• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, al. Śmiertelnego Nokturnu 88/10 > Kuchnia
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
27-08-2025, 22:52

Kuchnia
Niewielka, surowa kuchnia. Na starym, gazowym piecyku niekiedy cicho bulgocze garnek; nad nim wisi prosta szafka wypełniona najpotrzebniejszymi rzeczami, które szybko nie stracą swojej daty przydatności. Przy oknie, przysłoniętym lekką firanką stoi mały stół nakryty ceratą w kwiaty, obok niego samotne krzesło. Wnętrze wydaje się bardziej miejscem na herbatę czy wieczorną kawę niż prawdziwe gotowanie; czasami jednak spełnia funkcję towarzyskiego kąta, w którym można przysiąść i porozmawiać w półmroku.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Melusine Rookwood
Czarodzieje
Ślepa ja, oślepiona majem. Nic nie wiem prócz, że pachną bzy. I ustami tylko poznaję, żeś ty nie ty
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
03-03-2026, 14:11

Myśl wielka zwykle usta do milczenia zmusza
14 maja 1962

Niechże Hel rozewrze swe chłodne wrota i przyjmie duszę, która potknęła się o zło spektakularne, o szept ― o ledwie drgnienie ciekawości, o miękkie a gdyby, które wślizguje się pod żebra i tam, w najcieplejszej jamie ciała, zaczyna pulsować jak dodatkowe serce. Bo czyż grzech zawsze rodzi się z podłości? Częściej z głodu. Z pradawnego, ewolucyjnego imperatywu, który każe dotknąć ognia, by sprawdzić, czy rzeczywiście parzy. Myślała o tym, oparta biodrem o chłodny parapet, gdy Nokturn pulsował pod stopami jak żyła starego organizmu. Ulica żyła własnym rytmem ― ciężkim, lepko-słodkim, przesyconym szeptem i obietnicą. Ciemne mary przemykały pod oknem, a każda z nich niosła w sobie odrębną historię upadku i przetrwania. Bo tu nie żyło się bez skazy. Tu skaza była walutą.
Czort nie musiał przychodzić w dymie i ogniu. Wystarczyło kilka wersów ― skreślonych pewną, męską dłonią, o charakterze wyraźnym jak cięcie ostrza. Litery miały ciężar. Nachylały się ku niej z pergaminu, jakby wiedziały, że odpowie. A przecież obiecała sobie, że tamten raz będzie jedyny. Jednorazowy jak gwałtowny podmuch wiatru, który rozwiewa włosy, lecz nie zmienia biegu rzeki.
Jakże naiwne było to założenie.
Uśmiechnęła się pod nosem, badając opuszką palca kontur warg ― bledszych, subtelnie stłumionych pomadą, jakby nawet kolor miał być aktem powściągliwości. Śmiech, cichy i niemal dziewczęcy, zadrżał w jej gardle, lecz nie wydostał się w pełni. Ciało pamiętało więcej niż rozum. Pamiętało napięcie w powietrzu, gdy stał zbyt blisko. Pamiętało sposób, w jaki milczał ― a milczenie to było bardziej wymowne niż jakakolwiek deklaracja.
Cóż sobie umyślała?
Że jest ponad to? Że człowieczeństwo można rozdzielić jak światło przez pryzmat ― na cnotę i występek, na czystość i skazę? Ewolucja nie zna takich podziałów. Organizm dąży do przetrwania, do intensywności, do wypełnienia przestrzeni własnym pulsem. A ona była organizmem żywym, spragnionym, czującym. Nawet jeśli pragnienie nosiło znamiona upadku. Nokturn wabił. Z tej wysokości wydawał się niemal romantyczny ― jakby zło było tylko cieniem rzucanym przez zbyt jasne światło latarni. Oparła czoło o szybę, chłodną i niewzruszoną, pozwalając, by oddech osnuł ją mleczną mgłą. W tej mgle mogła być kimkolwiek ― świętą, grzesznicą, kobietą rozdartą między instynktem a zasadą.
