• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Pokątna > Restauracja "Andromeda"
Restauracja "Andromeda"
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
11-07-2025, 12:42

Restauracja "Andromeda"
Andromeda to ekskluzywna restauracja znajdująca się na końcu jednej z bocznych odnóg Pokątnej, dostępna tylko dla gości z uprzednią rezerwacją. Wnętrze restauracji utrzymane jest w ciemnych, granatowo-srebrnych tonacjach, z delikatnymi, lśniącymi akcentami przypominającymi gwiezdny pył. Najciekawszym elementem jest zaklęty sufit, który przedstawia ruchome nocne niebo — gwiazdozbiory, mgławice i planety przesuwają się powoli ponad głowami gości, zmieniając się w zależności od pory dnia i faz księżyca. W specjalne wieczory pojawiają się też magiczne zaćmienia lub deszcze meteorów.
Stoły są oddzielone od siebie wystarczająco, by zapewnić prywatność, a każdy z nich ma własne, dyskretne źródło światła – świecę zawieszoną w powietrzu nad stolikiem. Zamiast klasycznych numerów, stoliki oznaczone są nazwami gwiazdozbiorów, a drogę do nich wskazuje szef sali czekający na gości tuż przy wejściu. Menu pokazuje się na lewitującym pergaminie, który rozwija się sam pod wpływem wzroku gościa.
Na talerzach podaje się prawdziwe dzieła sztuki, wykwintne i wyrafinowane, często z wykorzystaniem iluzji i czarów transmutacyjnych Karta win i eliksirów obejmuje zarówno klasyczne magiczne trunki, jak i rzadkie importy z Francji, Grecji i Transylwanii. Restauracja posiada wydzielony balkon widokowy z zaklętą kopułą, pod którą można jeść „pod otwartym niebem” nawet podczas deszczu.
Andromeda często gości znanych czarodziejów i czarownice, polityków i ważnych urzędników Ministerstwa Magii, przedstawicieli rodów ze słynnej Dwudziestki Ósemki, bądź gwiazdy estrady i nazwiska pojawiające się na łamach magazynów Czarownica i Abrakadabra.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (3): « Wstecz 1 2 3
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#21
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
23-02-2026, 14:42
Daniel Dodge byłby lepszym skrzydłowym niż Ambrose Day. Doszli do tego wniosku jeszcze dwa miesiące temu, a efekty widzieć mogli dzisiaj, kiedy Harrison stał pod budynkiem dopalając papierosa. Powinien pozbyć się z siebie smrodu tytoniu? Może powinien zjeść mietówkę? Pożuć gumę (miał tylko balonową…)? Popryskać się kolońską jeszcze dwa razy, prewencyjnie?
Patrząc na szyld restauracji, która na dłuższą metę znajdowała się chyba poza finansowym zasięgiem Harrisona, zaciskał wargi na filtrze może zbyt mocno. W takie miejsca chciały być zabierane kobiety? Jak randkujący mężczyźni w ogóle wychodzili na plusie? Oczywiście, taki Titus nie miał na utrzymaniu dzieci, zarabiał państwową i stabilną pensję, a i nie był wściekle rozrzutny (chociaż pieniądze zarobione nieuczciwie wydawał niemal od razu), ale dzisiejszego wieczora i tak poczuje się okrutnie lekki. Karta dań wywieszona za szkłem na zewnętrznej ścianie “Andromedy” wydaje się mówić to do niego ludzkim głosem.
Chyba ubrał się odpowiednio, bo przynajmniej nie przyszedł tu w mundurze. Ubrał kraciastą marynarkę, a koszulę wyprasował sam, wchodząc w trakcie w krótką scysję z dociekliwym współlokatorem, któremu tłumaczył z wielką powagą korelację pomiędzy własnym samotnym wyjściem, jego bójką z Danielem Dodge’m w ścianach tego mieszkania, jak i wspomnieniem jego potencjalnej łatki bawidamka, którą proponował jeszcze kilka tygodni temu, a której wspomnienie paliło go jeszcze bardziej na myśl o wilej krwi, która czyniła to wszystko jeszcze bardziej realnym.
