• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Szkocja > Hogsmeade i okolice > Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie > Biblioteka Hogwartu
Biblioteka Hogwartu
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
15-10-2025, 14:43

Biblioteka Hogwartu
Ogromne, majestatyczne pomieszczenie wypełnione rzędami wysokich, drewnianych regałów sięgających do samego końca wysokiego sufitu. Półmrok panujący w tajemniczym wnętrzu, przerwany jest jedynie migotliwym światłem świec, olejnych lamp i szmerem przyciszonych rozmów. W powietrzu unosi się zapach starych ksiąg, pergaminu i kurzu, a ciszy strzeże surowa bibliotekarka. która nie toleruje hałasu ani nieostrożnego obchodzenia się z książkami. Jej surowy wzrok łypie spod sterty opasłych tomiszczy, spoglądając na każdego nowo-przybyłego gościa. Wśród tysięcy tomów znajdują się zarówno podręczniki do magii, jak i zakazane woluminy ukryte w Dziale Ksiąg Zakazanych, do którego dostęp wymaga specjalnego pozwolenia. Jest miejsce pełne ukrytych zakamarków, wygodnych stolików zachęcających do wielogodzinnej nauki. Jeszcze nikt nie zdołał odkryć wszystkich tajemnic i prawdziwego potencjału ogromnej biblioteki.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (3): « Wstecz 1 2 3
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#21
Kenneth Fernsby
Czarodzieje
Wiek
31
Zawód
Kapitan "Złotej Łani", przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
11
12
Brak karty postaci
16-01-2026, 17:39
|Odpowiedź dla Thalii

Czuł złość, ale nie tę gwałtowną, którą łatwo wyrzucić z siebie. To była złość ciężka, osadzona głęboko, zmieszana z zawodem i poczuciem, że ktoś odebrał mu prawo wyboru. Nie był zły o to, że odeszła, tylko, że zrobiła to bez słowa. Nie dała mu szansy na reakcję, nie pozwoliła na wypowiedzenie słów, a być może nawet na podjęcie decyzji, że popłynie z nią.
W jego myślach wracały obrazy: puste miejsce w tawernie, listy bez odpowiedzi, chwila, w której przestał wypatrywać jej w portach. Moment, gdy uznał, że nie można ratować kogoś, kto sam odcina liny. Czasem największą zdradą nie było odejście, ale zostawienie drugiego człowieka z pytaniami, które nie mają gdzie osiąść. Patrzył teraz na nią chłodno, ale też bez chęci odwetu. Był zmęczony noszeniem tego w sobie. Chciał jednej rzeczy, nie wyjaśnień, nie usprawiedliwień. Jednej odpowiedzi, która może nie uleczy, ale zamknie rozdział. -Powiedz chociaż, czy warto było, Wellers.
Patrzył na nią i myślał o tym, ile rzeczy można było zrobić inaczej, gdyby tylko powiedziała cokolwiek. Nie oczekiwał wyznań ani tłumaczeń z każdego kroku. Wystarczyłby jeden znak, jedno zdanie, które pozwoliłoby mu zrozumieć, że jej zniknięcie nie było lekceważeniem wszystkiego, co razem przeżyli. Teraz próbował poukładać to w sobie po fakcie, z opóźnieniem, które bolało bardziej niż sama prawda. Chciał wierzyć, że osiągnęła to, po co odeszła. Chciał wierzyć, że decyzja o porzuceniu dawnych przyjaciół, ignorowaniu listów i zniknięciu na tak długi czas miała sens. Nie zrobiła tego tylko po to, by uciec od odpowiedzialności albo od ludzi, którzy byli jej przychylni. Myślał o ranach, które zostawiła po sobie, i miał nadzieję, że nie były one bezcelowe. Skoro już musiały powstać, to przynajmniej coś z nich wyniknęło. Bo jeśli nie było warto, jeśli po tym czasie stała tu bez tego, czego szukała, wtedy wszystko traciło znaczenie. Wtedy jej odejście nie było trudnym wyborem, tylko krzywdą wyrządzoną bez powodu. A on bardzo nie chciał wierzyć, że tak właśnie było.
