nieco szeleści, gdy wchodzi wprost do pomieszczeń wydziału. I od razu dostrzega anomalię - za biurkiem rejestru wilkołaków, którym teraz zajmuje się stażysta, siedzą dwie osoby. Nie, zaraz. Błąd poznawczy. Za biurkiem siedzi Maffey, a nad nim stoi Jesse Leffingwell. Jeszcze tego jej tu brakuje. Co ten szczyl odwalił teraz? Ariana nagle łapie się na tym, że to konkretne pytanie może dotyczyć zarówno Jessego jak i młodziutkiego Ignatiusa. Ona też była taka nieogarnięta, jak tu przyszła...? Wie jednak, że musi zareagować już, bo inaczej Leffingwell gotowy sterroryzować młodego - nie, żeby to było jakoś specjalnie trudne, bo Maffey na hasło "wilkołak" potrafił przybrać kolory ściany za swoim biurkiem. A patrząc na to, jak bardzo Jesse lubi tu przyłazić i ją denerwować...
Z żalem odkłada kubek z kawą na puste biurko i stanowczo podchodzi do biurka stażysty. Mimo lekko podwyższonych butów jest niższa od Jessego - od Ignatiusa też, ale on przynajmniej siedzi. Akurat może usłyszeć słowa o piśmie i unosi brwi w wyrazie zaskoczenia, bo nie przypomina sobie autoryzowania żadnego pisma do Leffingwella. Przeważnie, gdy ma do niego pytania, po prostu pcha mu się na kwadrat. Kontrola i wyjaśnienie spraw w jednym.
- Jakim piśmie, Ignatiusie? - pyta łagodnie, a ponieważ dostrzega coś co wygląda na pismo z ministerstwa w rękach mężczyzny, nie czeka na odpowiedź. Zwyczajnie zabiera to pismo z rąk Jessego, zarabiając tym samym przerażone sapnięcie ze strony Maffeya. Pismo jest napisane bardzo elegancko, musi to przyznać. Wszelkie wymogi formalne, daty, miejsca, terminy. Z jednym jedynym mankamentem - nie przypomina sobie, by dawała wymóg wysyłania takiej wiadomości. Z cichym westchnięciem składa pismo i wsadza je sobie za gorset z pełną świadomością, że stąd nikt poza nią go nie wyjmie.
- To bardzo ważne rzeczy, proszę pani, ja musiałem...
- Tak, Ignatiusie, rozumiem. Porozmawiamy za chwilę, ja się teraz tym zajmę. A ty przygotuj mi proszę zestawienie rejonów,w których podczas pełni przebywają wilkołaki na podstawie danych, które posiadamy. Na już. - zaznacza łagodnie, ale z naciskiem. Nie zamierza opieprzać stażysty w obecności Leffingwella, to może spokojnie zaczekać, aż z nim skończy. Po prostu pewnych rzeczy nie robi się publicznie.
- Leffingwell, za mną. Porozmawiamy w moim gabinecie. - rzuca, nie pytając wilkołaka o zdanie i kieruje się do swojego gabinetu. Po drodze zabiera kawę i nie musi nawet się odwracać i sprawdzać, czy Jesse idzie za nią. - Zamknij drzwi za sobą, proszę.
Some folk we never forget
Some kind we never forgive
Haven’t seen the back of us yet
We will fight as long as we live
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Jesse Leffingwell
Czarodzieje
You'll never get a second chance Plan all your moves in advance
Wiek
30
Zawód
Były auror, praca dorywcza
Genetyka
Czystość krwi
wilkołak
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
18
0
OPCM
Transmutacja
18
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
5
Brak karty postaci
10-02-2026, 13:02
Wszystko wygląda nie tak jak powinno — zdaje mu się, że pół świata właśnie staje na głowie, a on powoli przestaje cokolwiek z tego rozumieć. Dodatkowo czuje coraz większy napór irytacji, bo faktycznie nie ma całego dnia na załatwianie papierologii. Gdyby płacili mu za likantropię, być może siedziałby tu właśnie zrelaksowany i popijał herbatę z Maffeyem, odpowiadając grzecznie na jego pytania. Tymczasem, jak wynikało z rachunku, na ten moment bardziej tracił przez swoją przypadłość niż zyskiwał.
Stoi więc nad młodym urzędnikiem i łypie na niego tworząc poczucie presji. W pracy nigdy nie przepadał za nadmiernym rozwlekaniem obowiązków, podchodził do wszystkiego bardzo rzeczowo i konkretnie, obecnie oczekuje tego samego od pozostałych pracowników Ministerstwa. Unosi lekko mankiet koszuli i zerka na zdezelowany zegarek: jest tu już piętnaście minut, o jakieś dziesięć za długo.