Kiedy wchodzi do sali i kiedy zaczepiony zostaje przez obsługę, podaje nazwisko z rezerwacji niemal bezwiednie. Dopiero po chwili czuje się ostro nie na miejscu – wystrój sam w sobie kosztował pewnie tyle co jego przyportowa kawalerka (nawet w obecnej ekonomii), a goście nosili na sobie biżuterię wartą tyle, ile wart był najcenniejszy organ jego ciała.
Wielkimi oczami odbija się od gwiazd na fikcyjnym niebie i chyba przez ułamek sekundy… Myśli, żeby stąd spierdolić. Coś mu wypadło. Coś mu…
– Zapraszam – mówi szpakowaty facet, kiedy już odnajduje stolik na planie sali, a potem prowadzi Harrisona wzdłuż obwieszonej obrazami ściany. Każdy z obrazów nawiązuje do tematyki gwiezdnej, a Harrison i tak wydaje się rozpoznawać jedynie gwiazdozbiór pegaza. Może i przystanął na chwilę, byle nacieszyć oczy ruchomym, magicznym malarstwem, gdyby nie fakt, że nad ramieniem kierownika sali i tak zobaczył już smukłą sylwetkę przedsiębiorcy i piękne blond loki…
– Sandy Wilkes, dzień dobry – powtarza, uzupełniając o nazwisko, kiedy Dodge przedstawia ich sobie. – Hej Danny… – To trochę krępujące, no nie? Jeszcze jakiś czas temu podpisywała autograf dla jego żony, a teraz umówił się z jej… Koleżanką? Tak to miało być? Cóż, to chyba głupia sytuacja, chyba należało się wyłgać, stworzyć w głowie szybko jakiś wiarygodny scenariusz, powiedzieć coś, cokolwiek – a nie tylko utykać spojrzenie w twarzy młodej aktorki (aktorki? Czyli Dodge nie wciskał mu kitu i faktycznie umawiał się z taką laską?). Dodge zauważa, że coś tu nie gra – nie jest idiotą. Nie łyknie też głupich kłamstw. – Spotkaliśmy się, nie w przedszkolu, nigdy nie chodziłem – żartuje, chociaż nie wie po co właściwie to mówi. Może po to, by się rozpędzić? W końcu z każdym kolejnym słowem głos wydawał się już pewniejszy, a myśli spokojniejsze. Nim złapie w dłoń lewitującą kartę, śledzi Sandy uważnym spojrzeniem. Może lepiej żeby wyjaśnili sobie te całe zamieszanie… Zanim w sali pojawi się koleżanka?
Sage – zapamiętuje. Próbuje zapamiętać.
Wie jednak, że Dodge zapamiętał jego “gusta”. Gusta, których sam nie umiał ujrzeć przed oczami od wielu lat. Bo ostatni raz na randce, randce był chyba półtora roku temu? Może dwa lata temu? Pięćdziesięcioletnia kobieta, którą zaprosił do pubu była wygadana, zabawna, miała cechy rozrywkowej matki, młodej wdówki, ale kiedy zaproponowała mu coś poważniejszego – zaśmiał się impulsywnie. Przepraszał długo, ale nic z tego nie wyszło. Nie powie jej przecież, że oszczędzał się dla właściwej kobiety, to było niemal tak samo żałosne, jak i nieprawdziwe. Właściwie równie żałosnym było, że nawet nie chciał tam wtedy być, a swoje chęci sprawdzał po prostu co jakiś czas, zastanawiając się czy to już i czy kiedyś w ogóle będzie już, w którym poczuje, że naprawdę czegoś chce.
– Zdarza się wam tu bywać? Może polecicie mi coś dobrego… – a oko nawet mu nie drgnie, kiedy przelatuje wzrokiem po cenach w karcie drinków. – Co lubi pić Sage? – pyta, ale to chyba podstęp, byle przypodobać się Sandy. Utrzymanie kontaktu wzrokowego z kobietą wydaje się obecnie zajęciem nielekkim. Ale może nie ze wstydu, może tylko dlatego, by nie wydać się perfidnie zagapionym w cudzą kobietę. Tak. – W moim typie? Wiesz, że naprawdę nie mam konkretnego… – nie był kawalerem przez wybredność. A może właśnie… A może jednak był. Może jednak był zdecydowanie zbyt wybredny i jeszcze nie spotkał tej jedynej, która wzbudzi w nim miłe uczucie ciepła. - Dziękuję za zaproszenie, niemniej, ten...