Rozumiał potrzebę ucieczki. Wiedział, jak silna potrafi być chęć wyrwania się z miejsca, w którym każde spojrzenie coś narzuca, a każde słowo przypomina, kim według innych powinno się być. Sam wiele razy wypływał właśnie po to, by zyskać dystans i ciszę potrzebną do myślenia. Szukanie odpowiedzi nie było mu obce, podobnie jak przekonanie, że czasem trzeba odejść daleko, by w ogóle móc coś zrozumieć. Rozumiał też pragnienie poszukiwań. Tę potrzebę sprawdzenia, czy gdzieś indziej świat wygląda inaczej i czy da się w nim oddychać swobodniej. Wiedział, że niektórych pytań nie da się zadać głośno, dopóki nie zostanie się z nimi samemu. Nie miał jej za złe samego faktu, że chciała znaleźć własną drogę i odpowiedzi, których nie potrafiła wtedy nazwać. Tym, czego wciąż nie potrafił w pełni przyjąć, był sposób, w jaki to zrobiła. Ucieczka i poszukiwania były zrozumiałe. Cisza, którą po sobie zostawiła, już znacznie mniej.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#22
Leonie Figg
Akolici
he was hanged from the gallows that he built for me.
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
18-01-2026, 21:51
Odpowiedź dla Keith Croft

Jasne, że miała ubaw, w końcu właśnie o to chodziło w kawale, który wycięła Keithowi, i teraz odbijało się to w szerokości promiennego uśmiechu zdobiącego twarz Leonie. Z perspektywy czasu cieszyła się, że prawda wyszła na jaw tak późno: dzięki temu mieli szansę przesłuchać razem pół Hogwartu, a widok jego miny, kiedy wreszcie dowiedział się, kto odpowiadał za tamtejsze szachrajstwo, był wart upływających lat. Co więcej, gdyby chociaż podejrzewała, że za jego kłopotem stał Ślizgon lub ktoś równie podły z definicji, nie spoczęłaby, dopóki nie wykopałaby winnego aż spod kamieni podłogowych zamku. Swego czasu była wobec Keitha niemal za opiekuńcza, dziś widząc, że w miejscu momentami zbyt naiwnego nastolatka stał odważny i rozumny młody mężczyzna, który na spotkaniu Akolitów zareagował ze znacznie większą niż jej werwą. Był gotów walczyć o inny świat i choć dalej martwiła się o niego jak o małego, jedenastoletniego chłopca, pojawiającego się na progu Pokoju Wspólnego z pogodą wpisaną w migdałowe oczy, musiała pamiętać, że już dorósł. Stał się za siebie odpowiedzialny, nie potrzebował jej nieustannego chuchania i dmuchania na niego, jakby był zbudowany z porcelany, która może się roztrzaskać przy nieuważnym ruchu. Między innymi dlatego nie interweniowała bezpośrednio, kiedy usłyszała o niedawnych turbulencjach z Riven. Leonie - jak zawsze - podarowała mu ucho do wysłuchania i ramiona, którymi go objęła, ale najważniejsze, co mogła dla niego zrobić, to pozwolić mu odnaleźć się w tej sytuacji na własnych zasadach; jej zdaniem tylko narobiłaby mu wstydu, gdyby pobiegła w jego imieniu krzyczeć na portową znajomą. Kiedy jej o tym opowiedział, poprosiła, żeby został u niej na noc i razem upiekli ciasto, które okazało się dla niej, niedoświadczonej cukierniczki, zaskakująco pyszne, a potem zasnął z Helgą leżącą w jego nogach, bo widocznie psina też wyczuła jego emocje. Keith musiał odnaleźć się w swoich emocjach, ale to nie znaczyło, że zamierzała zostawić go samego w tym procesie, przeciwnie - była przy nim przez ostatni czas i wspierała go, bo od tego były siostry.