― Nokturn wydawał mi się bardziej nikczemny, niż obecnie go widzę ― Czyż on zdawał się czortem? Nie w groteskowej karykaturze ludowych strachów, acz wyrafinowanej, niemal anielskiej odmianie upadku, która nie odstręcza, a wabi. Przyjemny do podziwiania — o rysach ostrych jak krawędź świeżo wykutego metalu, o elegancji, która nie była dodatkiem, lecz naturalnym przedłużeniem jego konstrukcji. Jakby został stworzony w innym klimacie, pod innym ciśnieniem moralnym, gdzie ogień nie parzy, a hartuje. Gorący. Nie w nachalności gestu, lecz w napięciu, które gromadziło się pod skórą, w zwolnionym ruchu klatki piersiowej, w spojrzeniu, co nie błądziło bez celu. Elokwentny ― nawet gdy nie mówił. ― Śmiem powiedzieć, że masz tutaj dość przytulnie. Chociaż wydajesz się… bardziej propagujący potrzebę otwartości przestrzeni ― Nie słuchał jej w pełni ― jak większość mężczyzn, powiadała sobie z przekąsem ― niekiedy w tym niesłuchaniu nie istniało lekceważenie. Raczej selekcja. Jakby wyławiał z kobiecego dialogu to, co najistotniejsze, a resztę pozwalał rozpłynąć się w powietrzu. Wynaturzenie? Być może. Bądź inna architektura percepcji, mniej rozproszona, bardziej skupiona na celu niż na drodze.
Westchnęła. Dym z papierosa uniósł się powoli, nakrapiany bielą, ciężki, niemal kremowy, zanim rozmył się pod sufitem i znalazł ujście w szczelinie uchylonego okienka. ― Mon cher ami, milczący dziś jesteś… Czemu? ― Cóż wprawia Twą duszę w boleści doczesnego czuwania?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Igor Karkaroff
Śmierciożercy
his eyes are like angels
but his heart is cold
Wiek
24
Zawód
przedsiębiorca, zaklinacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
25
OPCM
Transmutacja
14
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
14
15
4
Brak karty postaci
05-03-2026, 22:39
Cynizm, zuchwałość, a zarazem tak drażniąca słabość ― one wszystkie wybijały się spomiędzy zgrabnych liter, one wszystkie pachniały czymś znajomym na krańcach oznajmień, pytań i wreszcie ― propozycji. Spisał je precyzyjnie, nie uciekając się w żadnym wersie do brzydkiej, wulgarnej wręcz, ostentacji, nawet jeśli wiedział, że ta mogłaby się jej spodobać; spisał je z przedziwnym wrażeniem zobojętnienia, jakby opieszałe niedbalstwo wkradło się pomiędzy mięśnie i rozparło je ze stanowczością, pozwalając zapomnieć chwilowo o cnotach czy szlachetności.
Bo dalekim od tychże było znowu nęcić się wzajemnie, trącając słusznie przez nią nazwaną pozą zatraceńców, jakby pomiędzy nimi nigdy nie wybrzmiała świadomość istnienia Nathaniela Croucha; bo dalekim od tychże było znowu grzesznie snuć niedokończoną opowiastkę o małżeństwie ― nadchodzącym, zbliżającym się, w rozgoryczeniu chyba oświadczonym światu właśnie przez niego, mężczyznę w tej układance zręcznie pomijanego.
Na to ― na nią, na to banalnie wygodne zawieszenie w nicości wyzbytej pamięci, sentymentów czy nawet zdrowej dozy człowieczeństwa ― najwyraźniej miał ochotę; na to ― na nią, tego ponętnego, ondulowanego wampa, który nie tęsknił ni płakał, nie żądał i nie prosił ― najwyraźniej miał ochotę.