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#22
Sandy Wilkes
Czarodzieje
tell me who I am – do I provoke you with my tone of innocence?
Wiek
21
Zawód
fryzjerka, niania, drobna złodziejka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
2
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
13
Brak karty postaci
03-03-2026, 16:10
Zasady losowań puli genetycznej mają za zadanie dbać o to, byśmy wszyscy byli różnoracy, inkluzywni i całkiem kolorowi; nie moja więc wina, że Tammy dostała w przydziale siedem i pół kilogramów na plusie, skórę głowy z tendencją do przetłuszczania i minus dwie diopri na obydwu oczach w kolorze smętnego bagna.
Każdemu po równo zwyczajnie nie sprawdza się w naturze, nie współgra z harmonią gwiezdnych konstelacji i ludzkich pragnień, a dodatkowo zapewne wystawia też na szwank zdolności reprodukcyjne, które dopiero co podreperowaliśmy po ciemnych czasach wojny, której ja w zasadzie już nie pamiętam, Danny zapewne wspomina z lichym sentymentem, upychając bum i Heil, Hitler pomiędzy obrazki amerykańskich Dinerów i stacji benzynowych, w których ropa nigdy się nie kończy.
Dostatek pełną parą; w ten jeden weekend miesiąca udajemy, że ponad stan to nasze motto (a może wcale nie udajemy?), ja ubieram czerwoną sukienkę i zanim jeszcze podobna odcieniem szminka pojawi się na moich ustach, te najpierw składają tysiące drobnych całusów na policzku Daniela, bo w życiu młodej, przebojowej kobiety, moment, w którym jej partner zaczyna przejawiać chęci spędzania czasu w towarzystwie jej przyjaciółek – nawet jeśli chodzi tutaj tylko o zorganizowanie towarzystwa dla dobrego przyjaciela pana Dodge’a – jest przełomowym.
Szczerzę się więc i wdzięczę, moszczę na lśniącym siedzeniu pasażera równie wypolerowanej na błysk Marlenki; kilka pocałunków, splotów dłoni i tuzinów radosnego szczebiotania dalej, wysiadamy przed Andromedą, a mnie świecą oczka. Przez moment zapominam nawet, że za chwil kilka dołączyć ma do nas Sage, jej cięty język, wąska talia i skrajny pogląd na niemalże każdy kontrowersyjny temat tego świata. Dyskutantka pierwsza klasa, rozmowa z nią to przejażdżka kolejką górską – przewyższenia tylko dla tych odważnych i ze sprawnym błędnikiem.
Krzesełko w tył, pupa w dół, wykrochmalona biel na okrągłym blacie kusi i aż prosi się o soczystą plamę z wina; nas to nie dotyczy – nie, kiedy Daniel wskazuje na niebo, a ja otwieram usta z zachwytu.
– Zobacz, to chyba gwiazdozbiór barana, ale jazda – kilka świecących kropek na imitacji nocnego firmanentu może być wszystkim, nawet nieuważnością malarza ścian, ale ja jestem święcie przekonana, że to dokładnie fortuna, dostatek, miłość i szczęście, które właśnie puszcza nam oczko.
Co do oczek i puszczania – kieruję uwagę na element numer trzy naszej intrygującej przygody i gotowa jestem wyciągnąć obstrojoną pierścionkami rączkę w ramach przywitania, ale, niespodzianka, wcale nie muszę.
– Och, ależ niespodzianka! – menu na stół, szczerość na bok; mimo zmieszanych min obojga panów, ja szczerzę się perliście i nie mogę nacieszyć przypadkowością zdarzeń – Żona była zadowolona? Wie pan co, ja potem tak myślałam i myślałam, że mogliśmy sobie zrobić zdjęcie, wtedy to dopiero byłoby miło, prawda? – Danny wspomina o drinkach, a ja krótko odpowiadam, że pinacolada, skupiając się jednak na słodkości sławy.