- Oj, Keith - uśmiechnęła się, rozczulona jego słowami o pomocy. Nie to miała na myśli, nie takie wyznanie próbowała z niego wydusić, ale ciepło wypełniające ją teraz okazało się warte kierunku obranego przez rozmowę. - Nie chodzi o to, żebyś mi dziękował, ani tym bardziej myślał, jak tu się odwdzięczyć tej wspaniałej Leonie Figg - wywróciła oczami, chichocząc cicho. - Dawałam ci do zrozumienia, że i tak zawsze będę to robić. Niezależnie od okoliczności. Wspieramy się nawzajem, tak? My przeciwko światu - miała ochotę sięgnąć do jego włosów i przeczesać je palcami, ale powstrzymała się, nie chcąc rujnować ułożonej na okazję Zjazdu fryzury. Mógł dowolnie zmieniać swoją aparycję, ale tak czy siak musiał włożyć trochę pracy w swoje dzisiejsze wydanie, czy to zaklęciem, czy pracą produktów do stylizacji i swoich dłoni. - Prędzej świat zamarznie, niż będę oczekiwała jakiejś rekompensaty - dodała ciepło. On bowiem robił dla niej równie dużo, czego przykładem było choćby brawurowe natarcie przypuszczone na Irytka, przez którego mogliby tkwić teraz przyklejeni do podłogi we dwoje, a tylko jego spryt i odwaga pozwoliły na rozwój innego scenariusza.
Miała ogromne szczęście, że jej nie zostawił, zanim wpadła na genialny pomysł sięgnięcia po transmutację, a magia nie odpowiedziała na to kaprysem podobnym do zachowania szkolnego poltergeista. Może to w jakiś sposób było jego winą! Nie, niestety przeczuwała, że za swoje nieszczęście odpowiadała sama... Leonie przywykła do obarczania siebie winą w pierwszej kolejności, przed szukaniem jej w innych. Do dziś nie mogła przestać obwiniać się za niego; gdyby nie jej obłąkańcza pogoń za zabawą, gdyby nie jej pragnienie wyszumienia się, gdyby nie jej naiwność, gdyby nie wypity tamtego wieczoru alkohol... Życie pewnie potoczyłoby się innym torem, spokojniejszym, bezpieczniejszym, szczęśliwszym. Torem bez blizn i psychicznego znęcania, torem, w którym nie musiałaby wątpić w szczerość uczuć Jaspera. Dlatego gdy wylądowali na podłodze, wiedziała, kto był za to odpowiedzialny, choć rozpaczliwie próbowała o tym nie myśleć, żeby nie rujnować miłego dnia spędzanego na powrocie do Hogwartu.
- Tylko ty zobaczyłbyś w zjadającej cię podłodze jakiś powód do radości - zaśmiała się i trwało to długo, jak gdyby podświadomie wybrała ten sposób na pozbycie się napięcia i strachu odczuwanych w tamtym położeniu. - Przepraszam, nie wiem co mnie opętało z tym zaklęciem - westchnęła potem i pokręciła głową, magia rzadko kiedy aż tak przy niej kaprysiła. Na szczęście Keith wyglądał na całego i zdrowego, czego dał dowód w swojej odpowiedzi, i Leonie odetchnęła z ulgą, spojrzawszy na swoje nogi. Faktycznie nadal miała buty, co należało uznać za dobrą monetę. - Chyba wszystko w porządku - oceniła i wstała ostrożnie, głównie sprawdzając stan kostek, które najmocniej cierpiały, gdy próbowała oderwać stopy od posadzki. Nie czuła jednak żadnego bólu, jedynie lekki dyskomfort zmęczonych mięśni. - Ale przez tą całą przygodę nabrałam ochotę na trochę soku dyniowego... Poszukamy poczęstunku? - poprosiła, odkładając wizytę w bibliotece na później. O ile po Gumochłonku będzie jakieś później.

