• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Szkocja > Hogsmeade i okolice > Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie > Zakazany Las
Zakazany Las
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
10-06-2025, 20:29

Zakazany Las
Nieopodal magicznej szkoły zwanej Hogwartem znajduje się głęboki las. Stare korzenie drzew wystają z wilgotnej ziemi, stając na drodze zbłąkanym wędrowcom. Powietrze ma specyficzny chłód – ciężkie, nasycone wonią mchu i butwiejących liści. Między gałęziami przemykają smugi księżycowego światła, na moment rozświetlając fragmenty mrocznej ścieżki. Co jakiś czas dobiegają odgłosy życia – subtelne szmery, szelesty, niepokojące trzaski gałązek. Magia w Zakazanym Lesie nie jest efektowna, lecz przenika każdy cień, każdą ciszę. Jest w cichym oddechu lasu, w milczeniu jednorożców przesuwających się bezszelestnie przez mgłę, w cichym spojrzeniu istot, których nikt nie powinien widzieć. Tajemnica przykrywa tajemnicę, czyniąc to miejsce jedną z największych niewiadomych w świecie czarodziejów.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4
Odpowiedz
Odpowiedz
#31
William Travers
Śmierciożercy
Freedom isn’t enough. What I desire doesn’t have a name yet―
Wiek
32
Zawód
Żeglarz-przemytnik, handlarz i łowca
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
6
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
15
10
Brak karty postaci
22-12-2025, 23:29
30 ― IV ― 1962
zjazd absolwentów

To nie miał być powrót w głąb Zakazanego Lasu. Chciał tylko jeszcze raz spojrzeć na czerń jego gęstwiny ― wciągnąć w płuca zapach, który niegdyś wywoływał dreszcz na karku. Teraz ― stojąc na skraju lasu i powoli ćmiąc Dunhavena ― nie poczuł nic podobnego, a mimo to odetchnął z ulgą. Ostatnie dwie godziny spędzone w Wielkiej Sali poważnie nadwyrężyły mu mięsień w policzku i cierpliwość, kiedy Theodora przedstawiała go kolejnym dawno niewidzianym znajomym z Beauxbatons.
Billy uśmiechał się uprzejmie, obejmował żonę w talii ― to jedno robił bez cienia zniecierpliwienia ― i starał się wykrzesać z siebie tyle zainteresowania, ile akurat było niezbędne, żeby nad życiowymi wyborami niegdysiejszej panny Rosier nie rozprawiano z politowaniem. Wiedział, że zależało jej na tym wieczorze ― dopiero teraz ― poza murami Hogwartu ― poluzował muchę i rozpiął dwa guziki od kołnierza koszuli, której ciemna zieleń idealnie pasowała do sukni Teddy.
Ciężka chmura dymu zawisła w powietrzu.
Coś kusiło, żeby postąpić jeszcze krok albo pięć w głąb lasu. Ile lat minęło, odkąd zrobił to po raz ostatni? Czy teraz ― wraz z całym bagażem doświadczeń ― byłoby to równie emocjonujące? Bardziej sentymentalne? Rozczarowujące? Chuj wie. Zdusił pod butem niedopałek papierosa i wyciągnął z wewnętrznej kieszeni szaty srebrną piersiówkę. Tego jednego na pewno nie robił, będąc uczniem ― nie pił ognistej w tak bliskim sąsiedztwie Zakazanego Lasu.
Może rzeczywiście mógłby wejść między drzewa. Kolejny krok ― może dwa. Tyle, żeby wilgoć trawy zamknęła się nad kostkami, żeby gałęzie zaczepiły o rękaw tej śmiesznie eleganckiej szaty. Myśl była kusząca, bardziej ze znudzenia, niż faktycznej potrzeby rozliczenia się z własnymi emocjami i wspomnieniami. Odkręcił piersiówkę i pociągnął łyk ognistej ― alkohol rozlał się po przełyku i piersi znajomym ciepłem.
Gałęzie zaszumiały.
Gdzieś w oddali trzasnęła gałązka.
Sowa zahuczała nad głową, a Billy przez chwilę pomyślał, że może powinien zabrać ze sobą Theodorę. Pokazać jej Las ― choćby tylko z wierzchu, jak całego siebie. Idiotyzm ― szpilki zapadłyby się jej w ziemię już na błoniach.
