• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, Hadrian Street 24 > Salon
Salon
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
04-01-2026, 13:28

Salon
Najprzytulniejszy pokój w mieszkaniu. Duży fotel, miękka (chociaż zużyta) sofa i liczne bibeloty sugerują, że przestrzeń jest zarówno często użytkowana, jak i zwyczajnie lubiana. Pod ścianą, zaraz przy wejściu, umieszczony jest sprzęt wędkarski właściciela, a na ścianach umieszczono obramowane zadjęcia i kilka wykonanych węglem rysunków koni, które zakupił na targu staroci.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (3): « Wstecz 1 2 3
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#21
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
07-04-2026, 22:42
- Przecież wiesz, że ja też nie chcę iść do baru... - wtrąca z narastającą bezradnością, bo nadal nic nie rozumie. Przecież Titus wie, że Ambrose nie lubi barów, bo—jako jedyna poza barmanem (i to nie zawsze) trzeźwa w nich osoba—też ich nie rozumie. Poza tym, w tym miesiącu mają już iść do baru z Lupinem i Bonesem... więc drugi raz mógłby się przemóc w czerwcu, czy coś.- ...ani spędzać urodzin na strychu. - Titus nie wie, że strychy też przedawkował. Napierw strych w domu teściów. Musiał przeszukać tam straszny bałagan, by uświadomić kolegów z policji, gdzie mają szukać starych faktur. Ośmielony tym sukcesem, spędził też spor czasu na strychu w Dolinie Godryka. Niestety, mama odkurzała tam raz w tygodniu i trzymała wszystko w uszeregowanych alfabetycznie pudłach, więc szukając zapodzianych dokumentów i mrocznych sekretów odniósł spektakularną porażkę.
Wspomnienie Doliny Godryka przeszywa go drobnym ukłuciem sumienia. Mieli nie mieć już przed sobą tajemnic... i chyba tajemnice Dolores się w to wliczały. Ale dzisiaj świętują urodziny, więc rozmowa o ojcu i rodzicach może poczekać (jak w ogóle ją zacząć? Wiem, że to cię zaskoczy, ale wydedukowałem, że mama nie jest moją biologiczną mamą?). Mają w końcu czas, przecież trupy z szafy Dolores nie wyjdą stamtąd jutro ani pojutrze ani nic.
Daruje sobie komentarz, że nie mogą zaprezentować nic przed domem, bo mieszkają w mieszkaniu. Może Titus ma na myśli dom mamy, czy coś...
Sytucja staje się jaśniejsza, gdy prezentuje Titusowi wędkę. Chyba trafił, chyba się podoba. Właściwie trudno mu ocenić, nie zna się na wędkach, ale Tite uśmiecha się szeroko, więc Ambrose też się uśmiecha.
- Na pewno jest dobra? Nie znam się na specyfikacjach... Mogli mi wcisnąć najlepszą, ale nie najlepszą. W razie czego można wymienić. - nie można, ale poznał już ekspedientkę i dla jego uroku nie ma rzeczy niemożliwych (chyba, że są). - Wszystkiego najlepszego. - mówi bardziej miękko, podnosząc dłonie, ale Titus cofa się z półobjęcia zanim ramiona Ambrose'a w ogóe zdążą go opleść. Zawsze był bardzo szybki, szkoda, że z drużyną Quidditcha wyszło jak wyszło... Na moment zawiesza wzrok na jego dłoniach, szybkich i ekspresyjnych. Na moment się rozkojarza, ale otrzeźwia go propozycja: - Nie no, to twoja wędka i twój prezent... - przypomina z zakłopotaniem. - Wszystko w porządku? - Titusowi w pracy nigdy nie trzęsą się ręce. - Może wypiłeś za dużo kawy... - diagnozuje. - Ale ja chętnie się napiję. - nie pije alkoholu, więc pije kawę, uważając się za odpornego na kofeinę (niemożność zaśnięcia po piątej rano to na pewno przypadek).
Nie jest pewny o co chodzi z tymi instrukcjami, ale faktycznie rozpiera go ciekawość, więc nie protestuje. Najpierw ściąga jednak mundur, bo jakiś porządek musi być. Przez kilka ostatnich dni pilnował, by nie chodzić przy Titusie półnago, ale teraz o tym zapomina i nie wie, że jest obserwowany. Zakłada jasne spodnie, przebiera koszulę na białą i wyprasowaną i w pierwszej kolejności...
...miał sięgnąć pod łóżko, ale niepokoi go ta szuflada i przechowywana w niej korespondencja. Zagląda tam niecierpliwie.
- A NIE MÓWIŁEM! -  triumfalnie machnąłby mandatem, ale szanuje te dokumenty, więc zostawia go w szufladzie. Jutro będzie musiał przypomnieć Titusowi, żeby zanieść go na komendę, do biurokracji. Obraca się przez ramię w stronę salonu i posyła Titusowi szeroki uśmiech. - Jaką miał minę? Będzie już cicho? Zmyślił jakąś durną wymówkę? - widzisz, jakie życie jest prostsze gdy wymusza się na innych przestrzeganie prawa? Mógłby mówić dalej, ale zagląda pod łóżko i zapada długa, długa cisza.
Rozpoznaje model od razu, jeszcze zanim weźmie miotłę w ręce—ale przez chwilę stoi jeszcze sam, spoglądając na prezent z rosnącym niedowierzaniem.
W końcu wraca do salonu, trzymając Spadającą Gwiazdę na otwartych dłoniach, jakby była najcenniejszym przedmiotem w tym mieszkaniu. Bo jest. Od kilku miesięcy spoglądał na nią w gablocie Broomstix, od roku czytał o projekcie tego modelu i najnowszych specyfikacjach, ma wyrytą w głowie prognozowaną szybkość i cenę. Merlinie, cenę. Okej, kupił najlepszą wędkę, ale ta miotłą była droższa, a Titus miał na głowie remont łazienki, musiał oszczędzać na nią...
...przelicza szybko w głowie. Pewnie kilka miesięcy. Jeszcze zanim tutaj zamieszkał, zanim się pocałowali, zanim w ogóle wrócił z Cardiff.
Chyba zaniemówił.
- Tite, ona jest za droga... - mówi w końcu cicho, z miną niewyrażającą żadnej ekspresji, podnosząc powoli wzrok. Nie kupiłby jej nawet przed rozwodem i wydawało mu się, że—nie licząc tamtego razu gdy niechcący rzucił na mamę urok by kupiła mu miotłę dziecięcą—wydawało mu się, że nikt nie kupiłby jej jemu. Bardzo ostrożnie odkłada miotłę na stół w jadalni i to tylko dlatego, że wczoraj położył tam świeży obrus. Ręce się mu nie trzęsą, ale jego oczy zaczynają lśnić gorączkowo, teraz też rozpiera go ochota—by polatać pod gołym niebem i...