– Danny, ja Titusa już znam! To jemu ostatnio dałam autograf, pamiętasz? Ale heca! – o krok od klaśnięcia w dłonie wracam na swoje miejsce, odnajduję dłoń Daniela i ściskam ją czule, chcąc dzielić z nim każdą podekscytowaną iskierkę radości, która teraz mnie wypełnia.
– Ja myślałam nad krewetkami, ale nie wiem czy sobie poradzę. Ponoć trzeba oderwać główkę. Albo ogon. Albo główkę i ogon? – pospiesznie skanuję pozycje w karcie, ale ciężko mi skupić wzrok na konkretach – Sage? Sage ma ostatnio obsesję na punkcie soku z selera, taka świruska, wiesz? Ale tutaj chyba nie mają takich rarytasów… – skan w dół, przez befsztyki, po wina, whisky i rzemieślnicze piwa – O, zobacz, krwawa Mary, całkiem obrazowo, co? Sok z pomidora, cudowny wybór, bo wiesz, Sage to…
Sage to rakieta, a mnie brakuje końca zdania, kiedy dostrzegam jej sylwetkę na horyzoncie.
Sto siedemdziesiąt centymetrów ironii i zawziętości o prawa zwierząt nawiedza przestrzeń Andromedy w czarnej garsonce (dostała od siostry bon towarowy na urodziny), spiętych wysoko włosach (naturalny lifting) i szerokim uśmiechu, którego jedynki tylko odrobinę przypominają królicze zęby. Stukot obcasików odlicza sekundy do powitań i początków, w końcu moja słodka przyjaciółka dołącza do stolika i czule nachyla się w kierunku Titusa by złożyć bardzo, bardzo serdeczny pocałunek na jego policzku; przez dwie i pół sekundy widzę zieloną koronkę jej stanika, a długi naszyjnik z naturalnych tkanin, który obija się i kręci przy jej skórze, każe narządowi wzroku patrzeć tylko w pobliże jej pełnego dekoltu.
– A przepraszam was, ale jakiś buc zaparkował mugolskim wozem na miejscu dla mioteł, nie wiem kto tego pacana tu wpuścił, Merlinie kolano, no, nieważne. Titus jesteś, tak? Słodziutko, mój wujaszek się tak nazywał, siadałam mu na kolanie i ten no, wierszyki opowiadałam, ale czasy… Sandy! No, wystroiłaś się, cudnie. Daniel, no również nie najgorzej. Zamówiliście już coś do picia? Ja może chętnie coś z ogórkiem, bo ma działanie detoksykacyjne, z drugiej strony w winie są polifenole….
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#23
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
04-03-2026, 11:23
Czekadełko, przystawka, danie główne, deser, najpierw na białym talerzyku i ze złotym widelczykiem (białym, ale złotem - żeby pasowało do srebrzystych akcentów kolorystycznych restauracji), potem taki skonsumowany już prosto ze stołu. Albo tego w kuchni, albo tego bilardowego w salonie, ogranicza mnie właściwie tylko wyobraźnia. I stan funkcji motorycznych po alkoholowej degustacji, bo hehe, wiecie, ja to za kołnierz nie wylewam. Jedyne, co może mnie powstrzymać to rubryczka z cenami po prawej stronie kart, wytrzeszczam oczy, cooooo proszeeeeeeeee, chyba Pani żartuje to dziekuje do widzenia; ale raz nie zawsze, dwa razy nieczęsto et cetera, et cetera, chcę dać mojej Sandy tą pieprzoną gwiazdkę z nieba i jeśli oznacza to pożyczkę na tę jedną kolację, proszę bardzo, niech będzie. Jej menu nie ma cen - gwiżdżę cicho przez zęby, to z podziwu, no, no, ale pomyślane, sufrażystki piszczą, biedne, uciśnione, że ktoś raczy fundować im wpierw francuską zupę cebulową pod pierzynką sera gruyère (szwajcarski akcent) z jagnięcą pieczenią z miętowym sosem a potem pewnie jeszcze fondanta czekoladowego i w międzyczasie ze trzy drinki, choć tutaj nie ma