Upił jeszcze jeden łyk z piersiówki i zapatrzył się w ciemną gęstwinę, kiedy coś w powietrzu się przesunęło ― czyjaś obecność. Za bliska, nie czekająca na zaproszenie, nie mająca w sobie zwierzęcej ostrożności. Dłoń Traversa zacisnęła się na różdżce, a ciche zaklęcie rozpaliło wokół niego smugę światła. Nie zamierzał być trzecim w potencjalnej schadzce spragnionych ryzyka kochanków ― choć do tej przydałaby się jeszcze jedna para nóg, jak trzeźwo ocenił, opuszczając różdżkę nieco niżej, żeby się nie oślepić―
―najwyraźniej Zakazany Las miał dzisiaj dzień otwarty dla wszystkiego, co powinno pozostać w cieniu.
Jak Wulfric Fawley.
Przez usta Traversa przemknął grymas podobny do uśmiechu, kiedy pokręcił głową, patrząc na niespodziewanego towarzysza.
― Wulf ― co ty tu, kurwa, robisz? Zmrużył oczy, jakby światło źle się ułożyło. ― Potrzebowałeś odetchnąć świeżym powietrzem?
Odchylił głowę na prawe ramię. Las za ich plecami szumiał cicho, jakby z trudem powstrzymywał chichot, a Billy uznał, że jeżeli to ma być przerwa od balu ― to wyjątkowo ironiczna. Jeśli było coś gorszego od rozmów o art déco, to było to towarzystwo aktywistów, których pobliska fauna obgryzłaby do kości, gdyby jej na to pozwolono.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#32
Wulfric Fawley
Czarodzieje
Wiek
34
Zawód
pracownik MM
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
6
Brak karty postaci
02-01-2026, 20:12
Odpowiedź dla William Travers

Nie potrafił już dłużej znieść zgiełku, jaki panował w Wielkiej Sali. Miał wrażenie, że każda rozmowa odbija się echem w jego głowie, a śmiechy i szepty spalały się w jednolity szum, bolesny, jak wżynająca się w płat czołowy migrena, której nie da się zneutralizować żadnym zaklęciem przeciwbólowym. Manewrując wśród tłumu, ignorował natarczywe spojrzenia uczestników uroczystości; nie potrzebował więcej rozmów, nie chciał kolejnych uścisków dłoni, czy kurtuazyjnych wspomnień dawnych lat. Najbardziej jednak unikał kontaktu z własnym bratem, na którego natknął się przypadkiem i chociaż obiecał, że później porozmawiają, życzył sobie, aby te później nie nadeszło dzisiejszego wieczora
Korytarz prowadzący do wyjścia z zamku były pusty, każdy krok odbijał się echem od ścian, a Wulfric z ulgą wciągał w płuca nocne powietrze, gdy wreszcie opuścił mury dawnej szkoły.
Potrzebował samotności. Potrzebował oddechu - przestrzeni innej od tej, którą dzielił z tłumem. Zanim się zorientował, znalazł się na skraju Zakazanego Lasu, jakby prowadziła go tam jakaś niewidzialna siła, stara przyzwyczajenia sprzed lat, kiedy to właśnie tutaj szukał spokoju od natłoku zajęć i kontaktu z naturą.
Chciał wejść między drzewa, pozwolić, by wilgoć trawy wsiąkła w buty, by gałęzie oplotły ramiona, oddalić się od wszystkiego, co ciążyło mu na barkach. Uległ tej kuszącej myśli, chociaż jednocześnie wiedział, że niezależnie od tego, ile kroków postawi w ciemność, nie zdoła uciec przed sobą, ani rozmowę z własnym bratem, ale Zakazanym Lesie łatwiej było udawać, że żadna spędzające mu sen z powiek trosk nie istniały naprawdę.
Las zawsze chyba przyciągał i odstraszał jednocześnie. Jego czarna gęstwina była znajoma i jednocześnie niepokojąca – pachniała wilgocią, próchnem, tajemnicą, której nigdy nie zdołał odkryć. Zatrzymał się na moment, chociaż za te zawahanie nie odpowiadał zdrowy rozsądek, ani instynkt samozachowawczy. Szczerze mówiąc, ani jednej, ani drugi niczego nie sugerował. Zatrzymał się na kilka oddechów, aby czas oczom czas na oswojenie się z ciemnością, chociaż ostatecznie sięgnął po różdżkę i cichym lumos oświetlił sobie drogę, mimo iż nawet nie wiedział, dokąd dokładnie zmierza; nie przyświecał mu żaden konkretny cel, chciał po prostu na chwile uciec przed tym, co zostawił za swoimi plecami.
