• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, Hadrian Street 24 > Salon
Strony (2): 1 2 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
04-01-2026, 12:28

Salon
Najprzytulniejszy pokój w mieszkaniu. Duży fotel, miękka (chociaż zużyta) sofa i liczne bibeloty sugerują, że przestrzeń jest zarówno często użytkowana, jak i zwyczajnie lubiana. Pod ścianą, zaraz przy wejściu, umieszczony jest sprzęt wędkarski właściciela, a na ścianach umieszczono obramowane zadjęcia i kilka wykonanych węglem rysunków koni, które zakupił na targu staroci.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
23-02-2026, 23:32
5 maja?

Dzisiejsze późne popołudnie upłynęło na herbacie z dziećmi, która zestresowała chyba całą ich trójkę. Nie zestresowałaby Dolores, ale u niej jadali obiady, a herbatę mogli wypić w Londynie. Ambrose bardzo starał się znaleźć z bliźniętami wspólny język, ale nie potrafił i czasem zastanawiał się, czy gdyby był bardziej asertywny i zaangażowany podczas pierwszych lat ich życia to wszystko wyglądałoby... inaczej.
W trójkę wyglądali w kawiarni pięknie, ale nie przyciągali spojrzeń równie mocno jak wtedy, gdy wychodził gdzieś z Maelle. Jego dzieci były urodziwe (po nim) i uparte (po nim) i charyzmatyczne (no chyba nie po matce), ale ku jego uldze nie odziedziczyły związanej z jego genetyką magii. Pewnie zbyt wiele pokoleń dzieliło je od wilich przodkiń, choć może Titus powiązałby to z jakimś niewybrednym żartem o krowach.
Ale Titus nie wiedział. I nigdy się nie dowie. Temat nie pojawił się nawet po tym, jak przyjaciel był zazdrosny o towarzystwo ćwierćwili, więc Ambrose założył, że mu się upiekło i już. I tak było lepiej, tak było normalnie, tak było—pomimo przemilczenia—prawdziwie.
Zwykle po spotkaniach z latoroślami czuł się trochę przygnębiony, a trochę podenerwowany. Zadręczał się ich przyszłością, a choć zamknął teścia w więzieniu, to jego zarzutów o to, że niedostatecznie zadbał o kariery dzieci i niedobrze je wychował... jakoś trudniej było się pozbyć. Szkoda, że słów nie można po prostu wtrącić do Azkabanu. Czasami zerkał też na ich piękne twarze z nagłym ukłuciem winy; wspomnieniem tego, jak tłumaczył Titusowi, że według mamy na eliksir poronny jest już za późno.
Był wtedy dokładnie w tym wieku, w jakim syn i córka byli teraz.
Na szczęscie, oni mieli inne zmartwienia. Z synem pokłócił się o niedawny mecz Quidditcha i drużyny, którym kibicowali. Córka słuchała tego znudzona, aż wypaliła, że tęskni za matką i nastrój zrobiła się niezręczny. Ambrose postanowił jej udowodnić, że też jest zaangażowanym rodzicem, więc spytał o książkę wystającą z jej torebki i okazało się, że widział tą samą okładkę u Maelle. Nie zwiastowało to niczego dobrego, więc bezceremonialnie przejrzał "50 Czarów Greya", a następnie je skonfiskował i rozstali się w nieco napiętej atmosferze.

Ku własnemu zaskoczeniu, w ciszy mieszkania Titusa... nie czuł się po tym wszystkim źle. Może dlatego, że nie zostanie z tą ciszą sam.
Z uwagi na spotkanie z dziećmi, każdy z nich poczynił dziś własne plany na popołudnie, ale przecież Tite niedługo wróci. Ambrose pokaże mu skonfiskowaną książkę i razem wybuchną śmiechem, gdy Day teatralnie odczyta streszczenie z tylnej okładki. Na wieczór zaproponuje współlokatorowi dalszą lekturę, lub ewentualnie—jeśli będą mieli ochotę na coś bardziej męskiego i poważniejszego—"Jądro Ciemności." Dzięki Harrisonowi, polubił mugolską literaturę. Dzięki niemu, Tite polubił chyba jakąkolwiek literaturę. Już od czasów Hogwartu Ambrose czyta mu na głos, choć dawny nawyk mieli okazję odnowić dopiero kilka tygodni temu.
Zdejmuje mundur (tak, spotkał się z dziećmi w mundurze; który bardzo zaimponował zresztą kelnerce. Poflirtował z nią trochę, rozciągając niewidzialne nici wilego uroku, by szybciej ich obsłużono i posadzono przy lepszym stoliku, normalnie zarezerwowanym dla grup czteroosoobwych). Wskakuje pod prysznic. Jeśli kiedykolwiek przychodzą mu do głowy głupie myśli (takie, od których zdaniem mamy się ślepnie) to właśnie pod prysznicem, ale dzisiaj wyjątkowo ich nie odgania. Dzisiaj wraca myślami do nocy spędzonej w polu podczas burzy i do tego niewinnego i zarazem nie-do-końca-niewinnego uczucia chwilę po przebudzeniu. Chciałby się tak poczuć znowu i całkowicie poważnie rozważa zaproponowanie Titusowi, by nie poczytali dziś książki na kanapie, a w łóżku. By został... obok do rana, jeśli by chciał. Niewinnie.
Niewinnie, ale jakoś nie wie jak to zaproponować.
Słyszy otwierane drzwi i wychodzi z łazienki wcześniej niż planował, szczerze ucieszony, że partner już wrócił. Opiera się o framugę i wita Titusa jednym ze swoich rzadkich uśmiechów, ostatnio zresztą uśmiecha się coraz częściej i coraz bardziej mimowolnie. Przynajmniej w domu, gdy są w dwójkę. Założył bokserki, ale został bez koszulki. Nie wytarł się dokładnie, więc krople wody wciąż powoli ściekają po jabłku Adama i klatce piersiowej. Do salonu wpada światło zachodzącego słońca, w którym uśmiech Day'a wydaje się łagodniejszy, a włosy srebrno-perłowe. O tej porze roku zwykle zaczyna farbować je na nieco ciemniejszy blond, ale w tym roku jakoś z tym zwleka.
Czasami podchwytuje spojrzenie Titusa gdy Harrison myśli, że nie patrzy. Umie wyczuwać, gdy ludzie na niego patrzą. Zwykle budzi to w nim zniecierpliwienie albo irytację, a w najlepszym razie obojętność, ale tutaj—z nim—mu się to podoba. Chce, by patrzył na niego w ten sposób częściej, więc odruchowo prostuje barki i odruchowo przechyla głowę w ten sposób, który przykuwa uwagę do łuku jego szyi i wciąż (choć nie tak mocno jak za czasów gry w drużynie) zarysowanych bicepsów.