happy hour. Faktycznie: straszne, a kwestia tego co po randce: jeszcze gorsza. Tak, jakby Matka Natura nie pchała nas w swoje ramiona i nie mówiła, że jeśli sam sobie nie zapewnisz ciepła i pożywienia, to musisz odpłacić komuś, kto zrobi to za ciebie. Piski znudzonych panienek z dobrych domów nic nie poradzą; gdyby trochę więcej pozasuwały na drugą czy trzecią zmianę, to oczka by się otworzyły i z pocałowaniem ręki siedziałyby w domu i gospodarzyły w sypialni, ale nie, trzeba być innym, alternatywnym (tak to się teraz mówi?) i odchodzić od tego, co akurat działa bez zarzutu. Ech, nakręcam się niepotrzebnie, bo przecież Sandy tylko grzecznie czeka aż pójdę dookoła auta, żeby otworzyć jej drzwi, potem przytrzymam też te restauracyjne i puszczę ją przodem, a na sam koniec odsunę krzesło i poczekam aż sobie klapnie. Z wdzięcznością zatrzepocze rzęsami, a w domu za mą męskość odwdzięczy mi się swoją kobiecością. Co prawda na jej ramionku kołysze się fikuśna torebeczka, ale jedyne co w środku to dwie chusteczki, szmineczka, puderniczka i tym podobny babski kram. Mała wie, o co martwić się nie musi, a o co powinna - idę o zakład, że przez ten jej uroczo pofałdowany móżdżek nie przemknął nawet jeden najmniejszy impuls nerwowy, który sugerowałby partycypowanie w tym przedsięwzięciu innym od  wyglądania szałowo w czerwonej kiecce w odcieniu Forda Thunderbirda z salonu przy Oxfrod Street, mojego drugiego wyboru po Marlence.
– No patrz, ale się złożyło, to na pewno przeznaczenie – podnoszę wzrok, udając zainteresowanie świecącymi punkcikami, które w moim mniemaniu mają z baranem tyle wspólnego, ile kundel, o którym Sandy nawija od paru tygodni z psem stróżującym. Głośno zachwycamy się wnętrzem, z moje strony w gruncie rzeczy obojętnie, bo mam to wykalkulowane, aż wtem nadciąga Titus Harrison we własnej osobie. I coś zaczyna śmierdzieć - jakby tuż przed knajpą wlazł w gówno, które ciągnie się za nim, przyklejone do podeszwy lewego buta.
– Żona? Jaka żona? Przecież on nie ma żony – marszczę brew, srożę się i już dedukuję najkrótszą drogę do Świętego Munga, omijającą światła i skrzyżowania: panie doktorze, mamy to wczesny przypadek Alzheimera. Nie wiem, w co oni sobie pogrywają, jedno i drugie, ale mojego fusilli przecież winić nie będę, a Titus z kolei mógłby być odrobinę mądrzejszy - po tym jak urządziłem Ambrose’a. Sandy jeszcze nie łączy faktów, kabelki nie stykają, neurony nie przeskakują, ale prędzej czy później dotrze tam. A wtedy komu się oberwie? A no mi, że próbuję związanego świętą małżeńską przysięgą chłopa sprowadzić na manowce. – To znaczy… – chrząkam, niezręczne, ale wyciągam go za uszy, nawijam ten makaron (może to znak, żeby iść we włoskie?), okazuję męską solidarność. – Umarła, trochę ponad rok temu. Titus nie mógł się z tym pogodzić, dalej jest mu trudno, czasami zachowuje się tak, jakby wciąż tu była, rozumiesz, skarbie – wyjaśniam, a na niego patrzę z miną, jakbym miał zatwardzenie. – Tak więc… pomyślałem sobie, że może ta randka to dobry pomysł. Żeby przestał wciąż myśleć. O tej żonie – bajeczka dla naiwnych, ale z Sandy taka romantyczka, że łyknie wszystko i gdybyśmy byli sami, jeszcze by się jej po tym soczyście odbiło. A później zarumieniłaby się i uciekła z pokoju, zmieszana ogromnie, że jej organizm wydaje z siebie odgłosy, których ja sam bym się nie powstydził.