— Panie Maffey, doceniam troskę Ministerstwa i zainteresowanie moją sytuacją osobistą, ale dzisiaj wyjątkowo mam sporo rzeczy na głowie, więc chciałbym bez zbędnego przedłużania… — uśmiecha się kwaśno i recytuje na jednym wydechu, nadal tworząc przekonanie, że należy się spieszyć, bo realnie zaraz wyjdzie i tyle go widzieli. Nie siada wciąż, górując nad Ignatiusem. Pozostali pracownicy unoszą tylko lekko głowy i przyglądają się przez moment, potem zajmują się swoimi sprawami. Zdaje się, że nie ma tu chętnych na odsiecz młodemu czarodziejowi.
— Rozumiem, panie Leffingwell, przejdźmy więc może do treści… — znów próbuje coś wskórać, ale i tym razem nie kończy, jednak wcale nie przez wilkołaczego petenta.
Jesse odwraca się przez ramię, kiedy lekkie poruszenie powietrza zwiastuje nadejście kolejnej osoby. Jego mina nieco łagodnieje, potem spina się znów, bo przecież niewiele to zmienia, nadal musi uporać się z pismem. Tyle tylko, że może rozmówić się z Draganovą, nie zaś z Maffeyem. Przecież o to mu chodziło. Przynajmniej jeden element posłusznie wskakuje na miejsce w panującym tu rozgardiaszu.
Ariana zdaje się mieć dzisiaj nienajlepszy nastrój, odczytuje to z ruchów i tonu, którym zwraca się najpierw do młodego czarodzieja, a później do niego. Bez zbędnych pytań, zabiera mu pismo i wtyka sobie za brzeg gorsetu. Cmoknąłby pewnie z niezadowoleniem i skomentował ów cyrk, tyle że Ignatius wciąż świdruje ich wzrokiem, co skutecznie odbiera mu smak na złośliwość.
— Gabinecie? — rzuca ostatecznie nieco zdziwiony, bo jeśli go pamięć nie myli, zajmowała jedno z biurek wśród pozostałych urzędników i wcale nie można było nazwać tego kącika „biurem”. Wzrusza jednak ramionami, bo mu to obojętne, liczy się to jak szybko załatwi sprawę. Ostatkiem przekory, odwraca się jeszcze w stronę Ignatiusa i salutuje mu dyskretnie, lecz na tyle wymownie, aby zrozumiał przekaz. Triumf przez moment jest słodki, potem wrażenie to topnieje gdy zamyka za sobą drzwi biura.
— Niech mnie, faktycznie gabinet — mówi niby to zdziwiony, przyglądając się niewielkiemu pokoikowi z biurkiem. — Ale nie przyszedłem tu po to, żeby zajmować się kwestiami wnętrzarskimi. Czego tak właściwie ode mnie znowu chcecie? I co, u licha, robi tam ten dzieciak? — Stoi prosto, z dłońmi splecionymi na piersi, wyraźnie zniechęcony ministerialnymi formalnościami, oczekujący wyjaśnień. Gdyby to od niego zależało, w obecnym czasie ograniczyłby swój kontakt z Draganovą do listownego wymieniania informacji. Kontrolę raz na kwartał jakoś zniesie, jednak po tym co zaszło w Rosthwaite, coraz więcej w nim złości. Wydaje mu się, że to wszystko zasługa Ministerstwa, zasługa rejestru oraz tego, że przez stosowanie się do litery prawa, nie może nigdzie spokojnie żyć. Prędzej czy później wszystko wypływa na wierzch, a on zaczyna od zera. Wszystko obecnie uosabia się w Arianie, dlatego też to ona bezpośrednio idzie na cel jego niechęci. To zabawne, bo jeszcze w okolicach sierpnia myślał o niej całkiem dobrze, czuł nawet wdzięczność za to, że ich kontakt zdaje się być całkiem mało uciążliwym.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Ariana Draganova
Czarodzieje
Scars speak without words.
Wiek
30
Zawód
pracownica MM, wytwórca ceramiki
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
11
5
OPCM
Transmutacja
6
21
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
14-02-2026, 23:11
Tak naprawdę Leffingwell ma u niej fory. I to całkiem spore fory, płynące przede wszystkim z tego, że kiedyś też tu pracował i to zapewne na dużo ważniejszym stanowisku niż ona sama. W końcu Ariana ma głównie pracę biurową, a Jesse... No, mniejsza o to. Fory sprawiają, że większość rzeczy załatwia z nim osobiście, zamiast wysyłać sowy - i narażać je na zjedzenie - i częściej niż powinna znosi jego humorki. Spojrzenie, które mu posyła, jest jednak dużo bardziej niechętnie nastawionej niż zazwyczaj. To nie jest wina Maffeya, że postępuje zgodnie z prawem, to nie jest jej wina, że Jesse'a ugryzł wilkołak i to wcale nie jest czyjakolwiek wina, że ona sama była świadkiem podobnego ataku. Po prostu bardzo dużo nieprzyjemnych zbiegów okoliczności, które nie są powodem do tego, żeby ktokolwiek straszył jej pracowników. Maffey jest jaki jest, ale przynajmniej jest sumienny. A to znaczy, że Leffingwell nie powinien go straszyć. Za drzwiami własnego gabinetu może mu to uświadomić.