zt <3
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#23
Keith Croft
Akolici
Wiek
23
Zawód
Pracownik restauracji
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
9
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
6
Siła
Wyt.
Szybkość
10
8
8
Brak karty postaci
24-01-2026, 14:46
Odpowiedź dla Leonie Figg

Leonie była mu w tym momencie najbliższą rodziną. Może nie jedyną, bo jednak odnalazł jej namiastkę w państwu Hao, kucharzowi Qiang i poczciwej aptekarce pani Lian, jednak to właśnie Leonie postrzegał jako ta najbliższą. Podała mu pomocną dłoń podczas jego pierwszych kroków w szkole kiedy inni patrzyli na niego ukradkiem, oceniająco. Zawsze miała dla niego ciepłe słowo, uśmiech do podarowania. Była dla niego ważna, najważniejsza i dla niej i jej bezpieczeństwa był gotowy na wszystko. Nawet jeśli czasami widziała w nim tego małego chłopca, nie miało to znaczenia, bo wiedział, że nie ważne co, on dla niej również był ważny. Nie musiała tego mówić, czuł to w jej zachowaniu, w jej gestach skierowanych w jego stronę. Dlatego wiedział, że jej się nigdy nie odwdzięczy, bo znaczyło to dla niego więcej niż był w stanie powiedzieć, a jego wdzięczności nie dało się niczym zmierzyć. Była pierwszą i w zasadzie jedyną osobą, której opowiedział o męczących go rozterkach związanych z panną Thorne. Wiedział, że może się do niej udać i wszystko jej powiedzieć, nawet jeśli miałaby mu potem powiedzieć „a nie mówiłam”, to potem z całą pewnością wsparła by go radą. Tak też się właśnie stało, a nawet upiekła ciasto, które było zadziwiająco smaczne.
- Właśnie dlatego ci dziękuję, bo jesteś tą wspaniała Leonie Figg. - pokiwał głową uśmiechając się do niej szeroko - I tak, my przeciwko światu. - dodał zadowolony - Plus Jasper, nie zapominajmy o Jasperze. Już go zaliczam do naszej pokręconej rodzinki- poruszał zabawnie brwiami.
Cieszył się, że Leonie odnalazła szczęście u boku Prince’a. Chociaż poznał czarodzieja stosunkowo niedawno, to snał go już wystarczająco długo, aby wiedzieć, że to porządny człowiek. Był świetnym nauczycielem, nawet jeśli sam nie chciał tego przyznać, Keith wiele się przy nim nauczył w tym krótkim czasie i wiedział, że jeśli spędzi na nauce jeszcze więcej czasu w końcu osiągnie swój cel. Widział również jak Jasper traktował Leonie, był dla niej dobry, opiekuńczy, a uśmiech, który pojawiał się na twarzy jego siostry kiedy o nim mówiła, wystarczył mu aby jedynie przyklasnąć temu związkowi.
- Doskonale wiesz, że nie jestem z tych, którzy patrzą na świat przez różowe okulary, ale nie zmienia to faktu, że czasami można być bardziej optymistycznie nastawionym do pewnych wydarzeń. - puścił jej oczko, a rozbawienie rozjaśniło jego twarz.
W jego mniemaniu jedyną odpowiedzialną jednostką za to wszystko co się przed chwilą wydarzyło był Irytek. Ten irytujący duch, który egzystował tylko po to by wycinać kawały innym, czerpał z tego frajdę w ogóle nie zwracając uwagi na to, że rani tym innych. Nie było chyba sposobu by go w tym wszystkim zatrzymać. Bo gdyby był, to przecież dyrektor zamknąłby go na ten jeden dzień, prawda? No chyba, że Dumbledor sam czerpał radość z cierpniania innych, a to już by było po prostu chore.
- A przestań, zaklęcia nie zawsze wychodzą, to normalne. Ja ostatnio próbowałem zmienić kolor jednej ze swoich koszul i wywołałem mały pożar. - zaśmiał się kręcąc głową.