– Nie, raczej nie. Mamy takiego ulubionego chinola koło domu – odpowiadam, ewidentnie to okazja specjalna, gdybyśmy byli sami Sandy pewnie sznufrowałaby w kieszeniach mojej marynarki w poszukiwaniu puzderka z pierścionkiem. Pinacolada, dobrze, mleczny drin pasujący absolutnie do niczego oprócz paluszków z kurczaka, ale tutaj nie ma przecież osobnej karty dla dzieci. – Ach tak, pamiętam, coś wspominałaś – mruczę, zastanawiając się, co tak naprawdę Sandy podpisała i czy nie dostaniemy zaraz wezwania do zapłaty zaległego mandatu. Po jednych pieniądzach są ci partnerzy, a ja Titusowi jeszcze nagrywam kobitę i to zupełnie w jego guście. Phi. Nadymam się niezadowolony, ale Sandy taka jest rozpromieniona i szczęśliwa, że… – Ma talent, co nie? Zobaczysz, jeszcze będzie grać u Felliniego albo u Kubricka albo u Raya. Podobał ci się “Buntownik bez powodu”, prawda skarbie? – zarzucam wędkę z grubą przynętą, która zostanie połknięta w całości. Dobrze, dobrze, buźka szeroko, do tego jeszcze wrócimy.
– Nie będą ci smakować – to po pierwsze, po drugie uświni sobie sukienkę i narobi trzody. Ona robi tę swoją minkę, potem ja zrobię swoją pod tytułem a nie mówiłem. Zaczyna mi już burczeć w brzuchu, ale zanim kelner, zamówienia itepe, to zaszczyca nas Sage - doładnie taka, jaką ją zapamiętałem. Głośna, ważna i z wielkim, nie, MONSTRUALNYM cycem. Oczy prawie wyskakują mi z orbit, staram się nie gapić, ale dyndający między jej klamotami wisiorek skupia wzrok, jakby była cyrkową hipnotyzerką. Patrzę porozumiewawczo na Titusa, fajna, nie, cały jestem zadowolony, że nagrałem mu taką klaczkę - coś tam opowiadał, że lubi konie - powieka tylko nieznacznie mi drga, gdy wyzywa mnie od pacanów (nie wie, że to moje auto), witamy się, całusami, mua, mua po prostu bosko.
– Dla panienki na początek koktajl z krewetek, dla mnie consommé z sherry. Potem weźmiemy bażanta w sosie jałowcowym i…. z jakiej części tuszy podajcie stek? Mogę wybrać? Znakomicie, więc antrykot. Jakie dodatki? Wszystkie – wreszcie, recytuję zamówienie ledwo patrząc na kartę i na Sandy, oszczędzam jej zachodu i wybieram za nią, a pod stołem zacieram rączki na myśl o krewetkach, które zjem i ja. Trzeba było wziąć sałatkę Waldorf, ale zachciało się jej eksperymentów. Nic innego nie dostanie, słowo się rzekło.
– Ty będziesz to jeść? – Sage nagle wcina mi się w pół słowa – padlinę? Poważnie, Daniel? I chcesz tym karmić Sandy? A ty Titus? Ile zwierząt przez tę kolacyjkę skończy dzisiaj w rzeźni, co? – Sage krzyżuje chude ręce, a jej biust robi się przez to jeszcze bardziej wyeksponowany. Obłe balony z tej perspektywy są aż trójkątne normalnie mnie zatyka, patrzę to na nią, to na Titusa, to na Sandy. Od niej oczekuję pomocy. Titus, jeśli taka jego wola, niech chrupie marchewę. Kelner tylko czeka, czeka i milczy, jakby takie awantury przy stoliku zdarzały się na każdej zmianie. Może liczy na napiwek, no przykro mi, nie ten adres.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#24
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
09-03-2026, 16:07
Baranem w gwiazdozbiorze barana powinien pozostać dziś Titus Harrison, którego oczy wydają się zdradzać zaniepokojenie. Musi jednocześnie analizować roześmianą, wesołą twarz pięknej i młodej blondynki (powinien przeprosić Dodge’a za to, że mu nie wierzył…) oraz ewidentnie spiętą twarz Daniela – elementu, który dzisiejszego wieczora mógł mu pomóc lub zagrozić.