- Miło spędziłeś dzień? - inni rozmawiają w ten sposób o niczym, ale Ambrose chce wiedzieć. - Zabrałem córce książkę. - niedbale wskazuje ręką na egzemplarz na stoliku. - O uwodzeniu swoich pracodawców, jeszcze tego brakuje by miała takie wzorce. Już i tak zbyt wielu popaprańców się za nią ogląda. - wznosi oczy do nieba (a Titus pamięta sytuację sprzed roku, gdy Day prawie pobił jej adoratora...), choć za Allie chłopcy nie oglądali się w ten sposób. To za nim oglądają się kobiety.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
24-02-2026, 23:24
Przeglądanie akt magipolicyjnych w pozapolicyjnym śledztwie wydawało się może nieodpowiednie – ale Harrison jakoś nie dbał o to, tak długo jak przysłużyć się miało zwyczajnie dobremu uczynkowi. Z każdym kolejnym przerzuconym dokumentem zauważał dobitniej, że właściwie mógłby spędzić tu kolejne tygodnie – poszukując informacji o osobach i miejscach, z którymi nigdy się nie spotkał, a które umieścić powinien w kolażu omawianych kilka dni temu okoliczności. Rozmowa z Maelle Seymour męczyła go, zupełnie adekwatnie. Po prawdzie nie wiedziałby jak powiedzieć jej co naprawdę o tym sądzi. Po prawdzie miałby problem z nazwaniem swoich wątpliwości nawet przed Ambrose’m – z którym sprawę omówił właściwie jeszcze tego samego dnia. Po prawdzie chyba dopiero w przydługi wieczór po spotkaniu z nią i po wypaleniu kilku papierosów w ogarniętej nocą kuchni stwierdził, że dziecko to właściwie mogło już dawno nie żyć. Że mogło zostać sprzedane. Że mogło trafić bardzo źle, albo trafić – wręcz przeciwnie – bardzo dobrze, do zamożnej i kochającej rodziny, która pokocha je jak własne, wyczekane, ale fizycznie niemożliwe. Rozważył wiele scenariuszy, ale na sam koniec, byle spojrzeć na zegarek pokazujący już zbyt późną godzinę – rozpalił jedynie lampkę, a kiedy podniósł wzrok z migającej żarówki (dokręcił ją szybko – koniec mrugania) – zawiesił wzrok na twarzy partnera może nieco zbyt długo. Zabrakło mu jaj by po prostu zapytać czy faktycznie jest tym, kim wydawał się być. Przecież jego matka była niską brunetką.
Kolejnego dnia znowu przesłuchiwali kilkoro dziewiętnasto i dwudziestolatków, zatrzymanych w związku z “nagłym” wypadkiem ich przyjaciółki. Podobno znali faceta, który znał faceta, który wiedział gdzie kupić nowy rodzaj podkręconego błyskotu (co oni tam niby dodawali, szkło?), a do informacji o tym, że dziewczyna przedawkowała, dowiedzieć się mogli dopiero wtedy, kiedy Ambrose zadał młodej blondynce jedno, jedyne pytanie. Harrison cały dzień przyglądał się mu uważnie, ale przez przesłuchanie to wydawał się jednak gapić nazbyt intensywnie. Zresztą – blondynka i tak wcale tego nie zauważyła. Gdy zauważył to Ambrose, Harrison czuje powoli kiełkujący gniew.
Przypomina sobie rozmowę z Clarą jeden dzień wcześniej. I kilka dni wcześniej. I przesłuchanie kilka dni wcześniej. Może i przypominałby sobie dalej, gdyby nie trzasnął teczką i nie wyszedł z sali przesłuchań. Raport wypełnią poza nią.
Kolejny dzień mija dobrze, a gdy Ambrose zbiera się na spotkanie z bliźniakami – Harrisonowi nieco już przeszło. Poprzedniego dnia pół wieczora słuchał ostatnich rozdziałów “Przeminęło z Wiatrem”, a chociaż pierwsze kilkanaście minut mógł jeszcze dąsać się o byle co – oczywiście znowu nie mając jaj, by po prostu zapytać… Potem po prostu zasnął.
Skończył dziś nieco niewyspany, ale opity herbatą dociągnął do niespodziewanych nadgodzin. Gdy wychodzi z komisariatu zmęczony przeglądaniem papierów dotyczących bardziej sprawy omawianej przez Maelle, niż obecnej sprawy, przekazywanej do biura aurorów ze względu na zagrożenie płynące z tak groźnych używek – pod budynkiem spotyka tą samą dziewiętnastoletnią blondynkę. Ta pyta czy funkcjonariusz Day już wyszedł. Harrison mówi, że funkcjonariusz Day wyszedł już spotkać się z dziećmi. W jej wieku.
Niezależnie czy faktycznie się z nią umówił i oszukał go w kwestii spotkania z dziećmi, czy jedynie uśmiechnął się do niej zbyt-wyjątkowo ładnie – Harrison musi zapytać. Nawet jeżeli powinien zapytać już dawno – już kiedy w głowie pojawił się może pierwszy opiłek możliwości – pewnie kilkanaście lat temu. Zawsze zabijał takie myśli – te były idiotyczne, prawda? Ale teraz – kiedy przypominał sobie spędzenie w głowie wywołane niemal jedynie spojrzeniem Maelle – zabrakło mu chyba sposobów na przekonanie samego siebie.
To dziwne, bo lubi być osaczany we własnym mieszkaniu – ale dziś nie lubi być osaczonym we własnym mieszkaniu. To logiczne? Zarazem nie do końca, ale i może tak, ale dziwnym było też to, że Ambrose beztrosko świecił golizną, kiedy to właśnie Harrison wciąż nosił mundur. Nie zdążył się przebrać. Zasiedział się – układa wymówki w głowie, bo jeszcze go nie zapytano.
Śledzi kroplę wody ściekającą po boskim torskie w kierunku pępka, a gdy ta znika, rozbijając się o krawędź bielizny – wreszcie słyszy zadane mu pytanie. Przełyka ślinę.