I wymazawszy z szorstkości pergaminu wszystko to, co nieładne lub niewygodne, zdobywał się nawet na troskę; pod powłoką drańskiego zaproszenia nie czyhała jednak żadna obietnica prawdy, lecz najprędzej teatralnej farsy. Obietnica niemego przedstawienia, w którym obydwoje udają, że się słuchają, że próbują dotrzeć do niezbadanych głębin dusz; obietnica bezgłosego striptizu, w którym obydwoje wystawiać się mogą na oczy jednoosobowego audytorium, z czasem zmierzając ku pornograficznemu performance'owi, odtwarzanemu już w duecie, już przy jednoczesnym ich udziale.
Zgodnie z jego oczekiwaniem, zgryźliwie zechciała odpisać; zgodnie z jego przewidywaniem zapowiedziała swój udział, bynajmniej nie dookreślając daty, jakby swoją odpowiedzialność za podjętą decyzję zrzucała poniekąd na pastwę moderowanej przez niego gotowości, jakby sama nie była pewna, czy bilety na tenże pokaz przypadkiem się jednak nie zmarnują, bo z drugiej strony drewnianych drzwi nie usłyszy może wymownego szczęknięcia zamka.
Ale usłyszała, do pary z szelestem jego kroku; ale zdążyła, na czas realizując wymagania postawione przez enigmatyczne passe-partout. Zamiast rewizji napotkała na wejściu mglisty półuśmiech, nawet ładny, okraszony miękką, niezobowiązującą pieszczotą, którą jej policzek podzielił z jego ustami; zamiast zwyczajowego chłodu minionej zimy odnalazła zaskakującą duchotę ― pozostałość po popołudniowym słońcu, konsekwencję żaru plączącego się u dna paleniska; zamiast pociągającej, młodzieńczej świeżości dojrzała chyba zmęczenie ― swoistą oziębłość, swoistą oszczędność, brak żywicznego pachnidła i wymemłaną już zgoła koszulę, jakby nie miał dość woli do tego, by wspólnie z nią dzisiaj grać.
Ale jej to nie zniechęcało ― ją to chyba nawet intrygowało; bo rozciągała półsłówka w eterze, choć butelka wina prawie się już skończyła, bo zerkała sugestywnie, choć jego zdaniem nie było jeszcze na co patrzeć. Dotąd nie skapitulował nawet jego krawat, dotąd nie skapitulowały nawet jej pończochy.
― Przestrzeń jest zbędna, jeśli nie ma jej kto zajmować. ― Jeśli nie ma jej z kim dzielić, mógłby stwierdzić w zdoła odmiennym tonie, ale to wydało mu się jakieś nazbyt intymne; przykleiła czoło i wachlarz rzęs do szyby, pozostawiając na niej ślad własnego oddechu, ale ten spełzł z niej wkrótce, bo usta ― tym razem jakieś blade, jakieś mniej krzykliwe ― zajęła zabawą z papierosem. Nie zareagowałby na nią, nie zbliżyłby do niej, gdyby nie wykwitłe z oparów pytanie, uwikłane w pozory troski, którym nie chciał wierzyć ― bo nie znali się przecież wcale, bo nie dbali o siebie przecież w ogóle; więc powstał z siedzenia, więc stanął tuż za nią, nad jej uchem szepcząc suche:
― Po co tu przyszłaś? ― Udawać, że widzimy w sobie coś więcej od ładnego ciała?, mimowolnie naszło myśli, ale nie podsuwał jej tego uzasadnienia; zamiast tego prawa dłoń bestialsko wyciągnęła jej fajkę spomiędzy ust, a dłoń lewa nakazała ― sugestywnym naciskiem kciuka na policzek, reszty palców zaś na bok szyi ― na niego spojrzeć i wreszcie to z siebie wydusić, wreszcie wprost to nazwać.