Wtedy mu nie było do śmiechu, bo jednak materiał zapalił mu sie praktycznie w rękach i musiał potem wietrzyć pokój cały dzień aby pozbyć się tego okropnego zapachu spalenizny, a koszula poszła do śmieci. Teraz jednak wydawało mi się to bardzo zabawne.
Obserwował jak Leoni podnosi się z ziemi i sprawdza stan swoich nóg. Gdyby było trzeba by jej pomógł, ostatnio nauczył się kilku porządnych zaklęć, plus z całą pewnością na miejscu nadal znajdowała się szkolna pielęgniarka, która w razie czego mogłaby pomóc gdyby on nie dał rady. Widząc jednak, że wszystko jest z nią w porządku sam podniósł się z ziemi i przeciągnął.
- Tak, zdecydowanie tak. Jestem głodny jak wilk, jestem ciekaw co dobrego przygotowali na dzisiaj. - pokiwał głową z uśmiechem, po czym nadstawił jej ramię aby mogli razem ruszyć na poszukiwania jakiegoś jedzenia.

zt<3
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#24
Philippa Moss
Akolici
Musimy mieć wytrwałość i ponad wszystko wiarę w siebie. Musimy być pewne, że mamy do czegoś talent.
Wiek
25
Zawód
barmanka, matka niuchaczy
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
25
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
11
Brak karty postaci
24-01-2026, 21:17
W jakimś koślawym przeczuciu, w takcie wspólnego tańca, a później wędrówki przez zakręcone korytarze tego nostalgicznego zamku, przemawiały do niej odgłosy tak bardzo zrezygnowane, tak podstępnie wydzierające się z apelem o proste i spodziewane odpowiedzi, o igraszkę, która tańczyła wokół zgodnie z intencją. Ale tu nic takie nie było. Bo chociaż to ona przyczaiła się na chłopca z portu i wyciągnęła go prosto w znienawidzone szkolne mury, to teraz on był tym, który skutecznie odbijał najmniejszą jej próbę wprowadzenia jakiegoś ładu w to, co było między nimi. Lub też z leniwą, ale niesłychanie imponującą skutecznością dążył do tego, by zniechęcenie na dobre zakiełkowało w jej uczuciach. By przestała spoglądać czasem z niekontrolowanym promieniem w oku, by przestała przyciągać, kiedy studził chłodnym komentarzem narastający w niej apetyt. Nieobce jej były iskry damsko-męskiej rywalizacji, utarczka, igraszka, zabawa, która czasem dobitnie satysfakcjonowała, a innym razem wpędzała do głębokiego dołu ponurych myśli. Tyle że teraz, chwilę później, po tych kilku szorstkich słówkach, po kilku nijakich i dobitnie odrzucających uwagach, gnała razem z nim do wrót niewiadomej przygody zupełnie wierna i oddana sprawię, jakby nic się nie wydarzyło. Dreszcz wtedy znów mknął pod skórą, napędzając zwinne istnienie do żarzącego się po drugiej stronie korytarza celu. Razem tam wchodzili i razem mieli stamtąd odejść. Jak kompania. Drużyna, która w całym tym jego samotniczym pochodzie życia, nagle okazywała się być mu potrzebna. Ta chwilowa myśl przynosiła ukojenie wszystkim podrażnionym przez niego kwadrans temu kawałkom jej istnienia. Zatrzymała się więc, skracając pęd kołyszących się w komitywie zaplecionych dłoni. Obróciła twarz w stronę delikwenta, z którego teraz prędzej należało zadrwić, niż skorzystać z krótkiej sposobności dla podbudowy durnowatego ego. Nie nawykła do osłaniania się za zdobnym wachlarzem nieśmiałości. Nie chciała wiecznie się na niego czaić.