- Oskarżasz mnie o kłamstwo, Jesse? - unosi brew w górę, ale to w zasadzie pytanie retoryczne i nie oczekuje na nie żadnej odpowiedzi. Zresztą odpowiedź w tym momencie nie ma większego znaczenia. - Tak, teraz mam własny gabinet. Awansowałam kilka tygodni temu, jestem kierowniczką całego Wydziału Zwierząt. - mówi krótko w zasadzie tylko po to, by zarysować sytuację. To tak naprawdę po prostu wstęp, by móc wypowiedzieć kolejne słowa. - Dlatego bądź uprzejmy nie straszyć mi personelu, bo robią tylko to, do czego zobowiązuje ich prawo. - zwraca mu uwagę z cichym westchnięciem i siada za biurkiem, upijając łyk kawy. Ach, miała jej dorzucić mleka, cholera. No nic, później to zrobi, teraz miała ważniejsze sprawy.
- Ignatius przejął moje obowiązki związane z Rejestrem. Siadaj, nie będziesz stać nade mną jak sęp. - wyciąga list Maffeya i szybko wynotowuje z niego odpowiednie informacje. Wszystko to, czego brakowało w papierach i o co musiała zapytać. Liczy, że Leffingwell będzie współpracować, bo nie ma ochoty na użeranie się z nim, od tego ma matkę i jej namolne dosyć wiadomości. Do tego dochodzi Jesse i jego odwalanie maniany z miejscem pobytu i... Na szczęście w domu czeka na nią duży kawałek gliny, idealny pod wazę albo doniczkę.
- Podstawowa kwestia. Twoje częste wyjazdy do Londynu. Na tyle częste, że zostały odnotowane. Słucham. - Ari potrafi być cierpliwa, a to jedna z tych rzeczy, o które musi zapytać. Po prostu musi, chce czy nie, takie jest prawo, a ona jest urzędnikiem Ministerstwa Magii. I tak dyskusja z Jessem jest dużo łatwiejsza niż użeranie się z wkurzonymi centaurami, ale zapewne to nie jest zbyt mądry pomysł, by o tym wspomnieć.
- A sprawa numer dwa. Gdzie zamierzasz spędzić najbliższą pełnię? Skoro już tu jesteś. - znowu bierze łyk słodkiej, czarnej kawy, tylko po to by skrzywić się zaraz na brak mleka.
- Accio mleko. - ruchem różdżki przywołuje mleko, na szczęście nie było w lodówce. Teraz może spokojnie napić się kawy takiej, jak lubi. Patrzy wyczekująco na Jesse'a, czekając na odpowiedzi, by zanotować je na kartce i wysłać do odpowiedniej rubryczki.
Some folk we never forget
Some kind we never forgive
Haven’t seen the back of us yet
We will fight as long as we live
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Jesse Leffingwell
Czarodzieje
You'll never get a second chance Plan all your moves in advance
Wiek
30
Zawód
Były auror, praca dorywcza
Genetyka
Czystość krwi
wilkołak
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
18
0
OPCM
Transmutacja
18
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
5
Brak karty postaci
16-02-2026, 23:51
Ściąga ku sobie brwi w geście zaskoczenia. Chyba znów pogubił wątki, bo nie przypomina sobie, aby kogokolwiek oskarżał. Jeszcze nie, choć i na to przyjdzie zaraz czas, bo kilka nieprzyjemnych słów pęcznieje mu w ustach domagając się wypuszczenia na światło dzienne. Nie komentuje nawet pytania, które Draganova rzuciła wyraźnie zniechęcona. Nie zastanawia się nawet nad tym, że nie tylko on może mieć dzisiaj kiepski dzień. To pozostaje poza sferą jego aktualnych zainteresowań, woli szybko załatwić sprawę, by zmyć się jeszcze przed południem na umówioną robotę. Do tego kilka innych spraw, a okazuje się, że każda minuta jest na wagę złota. Skupia się na tym przesadnie, bo łudzi się, że jeszcze jakoś wymanewruje z ujawnianiem pierwotnej frustracji. Może nie dzisiaj, może innym razem — świta mu nagle.
Wcale nie siada na krześle stojącym pod ścianą, nadal operuje w pozycji wyprostowanego, pewnego siebie osobnika, choć wyraźnie zamkniętego na drugą osobę przez ułożenie rąk. Broni się, blokuje bliższą relację — ktoś mógłby to szczerzej zanalizować, lecz Jesse w tym momencie zwyczajnie nie ma ochoty na zbędne uprzejmości.
Wzrusza ostatecznie ramionami, potem wsłuchuje się w wyjaśnienie zmiany lokalizacji biurka. Awans? Zupełnie przeszło to bez echa, przynajmniej dla niego. Ma ochotę cmoknąć, bo wcale nie jest mu to na rękę, zwłaszcza że perspektywa układania się z Maffeyem nie zachęca.