– Okej… – odpowiada zmieszany. Czy to w ogóle możliwe, żeby to wszystko nawet w jednym milimetrze działało też na niego? Nie panuje nad tym, że spojrzenie podnosi się na wysoko zawieszoną twarz Day’a. Czy mógłby po prostu dostać od świata jakiś znak? Albo przypomnieć sobie pewnie tysiące tych, które sugerowały mu oczywistą prawdę, a które ignorował mimowolnie – będąc za blisko źrodła. – O uwodzeniu pracodawców? To musi być straszne – głos mu się łamie, ale pozostaje ewidentnie zirytowany. Nie chce już nawet pytać. Nie chce pytać, bo wie, że od tygodni jada mniej – bo w brzuchu zalęgły mu się chyba ćmy pchające się do gardła – jedynego źródła światła. Nie chce pytać, bo jeżeli dreszcze – te jak stada mrówek spacerujących po plecach – okażą się tylko fikcją, wyjdzie na okropnego pacana. Przecież to technicznie niemożliwe – wmawia sobie, ale paranoja nie słucha. Musi się wystrzelać.. – A jakie wzroce są lepsze, matka zza krat czy jakiś ćwierćwili czy chuj go wie ojciec? – pyta, czerwieniąc się nagle. Czyli zapytał, ale nie tak. No bywa. Ciśnienie skacze pewnie o sto jednostek, a Harrison wciska dłonie do kieszeni munduru. Może groźnie popatrzeć na wilą pierś, albo gładką, wilą szyję, bo - po pierwsze - te znajdują się na wysokości wzroku, a po drugie - nawet po kilku dniach – wciąż nie ma jaj by gniewnie spojrzeć mu w oczy. – Śpisz na kanapie póki mi nie minie. A może nie minie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
25-02-2026, 00:38
Śledzi wzrokiem spojrzenie Titusa, zsuwające się coraz niżej. Mruży lekko oczy, uważniej przypatrując się mimice i rumieńcowi Harrisona. Serce zaczyna mu bić trochę szybciej, uśmiech staje się jeszcze szerszy. Może nie zawsze potrafi zrozumieć cudzy nastrój lub dobrać właściwe słowa do okazji, ale umie—lubi—potrzebuje obserwować jak ludzie reagują w jego obecności. Tak nauczył się wychwytywać zły humor matki zanim podniosła na niego rękę i moment, w którym pijany teść zwierzał się z kłopotów finansowych i sekundę, w której jego urok oplatał najróżniejsze kobiety. Teraz to jest jednak inne, jest miłe i prawdziwe i Ambrose chce wiedzieć więcej, jakby ich nowa relacja była nową strategią fascynującego meczu. Niby od niechcenia opuszcza rękę z framugi, niby od niechcenia podchodzi bliżej.
- Ja też okej... prawdę mówiąc, czekałem trochę na wieczór... - przyznaje, zniżając trochę głos i przeciągając sylaby.
Nagle obserwacje skręcają jednak w przedziwną stronę, bo Titus wydaje się zirytowany... ale czym? Ambrose odruchowo zerka na sufit, ale ich sąsiad akurat siedzi cicho.
Treścią książki?
- No tak, wtedy pracodawca może nadużyć swojej pozycji. To w ogóle powinno być nielegalne, zamykałbym za to w pierdlu. - wzdycha, nieświadom, że gdyby został prokuratorem kilkadziesiąt lat później to mógłby się oddać temu powołaniu.
Zanim rozwinie myśl—Titus wyrzuca z siebie potok słów. Więzienie, chuj, kanapa, co?
- Mieliśmy nie rozmawiać o Allie. - nadyma się w pierwszym odruchu, bo jeśli został nazwany chujem i wyląduje na kanapie przez nią to to jakieś cholernie niesprawiedliwe. Zaraz... jak właściwie został nazwany...?
Wraca pamięcią do wyliczanki sprzed kilku sekund, jakby opuścił w niej jakiś istotny fragment.
Ćwierćwili.
To bardzo istotny fragment.
Jasnoniebieskie oczy rozszerzają się na chwilę w zdziwieniu i zgrozie. Może Titus zauważy ten wyraźny wyraz zaskoczenia, a może zatrzyma wzrok na spiętych mięśniach brzucha, bo Ambrose wstrzymuje właśnie oddech (co wygląda... nieźle).
Powoli wypuszcza powietrze z płuc. Nie, to jakieś nieporozumienie. Nie będzie panikował.
- Co ty znowu wymyślasz? Że Allie zdradziła mnie z ćwierćwilem? Daj spokój, dzieci są moje... - trochę panikuje, bo wypala pierwsze, co przychodzi mu na myśl. Przełyka ślinę. Musi się tego wyprzeć i jakoś zmienić temat, ale odpowiednie słowa jakoś nie nadchodzą.
W pierwszym odruchu nadchodzi odpowiednie zachowanie—takie, jakie ratowało wile i ich potomków od pokoleń. Nie sięga po urok, to nie miałoby sensu, to dzieje się po prostu... jakoś instynktownie.
- Tite, daj spokój. - prosi, podchodząc jeszcze bliżej, właściwie bardzo blisko. Teraz to krople wody na torsie zdają się srebrne, ostatnie promienie słońca odbijają się w nich w półmroku. Nachyla się lekko, by lepiej widzieć twarz partnera i by on również lepiej widział jego.
- Właściwie myślałem, żeby dzisiaj poczytać w łóżku. - kusi, udając, że poprzedni temat... nie istnieje. To na pewno pomoże. - Tą nową glupią książkę, albo Jądro Ciemności albo może kontynuujmy Przeminęło z Wiatrem, bo chcę wiedzieć, czy córka Scarlett zostanie światowej sławy dżokejką. - zachęca, nieświadom, że Titus mógł mieć złe przeczucie odnośnie zkaończenia obecnie czytanej powieści. - Ale najpierw wyprasuję ci mundur... - palce niby mimochodem zahaczają o jego kołnierz i rozpinają pierwszy guzik—by musnąć lekko szyję, a potem policzek, pod pretekstem poprawienia włosów Titusa. Już nawet nie udaje, że je poprawia—właściwie to nachyla się coraz bliżej, właściwie to po cholerę w ogóle rozmawiają, książkę wybiorą potem, a teraz mogliby się pocałować i zapomnieć o tej głupiej kanapie.

dojrzale rozwiązuję problem, urok osobisty 103
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
25-02-2026, 11:30
Mieliśmy nie rozmawiać o Allie. Harrisona skręca aż na – zapomniał już – jego własne słowa. Może nieco zbyt agresywnie wyrzucił z siebie złośliwe zdanie o więzieniu, o ”chuj wie czym” i o tym jak zajebistymi rodzicami musieli być we dwójkę, ale dawka irytacji przekracza już granice dobrego smaku, a kiedy już przetrawersował ją, nie odnajduje łatwej ścieżki odwrotu. Pozostaje tylko dramatyzm, a później może i furia.
Z jednej strony spędzali miło wieczory – przecież nie mógł się tego wyprzeć, mógłby nawet pomyśleć, że to właśnie było to. Że miło było dzielić się obowiązkami – nie odkładać je na później. Czasami przykryć się jednym kocem – nie zasypiać na kanapie zupełnie nieprzykrytym i budzić się o trzeciej byle przenieść do łóżka. Jeść razem kolację – nie pomijać ją z braku motywacji. Słuchać literatury (niezawsze ambitnej) – nie tylko magicznego radia. Myśleć o tym co mógłby kupić do mieszkania, byle milej było obojgu – nie tylko jemu (to nagminne, bo Titus często uznawał, że “szkoda pieniędzy” i “szkoda czasu”, ale kiedy skorzystać mogli oboje…). A przede wszystkim – nie rozważać nawet, żeby kiedyś się stąd wyniósł.
Może sam też czekałby na ten wieczór, ale jakoś tak się ułożyło.