– Tak, powinieneś – wyraziła zatem jasno, zderzając ze sobą dwa igrające ze sobą spojrzenia. Naprawdę wciąż chciał zachęcać ja do mówienia o tym wszystkim, co od wczoraj trwało w piorunującej wręcz oczywistości? – A potem gadaj, co ci się podoba – mruknęła tonem, który mógłby głęboko podrapać męski policzek. I nakazała mocnym ruchem, by podążyli dalej, bo przecież wciąż mieli tutaj coś do zrobienia. Niemiłosiernie ją drażniło to, co zagnieździć się musiało w nim jak robactwo. Inaczej niż w wybujałem ego sklonowanych cwaniaków, z którymi tak często miewała do czynienia. Inaczej, w jakiś sposób trapiąco, jak choroba, która wymuszała nie tyle irytację, co po prostu niepokój. Własne reakcje najchętniej potraktowałaby ostrą końcówką obcasa. Zgnieść, przebić, wyrzucić jak najdalej stąd. Nigdy wcześniej przed nikim tak się nie obnażała. I nikt wcześniej tak skutecznie nie doprowadzał jej do wściekłości. A gniew ten, ciasno upchany w piętrach kompletnie już wytarganych na tym zjeździe myśli, nie mógł wciąż znaleźć ujścia. Jeszcze.
Nawet później, w towarzystwie licznych księgozbiorów, kiedy to marszczące się łapsko tutejszego strażnika porządku łasiło się do jej nęcącego kawałka ciała. Bliżej i bliżej, byleby zasmakować słodyczy niedostępnych dla niego młodzieńczych obietnic, wzniesień, na które on od dawien dawna nie mógł już się wspiąć. Do żarów, których stanowiła soczyste i niezwykłe ucieleśnienie, tak ciepłych i figlarnie manifestujących wokół spróchniałej męskości pewne marzenie. Sen, który mogła komuś oferować, lecz ten ktoś z premedytacją pożądał jakieś zakurzonej księgi znacznie bardziej od niej. Woźny jednak nie zamierzał ani przez chwilę wzgardzić obietnicą tej uciechy.
Nie dostał jej. Z boku zagrzmiał głos Scaletty, który niczym bohater z 50 czarów Greya, wyłaniał się zza zakrętu i wyciągał broń. Byle wolumin frunący skutecznie w łapsko starego zboczeńca. Odgradzający odór obcego dotyku od jej ciała. Ów bezczelny starzec zawył donośnie, gorsząc drzemiące w kątach portrety bibliotekarek sprzed wieków, a później szeroko otwarte oczy Philippy obserwowały, jak twarz jego czerwienieje gwałtownie, jakby pod tą skórą coś zaczynało się gotować. W ułamku sekundy obróciła się na pięcie, uznając, że to najwyższa pora, by się stąd ewakuować, zanim plugawe słówka – niczym pociski – potną ich z premedytacją na kawałki, udaremniając całe to tajemnicze przedsięwzięcie. A gdy gdzieś w labiryncie korytarzy, kilkanaście oddechów później, upewniła się, że Michael znajdował się tuż obok, raz jeszcze spojrzała w te brązowe oczy złodzieja. – Na zewnątrz i do bramy, zmywajmy się stąd – zdecydowała jakże bojowo, nie oczekując ani przez chwilę, że on będzie miał coś więcej do dodania. Z Hogwartu przecież nie mogli tak po prostu się teleportować. Musieli stąd wyjść. – Cholera – mruknęła, gdy echem poniosły się alarmujące nawoływania zagniewanego woźnego. Był za blisko.
Gdy wybiegli poza mury zamku, dane im było ostatni raz jeszcze rzucić okiem na imponujący majestat z dziecięcych impresji. Choć stanowił przełom w jej sierocym życiu, nigdy nie umiała ochrzcić go najpiękniejszym domem. Jej dom znajdował się o wiele dalej. Trzask pożegnał dwójkę absolwentów.