Czekasz, aż każę ci się rozebrać?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Melusine Rookwood
Czarodzieje
Ślepa ja, oślepiona majem. Nic nie wiem prócz, że pachną bzy. I ustami tylko poznaję, żeś ty nie ty
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
06-03-2026, 15:25
Mogłaby wyszeptać zgłoski miękkiej, namiętnej frazy ― Tu es charmante ― pozwalając, by obca melodyka języka osiadła przy jego uchu niczym ciepły oddech. Mogłaby nęcić już od pierwszej chwili, tak jak kobiety czynią od zarania: półsłowem, zawieszeniem głosu, spojrzeniem, które zatrzymuje się odrobinę zbyt długo. A potem ― gdy druga lampka wina rozgrzałaby krew i rozluźniła szwy rozsądku ― mogłaby jednym ruchem sięgnąć po krawat tej jego statecznej powagi, pociągnąć go ku sobie jak wodze niespokojnego zwierzęcia. Materiały szeleściłyby cicho, pończochy napinały swoje delikatne struktury, a powietrze między nimi gęstniałoby od rytmu dwóch pragnień, które zaczęłyby wybijać wspólny takt ― jak tarabany wzywające do pierwotnego tańca ciał.
Bo przecież mogliby.
Mogliby pozwolić, by żarliwość przejęła ster nad tym wszystkim, co jeszcze przed chwilą nazywali przyzwoitością. Zbliżyć się zbyt mocno, zatrzeć granice między oddechem jednego i drugiego. Stół, kominek, ciężkie oparcie krzesła ― przestrzeń wokół nich nagle stałaby się jedynie dekoracją dla impulsu starszego niż kultura, starszego niż słowa. Lecz nic z tego nie następowało. Zamiast gwałtownego ruchu pojawiło się coś dziwniejszego ― marazm, lecz nie martwy. Zdawkowo napięty jak struna, która jeszcze nie została szarpnięta. Stateczność przywdziała nowe kontury w kobiecym usposobieniu, jakby nagle zapragnęła przeciągnąć tę chwilę, rozciągnąć ją do granic wytrzymałości. Zamiast zaspokojenia ― doktryna oczekiwania. Zamiast pośpiechu ― powolne budowanie mostu, który i tak prowadzi w jedno miejsce.
Do łóżka.
Do ciepła skóry.
Do prawdy, której nie trzeba będzie już ubierać w słowa.
Dziś jedno i drugie ― on i ona ― zdawali się nosić na sobie jakieś obce powłoki. Jakby w tej samej przestrzeni, przy tym samym stole, siedziały inne wersje nich samych niż wtedy, gdy nęcili się nawzajem spojrzeniem i dotykiem. Wtedy wszystko było prostsze: ciało mówiło pierwsze, szept podążał tuż za nim, a zepsucie miało smak świeży i niemal niewinny.
― Wydaje się być tutaj pusto, szaro… Niegodziwie ― Dywagowała, wpatrzona w odbicie; zdawało się bardziej prawdziwe niż ciało stojące przed nim ― jakby szkło było surowym kronikarzem biologii duszy, a nie tylko wiernym kopiariuszem rysów. Palce przesunęły się leniwie po linii szyi, gdzie puls istnienia drgał cicho, z uporem małego zwierzęcia, zwieńczając lakoniczne poruszenie. Myśl obleczona w drobnicę rozważań: poruszyć go. Wydobyć z niego gest, słowo, drgnięcie ― cokolwiek, co zdradziłoby, że pod powłoką męskiej stateczności krąży jeszcze krew zdolna do wzburzenia. ― Może dla obecności Twojej? ― Na początku był uśmiech ― lekki jak pierwszy rozchylony płatek wiosennego kwiatu, który nie wie jeszcze, czy przetrwa nocny chłód. Potem przyszły miękkie zgłoski, uprzejme, dla ludzi odgrywających rolę w starej sztuce o spotkaniu dwojga, którzy nie chcą zdradzić przed sobą własnej ciekawości. A teraz… patetyzm. Gęstszy od powietrza, cięższy od ciszy, która zapada między słowami. ― Wszakże chciałeś ugasić swą ciekawość…
Patrzeć na niego, czy dotknąć; nieśpiesznie jednając oręż przemowy niemości, przesuwała spojrzeniem po jego twarzy z ostrożnością. Badając nie tyle rysy, ile pęknięcia między nimi; nazwać negliż prawdą, skradane pocałunki dominantą sprawczej władzy, wzdychanie jego imienia czułością — czy też jedynie lichą dekoracją, pod którą czai się coś bardziej przyziemnego, coś boleśnie ludzkiego.