– Merlinie… – przerzuca oczami, kiedy Ambrose kręci. Kręci ewidentnie, bo do cholery – dosłownie powiedział wszystko dosłownie. Tak, Allie była za kratkami. Tak, ich ojciec był genetycznie zmodyfikowany. I Ambrose ma rację – nie zauważa gromu niepokoju uderzającego w twarz blondyna, bo tak – spojrzenie spływa w dół, na spięty brzuch, ale ten wyraża chyba więcej niż zmieszanie, które zauważyłby na jego twarzy. Napina się, bo spodziewa się ciosu? Cóż, może powinien. – No tak, przecież po co żywić się na mieście, kiedy dobry obiad czeka w domu – z irytacją przywołuje metaforę. Tą metaforę powinien znać dobrze – używał jej nagminnie, pewnie kilka razy w miesiącu, bo ludzie zdradzali się pewnie każdego dnia. Przez kłamstwo, cudzołóstwo… Zatajenie. Harrison chowa twarz w dłoniach na krótka chwilę, byle dopiero wyłaniając się z ciemności dostrzec, że Ambrose wcale nie czuje się speszony. Harrison dopiero teraz znajduje w sobie pełną niedowierzania odwagę, byle spojrzeć mu w twarz.
– Ty kurwa słyszysz co do ciebie mówię? – wyrywa się nieco zduszonym głosem, bo Day chyba doskonale wie co robi. Mową ciała, uśmiechem, świdrującym spojrzeniem. Samym blaskiem zachodzącego słońca, jakby zamówił je na ten moment – platynowy blond mieni się w nich, a Harrison przymyka oczy – chyba w gwałtownej woli przetrwania. Byle nie dać się przekonać w tak naiwny sposób. – Nie poczytasz w łóżku, śpisz na kanapie. Możesz z dżokejką Bonnie, może ogrzejecie się w nocy – kładzie dłoń na jego ramieniu, zaciska palce, byle próbować zmusić go do oddalenia się, ale chyba ma w sobie za mało inicjatywy. Guzik ustępuje, a szyja nie wygnie się tak elastycznie, byle uciec przed jego palcami. Obraca za to twarz kiedy partner zbliża własną coraz, coraz bliżej. Nie przyjmie buziaczka – przecież pozostawał obrażony. Obrażony, no tak – wtedy właściwie dociera do niego, że jest rozgrywany jak dziecko. Że może uległby pod naciskiem pewniejszego mężczyzny i przestał drążyć.
O nie, po jego trupie.
Dłoń z ramienia wędruje w kierunku twarzy Day’a. Impulsywnie, bezmyślnie. Z otwartej, bo mniej zaszkodzi, ale przecież i tak zaboli. O dziwo sięga twarzy – o dziwo nie jest wielkości krasnala ogrodowego.
– Łyknąłeś sobie coś czy jak? Mów do mnie, mów prawdę, a rozbiorę się – kurwa – sam – warczy odsuwając się w tył. Próbując odsunąć się w tył.
1x k100 (siła ciosu w boskie lico):
36
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
26-02-2026, 01:10
Wedle standardów Ambrose'a, spędzali wieczory spokojnie. Może i wydawał się poukładany i dorosły, ale poza krótkim epizodem w obskurnej kawalerce w Cardiff nigdy nie miał szansy zamieszkać sam, na własnych warunkach—choć kiedyś, kończąc Hogwart, właśnie o tym marzył. Powroty do domu matki lub do mieszkania, które dzielił z Allie, zawsze były obarczone niepewnością. Zawsze słyszał jazgot niekończących się żądań i próśb i pretensji i kłótni. Z mamą to tolerował, z Allie nie, ale niezależnie od towarzystwa—ta kakofonia męczyła. Potrzebujemy pieniędzy, Ambrose, potrzebujemy remontu, Ambrose, potrzebujemy żebyś bardziej się starał, Ambrose, potrzebujemy żebyś był mężczyzną, ale nie potrzebujemy twojej inicjatywy, ale dlaczego nie wykazujesz się inicjatywą?
Uciekał w pracę, w nadgodziny, w treningi, a gdy już kończyły mu się wymówki—w długie, wieczorne loty na miotle.
W mieszkaniu Titusa... chciało się być. Chciało mu się wracać tutaj od razu do pracy i składać ubrania na drugi dzień i siedzieć tutaj w ciszy albo rozmawiać, bo rozmowy z Titusem były równie odprężające jak cisza. Chciało mu się nakrywać Harrisona kocem, gdy wychodził pobiegać o 4:45 rano i robić jajka sadzone na śniadanie. Na szczęście od zawsze znał przepis na podwójną porcję, ale pewnie nawet chciałoby mu się go nauczyć gdyby nie znał.
Teraz jednak przeżywa jakies upiorne deja vu. Ciepły baryton Titusa brzmi chłodno i zgrzytliwie, nieprzyjemnie kojarząc się z kakofonią z poprzednich domów. A żądanie prawdy, które przed nim postawił, jest impasem niemożliwym do spełnienia—bo podobnie jak przy pytaniu Allie dlaczego ze mną nie sypiasz? odpowiedź wszystko zepsuje i nikogo nie zadowoli.
- Do cholery, ile razy mam ci mówić, że z nią nie sypiałem?! - wbrew sobie podnosi głos, bo rozumie metaforę (po swojemu) i ten temat naprawdę go irytuje. - Dlaczego mi nie wierzysz? Nie jestem jak ty i Jeneva! - wydyma usta, tak jakby istnienie jedynie dwójki—a nie dziesiątki—dzieci nie było najlepszym dowodem na prawdę.
Może jego genetyka... odbiera nieco sensu jego słowom, ale desperacko próbuje odciągnąć od niej temat.
Może jego zachowanie, instynkt wmawiający mu, że cielesność jest najlepszym środkiem do tego celu... nieco przeczy jego nadętym słowom o małżeńskim celibacie i celibacie w ogóle.
Ale logika do niego teraz nie dociera. Nie, gdy temat wil wywołuje w nim strach i gdy desperacko chce go zagłuszyć. Nie, gdy przed pięcioma minutami myślał o powrocie Titusa do domu i propozycji czytania w łóżku i o cieple, które czuje ilekroć dotyka jego policzka.
- Tite, no weź... - próbuje jeszcze, jego uśmiech jest ciepły i jego oddech jest ciepły i jego spojrzenie też; wygląda jak ktoś, kto nie potrzebuje żadnej Bonnie do ogrzania się na kanapie; jak ktoś, kto chciałby teraz ogrzać Titusa swoją obecnością...
...ale z niezrozumiałych powodów Titus zachowuje się, jakby widział tylko bladą cerę i chłodny odcień perłowych włosów i zimny kolor niebieskich oczu. Odsuwa głowę, a źrenice Ambrose'a zwężają się w zdziwieniu. Jeszcze przez chwilę nie rozumie.
Nikt nigdy nie dał mu kosza.