...podchodzi do Titusa, zaciska dłonie na jego ramionach zanim ten znowu gdzieś zniknie. - Przetestujemy ją jutro, w Dolinie? - i tak muszą się tam pojawić, bo mama by ich zabiła. W świetle dnia będzie lepiej. Nachyla się prędko, w tym geście jest gorączkowość na jaką nie pozwolił sobie przy drogiej miotle—ale reflektuje się w ostatniej chwili, gdy usta jego i Titusa dzielą już tylko milimetry. - Mogę...? - po ostatnim, nietrafionym razie (po tamtej sytuacji wszystkie inne inicjował Titus albo poprzestali na innych wyrazach bliskości) woli się upewnić.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#22
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
09-04-2026, 00:55
Problem polegał na tym, że Titus nie pił kawy niemal wcale – świadom zbyt agresywnego pobudzenia z niej płynącego. Nie mógł znać się na fizjologii i dokładnym, chemicznym składzie spożywanych substancji, jednak herbata pełniła tę funkcję lepiej, bo łagodniej. Nie sprawiała, że serce biło trochę zbyt szybko, nie utrudniała koncentracji, nie wprawiała jego rąk w paralityczne drżenia. Ekscytacja którą obecnie poczuł, wprawiła go chyba w stan podobny do kofeinowego upojenia – ruchy były niezborne, a umysł nieskory do współpracy.
– Jest naprawdę dobra. Bardzo dobra. Sto razy lepsza od każdej, którą mam w domu. Rosie, nie martw się, naprawdę mi się podoba – szczerzy się przecież, popisując się kurzymi łapkami, odchodzącymi od oczu niczym promienie słońca wychodzącego spod dłoni małoletniego rysownika. – To nic takiego, nic mi nie jest – odpowiada machinalnie, jakby wspomnienie o szczerym wzruszeniu nie przechodziło mu przez gardło. Prezent zrobiłby na nim ogromne wrażenie nawet gdyby nie byli tu razem – w tym układzie, który nie wymagał chyba odpowiedniej nazwy. Nabierał podwójnego znaczenia, gdy to wszystko było już bardziej znaczące. Nawet drobne gesty – małe uprzjemości, które wykonywał pewnie i kilka miesięcy temu, nim na horyzoncie zamajaczyła możliwość, by w ogóle mogli jeszcze kiedyś zbliżyć się do siebie w ten sposób – wydawały się obecnie nacechowane czymś cieplejszym i intymniejszym. Czuł to zaraz po zakończeniu szkoły – czuł to znowu. Teraz nic nie mogło tego zburzyć – nie tak szybko jak lata temu – czuł to, oczekiwał tego i naprawdę tego chciał.
Wróci jeszcze do myśli, którą obecnie porzuca na rzecz wpatrywania się w rytuał Ambrose’a – zawsze zdejmującego mundur w tej samej ilości ruchów – zawsze składającego najpierw rękaw prawy, potem lewy. Zawsze zakładającego ubrania w tej samej gamie kolorystycznej. Ubrania Harrisona bywały czymś wymykającym się elegancji i schamatowi. Dawały powody do zastanowienia – czy różdżka w jego dłoniach na pewno powinna tam bywać? Nie wyglądał dziwnie ze słuchawka telefonu przy uchu. Nie wyglądał dziwnie w mugolskim kinie. Nie wyglądałby dziwnie nawet w kościele – w końcu wiedział jak się w nim zachowywać.
A mimo tego, że Ambrose zawsze wyglądał tak samo – może pomijając oczywiste zmiany zachodzące w ciele każdego człowieka wraz z wiekiem – bywały momenty, kiedy nie mógł oderwać od niego wzroku i momenty te zatrzęsły jakiś czas temu jego przekonaniem o niewrażliwości na urok męskich potomków wil. Odrywa wzrok i kieruje swoje kroki do kuchni dopiero wtedy, kiedy światło nie spływa już po gładkich plecach partnera, a ten ukrywa je pod materiałem zapinanej pospiesznie koszuli.
Uśmiecha się, kiedy słyszy triumfalne a nie mówiłem. Był synem swojej matki – nawet jeżeli Harrison wcale nie potrzebował już instrukcji, w której wyjaśnionoby mu brak więzów krwi pomiędzy Dolores, a jej wychowankiem. Ta wiadomość wydawała się oczywista i przedziwnie lekkostrawna, szczególnie po emocjonalnej brei, jaką pożarł w trakcie przeszłej, żywiołowej kłótni.
– Zdziwił się, że jestem psem… – śmieje się do siebie, kiedy zaczyna tłumaczyć Ambrose’owi to, jak reagował jego – ich – sąsiad. – I chyba z wrażenia da nam spokój przez najbliższe kilka tygodni. Powiedział, że pomoże z tą łazienką i może załatwi nam jakieś meble. A i tak dałem mu najniższy możliwy mandat… – i mówiłby dalej, gdyby nie niska responsywność partnera. Kiedy wrzuca do kawiarki odpowiednią porcję mielonych ziaren, słyszy szurający odgłos – pasujący do tego, którego spodziewałby się po wysuwanej spod łóżka miotle. Zaciska palce na pudełku zapałek, a powolnym ruchem – jakby nie chcąc przegapić żadnego dźwięku – wyciąga zeń pojedynczą, po chwili odpaloną nagłym ruchem nadgarstka. Gdy palnik bucha płomieniem, do pomieszczenia wchodzi Day. A wraz z Day’em, wchodzi również jego skarb. Może i ich skarb – skoro za moment planują już testować ją razem.