Wspomnienia ze szkolnych lat wyblakły zupełnie jak fotografie wystawione na ekspozycje słońce, ale pozostał ten sam dreszcz na karku, to samo poczucie, że każdy krok w głąb lasu prowadzi do miejsca, z którego powrót nie zawsze jest taki sam. Tym razem nie chciał wracać. Chciał się ukryć, choćby na chwilę, choćby przed samym sobą i przed nim… bratem, którego twarz widział w tłumie po raz pierwszy od tylu miesięcy.
Zaciągnął się powietrzem, w którym, kilka kroków później, wczuł nutę dymu, a potem także obcą obecność – ktoś już tu był, może równie zmęczony tym, co działo się w zamku jak on.
Echo gałęzi łamiącej się pod ciężarem czyjegoś butem dotarło do niego z głębi cienia. Sowa zahuczała, a Wulfric mimowolnie zacisnął mocniej dłoń różdżkę, gotowy, by odeprzeć niespodziewany atak, którego podskórnie się spodziewał. Nie towarzyszył mu strach, toktóry kazał mu być czujnym, zwłaszcza teraz, kiedy dawny świat znów próbował dopomnieć się o uwagę.
Przysiągłby, że coś – lub ktoś – patrzy na niego z mroku. Powinien posłuchać instynktu. Odwrócić się do lasu plecami, zaciągając się ostatnim haustem chłodnego powietrza i udać się w drogę powrotną do zamku, lecz wtem do jego uszu dotarł znajomy tembr głosu, a gdy podszedł bliżej tego dźwięku odkrył wyłaniający się z ciemności kształt ludzkiej sylwetki.
Najwyraźniej Zakazany Las nie tylko go zwabił w swoje kusząca sidła. Kogo jak kogo, ale Williama Traversa powinien był się tu spodziewać.
Przez twarz Wulfa przebiegł grymas, który mógł przez chwile poudawać uśmiech.
- Dobry wieczór, Will - przywitał się z Traversem, rozluźniając nieco palce z rękojeści różdżki. – Owszem, ty też uciekasz przed tłumem?
Żona ci na to pozwoliła?, miał na końcu, wszak, z tego co pamiętał, zawsze była wyjątkowo towarzyska i nie uciekała przed wystawnymi przejęć. Duh, czasem sama je organizowała.
Widocznie każdego, nawet Traversa, czasem męczyło udawanie.
- Dotarłeś kiedyś do granic tego lasu?
Nie miał zamiaru uciekać przed rozmową, chociaż nie upatrywał w nim towarzysza niedoli.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#33
Cassius Avery
Śmierciożercy
Haunted spirits in my head, the thoughts themselves are the thinkers
Wiek
32
Zawód
badacz umysłów, pracownik MM, zaklinacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
0
25
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
5
Brak karty postaci
06-01-2026, 20:13
Odpowiedź dla Morty Dunham

Nie powinien dać zwieść się pozorom. Ani dawnemu przekonaniu, że potrafi czytać w Mortym jak w otwartej książce. Gdyby miał powiedzieć, co wtedy, przed laty, przyciągnęło go do wiolonczelisty, nie zacząłby od zwrócenia uwagi na jego urodę, ale na to jak pod wpływem emocji ożywiały się rysy jego twarzy, pełne naturalności i uroku, kryjącego się w choćby lekkim przymrużeniu oczu, czy uniesieniu kącików ust, które wydawało się niemal niedostrzegalne, a w tak przejmujący sposób potrafiło zmienić całe jego oblicze. Cassius potrafił dostrzegać pozornie pozbawione znaczenia szczegóły, które z czasem narastały do rozmiarów nieodłącznych elementów nie tyle czyjegoś wyglądu, ale i samej osobowości, bo stawały się czymś nieodłącznym, definiującym całą postać. Gdyby potrafił, to właśnie te drobne szczegóły obrałby za cel swoich pamięciowych grabieży - nawlekałby je potem niczym paciorki na sznurek własnej pamięci, pozbawiałby swe ofiary nie tylko wspomnień, ale i tych charakterystycznych, nieuchwytnych tików stanowiących mimowolnie nieodłączną część ich tożsamości, nawet jeśli nawet nie zdawali sobie sprawy z ich istnienia. Już teraz z rozrzewnieniem obserwował twarze tych, którym za pomocą legilimencji mieszał w głowach, gdy w zaledwie kilka sekund potrafiły one stracić dotychczasową ostrość, a wyraz niedowierzania podkreślała nagła pustka przebijająca się w oczach, bo zamiast do wspomnień uśmiechali się do wewnętrznej, nabrzmiałej przez emocjonalną wyrwę pustki.