Nagły policzek jest wszystkim, czego potrzebuje do zrozumienia. Cofa się samemu, zszokowany. Bili się niejednokrotnie, ale w tym jest coś innego. Nigdy nie dostał policzka od żadnej dziewczyny, do której podszedł za blisko—co najwyżej od Allie, gdy była zazdrosna. Nigdy nie spodziewał się policzka od Titusa, w takiej chwili, tu (nieświadom, że Harrison bał się właśnie podobnego zachowania gdy wyznawał mu swoją zazdrość). W niemalże identyczny sposób uderzyła go za to w marcu matka i to dlatego znalazł azyl na Hadrian Street.
Patrzy na człowieka, który mu ten azyl zaoferował z mieszanką zranionej dumy i szczerego poczucia zdrady. Przykłada opuszki palców do czerwonego policzka. Zabolało, choć bardziej od skóry boli go coś innego, coś za mostkiem.
Zachodzące słońce rzuca teraz czerwoną poświatę na jego twarz, a drugi policzek rumieni się symetrycznie. Ze złości.
- Gówno ci powiem! - podejmuje decyzje momentanlie. - Dopóki się nie uspokoisz, albo może nigdy! - parodiuje ze złością groźby Titusa o kanapie. - To nie twoja sprawa. - popycha go gniewnie. Śmierć Harolda Day, Dolores, burdel, nawet to ile razy sypiał z Allie. Teraz już widzi, że Titusa tylko to zrani albo wkurwi albo jedno i drugie - NIE TWOJA! - może byłaby jego, gdyby nie zaczął rozmowy od złości, ale teraz już za późno. Popycha go jeszcze raz, mocniej, na parterze poczuje się... lepiej. Titus jednak uparcie trzyma się w miejscu, a Ambrose ma nadzieję, że może chociaż zatoczy się na ścianę.

cios w klatkę piersiową, 41+15+5=61; obalenie nieudane
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
27-02-2026, 00:20
Pewnie nie miał prawa narzekać, że znowu rozmawiali o Allie, w końcu sam wywołał temat. Wątek jej był teraz potrzebny – prowadził do potwierdzenia przypuszczenia, bo przecież z każdym kolejnym zdaniem i zachowaniem jasno świadczącym o chęci załatwienia sprawy w sposób bardzo… Cieleśnie polubowny, nabierał odpowiedniego przekonania.
Nim jednak przejdą do sedna, jakaś niepotrzebna gra cieni trwa dalej. Ponownie słyszy imię swojej narzeczonej sprzed kilkunastu lat w kontekście, który przecież w ogóle go nie dotyczył. Jakoś temat nagle sprawia, że ma ochotę przyjrzeć się wnętrzu łazienki, zawieszając spojrzenie gdzieś na punkcie tuż obok ramienia blondyna. Nie chce rozmawiać o tym czy Ambrose faktycznie nienależycie spełniał swoje małżeńskie obowiązki, dużo bardziej nie chce jednak rozmawiać o własnym zaangażowaniu w zaludnianie planety. Naprawdę nie było o czym mówić.
Więc nie mówi, a kiedy nie mówi, jedynie pesząc się w irytacji, okrutnie szybko wpada w sidła zwodniczego uroku Day’a. Nie musi padać ofiarą dziedzictwa wili, żeby zauważać impulsy pochodzące z wnętrza własnego ciała. Nigdy nie znalazł się w takiej sytuacji, nigdy żaden mężczyzna nie próbował ugłaskać go w ten sposób – a już z pewnością nigdy we własnym domu, z nagim torsem, z tak czułym głosem… No weź brzmi jakoś niewłaściwie. Zgodziłby się, gdyby nie wałkowana w głowie paranoiczna myśl.
Policzek też nie był zachowaniem zupełnie odpowiednim. Ale stało się. Sięgnął celu, skóra zajęła się różem, zaskoczenie zajęło miejsce ciepła, którego nie mógł dłużej odnaleźć na twarzy partnera. Znalazł za to urazę i kiełkującą irytację – może bezradność? Może dopowiada sobie bezradność, ale naprawdę chciał ją tam zobaczyć. Żeby wreszcie po prostu to powiedział. Przyznał się. Powiedział jedynie, że nie miał fizycznych możliwości wpływania na jego zachowanie. Nawet na milimetr.
– JESTEM SPOKOJNY – wskaźnik decybeli przecież właśnie o tym świadczy. – Po prostu… – urywa.
Nie broni się nawet przed pchnięciem Ambrose’a, jakby jego zachowanie dawało mu satysfakcję – prycha w końcu ironicznie, ewidentnie we wszystkich gestach i wykrzyczanych słowach odnajdując tylko potwierdzenie. I dziwny ból, i gorycz, i frustrację, a trójka ta zasłania na krótki moment możliwość przyjęcia wszystkiego z odpowiednią wrażliwością. Bo kołysząc się na nogach po ciosie – chyba czuje zaciskające się na sercu imadło.
– NIE MOJA? Nie moja, tak? Bo co, bo ci na rękę, żebym nie wiedział, nie wtrącał się, dał się omamić, był póki jestem potrzebny, ale kiedy CZEGOŚ OCZEKUJĘ TO NIE MOJA SPRAWA! – popchnięty po raz kolejny zatacza się na ścianę. Niezamierzenie uderza głową w jedną z ram. Rycina zwierzęcia kołysze się, ale nie spada. Tak samo jak Titus nie przewraca się. Być może pociągnięty za ramiona w kierunku ziemi miałby ku temu większe szanse? Nie zadrwi, ale trzymając się wciąż na nogach, patrzy w kierunku Ambrose’a ostrzegawczo – o ile ostrzeżenie jest w stanie przebić się jeszcze przez falę wściekłości. – To na pewno nie jest w końcu sprawa gościa, z którym mieszkasz - urywa, widząc, że nie został popchnięty po to, by zwiększyć dystans. - Nie dotykaj mnie, nie dotykaj mnie bo dostaniesz w brzuch – ale groźba ta może być niemal żałosna z ust kogoś, kto uciekać mógł tylko w dwie strony, będąc jednocześnie o głowę niższym. – Po którego domu chodzisz… Tak – pospieszny, nerwowy ruch dłonią chyba to wszystko wyjaśnia. – Nie no, pewnie, moje pierdolone wyrazy współczucia, że nie umiesz zaufać nawet komuś, z kim pracujesz od kilkunastu lat – czuje, że długo nie pozostanie w swojej strefie osobistej sam – napina mięśnie, byle znieść możliwą ofensywę lepiej. - I pewnie każdy wie. Każdy. A ja nie, bo na mnie też to działa, tak? - nie, ale paranoja to jego niesforna karmicielka.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
28-02-2026, 22:11
Samemu nie reaguje na to wszystko... spokojnie, ale przecież to nie on zaczął, a emocje Titusa sprawiają, że nie potrafił się uspokoić. Bo i bez nich nie byłby spokojny, nie w obliczu sekretu, który ukrywa (ukrywał? przed partnerem. Najpierw niechcący—w Hogwarcie samemu nie był w końcu pewny, kim jest, i stopniowo odkrywał, jak to działa—a potem celowo, bo faktycznie było mu na rękę, że Titus nic nie wiedział. Że przyjaźnili się po prostu, bez ciężaru jego wyjątkowości tudzież odmienności. Nieśmiałych wątpliwości nabrał dopiero, gdy Harrison przyznał, że boli go powodzenie Ambros'ea... ale przecież powiedział mu wtedy, że to nie jest prawdziwe i szczerze myślał, że to załatwi sprawę.