– Też uważam, że jest za droga. Musi mieć nałożoną ogromną marżę, no nie? – śmieje się, obserwując dłonie partnera. Jego kark, jego twarz – doszukując się cienia rumieńca. Zatrzymuje się na jego oczach – te zdradzają zadowolenie, które próbuje ukrywać. Czemu? Czemu nie może pozwolić sobie po prostu na nieco spontaniczności? Czemu nie moze po prostu powiedzieć, że to najlepszy prezent jaki dostał od kilku lat, bo wiedział, że tak było? Specjalnie zbierał na nią kilka miesięcy. Nie cofnąłby swojej decyzji nawet po drogim obiedzie z Sage. Nawet w obliczu konieczności remontu cholernej łazienki. Ujęty za ramiona tylko ugina się przymilnie – nie ma zamiaru uciekać, nie ma też zamiaru odmawiać jeździe próbnej w Dolinie czy pocałunkom, o które… – Przecież nie musisz pytać – mówi, właściwie wiedząc chyba co było powodem całej sytuacji. Problemem, który pojawił się wyjątkowo po tym, kiedy przy próbie pocałunku – Titus zareagował impulsywnym ciosem w policzek. Harrison prostuje się jedynie – chcąc ułożyć łagodne pocałunki po kolei na górnej wardze, policzku i żuchwie partnera, ujmując drugi policzek w gładzącą go delikatnie dłoń. – To głupie, że to wszystko wydaje się drugą młodością? Jakbyśmy znowu mieli po osiemnaście lat – przesuwa głowę na bok. Zdecydowanie nie wyglądają tak jak wtedy – dorobili się blizn, zmarszczek, nieprzyjemnych nawyków i traum. A jednak czasami czuć mogli się dobrze – tak jak teraz, tak jak przez znaczną większość wieczorów, które spędzali ze sobą. – Tylko teraz możemy się… – zawiesza się, wypuszcza cięższy oddech i równie ciężko przetacza spojrzeniem pomiędzy lewym, a prawym błękitem oczu Day’a. – Możemy pozwolić sobie na coś więcej. I zarabiamy, więc możemy dawać sobie prezenty, na które sami żałowalibyśmy pieniędzy… – śmieje się wreszcie, byle poczuć się swobodniej w obliczu otaczającego go napięcia. - Co chciałbyś dziś zrobić?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#23
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
09-04-2026, 04:17
- Magipolicjantem, nie psem. - poprawia go odruchowo. Przywykł do tego, że prywatnie Titus posługuje się tym... slangiem (on sam: nie), ale wystawianie mandatu wymaga pewnej formy decorum, podtrzymania autorytetu, zastraszania, jak zwał tak zwał. Nic dziwnego, że Harrison dał mu najniższy możliwy mandat. Innego dnia przewróciłby oczyma, ale dziś nie przestaje się uśmiechać. Titus opisuje wszystko tak barwnie, że oczyma wyobraźni widzi zaskoczenie sąsiada. Poza tym, przecież od zawsze wie, że partner ma do mandatów za miękkie serce. Sąsiad i remont łazienki (choć ten odbije się wyrzutem sumienia na myśl o cenie miotły) schodzą jednak na dalszy plan, gdy Ambrose znajduje pod łóżkiem kolejny prezent (bo mandat to też swego rodzaju podarunek, nieprzypadkowo Tite zdecydował się właśnie teraz. Głównie przez zalanie łazienki, ale przez urodziny chyba też).
- Robocizna też jest droga... - wtrąca, przesuwając opuszkami palców po najlepszym drewnie i nie mogąc wyjść z podziwu nad tym, jak idealnie wyważona jest Spadająca Gwiazda. Jaka musi być zwrotna, jak szybka. Zawsze się nad tym zastanawiał, ale luksusowe miotły to nie ubrania w domu towarowym, nie da się ich tak po prostu przetestować (chyba, że ma się na nazwisko Avery albo Black albo Crouch, ale tego nie sprawdzał; w każdym raziemundur nie działał). Sklep na pewno nałożył na nią zawrotną marżę, ale gdyby cena była nieproporcjonalnie zawyżona w stosunku do jakości nie pożądałby tej miotły aż tak. Na pewno kilka razy wychwalał ją Titusowi, rozwodząc się nad ulepszeniami wprowadzonymi w stosunku do Komet. Ale i tak nie spodziewał się...
Zachowuje poważną minę, ale oddycha nieco szybciej—co Titus widzi już z bliska, gdy Ambrose nachyla się ku niemu i ma już ręce wolne od miotły. Waha się w ostatniej chwili, więc to Harrison skraca dzielącą ich odległość.
- Już nie muszę? - upewnia się cicho, bo lubi jasne sytuacje. Przymyka oczy, właściwie woląc pocałunki Titusa od zainicjowania własnego. Nie powie mu tego, ale nikt nigdy nie dotykał go tak delikatnie i... czule, to chyba właściwe słowo. Przy kobietach jego urok tłamsi chyba tego rodzaju uczucia na rzecz gorączkowej namiętności, albo po prostu miał pecha. A mama... mama zawsze była surowa.
- Nie, to nie głupie. - protestuje od razu, wciąż zachowując powagę. Jeśli to było pytanie retoryczne, to jak zwykle tego nie wyczuł. Przytrzymuje dłoń Titusa przy swoim policzku. Drugą odnajduje jego wolną rękę i przesuwa powoli palcami po przegubie i przedramieniu, wdzięczny za luźny krój kolorowej koszuli. - Też się tak czuję. - szepcze, chociaż nie precyzuje jak. - Możemy się co? - ciągnie za to Titusa za język, ale wyjątkowo jak na siebie nie naciska (jeszcze), patrząc w brązowe tęczówki. Czasem wydają się czekoladowe, czasem ciemne jak ulubiona kawa, a czasem promienie słońca wydobywają z nich odcień złotawego bursztynu. Na chwilę gubi wątek prezentów, wyławiając z barytonu Titusa raczej ogólny sens niż poszczególne słowa. Na moment zawiesza wzrok na jego ustach i myśli, że dostał od niego idealny prezent.
Przerywa mu monolog pocałunkiem, wciąż bardzo delikatnym, ale dłuższym. Takim, po którym trzeba złapać oddech.
Łapie oddech i dopiero wtedy odpowiada na jego pytanie, najpierw bez namysłu:
- Chciałbym zostać w domu. - mieszkaniu Titusa, które powoli stawało się domem. Bierze kolejny, głębszy wdech. - A ty?- błądzi oczyma po jego twarzy, lekko zestresowany. Właściwie wydaje się zestresowany odkąd wyszedł z pokoju z miotłą, jakby chciał coś powiedzieć, ale odwlekał temat. - Może chciałbyś napić się piwa... - kontynuuje, nie dając mu szansy na odpowiedź. -... ze mną? - w okolicach mostka zaciska się znajome uczucie niepokoju, ale jeszcze dwa wdechy i będzie w stanie je zignorować. Jest w końcu z Titusem, jest w mieszkaniu Titusa, jest bezpieczny. - W sensie - dostrzega chyba zaskoczenie partnera i próbuje wyrazić się jaśniej. - mogę napić się piwa... z tobą. Jeśli nie będziemy wychodzić już nigdzie i zostawimy drzwi zamknięte i będziemy tylko w dwójkę nawet jeśli sąsiad albo ktoś by tu zapukał - stawia całkowicie normalne i wynikające z normalnych przemyśleń warunki -... i nie zrobimy niczego, czego nie robiliśmy do tej pory na trzeźwo. - dodaje ledwo słyszalnie, nie cofając się (nadal dzieli ich tylko kilka centymetrów), ale uciekając nagle wzrokiem. Ufa Titusowi, ale nie ufa alkoholowi i nie ufa sobie. Dwadzieścia lat temu miał słabą głowę. A w teraźniejszości coraz częściej i śmielej myśli o Titusie i tylko silna wola i lęk powstrzymują go przed zachłannością większą niż ich pocałunki; rosnącą z każdym tygodniem wspólnego mieszkania, każdym czułym gestem. Myślał, że głód takich myśli przeminie teraz, gdy są razem, ale on tylko się wzmaga. 