Gdyby właśnie teraz miał pozbawić Dunhama podobnej cząstki tożsamości, skupiłby się na tej bezczelnie uniesionej w górę brwi, gdy tak spoglądał na niego w wyrazie napinającej niemal całe ciało prowokacji.
- Jeśli chcesz, możemy cofnąć się o parę rozdziałów, czy tak będzie łatwiej? - odparł równie kpiąco, rzucając w przestrzeń retoryczne pytanie. - Tę decyzję mogę pozostawić w twoich rękach - dodał, jakby przytakując snutemu w myślach wiolonczelisty przypuszczeniu, że i owszem, był przekonany, że to właśnie on, Cassius Avery, rozkładał karty. Ba, mógł liczyć na ich najlepsze rozdanie. Chciwość miała to do siebie, że po rundce kilku spektakularnych sukcesów, zapewniała przekonanie o własnej doskonałości. Niezniszczalności. - Los, umiejętnie poprowadzony, toczy się dokładnie tak jak sobie zaplanujemy. - Posilił się na równie filozoficzna odpowiedź, nie chcąc przyznać, że w słowach mężczyzny kryło się zdecydowanie za wiele prawdy. Prawdy, której nie był gotowy zaakceptować. Wolał manewrować w labiryncie własnych iluzji, z przekonaniem, że jeśli tylko zechce, z łatwością znajdzie drogę do wyjścia. Chodziło przecież o jego własny umysł.
Kiedyś lubiłeś czuć się osaczony - przemknęło mu przez myśl, gdy padło kolejne pytanie. Usta rozchyliły się lekko, oblizał milczeniu górną wargę, nie spuszczając z niego wzroku.
- Chyba już przed laty zdążyłeś się przyzwyczaić do tego, że lubię zachowywać długi za oddane przysługi na czarną godzinę. Tak byłoby i tym razem. Wszystko zależy od tego jak wiele byłbyś w stanie poświęcić. - Czy przyzwyczaiłeś się już do towarzyszących ci w ciemnościach głosów? Czy są już jedynie echem odbijającym się w próżni świadomości? Cassius śmiał w to wątpić, wiedział, że każdy kolejny dzień, a raczej noc. jedynie przybliżał mężczyznę do szaleństwa. Morty był jednak odporny - zahartowany na tyle, aby nie od razu wpaść w wiry maniakalnego zagubienia. Avery nie potrafił jednak ocenić jak cienka była dla niego granica między rzeczywistością a umysłową aberracją.
- Chcesz powiedzieć, że tak dużo o mnie myślałeś? Schlebiasz mi. - Ostatnie zdanie wysyczał przez zęby, naumyślnie brzmiąc jak echo wcześniejszych słów Morty'ego, wypowiedzianych z podobną dawką ironii. Poczuł jednak, że jego serce przyspieszyło na moment. A może zwolniło, czy sama j e g o obecność potrafiła skraść mu tych kilka sekund, zatrzymując jego bicie na krótki moment? Czy przypadkowy wiolonczelista mógł naprawdę mieć nad nim aż taką władzę?
Zamrugał gwałtownie, gdy poczuł na skórze nadgarstka dotyk szczupłych palców. Trzepot rzęs potrwał zaledwie kilka sekund, Cassius miał jednak wrażenie, że trwał o wiele dłużej - dotyk Dunhana odcisnął się w jego duszy jak piętno. Wspomnienie dawnej zachłanności, ciał splecionych ze sobą w nieokrzesanym tańcu, urywanych oddechów, gdy naprawdę wydawało się, że uniesienie już na zawsze pozbawi go powietrza w płucach, wszystko to unosiło się pośród ścian królestwa matki - boleśnie wykrzywionej duszy, podtrzymywanej przy życiu kolejną dawką złowrogiego buntu i okrucieństwa, kierowanego już nie do wewnątrz, ale ku zewnętrznym murom rzeczywistości.
Już dawno pogodził się z myślą, że był potworem w ludzkiej skórze, wytworem kobiety ekscentrycznej, ale i nieustannie nużącej się w szaleństwie. Wolał sobie jednak powtarzać, że ta pustka była jego własnym wyborem, że pozwolił się tak zniekształcić, że w końcu sam przejął pałeczkę, pozwalając aby dokonała się całkowita metamorfoza jego wnętrza.