— Chyba powinienem pogratulować, pani kierownik — rzuca wreszcie ledwo powstrzymując się od złośliwego grymasu. Może nie powinien z nią igrać? Ostatecznie teraz miała o wiele więcej kompetencji, co za tym idzie: więcej narzędzi do uprzykrzania mu życia. — Nie straszę — dodaje zaraz. — Nie moja wina, że trząsł się jak galareta na sam mój widok. Czy wy w ogóle robicie jakiś szerszy wywiad i profil charakterologiczny pracownika? — Pyta naprawdę zupełnie nie złośliwie. W jego odczuciu każdy powinien być weryfikowany i sprawdzany pod kątem zdatności do konkretnego stanowiska. Na cóż komu wypłoszony urzędnik w Rejestrze Wilkołaków? W którym — niespodzianka — pracuje się z wilkołakami. Nie jest mu szczególnie żal Ignatiusa. Zupełnie zapomina, że jego pierwsze dni w szeregach aurorów wcale nie wyglądały bardziej imponująco.
Siada dopiero w momencie, kiedy Ariana zwraca mu uwagę. Szurnięciem przyciąga sobie krzesło i opada na nie niechętnie. Układa ręce na kolanach, jedna z nóg podskakuje mu nerwowo w nabytym przed laty tiku. Czeka na kolejne słowa Ariany, przygląda się jej kiedy notuje punkty z wysłanego listu. Pytanie jest takie, jakiego się spodziewał. Wszystko wynikało jasno z pisma: ktoś dostrzegł jego wzmożony ruch w Londynie, w Rosthwaite bywał rzadziej z wiadomych przyczyn. Nie chcieli go tam, więc tylko cudem mógł jeszcze mieszkać w swojej chacie.
— Zatęskniło mi się, wyobraź sobie, za starymi śmieciami — rzuca lekceważąco, potem prycha. — Nie miałem wyboru, wróciłem w celach zarobkowych. W Rosthwaite i okolicach przestali mi oferować robotę. Muszę tłumaczyć to szerzej? — pyta. Słowo za słowem zaczyna czuć coraz większe napięcie. Nie może być inaczej, kiedy wciąż zdaje mu się, że wzmożone kontrole wywołały poruszenie wśród lokalnej społeczności. Ktoś znał kogoś, kto widział podejrzany ruch. Ktoś wypytywał o niego zbyt intensywnie, ktoś jeszcze stwierdził nagle, że od zawsze było z nim coś nie tak. Skoro z Londynu postanowił wynieść się na kraniec świata. Tam, gdzie diabeł mówi dobranoc.
— Tam, gdzie zawsze. W mojej piwnicy. — Patrzy na nią teraz zupełnie beznamiętnie z grobową miną. Gdzie indziej? Formalizm doprowadza go do szewskiej pasji. Ile to już razy? Ile miesięcy raportuje dokładnie to samo? Słowo w słowo. — Łańcuchy i zaklęcia ochronne. — Wreszcie ubiega kolejne pytanie. Te bariery zawsze starczają, by utrzymać go w ryzach. Wybrał chatę przy Derwencie nie bez powodu. Kiedy oglądał nieruchomości w okolicy szukał czegoś, co oferowało możliwość przetrwania pełni. Tam znalazł to, czego potrzebował. Chata miała podpiwniczenie, całkiem solidne, wykute w skalistym brzegu. Po czasie okazało się, że żłobienie prowadzi o wiele dalej, gdyż poprzedni właściciel ukrył w odległości trzech metrów od domu malutki schron. Podejrzewał, że dom był kiedyś mugolski, a ukryta piwnica powstała jeszcze w czasach wojny. Zdawało się też, że nikt nigdy nie przeszukiwał chaty na tyle wnikliwie, aby dowiedzieć się o istnieniu pomieszczenia. Na pewno nie czarodziejska społeczność. Miał więc pewność, że nikt go nie znajdzie w trakcie pełni.
— Coś jeszcze? — pyta, a w jego głosie coraz wyraźniej słychać irytację.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Ariana Draganova
Czarodzieje
Scars speak without words.
Wiek
30
Zawód
pracownica MM, wytwórca ceramiki
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
11
5
OPCM
Transmutacja
6
21
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
19-02-2026, 15:19
Można rzec, że Ariana jest dzisiaj drażliwa. Wszystko się na siebie nakłada, przeplatane świadomością, że mogłaby teraz siedzieć na miejscu Leffingwella, gdyby nie przypadek i szybka teleportacja. Mogłaby mierzyć się z tymi samymi problemami i zapewne jeszcze większym ostracyzmem. Mimo tylu lat w Anglii została potraktowana jak byle imigrantka, a do tego mogłaby mieć spieprzoną każdą pełnię. Cudownie wręcz. Jesse irytuje ją dużo mocniej niż zazwyczaj, sprawiając, że zaczyna całkowicie żałować tego, nie załatwia takich rzeczy sowami. Albo faktycznie mogła zostawić go z Ignatiusem, niech się młody wprawia. Czemu ona w ogóle znosi tego faceta? Nie potrafi sobie odpowiedzieć na to pytanie, a Jesse niczym sęp stoi w jej biurze, przypominając jeden z najgorszych momentów jej życia. Chyba czas na urlop.