Mocniej zaciska dłoń na przedramieniu partnera, jakby nie chciał żeby ten się cofnął. Przez myśl przemyka mu, że przecież mógłby się napić piwa normalnie z kimś innym. Nieśmiało wraca do niego spojrzeniem—uzna to w ogóle za frajdę? Nie uzna jego warunków za zbyt dziwaczne? Może Titus wolał pić piwo w barze, a Ambrose mógłby zaproponować eksperymenty z alkoholem w inny dzień niż urodziny...
Nie zrobimy niczego, czego nie robiliśmy do tej pory na trzeźwo - powtarza sobie w myślach, a serce ściska mu wzruszenie na myśl o miotle i nowy rodzaj lęku. Co z rzeczami, których nie powiedzieliby na trzeźwo? Tego nie przemyślał gdy składał propozycję, a są rzeczy, których... bał się powiedzieć teraz, ale nie chciałby żeby wybrzmiały po alkoholu.
- Jeszcze raz dziękuję za miotłę. - zmienia temat, ale wedle własnej logiki nie zmienia tematu. - To drugi najlepszy prezent jaki od ciebie dostałem. - wypala i—zanim zaskoczenie zdąży rozlać się na twarzy Titusa—dodaje: - Dziękuję za to, że w marcu powiedziałeś... że odważyłeś się... dzięki temu możemy... - bierze urywany wdech. - To sprawiło mi jeszcze więcej radości niż miotła, wiesz? Ja ostatni raz byłem odważny gdy mieliśmy po osiemnaście lat... - nagle spojrzenie Titusa za bardzo mu ciąży, więc przesuwa się o krok. Tak blisko, że opiera brodę na czubku głowy Harrisona. Jego włosy pachną jak szare mydło szampon używany od zawsze, ale od marca ten zapach kojarzy się Day'owi z przebłyskami rzadkiego szkockiego słońca, ze słomą i powietrzem po burzy. - Próbuję powiedzieć - chyba trochę na około - że jestem szczęśliwy - chyba pierwszy raz odkąd mieli osiemnaście lat, pierwszy raz tak naprawdę. - i że - głos grzęźnie mu w gardle. Próbował opisać relację z Titusem wieloma słowami: przyjaciel, Gryfon, ścigający w drużynie, najlepszy przyjaciel, brat, partner w magipolicji, ale zawsze wymykała się tym słowom. I właściwie od dawna wiedział, że pasowalo do niej jedno słowo: jedyne, którego nigdy nie umiał wypowiedzieć. Zamyka oczy, wyobrażając sobie, że jest na (swojej nowej!) miotle i pikuje w dół, bo właśnie tak się czuje gdy próbuje. Na trzeźwo, nie może ryzykować, że zrobi to inaczej. Zniża głos do szeptu. - że cię kocham, Tite.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#24
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
10-04-2026, 22:04
Nie musi. Harrison kiwa tylko głową na zgodę. Właściwie w obecnej sytuacji Ambrose mógł brać tyle pocałunków ile tylko chciał, bo Harrison nie wybierał się nigdzie, trzymany mocno za przedramię i właściwie niechętny nawet do ucieczki. Byli tu sami, atmosfera była niemal przejrzyście czysta po raz pierwszy od kilku dni, a Titus zachodził tylko w głowę, jak jednocześnie mogli niekiedy być tak… Impulsywni, skorzy do rękoczynów, przez lata tak często poobijani, pokłóceni, a zarazem tak delikatni, strachliwi, nieśmiali i czuli. Myślał o wszystkim w liczbie mnogiej, ale przecież nie mógł zajrzeć do głowy swojego partnera. Czy wszystko byłoby inne gdyby nie musiał niczego kryć, gdyby nie złamał sobie serca na ostrej krawędzi rzeczywistości, gdyby w społeczeństwie w ogóle… Rozmawiało się o takich rzeczach – być może nigdy nie traktowaliby siebie z przemocą tak nagminną.
Ale to refleksja za daleko idąca. Nie znajdzie jej dzisiaj, być może nie znajdzie jej w tym roku, może nie znajdzie jej nigdy. Obecnie znajduje się w stanie, w którym nie jest zły za przerwanie jego słów. Nie jest nawet zły za dociekanie w momencie, w którym Harrison po prostu szukał odpowiednich słów na wyrażenie swoich myśli.
Gdy twarz Ambrose’a oddala się znowu, Harrison nie wie czy właściwie wciąż musi odpowiadać na jego pytania. Uśmiecha się więc jedynie, opuszcza wzrok na dłoń mężczyzny snującą się po materiale jego koszuli. Znowu myśli o tych licznych momentach, kiedy w trakcie szczeniackich bójek Ambrose potrafił złapać go za nadgarstek tak mocno, by nie mógł poruszyć dłonią i tak, by naciskając na nerwy - niemal prostował mu wszystkie palce. Przemykając spojrzeniem na guziki koszuli na wysokości brzucha blondyna czuje krótkie ukłucie poczucia winy. Jeszcze kilka dni temu sam wymierzył mu cios pięścią – nawet jeżeli ostrzegał. Nawet jeżeli ostrzegał, że tak będzie.
– Chętnie zostanę w domu – mówi, chcąc dosunąć się do Ambrose’a tak, by dotknąć policzkiem jego piersi, ale nim w ogóle zrealizuje swój plan, podnosi wzrok do góry gwałtownie i w zdziwieniu. Powiedziałby, że właściwie nie musiał dziś pić żadnego piwa; picie go w pojedynkę porzucił nieco wtedy, kiedy znaczną część miesiąca mieszkali tu we dwójkę. Nie potrzebował rozrywki na wieczór – nie pochylał się już nad radiem, nie rozłupywał włoskich orzechów i nie pił dwóch piw przez pół wieczoru. – A ja mogę napić się piwa z tobą – odpowiada powoli, chociaż na twarzy maluje się wyraźna konsternacja. Po tylu latach abstynencji? Po tylu latach odmawiania mu przy każdej możliwej okazji? Po tym jak postawił obok siebie dwa fakty – przedłużanie gatunku i picie, a Harrison wreszcie zrozumiał, że Day mógł po prostu… Nie chcieć powtórki. – Możemy zrobić jak chcesz. Mogę zablokować klamkę, jeżeli chcesz, ale dlaczego to wszystko, Rosie? Nic ci nie będzie, nie musisz się bać. Nawet nic nie poczujesz – no może lepszy nastrój, lekkie rozbawienie, ale przecież to nic. Titus pijał przecież i tak tylko piwo jasne, średnionasycone, niskoprocentowe.
Bez zastanowienia jest też w stanie zgodzić się na to, że nie zrobią przecież niczego, czego nie zrobiliby na trzeźwo. Albo raczej – czego nie robili do tej pory na trzeźwo.