Ach, pierwotność potrafiła wyzwolić najgłębsze kwestie uczłowieczenia; potrafiła zmusić do mówienia, gdy rozsądek radził milczeć, lub skazać na słodką katorgę ciszy, w której westchnienie nabierało znaczenia większego niż całe tyrady. A jednak dziś było wszystko inne. Nie grała przesadnie, nie wykrzywiała smukłej sylwety w drżeniu performance ordynarności, nie kusiła go tanim spektaklem własnej śmiałości; przeciwnie, wodziła po nim melancholią, jakby była ona jedyną maską, jakiej nie potrafiła już zdjąć, pokracznie działającą twarz i rozgoryczeniem sprzed dni kilku, gdy ją ośmieszono — tak banalnie, tak boleśnie, że pamięć o tym wciąż ciążyła gdzieś pomiędzy żebrami.
Szkoda, że człowiek musiał tyle czuć.
― Taktowność zaproszenia, nakazuje odzew; odpowiedź, przybycie ― Ciało w objęciach męskiego pytania oparła o tors bez ostentacji, niemal z rezygnacją, jakby chciała sprawdzić, czy w tej bliskości kryje się jeszcze coś prócz ciepła skóry; zerkając z jego oczu na wargi i zawracając, jak podróżnik, który nie ufa pierwszej mapie i szuka drugiej drogi do tej samej tajemnicy. Zjadając powoli jego piękno, tajemniczość i niewypowiedziane kwestie. Rozbierz mnie słowem i zaborczością; zagadaj bądź milczymy oboje. Tknęła nosem jego policzek: ― Zapomnijmy, Igorze…
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Igor Karkaroff
Śmierciożercy
his eyes are like angels
but his heart is cold
Wiek
24
Zawód
przedsiębiorca, zaklinacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
25
OPCM
Transmutacja
14
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
14
15
4
Brak karty postaci
22-03-2026, 18:01
I on mógłby zachłannym spojrzeniem dyktować jej warunki tego spotkania, rozstawiając ludzkie kończyny ― te kobiece i te męskie ― w konkretnym układzie; mógłby wpisać ich samych jako bierki, w określone pola od pierwszego do ósmego, od dźwięcznego a po bezdźwięczne h, w ponurym mieszkaniu odnajdując ślady kwadratowej szachownicy. Inicjujący ruch pojawił się tam, w wąskim korytarzyku, gdy pukanie do drzwi niespodziewanie oznajmiło o jej obecności ― to ona była białą figurą, to ona rozpoczynała tok tej rozgrywki. Dumna korona, zdobiąca czoło jej królowej, nakazała najsampierw wstąpić do kuchni, jakby leniwie zastraszała mizernego króla myślą, że impuls nadchodzącego mata prędko zwieńczy jej starania; tak by, w istocie, było, gdyby znużony tą przepychanką zdecydował się skapitulować, jej triumf sprowadzał wówczas do pociągającej nagrody, niemo składanej kobiecie na kolanach, potem współdzielonej jeszcze na ostrym, kanciastym i niewygodnym blacie, gdzie co najwyżej parzono czasem kawę. Bezgłośnie przypuszczał, że Melusine upodobała sobie oglądać mężczyzn na klęczkach, że szczerze ukochała sobie ruch hetmańskiego gambitu, będąc gotową poświęcić pionka z pierwszego rzędu; niewiele kosztowało ją bowiem kokieteryjne komplementowanie, zalotne pomrukiwanie, wreszcie ― misterne przygotowanie własnego ciała do nienagannej prezencji. Ostra, czarna kreska dodawała kociego wdzięku, ciężkie, chyba piżmowe, perfumy mamiły zmysły, ale subtelny róż na policzkach i nienachalny kolor pomadki gasiły nieco tę ostentację, barwiąc ją przy okazji śladem pozorowanej niewinności. Nietrudno było więc żałośnie rozłożyć ręce, nietrudno było stracić zapał do walki o własne zwycięstwo, oddając jej tę konkretną partię.