Obserwuje pozę wilkołaka, wewnętrznie aż się jeżąc. Stoi z tymi skrzyżowanymi rękami, tak zwana pozycja zamknięta, jakby zaraz miał jej zrobić wykład, że coś spieprzyła. Gdyby była mniej drażliwa, pewnie szybciej by się zorientowała, że mężczyzna też jest niezadowolony, też coś mu doskwiera. Oboje więc nie chcą tu być, a są i nie zdają sobie z tego sprawy.
- Ależ dziękuję. Obejdzie się. - uśmiecha się sztucznie, z trudem powstrzymując sarkazm. Naprawdę ją wkurza i nawet kawa nie może w tym pomóc. - Dziwisz się? - unosi brew w górę. - Co innego uczyć się o jakichkolwiek istotach z książek, a co innego spotkać taką osobiście. Jestem dziwnie pewna, że na trytona lub centaura zareagowałby bardzo podobnie. - w pierwszej chwili ma ochotę powiedzieć o tym ataku, którego była świadkiem, ale się powstrzymuje. W sumie z jakich powodów miałaby to robić? To nie jest interes Leffingwella i nigdy nie będzie. Bo dlaczego niby miałby być?!
- A kryteria przyjmowania do pracy to działka kierowników departamentu. - rzuca wyuczoną formułką, bo także nie uważa, by wszyscy pracownicy byli na odpowiednich miejscach. Niektórych powinno się już dawno wywalić, ale co ona może? Nic. Może najwyżej nie walnąć zaklęciem w Jesse'a, o co mężczyzna się prosi. Przynajmniej siada na dupie i już nie wygląda jak sęp, budząc w niej dużo mało przyjemnych skojarzeń. I nie tylko takich. Zdecydowanie potrzebuje urlopu, choćby kilku dni.
- Mam to zanotować? - pyta udawanie znudzonym tonem. Jakby dostawała sykla za każdego jełopa, który próbuje drwić z pytań urzędniczych, już dawno wybudowałaby sobie pałac zamiast chatki. - Czy wolisz, żebym rzuciła na ciebie Namiar? Lekceważenie prawa to głupi pomysł, powinieneś o tym najlepiej wiedzieć. - tym razem to w jej głosie brzmi kpina. Notuje jednak tę właściwą odpowiedź, a ponieważ jest zirytowana i drażliwa, to oczywiście, że drąży temat.
- Owszem, musisz. Rosthwaite to nie takie małe miejsce, do tego dochodzą okolice. Naprawdę nie ma tam pracy dla... - mierzy go wzrokiem i bardzo szybko gryzie się w język, by nie powiedzieć tego, co w rzeczywistości chodzi jej po głowie. Jesse jest wysoki, umięśniony...- ... mężczyzny? - tym razem to ona krzyżuje ręce na piersiach, i tak już podkreślonych przez gorset i patrzy na mężczyznę.
- Mhmmmm. - jak miło, że wyprzedza pytanie. Ariana nawet nie musi tego notować, widziała tę piwnicę, łańcuchy i sprawdzała zaklęcia. - Może nie w tym miesiącu, ale w przyszłym ktoś przyjdzie to skontrolować. - pewnie tym kimś będzie ona, chyba że wyśle Maffeya. O tak, chciałaby widzieć tę wspaniałą konfrontację... Irytacja w głosie Leffingwella to w aktualnej sytuacji miód na jej skołatane nerwy i pożywka dla szkockiej złośliwości.
- Owszem. - opiera łokcie o biurko, pochylając się w jego stronę. - Czy znasz niejakiego... Damiena McAlloya? - ofiara ataku, którego była świadkiem. McAlloy miał mnóstwo wrogów, ale żeby od razu szczuć go wilkołakiem?
Some folk we never forget
Some kind we never forgive
Haven’t seen the back of us yet
We will fight as long as we live
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Jesse Leffingwell
Czarodzieje
You'll never get a second chance Plan all your moves in advance
Wiek
30
Zawód
Były auror, praca dorywcza
Genetyka
Czystość krwi
wilkołak
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
18
0
OPCM
Transmutacja
18
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
5
Brak karty postaci
19-02-2026, 23:42
Nie dostrzega, że jego rozmówczyni jest wewnętrznie wzburzona. Nieszczególnie go to obchodzi w aktualnej sytuacji; być może jednak, gdyby dał sobie przestrzeń na zrozumienie, obydwoje wyszliby z sytuacji mniej poturbowani. Nic jednak nie wskazuje na to, żeby nadeszła chwila głębszej refleksji. Niesiony na fali niechęci ludzi z Rosthwaite pęczniejącej bez ostrzeżenia, potrzebuje kogoś, na kim da upust swoim emocjom. Wie, że figurowanie w rejestrze nie przynosi wiele korzyści: z perspektywy czasu to dla niego najgorsza z możliwych decyzji, którą był zmuszony podjąć. Jest dorosłym człowiekiem, odpowiedzialnym, przedkładającym bezpieczeństwo innych ponad swoje, a co za tym idzie, wierzącym, że bez cyrku w postaci kontrolowania, potrafiłby zadbać o to, by nie generować niebezpieczeństwa dla postronnych. Mógł uniknąć, mógł uciec. Co jednak, gdyby dusił się później w oparach wyrzutów sumienia? Nie jest pewien, nigdy też nie zdoła poznać prawdy, pozostaje mu więc tęsknota za nieosiągalnym już stanem.