– Dobrze, zgoda, nie zrobimy – mówi od razu, chociaż kręci głową na boki z niedowierzaniem. – Ale wiesz, że nie musisz go pić, jeżeli jest ci z tym źle? Robię ci właśnie kawę… – którą chciał za moment zdjąć z palnika. Nie wiedział właściwie czemu Ambrose się przymuszał. Nie wiedział też czemu bał się w ich domu – w tych czterech ścianach. Przecież i tak… Dzieci z tego nie będzie.
Merlinie, dobrze, że nie powiedział tego na głos. Wie, że nie powiedział tego na głos, bo gdyby było inaczej, Day nie patrzyłby mu w oczy wciąż z taką intensywnością. Uśmiecha się szeroko, obnażając pożółkłe od tytoniu zęby. Chce już mówić, że nie musi mu dziękować – że chociaż nie był to drobiazg, to posiadał dla niego wartość mniejszą niż ich przyjaźń, ale nigdy nie znalazłby do tego tak spokojnych i opanowanych słów. Chce już dopytywać, co takiego dał mu kiedyś, by chętnie nazwał to lepszym prezentem. Ale potem przymyka oczy zawstydzony na wspomnienie marcowego poranka, kiedy bał się, że powiedział za dużo – a kiedy Ambrose nazwał jego “za dużo” własnym “za mało”. Wspomina “ja ciebie też”, które usłyszał niewiele potem na swoją przesadną wylewność. Merlinie, czy to normalne czuć się jak nastolatek po tylu latach?
– Żałuję, że nie powiedziałem ci o tym wcześniej… – ale oboje czuli chyba wstyd, niepewność, strach. Coraz mniej czuł go z każdym tygodniem – lepiej znosząc juz to kim jest. Kim byli.
Czując na głowie oddech Ambrose’a, z ostrożnością obejmuje go ramionami w pasie i zastyga na moment w uścisku, właściwie nie spodziewając się kontynuacji. Przykłada policzek do wypranej koszuli – pachnącej suchym powietrzem, jakby każdy inny zapach drażnił węch nadwrażliwego Day’a. Ponownie przymyka oczy na wspomnienie tego, że ten jest szczęśliwy – oboje chyba byli, nawet jeżeli Harrison nie nazwał tego głośno. Policzki unoszą się jednak dopiero niekontrolowanie na coś, co było przecież tak oczywiste – a w co wątpić musiał do… Teraz. Porusza się nieznacznie w uścisku tym i obraca głowę do góry tak, by połaskotać go przydługimi włosami po szczęce i nie pozwolić głosowi zginąć gdzieś na powierzchni piersi magipolicjanta.
– Powiedziałeś to głośno, jeny – mówi cicho, całując krótko bok szyi partnera – nie sięgnie wyżej bez pomocy, a Day wydawał się… Sztywny ze stresu. – Wiem, Rosie. Ja ciebie też. To nie jest jakieś... Nie wiem, kurde, niezwykłe? Że mówimy to głośno? Kocham cię, wyłączysz gaz, bo zaraz zaleje nam całą płytę? Kocham cię, wyjmiesz piwo? – gada, rozplątując wreszcie ramiona zza jego pleców i oddalają się na pół kroku, byle mogli spojrzeć sobie w oczy. - Kocham cię, jaki kolor płytek chciałbyś mieć na ścianach w łazience?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#25
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
13-04-2026, 23:54
Nie myśli teraz o wszystkich momentach, w których chciał być blisko Titusa, ale nie potrafił się zbliżyć. O tym, jak trudno było przytulić go po tym, jak stracił dom... i jak łatwo było rzucić się na niego w emocjach, obalić na ziemię, docisnąć nadgarstki do mokrej trawy. Czasami nie puszczał jego rąk nawet gdy złość już opadała, wtedy jeszcze nie do końca rozumiejąc dlaczego tak desperacko chce przedłużyć i wykraść te chwile z rzeczywistości. Dlaczego nie chce bić się w ten sposób z innymi i dlaczego czując ciosy Titusa nie czuł właściwie bólu, tylko oślepiające emocje i adrenalinę.
Chyba chciałby o tym pomyśleć. Roześmiać się na myśl o tym, jakimi byli nastolatkami i w sumie dorosłymi. Oprzeć czoło o jego czoło, nie szukać dalszych wymówek by wsunąć dłoń pod jego koszulę (zaraz, co?), wpleść dłoń w niesforne włosy.
Ale zamiast tego—myśli o piwie. I o innych rodzajach alkoholu.
A Titus... pyta, choć Ambrose właściwie liczył na to, że nie spyta. Że przyjmie bez komentarza te wszystkie dziwaczne zasady i strach ściskający gardło i spięte barki. Powoli wypuszcza powietrze z płuc, jakby chciał udowodnić sobie i Harrisonowi, że nic mu nie jest, a piwo to tylko to. Jakby znowu mógł wierzyć w te wszystkie nic ci nie będzie i inne zapewnienia, które padały też w tamtej stodole gdy rywalizowali na to, kto wypije więcej.
Wiesz, że nie musisz...
Prawie poddaje się przekornej rywalizacji i wcina mu się w słowo, że przecież chce.
Powstrzymuje go troska w brązowych oczach i pamięć o tym, że mieli być wobec siebie szczerzy.
Ale mieli też nie rozmawiać o Allie.
Waha się przez kilka sekund, wyraźnie. Nie lubi sprzecznych myśli i komunikatów. Odrywa od Titusa spojrzenie jasnych oczu, równie zagubionych jak wtedy, gdy nauczyciele dawali im niejasne instrukcje. Wbija je w kuchenną szafkę, bo tak jest łatwiej. Słoje drewna układają się w symetryczny wzór, mający w sobie coś z krzyczącej twarzy.