Uczucie wzbudzone przez jego dotyk było jak nagły haust powietrza. Zupełnie jakby ktoś na moment wytargał go spod powierzchni mroku. Był jak nurek wynurzający się spośród niespokojnych fal na skraju bezdechu.
Jako potwór musiał zmagać się ze szczególnym rodzajem samotności. Zagłębianie się w obce umysły dawało mu chwilowe poczucie przewagi, pozwalało wierzyć, że gdy zawładnie obcymi emocjami, zanurzy się w ich empatii, zdoła pojąć czego mu dokładnie brakowało. I co w stanie był w nim wzbudzić jedynie jego przelotny dotyk. Skąd Morty czerpał tę moc?
Potrafił wzbudzić w Cassiusie strach, właśnie to wydawało mu się przed laty w ich relacji najbardziej niebezpieczne.
Strach przed nieznanym uczuciem.
Strach o n i e g o.
Że go straci.
Dlatego na to pozwolił - zamiast go stracić, skorzystał z najbliższej nadarzającej się okazji, aby zerwać tę więź. Nie ważna była cena jaką za to zapłacił. Jaką zapłaciła Elena.
Przesuwając kciukiem po grdyce mężczyzny, wyrwał się z tego chwilowego letargu. Całą siłą woli starał się utrzymać swoją mimikę na wodzy. Nie dać mu poznać, że odpłynął, że czas na moment stracił na swojej klarowności, że kolejne chwile wydłużyły się, że przed oczami przemknęło mu tak wiele dawnych wspomnień, że niemal zakręciło mu się w głowie.
Kontynuował grę. Czarował go szeptem kolejnych słów.
Przełknął głośno ślinę, Lepiej, żeby nie spoglądał mu znowu w oczu. Znajdowali się blisko bardzo niebezpiecznej granicy, po której przekroczeniu zupełnie straciłby panowanie nad własnym ciałem. Jego dłonie nie potrzebowałyby instrukcji, same z siebie znalazłby dawną ścieżkę na jego skórze, a usta drogę do jego warg.
- Mam nadzieję, że to dopiero preludium... - odparł lekko zachrypniętym głosem.
Nagły szelest już zupełnie wyprowadził go z chwilowego transu, kalejdoskop obrazów przestał przewijać mu się przed oczami. Mimowolnie zacisnął dłoń na barku mężczyzny, gdy ten oparł się na jego ramieniu. Poczuł gwałtowne szarpnięcie i Morty znowu znalazł się w bezpiecznej odległości. Czy na pewno?
- Tak myślisz? - W jego głowie wybrzmiała nuta lekkiej irytacji, podszytej złością, bo w głębi duszy żałował, że przeklęte pnącze postanowiło przerwać im to małe tête-à-tête. - Może masz rację, że błędem byłoby wracać do przeszłości. Może w takim razie powinienem zostawić cię na jego pastwę? - Również sięgnął po różdżkę, nie kwapił się jednak do tego, aby jako pierwszy rzucić zaklęcie.
Chociaż przecież, gdyby mu się udało, Morty miałby u niego kolejny dług.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#34
Lizzy Evans
Zwolennicy Dumbledore’a
have a kind heart, fierce mind & brave spirit
Wiek
19
Zawód
Kadetka aurorska
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
12
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
6
10
Brak karty postaci
09-01-2026, 12:28
Odpowiedź dla Riven Thorne

Na teatralne przewrócenie oczami przez Riven Lizzy zareagowała w jedyny sposób, który wydawał się jej w tym momencie odpowiednim — pufnięciem połączonym ze skrzyżowaniem ramion na piersi. Nie zatrzymała się na długo w tej pozie, wręcz przeciwnie: nie była przecież obrażona na przyjaciółkę, a nawet jeżeli, to przecież nie na poważnie. Znacznie bardziej wolała przeznaczyć ten czas na nasłuchiwanie opowieści Riven. Opowieści, których prawdziwości nie mogła jeszcze zweryfikować. Umysł zajął się więc dzieleniem informacji na te, które mogłyby być prawdopodobne, a te, które z pewnością były wytworem bogatej wyobraźni przyjaciółki. Nie było to zadanie przesadnie łatwe, dlatego też przez dłuższą chwilę Lizzy milczała z poważną miną, zerkając to na Thorne, to na las przed nimi.