Ignoruje niechęć Ariany, ignoruje też to, że jest dla niej zwyczajnie nieprzyjemny. Siedząc na krześle, nadal porusza nerwowo nogą, przyglądając się własnym dłoniom.
Osoby takie jak Ignatius powoli zaczynają go mierzić. Złości go strach, kiedy nie daje nawet najlichszej oznaki agresji. Jest człowiekiem, nadal. Nic tego nie zmienia, nawet to, że siedzi obecnie w wydziale przeznaczonym zwierzętom — niczym bezpański kundel. To wyjątkowo poniżające. i za każdym razem ma wrażenie, że kawałek po kawałku traci faktycznie swoje człowieczeństwo. Paradoksalnie oddala się od społeczeństwa i coraz mniej wierzy ludziom. Coraz mniej im ufa, czując że ciągle wypychają go na sam skraj.
— Czy ja ci… — powstrzymuje się w ostatniej chwili. — Myślę, że to trochę nie na miejscu, mimo wszystko, porównywać mnie do trytona czy centaura. Z całym szacunkiem. Jestem człowiekiem i niewiele się w tej materii zmieniło. Możnaby rzec, że tyle co nic, wycinając jeden dzień w miesiącu. Jeśli mam być szczery, sam czuję się mało komfortowo w obecności Maffeya. Możesz mu to przekazać — stwierdza, wyraźnie urażony i wyraźnie nie chcąc odpuścić młodemu pracownikowi. Jest obecnie zbyt wzburzony, a co za tym idzie, niechętny kompromisom czy dyplomacji. Milczy w sprawie samej procedury przyjmowania urzędników. Wreszcie opiera się nieco swobodniej na krześle i zarzuca nogę na nogę, bo jeszcze trochę czasu tu spędzi. Śmieje się złośliwie, Draganova zwraca uwagę na każde słówko.
— Proszę mi wybaczyć, pani kierownik — dodaje tylko, wcale nie chcąc jej w rzeczywistości przepraszać.
Sprawa Rosthwaite nie jest prosta, nie lubi do niej powracać. A dostaje już niemalże szewskiej pasji, gdy wypytuje go urzędniczka ministerstwa. Czego ona się spodziewa? Ile musi jeszcze z siebie wypluć, żeby uwierzyła mu w to, co mówi. Za każdym razem tłumaczeniom nie ma końca. Owszem, wolałby teraz siedzieć we własnej chacie, bądź przerzucać słomę na farmie Goffinów, nie martwić się o kolejny dzień i to, skąd weźmie pieniądze.
— Nie. Jeśli już raz pójdzie w eter informacja pokroju „słuchaj, ten spod rzeki to wilkołak” to już raczej nikt cię nie zatrudni — rzuca na wydechu, a jego słowa kipią od irytacji. — Nie wiem, kto był tak życzliwy lecz mogę powiedzieć ci jedno: wasze kontrole wcale nie przyczyniły się do polepszenia mojej sytuacji. Co mam jeszcze zrobić? Jak się wytłumaczyć? Owszem, dbacie o bezpieczeństwo ludzi lecz macie gdzieś to, co się dzieje z takimi jak ja. — Próbuje wygładzić głoski, stara się trzymać w ryzach, by nie wchodził w tony, których później pożałuje. Patrzy na Arianę spode łba. Na zapewnienie o kontroli, uśmiecha się krzywo. — Ależ zapraszam, jak zawsze. Moje drzwi, dosłownie, stoją otworem. —  Rozkłada ramiona w geście otwartości.
Czujność pojawia się w momencie, gdy pada kolejne pytanie. Jaki to ma w ogóle związek? O co jej chodzi? Czy próbuje coś ugrać? Sprawdzić go? Potrząsa głową.
— Przepraszam, bo chyba nie łapię. To ma wciąż związek z moją dzisiejszą kontrolą? — Ariana pochyla się ku niemu, więc odruchowo zaczyna studiować jej twarz, próbując wyczytać intencję. Nie daje się łatwo zmanipulować, nawet kiedy zmniejsza dystans, wywierając na nim presję.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Ariana Draganova
Czarodzieje
Scars speak without words.