- Po prostu... - zablokuj klamkę, może mógłby i powinien na tym urwać? Minęło tyle czasu, bez sensu wskrzeszać to wspomnienie. To przecież nie tak, że o tym myśli, zostawił to za sobą. Myślał o tym tylko wtedy, gdy Titus obraził się na niego za urok wili... i gdy przypomniał, jak bardzo nie lubił Allie... i gdy dostał wyjca od aresztowanego teścia... i gdy w Cardiff przesłuchiwali tamtą zapłakaną dziewczynę, więc Ambrose kazał Chrisowi wyjść z pokoju i rzucił urok aby samemu wydobyć od niej tożsamość tamtego gnoja i z dziwnie ciężkim sercem zapewnić (urok wszedł mocno i już średnio go słuchała), że nie, nie wpisze do raportu, że była wtedy pijana. Jak na przestrzeni ostatniego roku to przecież rzadko. Częściej myślał o zaginięciu syna i porażce Srok z Montrose w lidze.  -... wtedy to był koniak, a nie piwo, ale jednak się stało i nie chciałem - wyrzuca na jednym wydechu, rozluźniając uchwyt na przedramieniu Titusa. Na wypadek gdyby ten chciał się odsunąć i powiedzieć, że mu nie wierzy. Przecież tak często mu nie wierzy: w jego dobre intencje, w platoniczność relacji z Maelle, nawet w osobne sypialnie. A tamten koniak... w tej kwestii Ambrose czasem nie wierzył nawet sobie. - Znaczy, nie pamiętam, nic nie pamiętam - dodaje pośpiesznie, trzęsąc swoją własną wiarą i dając Titusowi wygodną furtkę na niewiarę. Mimo wszystko, zsuwa palce na jego dłoń i jednak nie puszcza. Chyba nie chce, żeby Titus się teraz odsuwał, mimo, że Harrisona trzyma w miejscu tylko lekki dotyk. -... ale nie chciałem ani wcześniej ani później, a ona ma... miała mocną głowę... - chyba nie mówi tylko o istnieniu dzieci. Bardziej jasno nie potrafi zresztą tego określić, ale wreszcie przenosi na Titusa wzrok dziwnie wielkich oczu.
- Ale chcę się z tobą napić piwa. - zastrzega z desperacją determinacją. - I chcę robić z tobą to wszystko - właściwie co? Z bliska widać, że na samą myśl jego źrenice stają się szersze, a jasna obręcz tęczówek węższa, choć przecież nie precyzuje o co chodzi. - tylko na trzeźwo. - zastrzega. - Zablokuj tą klamkę i będzie dobrze. - dodaje z nieco sztuczną odwagą. Bo napięcie nie odpuszcza dopóki w pośpiechu nie wyrzuca z siebie kolejnych trudnych słów, dopóki nie czuje na szyi pocałunku i nie słyszy słów wzajemności. I tym razem nie ma wątpliwości, że może chodzić tylko o pracę czy coś. Niewidzialny ciężar odpuszcza, ramiona rozluźniają się, a on odruchowo nachyla się do Titusa.
- Chciałbym, żeby to było zwykłe. - wyznaje z bladym uśmiechem. - Chciałbym mówić ci to częściej. - uśmiecha się szerzej na myśl, że może i będzie. Może nawet codziennie, dopisując to do swojego katalogu rytuałów. Niektóre pomagały mu zachować rytm, inne dobrą kondycję, jeszcze inne dobry nastrój, a inne chroniły przed złymi myślami i przesądami. Ten odegna może pamięć o minie Titusa gdy przeczytali razem list; o straconych latach. Nie będzie o nich myślał, bo przecież mieli... czas przed sobą. Sięga za plecy Titusa i wyłącza gaz, ale nie spuszcza z niego roziskrzonego wzroku.
- Nie wiem, ty wybierz. - odpowiada machinalnie, a potem na powrót skraca dzielącą ich odległość i ujmuje jego twarz w dłonie. Tym razem bez pytania. Tym razem całuje go dłużej i śmielej niż kiedykolwiek wcześniej; przyciskając ciało do kuchennej szafki, biodra do bioder. Kiedyś dowiedział się, że tego rodzaju pocałunki nazywa się francuskimi, ale to przecież jakieś zupełnie bez sensu—czemu cudzoziemcy mieliby mieć na nie monopol? Teraz wydają mu się równie naturalne jak wszystko inne, co czyniło go Anglikiem.
Oddala się, by złapać wdech i bo pamięta o piwie—po którym nie będzie już chyba taki śmiały, zgodnie z ustaleniami.
- Kocham cię. - powtarza, zarumieniony; z lekko nieobecnym spojrzeniem. - Wyjmę piwo. Nalejesz mi kawy? I opowiesz jakiego rodzaju piwo właściwie masz i skąd? Podobno każdy słód nadaje inny smak, opowiedz mi o tym... - papla, zagłuszając zarówno lęki jak i rozbudzone pragnienia. Wyjmuje piwo z lodówki i ogląda puszkę. Nowe słownictwo zdradza, że chyba planował to wcześniej i że próbował się przygotować, jak do wszystkiego.
- Piwo też rozlejesz? - pedantycznie ustawia je na stoliku przed kanapą. Siada i przez sekundę zajmuje rozkrokiem prawie trzy-czwarte kanapy, ale przesuwa nogi, by zmieścił się też Titus. - Wszystkiego najlepszego. Wypijmy za kolejne lata razem, albo... ty wznieś toast, masz doświadczenie. - uśmiecha się z rozbawieniem, pamiętając te, które Titus wznosił na jego cześć na jego weselu. Sam zainteresowany pewnie ich nie pamięta, ale wspomnienie nie budzi już goryczy—tylko ciepło na myśl o tym, że nawet wtedy, na swój sposób byli blisko. I że obiecał mu wtedy więcej niż komukolwiek innemu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#26
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
15-04-2026, 00:11
Zrozumienie zajmuje kilka oddechów – przedłużanych, byle uspokoić zmącone niepokojem myśli. Jak właściwie postrzegać powinien obietnicę, na którą się zgodził? Tą, która przypominać miała, że w granicach trzeźwości mieści się przestrzeń na jakikolwiek postęp. Złożył mu już przecież podobną obietnicę – zrobił to właściwie kilka miesięcy temu, kiedy w trosce o siebie, ale i o niego – obiecał, że nigdy nie zrobią nic wbrew sobie, wbrew swojej woli, nic czego nie chcieli. Nie będą się do niczego zmuszać. Czy o to mu chodziło? Harrisonowi wydaje się, że już o tym słyszał – że rozmawiali, że po pijaku popełnił głupstwo, dlatego nie pił – to ekstremalne rozwiązanie, ale Day nie słynął z przebierania w środkach. Niższy magipolicjant popełnił alkoholowych głupstw na pewno wiele – od bójek o nic, przez nadmierną szczerość, aż po rzucane oszczerstwa. Nigdy jednak za głupstwami tymi nie szły konsekwencje tak… Długotrwałe. Chciałby pomyśleć, że usłyszał po prostu dwa razy tą samą informację, tą samą historię, ale dociera do niego, że… Ambrose nic nie pamiętał. A ona miała silną głowę. Czy to założenie, że zniosła to lepiej i pamiętała?
Takie rzeczy w ogóle istniały w ich świecie? W świecie w którym zawsze trzeba było mieć ochotę (a Harrison czuł się jak połowiczny samiec, bo ochoty nie miał chyba nigdy – może ostatnio czasami, ale wstyd i nieśmiałość wygrywały do tej pory z chęcią), a kobiety zawsze się o to prosiły (nie musiały mieć ochoty, to ich obowiązek)?