Chyba nie załatwiło. A teraz Titus mówi za głośno i zbyt gorączkowo i za szybko, jakby doskonale wiedział (bo wiedział), że wtedy Day'owi trudniej skupić się na treści.
- Omamić? Co ty chrzanisz? - syczy ze złością na to, że cios był zbyt słaby i na to, że Titus się nie uspokaja i na całą sytuację. W sercu kiełkuje podejrzenie, ale Ambrose ma nadzieję, że rozumie Titusa źle, że o innego rodzaju omamienie chodzi. O nieszczerość czy... czy coś. Ramka chwieje się, na co Day reaguje automatycznie—wyciąga rękę i próbuje ją podtrzymać, zanim jej róg uderzy w głowę partnera. Harrison jednak uprzedza go i zabrania mu się zbliżać, a obraz zostaje na ścianie przekrzywiony. Ambrose co jakiś czas zsuwa spojrzenie z rozgniewanej twarzy Titusa na asymetrycznie ułożoną ramkę, wyraźnie tym rozkojarzony.
Nie dotykaj, gość, z którym mieszkasz, każde słowo ma za zadanie zwiększyć między nimi dystans. Ambrose blednie i marszczy brwi i nagle oddycha mu się jakoś ciężko, a do głowy przychodzi mu nie tak znowu absurdalna myśl, że niemowlętom topionym w Tamizie albo innej rzece oddycha się jeszcze ciężej. Policzek nadal pali, tak jak po fali złości mamy, ale mama nie może i nigdy nie mogła go zostawić, bo jest kobietą, a on jest dla niej wyjątkowy. Dla Titusa jednak taki nie jest, zwłaszcza, że Harrison zarzuca mu...
- Jak niby chodzę? - nadyma się dla zasady, bo chyba wie, co Harrison ma na myśli. Odtrącony pocałunek, upokarzający policzek, zakaz dotyku, a teraz wytknięcie nagości (jak inaczej miał być pod prysznicem?)—to wszystko sprawia, że czuje się bardzo źle, że czuje się odtrącony. O kolejnych słowach nawet nie wspominając.
- Z kim przyjaźnię się od dwudziestu sześciu lat - poprawia automatycznie i chłodno, spoglądając na Titusa z urazą. - Nie każ... - usiłuje wbić się w słowo, ale nie jest w stanie. Titus rozpędza się, a jego ostatnie pytanie sprawia, że Ambrose najpierw patrzy na niego niedowierzająco. A potem robi mu się zimno. A potem robi mu się gorąco.
- Co ty pierdolisz?! - warczy, gdy dociera do niego, że Titus właśnie uznał za fałsz jedyną prawdziwą rzecz w jego życiu. Kręci głową i parska lodowatym śmiechem. Śmiech, uderzenie, właśnie spełnia się koszmar Harrisona sprzed kilku tygodni, ale Ambrose pozostaje nieświadomy jego marcowych obaw. Ba, uderza go gniewna i rozgoryczona myśl, że to niesprawiedliwe: że Titus sam przedefiniował ich przyjaźń w coś innego, a teraz wytyka mu to wszystko i go odtrąca i jeszcze ma to wszystko za... wili urok? - Jak śmiesz, jak śmiesz, PRZESTAŃ TAK MÓWIĆ! - pytać, ale to bez znaczenia. Wykrzywia twarz w gniewnym grymasie, a gdyby urodził się kilka pokoleń wcześniej i jako Ambrosia to pewnie w tej sekundzie zmieniłby się w harpię. - Pokażę ci, jak to działa! - deklaruje wojowniczo, bo skoro nie ma pazurów ani nie potrafi przywołać ognia (ten jednak zdaje się płonąć w jego myślach, uniemożliwiając przywołanie jakiejkolwiek logicznej, pozostaje tylko wściekłość, bo to lepsze niż żal), więc ucieka się do bardziej konwencjonalnych sposobów. Zawsze myśleli z Titusem podobnie gdy chodziło o strategię, więc Ambrose faktycznie wyciąga ręce, aby złapać partnera za ramiona i spróbować obalić go na ziemię...
...ale bose stopy tracą równowagę na śliskim od kropel wody parkiecie i nagle to Day leci najpierw do przodu, a potem do tyłu. Czuje falę bólu i krótką sekundę ciemności, a gdy znów jest w stanie skupić wzrok—samemu leży jak długi na ziemi, na łasce Harrisona.


krytyczna 1 na obalenie, obaliłem się sam i możesz mnie od razu uderzyć w brzuch i obalić
+ dodatkowe efekty porażki
1: ramka uderza mnie w skroń i moje piękne lico ma teraz podbite oko
2. obiecany cios w brzuch sprawia, że mi niedobrze i Titus uzyska upragnione kilkanaście sekund bez mojego gadania
3: coś łupie mnie w krzyżu, bo mam już ponad trzydzieści lat, trudno mi będzie wstać bez pomocy
4: wszystko z powyższych
1x k4 (konsekwencje):
3
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
Wczoraj, 23:17
Jak niby chodzi? Może właśnie tak, jak mu się podoba, jak mu wygodnie, jak chce, a i jak podoba się też Harrisonowi, bo do dziś dzień pamięta przecież (nie z dokładnością co do dnia, nie był Day’em) pierwszy moment, kiedy jeszcze w szkole uciekać wzrokiem zaczął coraz chętniej na plecy i ramiona innych graczy Quidditcha. Sam miał być smukły, zwrotny, szybki – potem okazało się dodatkowo, że był jeszcze niewysoki – Ambrose miał być zaś silny i wytrzymały. Trenowane ciało ciosało się w charakterystycznie wdzięczny sposób, a Titus wmawiał sobie jeszcze wtedy, że pewnie każdy tak miał – każdy lubił to podziwiać – w końcu wszyscy chłopcy nazywający Ambrose’a dziwnym, powoli przekonywali się do niego, im lepiej grywał.
Nastoletnia naiwność minęła szybko, bo zazdrość skutecznie nauczyła go, że nie każdy tak miał. Teraz z pewnością wiedzieli, że mieli tak zaś oboje. Harrisona irytuje więc pytanie. Nie chce o tym mówić, ciągle licząc jedynie, że Day domyśli się przecież. Domyśli się, że to ciało to nie jest… Tylko ciało. To jego ciało i że podoba mu się nawet po setkach razy, kiedy zobaczył je w podobnej odsłonie.