Wiek
30
Zawód
pracownica MM, wytwórca ceramiki
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
11
5
OPCM
Transmutacja
6
21
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
07-03-2026, 17:21
Wbrew pozorom potrafi zrozumieć Leffingwella, zazwyczaj potrafi. Nagle stał się obcy wśród znajomych, traktują go jak trędowatego i to wszystko dlatego, że nie z własnej winy skończył jak skończył. Ale prawo jest jakie jest, chociaż ułomne i miejscami podłe, muszą go przestrzegać, nawet jeśli czasem kusi na znalezienie sposobu na obejście niewygodnych ustaw i zapisów. Kwestii rejestracji i kontroli w przypadku wilkołaków nie da się jednak obejść w żaden sposób, co najwyżej mogą wykazywać wzajemnie pozory chęci do współpracy. Jesse nie chce tu być i spowiadać się z każdego ruchu, a Ariana wbrew pozorom wcale nie chce zadawać takich pytań i wpieprzać się komuś z butami w życie. Nie jest w końcu swoją ciotką. Niestety musi to robić, a wilkołak siedzący naprzeciwko w ogóle nie wykazuje ani grama chęci współpracy. A skoro tak, to ona również nie musi, nawet jeśli się stara, przedkładając nieco bardziej współczucie nad irytację. Chciałoby się rzucić „zacznij do cholery współpracować”, ale doskonale wie, że to w niczym nie pomoże.
- Czasem widywałam więcej tego, co zwiemy człowieczeństwem w trytonie niż w czarodzieju, więc ja bym się tak nie burzyła. – wytyka mu, ale bez żadnej złośliwości w głosie. Nie o to jej chodzi zresztą, by porównywać go do czegokolwiek, całkowicie źle to zrozumiał i potrafi pojąc jego urazę. – Oczywiście, że nic się w tej materii nie zmieniło. – przyznaje mu spokojnie rację, czując nieprzyjemny dreszcz biegnący po plecach. – Tyle, że druga natura twojej osoby, ta, która wycina ci jeden dzień z miesiąca, jest ludziom nieznana. A społeczeństwo ma w zwyczaju bać się nieznanego. A przerażeni ludzie reagują tak, a nie inaczej. Nie jesteś temu nijak winny, a mimo to… cóż. – westchnięcie ucieka z jej ust, ale przed oczami ma cały czas tamtą bestię i nie może nie pytać samej siebie, czy zaatakowałaby ją, gdyby się nie teleportowała. McAlloy nie miał tyle szczęścia, ba, nie miał go wcale. – I przekażę twoje uwagi Maffeyowi. – i tak wie, że to nic nie da, bo Maffey jest idiotą, który boi się silniejszych, a słabszymi gardzi. No i nie ma pojęcia, w którym miejscu na tej skali powinien usadzić ją samą. Ari ratuje tak naprawdę jedynie stanowisko i ministerialna hierarchia.
To jest ten moment, w którym najchętniej znalazłaby się jak najdalej stąd. Najlepiej na szkockich polach albo w tej pięknej puszczy niedaleko jej domku, byle z dala od ministerstwa, Leffingwella i w ogóle tego wszystkiego. Gdyby wszystkie wilkołaki były pod kontrolą, problem już dawno by zniknął i byłby święty spokój. Z trudem się powstrzymuje, by nie posłać mu gniewnego spojrzenia na te rzekome przeprosiny i pomija je całkowicie milczeniem. Nie chce robić afery, jeszcze nie chce. Leffingwell jest zirytowany i ona zresztą też. Ta rozmowa zaczyna skręcać w tory, których nie planowała, ale wyjątkowo niespecjalnie się tym faktem przejmuje. Zwłaszcza, gdy Jesse rzuca argumenty ad personam kierowane w jej stronę, przez co prawie aż się jeży z gniewu.
- Jeśli mnie pamięć nie myli, robiłam dosłownie wszystko, Leffingwell, żeby nie podać komukolwiek prawdziwych powodów wizyt. – mówi cicho, starając się, by jej głos nie był tak zimny, jak mógłby być w tej sytuacji. – Jeśli więc masz mi cokolwiek do zarzucenia, to słucham. – jest zła. Jest cholernie zła, bo jak dotąd robiła wszystko, co było w jej gestii, by zapewnić mu jakikolwiek komfort czy to w trakcie wizyt czy odbębniania papierków. Dzisiejsza sobą nie była z nią ustalana. Nie rozgadywała każdemu dookoła, kogo miała w rejestrze wilkołaków, bo Jesse nie był jedyny. A ten jeszcze rzuca oskarżeniami, tuż po tej cholernej pełni i Ari zaciska palce na kubku tak, że aż bieleją jej kostki. – Miesiąc temu faceta w lesie zaatakował wilkołak. Facet ledwo przeżył. – rzuca, jakby to miało wyjaśnić wszystko, te kontrole, pytania. Bo może i wyjaśnia.
- Odpowiedz na pytanie i miejmy to z głowy. Znasz go czy nie? – jej głos jest napięty, jest zły, jest zupełnie inny niż zawsze. – Damien McAlloy to leśny kłusownik, może zetknąłeś się z nim kiedyś? - próbuje jedynie ustalić, czy atak na kłusownika był przypadkowy czy zaplanowany. Nie uważa, by atakującym był Jesse rzecz jasna, nawet by o tym nie pomyślała.