Ale on, on był zawzięty, podobnie do niej nosząc w sobie ośrodki pewnej nienazwanej drapieżności ― i do jej mata dopuścić nie chciał.
Założona na ramiona apatia mogła ją więc nawet skonsternować, ale była przecież tylko formą figlarnej zabawy; zabawy o tyle nieszkodliwej, o ile nieszkodliwym było adorować nie swoją kobietę i zadowalać nie swoją kobietę. Zasłyszał od kolegi, że jej stan cywilny uległ nagłej zmianie, nakładając na nią kajdany pobrzmiewające melodią ślubnej pieśni; od niej samej jeszcze wcześniej usłyszał zaś, że do małżeństwa jej nieprędko, że nadążyć za nią nie potrafi żaden poznany dotąd mężczyzna ― i bynajmniej się temu stwierdzeniu nie dziwił, we wspomnieniach trzymając perwersyjną kliszę z ich szybkiej, niechlujnej nawet, żarliwości, ukrytej przed światem w kawiarnianej łazience. Rewelacje te zaskoczyły go więc nieco, sądził wszakże, że ta w sercu wciąż trzyma żałobę ― po zmarłym bliskim i po swojej eksmiłostce, odreagowując jej cienie z mężczyznami takimi jak on, z maskotkami takimi jak on. Dzieci lubiły się do nich przytulać, dzieci zwykły z nimi sypiać, a niekiedy nawet się im zwierzać; a potem ― gdy kryzys mijał, albo na wspólne nocowanie wpadała nieco starsza koleżanka lub wyśniony kolega ― wstydliwie się ich pozbywały, zapominając i już do nich nie tęskniąc. I to mu, po prawdzie, bynajmniej nie przeszkadzało, bo wszystkie inne myślały o nim podobnie ― instrumentalnie, pragmatycznie, doraźnie; i to mu, po prawdzie, bynajmniej nie przeszkadzało, bo w końcu i on sam zaczął doglądać w nich pięknych, przydatnych na krótki moment, laleczek.
Obydwoje rozumieli więc, że sednem tego spotkania była igraszka, odważniej nazywana rozkoszą; obydwoje pojmowali też, że po niej i przed nią nie było wielu uniesień, bo z oszczędności, niechęci albo strachu nie dzielili się ze sobą niczym więcej, więc chociaż drogę do niej należało upstrzyć czymś atrakcyjniejszym, więc chociaż wstęp należało ułożyć w ślad jakiejś skomplikowanej gry ― coby nuda nie nastąpiła za szybko, coby satysfakcja smakowała im obydwojgu lepiej.
Więc ona udawała dziś kobietę, która widziała w nim coś więcej od afektu; więc on udawał dziś mężczyznę, któremu nie zależało wyłącznie na tym, by ją wreszcie rozebrać.
― Tylko po to? By zaspokoić moją ciekawość? ― sprowokował pytaniami, ale dla nich nie chciał wcale odpowiedzi; zamiast tego dodał następne, bardziej już dla tej rozmówki znaczące: ― No więc? Dlaczego nic nie opowiadasz? ― On wiedział dlaczego, ale życzył sobie, by sama mu to wyjaśniła. Szczęka zacisnęła się, gdy tak patrzył na nią z boku, wsłuchując się w te blade uzasadnienia; i przez moment przemknęło mu nawet przez myśl, że była naprawdę nieprzeciętna, naprawdę intrygująca ― szczególnie wtedy, gdy nie nosiła kostiumu podłej, gotowej na pożarcie, modliszki. ― Od kiedy tak słuchasz się konwenansów? ― łagodny półuśmiech wstąpił na jego twarz, mając w sobie coś cynicznego, a zarazem urodziwego ― prawie jakby jej słowa sprawiały mu nieoczekiwaną przyjemność; a może to jej prośba, tak ładnie uniżona? ― Zapomnieć? ― powtórzył za nią, dłonią przyciągając ją bliżej, nosem trącając jej własny policzek ― podobnie od tego, co ona czyniła jeszcze przed sekundą. ― Mówisz to jako wolna kobieta, którą znałem jeszcze dwa miesiące temu, czy jako ta niewolnica pierścionka, którego dzisiaj nie założyłaś? Któraś z nich kłamie ― snuł cicho, choć bezceremonialnie, ale na koniec dla wyłącznie dla własnej uciechy; rozebrać mógł którąkolwiek z nich, choć dziwacznie pojmował, że bardziej pociągała go chyba ta druga ― do kogoś należąca, ale z nim właśnie szukająca jakiegoś kojącego niebytu.