Proszenie o zrozumienie tego bez słów wydaje się absurdalne, ale w złości granice absurdu wydają się nie do wyznaczenia.
– Miło że to zauważyłeś, może poszukamy znaczenia przyjaźni? Nie wiem gdzie, w słowniku? Coś? – prycha, tracąc elokwencję i chyba powoli przyzwyczajając się do myśli, że za kilka chwil popłacze się. Popłacze się, bo chociaż w warunkach pozadomowych trzyma nerwy na wodzy, nie umie opanować emocji przy Day’u, szczególnie od ostatnich kilku tygodni, kiedy otworzył serce na scenariusz, w którym już będzie dobrze. Bał się wtedy, że zrujnują przyjaźń i może właśnie tak się działo, skoro jasno stwierdzić umiał u siebie objawy zdradzonego zaufania.
Ale to kolejne słowa, te niosące najbardziej bolesną wizję dla Harrisona, okazują się równie bolesne dla Ambrose’a. Gdy ten wyśmiewa jego słowa, Titus marszczy brwi, czując zdradliwe drżenie w zatokach i pieczenie pod powiekami. Czy Day denerwuje się dlatego, że to wszystko o co go podejrzewa jest w jakimś stopniu prawdą? A może dlatego, że oskarżenie jest dla niego fikcją nie do zniesienia? Harrison wie, że nie potomkowie wil nigdy nie działali na przedstawicieli własnej płci – ale on często… Czuł się półmężczyzną. We wiadomy sposób.
Gdy Ambrose grozi, że coś mu pokaże, Harrison trzyma się własnego ostrzeżenia. Złapany za ramiona, momentalnie wyprowadza gwałtowny cios w brzuch Day’a. Pokazali sobie, pięknie sobie pokazali. Dłonie blondyna zsuwają się z ciała Harrisona, a silna próba obalenia go na ziemię, obraca się przeciwko niemu. Titus nie próbuje złapać go w locie – w tym momencie nie pozostają sprzymierzeńcami. Day ślizga się na własnym, mokrym śladzie, a Harrison – pchany do działania mieszaniną wściekłości i żalu – podnosi głos ponownie.
– Ostrzegałem cię, ostrzegałem, OSTRZEGAŁEM – ma ochotę kopnąć (leżącego) go w piszczel, ale powstrzymuje się – ciśnienie przejmuje prostująca się ręka, uderzająca jedynie bokiem pięści w ścianę. Nie chce, by Ambrose wstawał – nie chce by ponownie próbował go szarpać, popychać, całować w najgorszym możliwym momencie. Staje więc nad nim, by w naturalnym ciągu logicznym, po prostu uwięzić go w dosiadzie – na jego miejscu zrobiłby w końcu to samo. Szybko, zdecydowanie, od razu opierając się dłońmi też nad jego – na pewno – obolałymi od upadku ramionami, byle nie dać się strącić byle ruchem bioder. Z ramionami jakoś sobie poradzi… – A teraz mnie posłuchasz – chociaż oczy robiły się czerwone od alergii, skutecznie przykrytej aurą irytacji. – Nie będziesz mi pokazywać jak to działa, do cholery jasnej – ostrzega go, krótko przenosząc dłonie na szczyt barków i szarpiąc nimi w nagłym porywie frustracji wspomnieniem sprzed upadku. – Powiesz, że mam rację i jesteś kim jesteś – a chociaż w ciemnych oczach zauważyć to ciężko, źrenice Harrisona poszerzają się jak do ataku. – Powiesz CZEMU DO CHOLERY nie miałeś jaj mi o tym powiedzieć, bo co? Miałem się KURWA DOMYŚLIĆ? DOMYŚLIŁEM SIĘ, WIĘC CO CIĘ KURWA W TYM BOLI? PRZYZNAJ SIĘ DO CHOLERY – obraz pokrywa się cienką warstwą mgły, ale ta znika po mrugnięciu, gdzieś pod dolnymi powiekami. – Przyznaj się i powiedz, że to na mnie nie działa – żąda, obniżając się na przedramiona. – Nie przeszkadza mi kurwa kim jesteś, zrozum to do cholery – mówi dalej, bo w tej pozycji nie czuje już żadnych oporów. Mówienie mu tego w twarz wydaje się oczyszczające, nawet jeżeli pojedyncza, zabłąkana łza Harrisona kapie na policzek Day’a. Po prostu pada. – Tylko, że nie uznałeś, że mógłbyś powiedzieć – podnosi ramiona, by na chwilę oddalić się od niego, byle nie przyznać się do pocących się oczu. - Chociaż wtedy, kiedy… My. No wiesz.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
Dzisiaj, 03:54
Nie rozumie pytań retorycznych o definicję przyjaźni. Czy nie są już przyjaciółmi, bo to stało się czymś więcej? Nie ma odwagi spytać, bojąc się, że usłyszy inną odpowiedź, zakrawającą o kolejne odtrącenie. A potem nie ma już jak spytać, bo z oburzeniem rzuca się na Titusa. A potem upadek na chwilę odbiera mu dech i głos. A potem Titus jest nad nim, na nim i boleśnie przyciska jego ramiona do podłogi i wyrzuca z siebie pretensje, coraz szybciej i głośniej.
Dla zasady próbuje wierzgnąć biodrami, ale z lędźwi promienuje wtedy tępy ból (którego Harrison jest nieświadomy) i Ambrose traci na to siły, zakleszczony w pułapce.
Pułapce.
Od zawsze kłócili się często i gwałtownie, ale teraz jest jakoś inaczej. Może Titus jest bardziej rozgniewany i zraniony, a Ambrose bardziej oburzony i uparty, ale zarazem... obolały policzek i kakofonia pretensji i ta bezsilność pierwszy raz kojarzą się Day'owi z innymi kłótniami, z innymi wyrzutami. Z domem, w którym też znalazł się dzięki czyjejś łasce (matka jakoś nigdy nie mówiła o tym szczerze, ale jakoś znajdowała sposób, by wypominać mu to między słowami i to od dzieciństwa). Z którego uciekł właśnie tutaj.
Przełyka ślinę i usiłuje złapać oddech i wmówić samemu sobie, że może to normalne, że może... takie Uczucia przez duże U(choć to między ich dwójką jeszcze nie do końca nazwane) zawsze mają boleć, tak jak boli relacja między nim i mamą...
...ale odruchowo spina mięśnie ramion i robi mu się zimno (może dlatego, że leży bez koszulki na chłodnym parkiecie).
Dotyk Titusa budzi w nim coraz większy dyskomfort. A gdy—ma wrażenie, że zbyt mocno—Harrison szarpie go za barki, spojrzenie Ambrose'a robi się lekko nieobecne; jak zawsze gdy po ramieniu poklepywał go teść albo kolega albo komendant policji, a on musiał to tolerować, bo nie miał dokąd uciec.