Some folk we never forget
Some kind we never forgive
Haven’t seen the back of us yet
We will fight as long as we live
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Jesse Leffingwell
Czarodzieje
You'll never get a second chance Plan all your moves in advance
Wiek
30
Zawód
Były auror, praca dorywcza
Genetyka
Czystość krwi
wilkołak
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
18
0
OPCM
Transmutacja
18
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
5
Brak karty postaci
12-03-2026, 23:22
Dociera do momentu, w którym nawet nagła zmiana tonu Ariany (jeśli w ogóle by się na nią zdecydowała) i tak nie polepszy atmosfery. Ma już wyrobione zdanie w temacie ich rozmowy i wszystkiego, czym próbuje w niego celować urzędniczka. Nie widzi ani krztyny dobrej woli, bo i nie chce. Nie doszukuje się, nie usprawiedliwia jak zwykle myśląc, że przecież wykonuje obowiązki, które jej z góry narzucono. Nie. To nagle przestaje istnieć, a słowa przybierają barwy zupełnie osobiste, jakby zapieczona w niej irytacja wypływała z zupełnie innego źródła niźli tylko utrudniania wykonywania codziennych obowiązków. Nigdy wprawdzie nie posądzał jej o prostacką niechęć do wilkołaków, bo też raczej wtedy by tu nie pracowała, a może się mylił? Przecież nie byli dobrymi samarytanami, często trafiali do działu przez brak innych miejsc, bądź sądząc po prostu, że tym przyczynią się do stworzenia bezpieczniejszych warunków życia dla obywateli, zwłaszcza tych wychodzących Merlin jeden raczy wiedzieć czemu, w dniu pełni w leśną głuszę.
Słowa tyczące się Trytonów tylko go rozsierdzają. Nie uważa, że Draganova nie ma racji, wręcz przeciwnie; teraz jednak utrzymać musi konkretny front, w którym czuje się człowiekiem tak bardzo człowieczym, że bardziej już chyba nie może.
— Powinszować. Może warto więc zmienić stary porządek działów na jakiś bardziej przystający realiom — parska na jej uwagę nadal wyraźnie poruszony tym, że musi siedzieć w wydziale zwierząt. Umyka mu, że urzędniczka wcale nie próbuje być złośliwa, a jej słowa są raczej spokojne, w przeciwieństwie do jego uzewnętrznień. — Nie winię ludzi. Naprawdę — przez jego słowa przechodzi coś na kształt zdrowego rozsądku. — Chodzi tylko o to, jaką dodatkowo atmosferę się tworzy wokół takich jak ja. Może tego nie widzisz, może nie rozumiesz, bo też nie doświadczysz nigdy na własnej skórze jak to jest żyć z obrożą zaciśniętą na gardle. Ale właśnie to, jak nic innego, prowadzi do jeszcze większej alienacji. Do tego, że niektórym zwyczajnie zaczyna odpierdalać — przestaje krygować się w słowach. Jakby zupełnie zapomniał, iż znajduje się w instytucji wielce szanowanej.
Cóż ona może wiedzieć? Jak mogłaby zrozumieć. Prycha cicho pod nosem. Jeśli nie znajdziesz się po drugiej stronie, to nigdy przenigdy nie poczujesz ciężaru aparatu państwowego. Nie zrozumiesz, że to jeszcze bardziej odrywa cię od zdrowego społeczeństwa, zamyka w narastającej paranoi i obłędzie.
Chce mieć rozmowę za sobą, zupełnie szczerze. Czuje, że potrzebuje zapalić ale nie porusza nawet ręką w kierunku kartonika z fajkami. Wie, że to tylko zaogni sprawę i spędzi tu kolejne uciążliwe minuty na czczej gadaninie.
Kolejne słowa Draganovej spływają po nim falą rozczarowania. Ale na co liczy? Przecież nie przyzna, że zawaliła cokolwiek lub przez ministerialną nadgorliwość został przekreślony w Rosthwaite.
— Najwyraźniej to nie wystarczyło — stwierdza ozięble, dość krótko, bo ma już przecież wyrobione w temacie zdanie, więc tłumaczenie się tu nie pomoże. — Ale podtrzymuję zaproszenie, może osobiste rzucenie okiem nieco rozjaśni ci sprawę i zrozumiesz, dlaczego nie miałem wyjścia i musiałem wrócić do Londynu. — Czuje się upokorzony, bo znów jest na łasce i niełasce tych, przed którymi próbował się ukryć. Potem potrząsa głową.
— O to ci chodzi… — rzuca znów, a jego głos jest jeszcze bardziej rozczarowany. — Skoro wilkołak brał w tym udział, to jak nic muszę coś wiedzieć — dodaje złośliwie. — Bo widzisz, my mamy taką swoją gazetę, w której chwalimy się w rubryce „pełnia” naszymi ofiarami. — Pochyla się lekko w kierunku biurka, wykrzywia usta w uśmiechu, jakby faktycznie opowiedział wyśmienity żart. Ściąga ku sobie brwi. — Nie znam go. — Nie ma ochoty na dalszą rozmowę w temacie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): 1 2 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 16:52 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.