Skoro nie chciał ani wcześniej, ani później… Wyuczenie kazało myśleć, że nie powinien był tyle pić, skoro nad sobą nie panuje – wepchnął je sobie do głowy po ślubie Day’a, może przy drobnej pomocy Dolly, ale nawet pomimo niechęci do siebie tamtego wieczora – nigdy nie dotarł do granicy, w której odrzucił odurzenie na dobre. Ambrose to zrobił. Kilkunastoletni Ambrose, który nawet nie pamiętał zakończenia tamtej imprezy. Który nie mógł się zgodzić albo nie zgodzić na jej… Okoliczności.
A Harrison nie do końca wiedział jak powinien na to zareagować. Chyba milczeć? Chyba robić to czego od niego oczekiwano? Na pewno nie myśleć o tym, jak dziwnie było mu obecnie… Próbować wyobrazić sobie siebie w podobnej sytuacji.
Zablokuje więc klamkę, zamknie drzwi na klucz i spróbuje nie kontynuować tematu. Spróbuje po prostu powiedzieć cicho, że rozumie, bo chociaż chciałby powiedzieć coś więcej, chciałby też wiedzieć, co właściwie mówiło się w takich momentach. Wie, co powiedzieliby niektórzy koledzy i wiedział, że zdecydowanie nie chce słyszeć obecnie swojego głosu niosącego podobne, pełne prześmiewczej nuty słowa. Nie wyśmieje go, ale też nie dopyta. Sam chyba wolałby przemilczeć. Zapomnieć. Nie powtórzyć.
To informacja nieprzyjemna, przeszła – ale kładąca się cieniem na ich obecnej relacji, ale i na możliwej przyszłości. Ale czy cień ten nie rozmazywał się z każdym krokiem w przód? W końcu w kolejnych pocałunkach nie czuje wstydu – ten pojawia się raczej w umyśle Harrisona, który jednocześnie nie umie i nie chce odmawiać ofiarowanej mu namiętności, jak i czuje się w niej zwyczajnie zagubiony. Dopiero teraz dociera do niego właściwie to, jak głupią obietnicą było to, że nie zrobiłby Ambrose’owi nic wbrew jego woli – jakby w ogóle miał ku temu warunki. Czując na sobie nacisk silniejszego ciała, a na swoich policzkach ściskające je palce – doskonale wie już, że może jedynie ustąpić. Poddać się, ulec – próbować uczciwie dawać i brać tak samo wiele. Poczuć frustrację, kiedy znowu zbudował się między nimi dystans; w ciasnej kuchni zrobiło się jakoś parno. Nim zajmie się wyznaczonym mu zajęciem, obróci się przodem do okna, które otworzy.
– Nie, bo broń Merlinie wybiorę złe – mówi wlewając kawę do kubka, chociaż ma ochotę oprzeć się łokciami o blat i schować twarz w dłoniach. Nawet jeżeli picie kawy i piwa jednocześnie wydaje się nierozsądne – myśli, a myślenie obecnie nie jest proste, że jeżeli te nie będzie smakować partnerowi – ten zawsze może poratować się czymś, co smakować będzie mu bardziej. I było sprawdzone. Ambrose kochał rzeczy sprawdzone, prawda? Po co udziwniać coś, co już dawało radość. – A piwo no… Ze sklepu, zwykłe – odpowiada skołowany, ale nawet w stanie większej poczytalności nie odpowiedziałby dużo jaśniej. Zresztą – trzeźwość umysłu wraca do niego tak szybko, jak szybko sięgnąć mui po szmatkę, którą wyciera rozlany częściowo, czarny napój. Kawa ląduje na stoliku obok ustawionych tam puszek z piwem. – Wziąłeś te dziadostwo. Lager, a z puszki są już w ogóle niesmaczne. Najlepsze są z brązowej butelki… Pójdę do kraty i wezmę po butelce. Te są za mocno nagazowane – ględzi, chociaż niewiele się na tym znał. – W szafce z koniakami mam też kilka starych butelek, które dostałem od któregoś z chłopaków… Podobno ma głębszy smak, sam nie wiem – ma też pewnie dwa razy tyle etanolu w stu gramach, ciemniejszy kolor i lepszy zapach, ale tego nie mógł wiedzieć – nigdy ich nie otwierając. – Nie będę ci rozlewać do żadnego szkła, mamy w domu jeden kufel – śmieje się, siadając obok Day’a i podaje mu odpieczętowaną flaszkę. – Pij z butelki jak człowiek. A toast… Nie, to wyjątkowe urodziny – nie przyzna się w końcu, że kolejne lata razem wzbudzają w jego ciele wyjątkowo ciepłe emocje – inne niż to, jakie wzbudziłyby kolejne wspólne lata spędzone w pracy. – Może po prostu powiesz mi co jest twoją zachcianką. Ja powiem ci o czym sam marzę. A potem sobie tego pożyczymy.
Odkłada własną butelkę na bok, napije się dopiero kiedy Ambrose będzie mówił. Póki co rozplątuje sznurowadła butów. Nie będzie siedział w nich w domu. Nie będzie brudził nimi kanapy.
Na początku zacznie przecież delikatnie.  I tak nie skończy na tym, chociaż zrobi przerwę, byle Day mógł dodać coś od siebie.
– Chciałbym żebyś został tu na cały rok. Żebyś po prostu mieszkał tu, powiedział matce, że się wyprowadzasz. Żebyśmy mogli wstawić do pokoju drugie łóżko. Żebyśmy doprowadzili tą łazienkę do porządku. Żebyśmy może wstawili do salonu telewizor – wiem, że to strasznie promugolska zachcianka… – obśmiewa się, przenosząc buty różdżką do progu. Podwija nogi i lokuje się na kanapie wygodniej – już z butelką w dłoni. – Żeby Guy faktycznie się opamiętał i żebyśmy mniej lecieli nadgodziny, a więcej czasu spędzali w domu… – to chyba uczciwa zachcianka. W domu mogli w końcu pozwolić sobie na więcej.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#27
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
Wczoraj, 05:40
Odprowadza Titusa wzrokiem, gdy ten idzie zablokować klamkę. Prosił tylko o zamknięcie drzwi na klucz, to dodatkowy element bezpieczeństwa. Spojrzenie ma zlęknione i smutne i nieświadomie potwierdza tym spojrzeniem niepokój Titusa.
- Chciałem, żebyś wiedział... - przyznaje cicho (niechcący potwierdzając, że to nowa historia; a nie dawne wyznanie powtórzone innymi słowami). Właściwie: decyduje cicho, bo było z tym trochę jak z urokiem wili, albo jeszcze gorzej. Odkąd obudził się skacowany po tamtej imprezie, miał równocześnie ochotę powiedzieć Titusowi (nie mamie; to Harrison pierwszy przemknął mu przez myśl) jak i ochotę by zataić to przed nim na zawsze. To sprzeczne pragnienie powróciło ze zdwojoną mocą gdy przeczytali wspólnie list od Allie i w noc własnego ślubu. Czasem powracało ciche i stłumione, gdy Titus wypowiadał się niepochlebnie o Allie. Szalę przeważyły jednak dopiero ostatnie rozmowy: otrzymana uderzeniem w brzuch konkluzja, że lepiej już nie zatajać niczego, chęć domknięcia tamtej niewyjaśnionej sprawy raz na zawsze i wreszcie to, że teraz po prostu spytał. Ambrose miał wiele rytuałów i dziwactw, które przyjaciel szanował i spełniał bez słowa. Titus mógł po prostu zamknąć te drzwi, po prostu wziąć te dziwactwa za zwykłą niechęć do piwa—ale tego nie zrobił.