A zanim zdążyłaby cokolwiek powiedzieć, postanowił zmotywować ją przydługim pocałunkiem. Całkiem namiętnym, coś na pewno obiecującym, ale dość jeszcze niekonkretnym, jakby nadal tkwili w jakimś zawieszeniu, czy to wszystko w ogóle wypadało im robić.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Melusine Rookwood
Czarodzieje
Ślepa ja, oślepiona majem. Nic nie wiem prócz, że pachną bzy. I ustami tylko poznaję, żeś ty nie ty
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
29-03-2026, 00:07
W szachach mieściło się więcej, niż skłonni byli przyznać ich niedzielni entuzjaści; więcej, niż zdradzała surowa symetria planszy i zdyscyplinowany pochód figur. Były azylem dla tych, którym życie odmówiło zwycięstw ― lichą, lecz wystarczającą namiastką triumfu, osiąganego bez świadków i oklasków. Były też schronieniem dla wyobraźni, która na czarno―białym polu rozciągała własne królestwa, bardziej prawdziwe niż to, co czekało za progiem dusznych salonów. A dla niektórych stanowiły ostatnią formę ucieczki ― nie tyle od świata, co od siebie samych; od własnej niemocy, od ciężaru decyzji, które poza szachownicą nie dawały się cofnąć ani naprawić.
Któż miał dziś wyjść z tej rozgrywki zwycięsko ― z pozoru uprzejmej, prostackiej, podszytej drapieżnym zamiarem? Kto przyjmie rolę uniżonego sługi gambitu; ona, świadomie składająca ofiarę, czy on, który zdawał się nie uznawać podobnych ustępstw? Nie nosił w sobie tej miękkości, która pozwala klęknąć bez wewnętrznego sprzeciwu. Przeciwnie ― trwał w czymś niewzruszonym, w osobliwej, milczącej opoce, skrywającej prawdziwe jestestwo pod warstwą enigmatycznej powściągliwości. I to właśnie ― ta niedostępność, niemal obojętna duma ― przyciągała innych z uporem graniczącym z nierozsądkiem. Na planszy był jak król prowadzony w czerni: nie tyle potężny, co nieuchronny, sunący przez zgrozę małostkowych możliwości z cierpliwością, która nie potrzebowała demonstracji. Każdy jego ruch zdawał się odmierzać przestrzeń nie tylko między figurami, lecz i między intencjami, jakby rozgrywał partię głębiej, niż pozwalała na to sama gra.