zt?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#25
Thalia Wellers
Zwolennicy Dumbledore’a
We gotta get lost, cut loose, and lose our way There ain't no fun in holdin' back, babe
Wiek
32
Zawód
żeglarka, przemytniczka
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
10
15
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
13
7
Brak karty postaci
29-01-2026, 13:03
Odpowiedź dla Kenneth Fernsby
Wiele razy już po tym, jak ucięła kontakt, łapała się na tym, aby obracając się, znaleźć go koło siebie na kolejnym wieczorze, w którym ktoś ograł kogoś w karty, albo kolejny z marynarzy wypił o jeden kufel za dużo. Czasem, w chwilach zwątpienia, łapała za pergamin, tylko po to, aby zgnieść go i wyrzucić i gdzieś do kosza. Wmawiała sobie, że tak będzie najlepiej, że będzie to dla nich obu nowa szansa. Dla niej - pod prawdziwą postacią. Dla niego - nie obarczonego jej wyborami, ani znajomością, która przyniosłaby mu złą sławę. Dopiero po latach zrozumiała, że wybór tak naprawdę nigdy nie powinien być tylko jej.
- Chciałabym ci móc odpowiedzieć, że tak.
Nie było zaskakujące to, że pomimo różnego podejścia w tym momencie, kiedy chodziło o Wzajemne wyciągnięcie konsekwencji z sytuacji, która ich spotkała, ich myśl wędrowały w tym samym kierunku. Nie raz miała jeszcze się zastanawiać, czemu niektóre rzeczy zrobiła w ten, a nie inny sposób, a także nieść ze sobą konsekwencje które z tego wynikały. Nie wiedziała nawet, na co liczyła, i który z wyników tej sytuacji bardziej go zadowoli. Czy rzeczywiście będzie szczęśliwy, gdyby mu powiedziała o pozytywnych wydarzeniach, czy jednak bardziej zadowoli go prawda, w której nic pozytywnego nie wynikło z jej zniknięcia. Mimo tego, jak bardzo chciałaby wierzyć w to, że ryzyko może zawsze jej się opłacić, nie była to sytuacja, którą mogła się pochwalić. Co gorsza, to co straciła w wyniku swoich własnych działań, było tym, czego najbardziej jej brakowało, nie to, co jakkolwiek zyskała.
Jej problemem i błogosławieństwem zarazem było to, że mało kiedy uczyła się na własnych błędach. Oczywiście, kiedy sprawa dotyczyła mniej oficjalnych wydarzeń, takich o których mówiło się za zamkniętymi drzwiami, dokonywała dyskretnych wyborów, a także łatwiej przychodziło jej uczyć się na błędach własnych oraz cudzych. Kiedy jednak chodziło o jej życie, prywatne i zawodowe, cała logika jej działań wydawała się znikać w otchłani morza. Łapała się kolejnych decyzji, które wydawały się Jej rozsądne w danej chwili, Tylko po to aby z perspektywy czasu móc ocenić, że popełniła znów ten sam błąd, który popełniła już wielokrotnie. Brak kontaktu z Kennethem w tamtym okresie wydawał się rozsądną decyzją – sytuacją, w której za każde potencjalne przyszłe problemy i błędy przyszło płacić tylko jej. Dopiero po paru latach mogła się zorientować, że nie zyskała na tym nic, a jeden jest straciła coś, co powinno znaczyć dla niej więcej. Wody jednak zmieniły się już na inne, i nie sądziła aby cokolwiek miało sprawić, że ich relacja kiedykolwiek wróci na dawne tory, a tym bardziej wróci do przyjaźń. I wiedziała, że mogła winić za to jedynie siebie.
Nie była pewna czy dalej chciał ją widzieć, czy ta jedna odpowiedź miała go jednak usatysfakcjonować. Wiedziała również, że nie miała prawa do żadnych próśb skierowanej w jego stronę, nie mogła jednak powstrzymać myśli, która pojawiła się w jej głowie.