Rozumiem wystarcza, by jego spojrzenie rozpogodziło się, a ramiona rozluźniły z ulgą. Chyba nie spodziewał się śmiechu, bo zna Titusa i mu ufa—ale spodziewał się niedowierzania. Zrozumienie było wszystkim, na co chciał liczyć; nawet jeśli samemu nie zrozumie tego nigdy; nawet jeśli świadomość własnego wilego uroku już zawsze będzie komplikować jego stosunek do byłej żony (bawiłeś się nią - nigdy nie pozbędzie się poczucia winy i to chyba dlatego nigdy nie powiedział o tym Dolores ani nie słuchał jej mądrości o byciu wdowcem).

Po chwili nie pamięta już nawet poprzedniego tematu, pamięta tylko jak szeroko uśmiechał się Titus w odpowiedzi na jeszcze śmielsze wyznanie i bliskość jego ciała. Rozsiada się na kanapie (buty zdjął już wchodząc do mieszkania, pomiędzy wręczaniem wędki a udaniem się do sypialni; wypastuje je jutro, bo dziś mieli urodziny) i z uśmiechem słucha jak Tite gada o piwach. Nie zna się na nich wcale, choć usiłuje nadążać. Chciałby znać się lepiej na piwach i rybach.
- To z butelki. - zgadza się, zgodziłby się prawie na wszystko, choć nie na piwa stojące przy koniakach. Koniaku, ani niczego, co obok niego stało, nie tknie już nigdy. Poza tym, jeszcze Tite zauważyłby, że dwóch koniaków brakuje... choć może by nie zauważył? Ambrose od dwudziestu lat znosił mu te śmieci od teścia. Posiadaczami dwóch butelek stali się ostatnio Daniel Dodge i jego Mandy.
Obraca butelkę w dłoniach, ale jeszcze nie pije. Najpierw chce wysłuchać toastu, a potem słucha propozycji, a potem słucha marzeń Titusa i wie już, że własne też musi wypowiedzieć na trzeźwo (wciąż nie wierzy, że naprawdę nic mu nie będzie).
Ostrożnie odkłada butelkę i jedną dłonią łapie Titusa za wolną dłoń, drugą rękę kładzie na jego kolanie. - Na rok...? - powtarza i nachyla się trochę bliżej, zaciska palce trochę mocniej. Jeszcze nie odpowiada, choć to nie dlatego, że to ma być po prostu toast (nie zarejestrował, że propozycja nie domaga się odpowiedzi). Słucha dalej, o pracy. - Okej. - do tego odnosi się najpierw, praca to zawsze był łatwy temat. Wybrał ją dla Titusa, nie z powołania, ale szybko okazało się, że jest dla niego łatwa. Gdy wkłada w nią serce... - Ograniczmy nadgodziny, spędzajmy wieczory w domu. Zresztą sporo czasu i tak zajmowały nam... układy. - nie musi mówić jakie. Łapówki przynoszą sporo pieniędzy, ale ich ustawienie—zwłaszcza regularnych—zżera przecież czas. - Może... spędzajmy w pracy mniej czasu, ale róbmy ją... porządniej? - proponuje cicho. Lubił pieniądze, bardzo je lubił. Ale czuł się lepiej gdy doprowadził śledztwo do końca niż wtedy, gdy je dostawał. - Nie potrzebujemy już... tyle, co wcześniej. - Titusa nie zżerała bieda, a Ambrose'a nie zżerało już poczucie niższości przy teściu; to za nimi. Miotły i wędki były zachciankami. - Ani uwagi komendanta. - teraz na pewno jej nie potrzebują. Nie, dopóki nie poczują się pewniej z ukrywaniem tego, jak bliska jest ich przyjaźń. - Nowy Minister to dobra wymówka by wygasić niektóre układy bez wzbudzania podejrzeń. - przypomina, wymówka wręcz idealna, bo poza ich kontrolą, więc nie wzbudzą niczyjej złości i nie muszą nawet tego robić na zawsze. 
Przedstawiwszy uczciwą zachciankę przechodzi do tej bardziej egoistycznej. Przysuwa się jeszcze bliżej. Jego dłoń niby mimochodem przesuwa się wyżej, na udo.
- Mogę powiedzieć to mamie. Chciałbym kiedyś... przy okazji... spytać ją o prawdziwych rodziców. - wyznaje. - Ale i tak musimy ją odwiedzać co weekend, żeby dała nam żyć, no i ma Mandata. - zastrzega. - Ale nie chcę tu zostać na rok ani nie chcę drugiego łóżka. - zaznacza z pokerową twarzą. - Chciałbym... przespać się w jednym, tak jak... dawniej, no wiesz. To nie musi znaczyć nic więcej. - zerka na Titusa niewinnie, najwyraźniej szczerze zapomniawszy o tym, jak działają ludzkie ciała i że to i tak może znaczyć coś więcej. - Możemy je powiększyć magią... - albo kupić drugie i zsunąć, w ostateczności. - I nie na rok, bo... wiesz, czego ja zawsze życzyłem tobie ? - zniża głos, mruga trochę szybciej. - Prawdziwej miłości i rodziny. Wtedy, gdy myślałem, że... - że w Szkocji tylko mu się wydawało, a przyjaciel tęskni za Jenevą Young. Naprawdę mu tego życzył, choć robiło mu się smutno i źle na samą myśl i osobiście odegnałby od Titusa każdą niegodną jego uczucia kobietę (czyli każdą). - Ale skoro się... - no wiesz, ciśnie się na język, ale uśmiecha się blado i heroicznie mówi na głos: - kochamy... to chciałbym, żebyśmy byli dla siebie rodziną. Na zawsze, nie na rok. - może (na pewno) zrozumiał Titusa zbyt dosłownie. Może to bardzo egoistyczna prośba, bo mimo wszystko Ambrose miał rodzinę: dzieci (które znały Titusa od zawsze), matkę, przykrywkę w postaci rozwodu. A Titus nie będzie już miał szans na... inną, większą, pełniejszą. A może to nie prośba, tylko stwierdzenie faktu; może już od młodzieńczych lat w Hogwarcie byli dla siebie rodziną.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (3): « Wstecz 1 2 3


Skocz do:

Aktualny czas: 17-04-2026, 00:11 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.