Tite chciał wcześniej myśleć, że nigdy nie znajdzie się z tym drobnym przedsiębiorcą w podobnej pozycji, w której znalazł się Ambrose – chciał sądzić, że jest zbudowany inaczej i nigdy nie wpadłby w tarapaty, wystawiając mandat panience kogoś, kto posiadał chyba dość krótki lont i silne pięści.
Chyba właśnie znajdował się w… W podobnej sytuacji. Psia krew. Wszystko co robili oddzielnie, prędzej czy później odbija się czkawką. Policzki pokrywają się bladym rumieńcem, a w czaszce pojawia się uczucie przyjemnego, napływającego ciepła. To ciepło ukoi nerwy, tak myśli. Oczami przelatuje pomiędzy znajomym, a jego panną. Trochę za długo zatrzymuje wzrok na Danny’m. Miał ładną koszulę, a nad koszulą wyjątkowo zdegustowana twarz. Twarz, która dziś okaże się twarzą sprzymierzeńca.
I to w tym samym momencie, kiedy Harrison gotów był już przyznać się do kłamstwa, którym potraktował Sandy tygodnie temu. A więc kłamstwo. A więc los wdowca. A więc gramy dalej.
– Mówiłem ci Sandy, że moja żona jest bardzo wybredna i ciężko ją zadowolić… – uśmiecha się na jej trajkotanie, bardzo prawdziwie – bo uśmiech kogoś, kto tę wybredną żonę stracił na pewno nie nosił tyle wesołości. A ten Harrisona nie nosi niemal żadnej – jest zmieszany jak cholera. Ale będzie uczestniczył w tych mistrzostwach kłamstw dalej. Nawet jeżeli to mistrzostwa footballowe. Nawet jeżeli na boisku zamiast piłki toczy się chyba jego głowa. – Danny nie poznał jej tak blisko, miała mocne i słabe strony, ale udusiłaby mnie gdybym nie przyznał się, że spotkałem gwiazdę w drodze do pracy… – mówi. To romantyczne, prawda? Wciąż zbierać prezenty dla zmarłej żony. Może nosić je jej na grób? Pewnie każdy chciałby takiej miłości, pomijając oczywiście scenariusz, w którym umiera się razem i w sędziwym wieku. – Dzięki Danny, chyba jako jedyny wolisz żebym pozwolił jej odejść, niż ciągle ją rozpamiętywał – chyba chce mu podziękować za przykrywkę, ale chyba zrobi to szczerze dopiero kiedy spotkają się we dwójkę. Chyba jest mu winien drinka. Ale nie tutaj – tutaj winny byłby mu chyba nerkę, a na opłatę rachunku i tak by nie starczyło.
A nim Sage pojawi się na horyzoncie, może jeszcze przejrzeć kartę, kiwnąć głową i nie pomyśleć nawet, że Daniel mógł wziąć autograf Sandy za podpis pod czymś, co zniknie dopiero za odpowiednią opłatą. I zdecydowanie zauważyć szansę na odsunięcie tematu żony do tematu pięknej, świetlanej kariery, którą miała przed sobą Sandy Wilkes. Akurat kino lubiło Titusa – gościło go często. Ponoć dotąd ziemski padół nie znał jeszcze takich gaduł. Zresztą – komu nie podobał się “Buntownik bez powodu”. Czy ktoś ten widział w ogóle kiedyś Jamesa Deana?