― Któż rozsiewał plotki? ― Plotki, ploteczki ― najlichsze, a zarazem najbardziej żywotne pasożytnictwo tego świata; żerujące na słabościach, karmiące się niedopowiedzeniem, rozkwitające tam, gdzie zabrakło odwagi do prostego nazwania rzeczy po imieniu. Nie zdołała powstrzymać drobnego zachwiania kompozycji własnej twarzy ― asymetrycznego uśmiechu, który wyrósł nieproszenie na wargach, jakby sama myśl o zasłyszanej historii miała w sobie coś nieprzyzwoicie rozbawiającego. ― Ledwie trzy tygodnie ciążył mi diamencik na palcu od włoskiego amanta… Imigranta obiecanego przez ojców, nastręczającego perswady: będziesz słuchała, prezentowała, uniżenie pokorna… ― mruknęła faktyczności zasłyszane od tamtego nikczemnika, chcącego zamknąć ją w doktrynach swego sprzeniewierzenia. Wtedy się wściekała, drżała pod napastliwością widma wbicia paznokci w struktury jego tkanek; szukając wyzwolenia w truciznach. Dziś uśmiechała się, pochwalnie żałując rozłamu w dobrze zaaranżowanej kompozycji, wyciągając z tego lekcję: najpewniej to nie ostatni raz takich przykrości. Ach, narzeczony ― przeszły, niedoszły, zbyt gwałtowny, zbyt południowy w swojej naturze Włoch, który pojawił się i zniknął, nim zdążył na dobre wrosnąć w strukturę jej codzienności. Przemknął przez nią jak sezonowy wiatr, zostawiając po sobie ślad równie materialny, co bezużyteczny: chłodny blask diamentu na palcu i dokument, który równie szybko utracił znaczenie, co je zyskał. ― Pozostawił unieważnienie zamiarów i zadowolenie z jego wyjazdu, na zawsze… ― Wtuliła policzek w jego z pozorną miękkością, niemal teatralną w swojej subtelności, pozwalając, by ciepło cudzego ciała i niska wibracja głosu osiadły gdzieś na granicy percepcji. Angielskie zgłoski niosły w sobie coś z podszeptu ― nie tyle diabelnego, co wystarczająco sugestywnego, by wywołać ledwie uchwytne drżenie skóry na szyi. Reagowała na to bezwiednie, jakby ciało wyprzedzało myśl, jakby pamięć doznań była bardziej lojalna niż rozsądek. ― Mi vorrai oggi, amore mio?
Dziś mogła przybrać każdą z masek, jakie świat tak chętnie wciskał jej w dłonie ― stateczność wyuczonej powagi, drżącą lekkość przelotnej miłostki, albo wreszcie tę wersję siebie, której istnienie rzadko dopuszczała do głosu, jakby obawiała się, że okaże się zbyt prawdziwa, zbyt naga w swojej nieosłoniętej szczerości. I choć kłamstwo było narzędziem wygodnym, niemal naturalnym w tej grze pozorów, dziś ciążyło jej jak obcy ciężar, nieprzystający do zmęczonego ciała, które w ostatnich dniach przyjęło na siebie zbyt wiele ― zbyt wiele spojrzeń, zbyt wiele półszeptów, zbyt wiele śmiechu, który nie należał do niej. Może właśnie dlatego przylgnęła do niego mocniej, niemal zachłannie, odnajdując coś stałego, coś, nie wymagającego przesadnej interpretacji ani obrony. Wargi odpowiedziały powoli, leniwie, pozorną obojętnością, pod którą czaiła się jednak zgoda ― nie tyle na obietnice, ile na samą możliwość ich istnienia. Milczenie, które zapadło między nimi, nie było pustką; było chwilą wytchnienia, rzadkim luksusem niewypowiadania niczego, co mogłoby zburzyć tę kruchą równowagę.
― Słuchanie siebie, a innych to dwie różne sprawy… Ileż bym buntu w sobie nie miała, imię rodziny pozostanie najważniejsze ― mruknęła w powzięciu należytego oddechu, litościwemu zwilżeniu dolnej wargi; zwracając nareszcie ciało twarzą w twarz. Należycie jak winno być, igrając rolą nadal zaręczonej kobietki, już nie panny, skoro taka kreacja owocowała wzburzeniem jego ciekawości.  ― Nie miewasz niekiedy dość udawania, spełnienie oczekiwań tego i tamtego człowieka? Tam najpewniej byłeś wolny ― Gdzieś tam, daleko stąd. Dłoń odnalazła drogę wśród kosmyków jego włosów, sunąc po nich na ślepo, aż wreszcie zacisnęła się lekko, niemal ostrzegawczo. Nie uciekł ― a może nigdy nie zamierzał. Kreśląc poznawczo paznokciem po strukturach pomiętej koszuli, w takim wydaniu właśnie wydawał się idealny. ― Mhm… Zapomnijmy o całym świecie, jeśli tylko zechcesz uczynić to ze mną.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 21:23 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.