— Nie łamię żadnego regulaminu — żachnęła się kolejny raz, ledwo powstrzymując się przed wywróceniem oczami. Zaraz na jej ustach pojawił się szerszy uśmiech. Ponownie zbliżyła się do przyjaciółki, ba, wzięła ją na moment pod ramię, aby konspiracyjnym szeptem pociągnąć myśl dalej: — Nie jestem przecież uczniem. Ty też nie. Więc ostatecznie nie czeka nas żadna kara za złamanie zakazu — idealnie to wymyśliłam, prawda?, chciało się powiedzieć, jednak myśl ta została sam na sam z Lizzy. Czy przez to, że nie groziła jej żadna wymierna kara czuła się lepiej z tym, co robiła? Niekoniecznie. Z każdym krokiem, który wykonała w głąb lasu, wydawało się jej, że czuje na plecach czyjś przeszywający wzrok, ciążący w sposób, w jaki ciążył jej wzrok tylko jednego człowieka na całym świecie; wzrok Albusa Dumbledore'a, dyrektora Hogwartu, człowieka, którego podziwiała całą sobą i w którego imieniu pragnęła działać. Zobaczenie go zawiedzionego jej postępowaniem byłoby dla niej wielką katastrofą. Ale jeżeli po prostu przejdą się po leśnych połaciach, nic im się nie stanie... skąd wtedy Dumbledore miałby wiedzieć, że coś miało miejsce w Zakazanym Lesie i to jeszcze z udziałem Elizabeth Evans?
— Hej! Nawet nie wiesz, jak wymagające są egzaminy wstępne... — Riven doskonale wiedziała, gdzie uderzyć, aby zabolało. Po prawdzie robiła to z taką skutecznością również dlatego, że Lizzy w Hogwarcie nie miała przesadnie wybujałego życia, a przynajmniej od czasu, gdy postanowiła sobie, że zostanie aurorem. Od tamtego czasu starała się, jak tylko mogła, aby spełnić wygórowane wymagania stawiane przez Biuro Aurorów. W końcu kilka miesięcy temu sen się spełnił.
— Przede wszystkim przez ostre krawędzie i to, że błoto w środku nie zaschło. Poza tym — chciała już rozwinąć bardziej wykład o tropach, o przetrwaniu w dziczy (przecież nie tak dawno miała z tego zajęcia i — nie chwaląc się oczywiście — otrzymała z nich najwyższą ocenę spośród kadetów z jej grupy), ale w tym samym momencie dosięgło je tąpnięcie, którego nie powinno się ignorować. I choć wszystko wskazywało na to, że musiały wziąć nogi za paz, nie zamierzała robić tego pierwsza i tym samym przykładać ręki do powstania kolejnej sytuacji, w której Riven mogłaby zasugerować jej strach. Ludzie mówili, że Gryfoni bardzo często mylili odwagę z odważnikiem i był to chyba ten moment.
Dlatego też, zamiast odpowiedzieć od razu, szarpnęła Riven, aby obie zeszły do kucek w niedalekich krzakach. Palec wskazujący wolnej dłoni przysunęła do swoich ust, dając znak, aby Riven przez chwilę była zupełnie cicho. Kolejne tąpnięcie wstrząsnęło nie tylko podłoże, ale poruszyło gałęziami otaczających je drzew. Lizzy liczyła w myślach sekundy mijające między jednym a drugim tąpnięciem — a raczej dźwiękiem, jaki ono wywoływało. Olbrzym nie poruszał się specjalnie żwawo, dlatego też musiała poświęcić dobre półtorej minuty, aby wreszcie odsunąć palec od ust.
— Gdyby szedł do nas, dźwięk przyszedłby do nas szybciej — wytłumaczyła w jednym z najcichszych szeptów, które mogła od niej usłyszeć Thorne kiedykolwiek. — Póki jest niedaleko, na olbrzymie niedaleko, lepiej zejść mu z drogi. Wycofamy się w stronę przeciwną do zostawionych śladów i powinnyśmy trafić do wyjścia. Patrz pod nogi, nie możemy nadepnąć na nic. I nie może nas zobaczyć — starała się brzmieć racjonalnie, ocenić sytuację na chłodno. Czasem sama była pod wrażeniem, co kilka krótkich miesięcy szkolenia potrafiło zrobić z człowiekiem. Gdyby taka sytuacja przydarzyła się jej rok temu, pewnie już zalewałaby się łzami w rytm powracających do niej wspomnień z całego życia. Teraz natomiast obejrzała się do tyłu przez ramię — czysto — i objęła Riven ramieniem. — Cokolwiek będzie się działo, jesteśmy razem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4


Skocz do:

Aktualny czas: 11-01-2026, 00:41 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.