- Riven jest dobrą dziewczyną. Raczej już kobietą. Mam nadzieję, że dbasz o nią i jesteś z nią szczęśliwy. – Jeżeli nie było to dla niego ważne, to chociaż miało być ważne to dla niej, a zwłaszcza dla Riven.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#26
Kenneth Fernsby
Czarodzieje
Wiek
31
Zawód
Kapitan "Złotej Łani", przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
11
12
Brak karty postaci
29-01-2026, 19:13
|Dla Thalii

Patrzył na nią bez wyrazu, pozwalając, by cisza zrobiła to, czego on nie zamierzał. Jej odpowiedź nie była kłamstwem, wyczuwał to od razu. Była szczera aż do bólu, a jednocześnie pusta w miejscu, w którym kiedyś powinno być coś mocniejszego. Chciałaby móc powiedzieć, że było warto. To zdanie zawisło między nimi ciężarem straconych lat i niewypowiedzianych wyjaśnień. Czuł, jak coś w nim cichnie, jak drzwi domknięte bez potrzeby sprawdzania, czy da się je jeszcze otworzyć. Zaufanie, którym ją darzył, nie rozsypało się już jakiś czas temu. Zniknęło razem z nią tamtego dnia, kiedy urwał się ślad, kiedy szukał, dopytywał, snuł najgorsze scenariusze i w końcu musiał przyjąć, że nie wszystko da się uratować siłą woli. Nie było w jego naturze znęcanie się nad kimkolwiek, więc nie drążył, nie wyliczał jej strat, nie próbował rozdrapywać tego, co i tak już było blizną. Wiedział jednak, że coś właśnie się domknęło.
Był przekonany, że kiedyś rodziło się między nimi coś więcej. Ta przyjaźń miała w sobie napięcie, obietnicę, możliwość, której żadne z nich nie nazwało na głos. Może zabrakło odwagi, może czasu, może po prostu właściwego momentu. Teraz nie miało to już znaczenia. Tego już się nie dowiedzą i była to myśl zaskakująco spokojna, choć gorzka. Jak świadomość, że ominął statek, na który kiedyś naprawdę chciał wsiąść. Poczuł nagłą, niemal fizyczną potrzebę zapalenia. Spojrzał jednak na regały pełne ksiąg i tylko westchnął w duchu. Ostatnie, czego chciał, to wzniecić pożar w pierdzielonym miejscu, które pamiętało więcej historii, niż on był w stanie unieść tego dnia. Zamiast tego skinął jej głową krótko, uprzejmie, jak komuś, kogo znał kiedyś bardzo dobrze, a teraz już tylko rozpoznawał. I to wystarczyło. Przyjął do wiadomości jej odpowiedź. Nie miał dziś sił ani ochoty dopytywać. Jej nagłe pojawienie się, dziwnie wytrąciło go z równowagi. Jednocześnie nie czuł wstrętu czy niechęci do jej osoby, raczej cichą ulgę, że jednak żyje. Niewiele się zmieniła, pozostając taką samą jaką ją zapamiętał ostatniego dnia. Już miał odsunąć się od regału, oznajmić, że rozmowa zakończona i być może kiedyś ich drogi się jeszcze przetną, ale zatrzymała go słowami, których się nie spodziewał.
Mięśnie na obrysie szczęki stężały, a on stał się nagle czujny. Oczywiście, że Riven ją znała. Pracowała w tawernie, plotki o tym, że kapitan Złotej Łani ma kobietę obiegły port, pytanie jak dobrze się znały. Ze słów Wellers mógł jedynie wnioskować, że całkiem nieźle, skoro ośmielała się na takie postawienie sprawy i stawianie się w pozycji osoby, która mogła składać takie życzenia na jego barki. -Nie stań się dla niej obca, Wellers. - Odpowiedział cicho odbijając piłeczkę. -Jest ze mną bezpieczna. - Dodał jeszcze i przez chwilę trwał w milczeniu nim ostatecznie przełamał je jeszcze jednym pytaniem. -Na czym teraz pływasz?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (3): « Wstecz 1 2 3


Skocz do:

Aktualny czas: 02-02-2026, 15:54 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.