Zapewnienie, że Harrison nie miałby mu tego wszystkiego za złe rozmywa się w gniewnym tonie głosu i w kolejnych, upokarzających żądaniach—zwłaszcza, że jedyne łagodniejsze zdanie wypowiedziane tuż przed najbardziej poniżającym powiedz, że to na mnie nie działa.
Słysząc to po raz kolejny (więc nie ma mowy o pomyłce), Ambrose rozszerza oczy z gorzkim niedowierzaniem i prycha z oburzeniem, a potem czuje jakiś tępy ból w okolicy splotu słonecznego i nie kontroluje już tego, co mówi:
- Kim jestem?! - właśnie został sprowadzony do jednego słowa, do pieprzonego gatunku, choć nigdy w życiu nie widział nawet na oczy najprawdziwszej wili, ale za to większość tego życia spędził u boku Harrisona. Jest przyzwyczajony do tego, że bywa w życiu uprzedmiotowiany (najczęściej przez kobiety, ale również przez teścia czy trenera Srok czy redaktora Czarownicy) ale nie przez niego, nigdy przez niego.
- Mam ci powiedzieć czy po tobie powtórzyć?! Może jeszcze napiszesz mi to na kartce, co?! Pierdol się! - głos trzęsie mu się ze złości, bo przecież nie z przykrości. Nie. Nie pozwoli sobie na okazanie żalu dopók Titus go nie puści i nie zostanie sam, nie poniży się aż tak. W jego oczach lśni upór (choć robią się coraz bardziej szkliste, zwłaszcza gdy na jego twarz spada kropla alergii) i teraz już na pewno nie powie tego, co Titus tak potrzebował usłyszeć. Nie wychwytuje w tym potrzeby, słyszy tylko zachciankę.- Jestem... - zaczyna ze złością, ale nagle traci impet. Titus prosi o prawdę, a on nie wie nawet, czy jest Ambrose'm, czy może w ramionach biologicznej matki przez chwilę był kimś innym. A może od razu oddała go Dolores i zanim został Ambrose'm był po prostu niechcianym nikim? Albo ćwierćwilem czy inny chujem, po prostu, tak jak ujął to Tite. Jestem Rosie i jestem twoim przyjacielem od ćwierć wieku, to byłoby najbliższe prawdy, ale duma nie pozwala mu tego powiedzieć, to brzmiałoby zbyt błagalnie. - Jestem Ambrose. - chce zabrzmieć hardo, ale jakoś nie wychodzi. Mruży ze złością oczy i próbuje zadrzeć brodę do góry, co w pozycji leżącej jest praktycznie niemożliwe i złości go to jeszcze bardziej. Chciałby teraz patrzeć na Titusa z góry, jak zwykle, a nie z dołu. - NIE, nie miałeś się domyślić. Raz chciałem ci powiedzieć w szkole, od razu jak nabrałem pewności, ale... - przypomina sobie jak szarpali się wtedy w szatni, o Allie. Czuje wstyd i postanawia do tego nie wracać. -...ale potem miałeś się nie domyślić i NIGDY NIE WIEDZIEĆ, wszyscy mieli nie wiedzieć, nie tylko ty, ale tak, przede wszystkim ty! - wyrzuca z siebie szczerze, skoro Tite tak chciał szczerości. Proszę bardzo, dostanie jej aż za wiele, niech uważa, czego sobie życzy:- Powiem ci, powiem, że na Jenevę zawsze działało, ale działało mniej niż jej pieprzona chciwość, bo wtedy nie zadziałało! - dlatego musiał lecieć do Szkocji, musiał prosić ją o powrót do Titusa osobiście. Element dawnej układanki wskoczył na swoje miejsce. - A na jej brata nie, bo sprawdzałem. - i dostał w twarz, a potem rżnął głupiego i nazwał Jenevę dziwką i się pobili, ups. - Oświadczyłeś się jej, bo był przystojny? - mierzy nisko (bo zawsze był o Malcolma zadrosny), tak jakby liczył, że Titus go teraz uderzy albo poddusi w obronie pierdolonych Youngów. Może wtedy wreszcie poczułby więcej złości niż przykrości, może nie musiałby mrugać tak często i panicznie. - Bo ja też widziałem, że był, kurwa, przystojny! Może też był wilą, co?! - próbuje szydzić, rozpędzając się coraz bardziej, ale obraz przed oczyma staje się coraz bardziej zamazany. - A ja?! SKORO JESTEŚ TAKI MĄDRY TO NA MNIE CO DZIAŁA?! - syczy, znowu próbując się wyszarpnąć. - Nie pomyślałeś o tym, co?! - nie, bo to takie wygodne być ofiarą wilego uroku,. Co z tego, że otrzymał wzajemność, co z tego, że to miało być prawdziwe. Pierwszy raz uderza go myśl, że może Tite wcale nie chciał tej wzajemności, że może chciał wtedy tylko pozbyć się niewygodnego ciężaru niewygodnej zazdrości, może chciał być normalny. Przemyka mu to przez myśl i coś w nim pęka: - Nie, bo teraz już wiesz i teraz już masz w dupie co na mnie działa i co myślę i co czuję i czy mogę mieć złamane serce, bo liczy się tylko jak WYGLĄDAM! - wylewa na Titusa swój żal do płci żeńskiej i całego świata i wydaje mu się, że trzęsie się ze wściekłości, ale to chyba nie wściekłość. - Proszę bardzo, napatrz się na to jak wyglądam, a potem wmów sobie, że opętał cię urok demona skoro tak będzie ci łatwiej, a potem wyjedź na wieś i się ożeń i wmów jej, że nie staje ci przez jakieś ćwierćwile, ale z mojego doświadczenia najlepiej sprawdza się wymówka, że jesteś zestresowany! - wgląd w związek z Allie, o który nikt nie prosił - Może trafisz nawet na jakąś dziedziczkę hodowli koni, może mogę na nią rzucić urok żeby przepisała hodowlę na ciebie i będziesz sobie żył długo i szczęśliwie! - mógłby tak kontynuować bez żadnych hamulców, gdyby głos mu się nie załamał, a właśnie się załamał. W przeciwieństwie do Titusa nie próbuje nawet ocierać oczu, bo dociera do niego, że policzki już i tak ma całkiem mokre. Tyle mu wyszło z nieokazywania żalu. Przynajmniej Harrison skutecznie ukrywa swoją alergię, choć Ambrose pozostaje na nią ślepy głównie przez własne emocje.
Zaciska powieki, wstyd miesza się ze złością na samego siebie - Puść mnie. - brzmi bezbarwnie i cicho i żałośnie—zwłaszcza, że i tak ręce ma już wolne. Mógłby samemu spróbować odepchnąć Titusa przynajmniej dla zasady, ale jakoś nie ma na to energii.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): 1 2 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 02-03-2026, 17:44 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.