– Z tak teatralną twarzą nie powstydziłby się jej żaden reżyser kina noir – nawet nie próbuje brzmieć jak koneser, którym nie jest – filmy ogląda, czerpie z nich frajdę, ale nigdy nie analizuje ze śmiertelną powagą i artystycznym zacięciem. Wie za to jak udawać kogoś, kto chociaż odrobinie zna się na rzeczy. Wymienić kilka nazw, nazwisk…– Gdyby kręcili Asfaltową Dżunglę w roku 62, na pewno mogłabyś w niej wystąpić, Sandy – słodzi jej (albo raczej stwierdza fakt), nie przejmując się obecnością jej chłopaka tuż obok. Pozornie, bo rzuca kontrolne spojrzenia do Daniela raz na jakiś czas. Bo potem… Potem dopada do nich Sage.
Harrison próbuje wstać, byle ją powitać, ale chęć niknie, bo jak wryty zawiesza się w połowie ruchu, widząc coś, co faktycznie… Mogło być w jego guście. Guście większości mężczyzn. Guście, który na poczekaniu wymyślił mu ktoś, kto z zazdrości gotów był schować jego koszulę do szafy, byle uniemożliwić mu wyjście na dzisiejsze spotkanie.
Tylko na wisiorek. Na wisiorek patrzył. A potem dostał soczystego buziaka w policzek.
Młode dziewczęta były jak maleńkie huragany. Nim się obejrzy, już sam zaproponuje, że pobuja ją na kolanie. Nawet jeżeli nie zrobiłby tego ani trzeźwy, ani nawet pijany.
– Tak Titus a ty musisz… - być Sage, ale nim skończy, nim zrobi to według schematu, który przygotował sobie dziś w głowie byleby nie wypaść źle – kobieta już wytrąca go z rytmu. Mówi dużo, pewnym tonem, chyba nawet prześcigając go wzrostem… Rzadko poznawał takie kobiety, ale często poznawał takich mężczyzn – toteż przywykł.
Nie zdąży jednak złożyć zamówienia, bo Harrison zauważa już coś, o czym wspomnieć chciała Sandy. Z tym selerem, sokiem pomidorowym, kroplą Tabasco…
– Bażant raczej nie pochodzi z rzeźni, Sage… To zwierzyna łowna – mówi, jakby to miało ją uspokoić, ale wcale jej nie uspokaja. Czuje na sobie palące spojrzenie dziewczyny, kiedy mimo woli ucieka własnym w kierunku Daniela. Widzi, że ten zaś ucieka spojrzeniem na dekolt dzisiejszej randki. To gorsze niż hipnoza, prawda? Czy też powinien napatrzeć, byle nie wyjść na dziwaka? A może to bez szacunku? Sam nie wie…
– No i jeszcze lepiej – zamiast rzeźnika, kat zabijający tylko dla frajdy, no naprawdę – mówi tonem osoby, która wcale nie boi się wyrażać swoich poglądów. Kelner poprawia bukiet kwiatów ustawionych w wazonie na stole, chyba udając głuchego. To niełatwe – wzdycha Harrison w myślach. – Nie przyszedłeś tu tylko po to by napsuć mi nerwów, co?
Jest złośliwa, ale chyba żartuje. Chyba.
– Nie no nie chciałem, tylko wyjaśnić chciałem… – chyba skutecznie wbiła go w siedzenie. – To ja poproszę może ten krem z buraków – buraki były w porządku, poza tym, że zapomni o nich i zmartwi się, że wykrwawia się w łazience za ładne kilka godzin. Drugie danie sprawia więcej problemów. – A na drugie danie to, co koleżanka.
Ale koleżanka zagapia się w kartę, bo mierzyć się musi z wegetariańskim żywotem. Żywotem człowieka, który w niektórych miejscach zjeść może co najwyżej… Dodatki. Ziemniaki i surówki. Może ryż? Kaszę?
– Może macie coś spoza karty? – dopytuje kelnera już grzeczniej. – Jeśli nie, to ta sałatka może… – pokazuje palcem na karcie, nie umiejąc odczytać głośno nazwy Panzanella. Harrison widzi jedynie, że znajduje się w niej chleb. Może nie umrze z głodu. Może nie umrze z głodu. – Dwa razy, dla mnie i dla mojej randki… – mówi nagle radosnym tonem, jakby przed chwilą nie dręczyła go wyrzutami sumienia związanymi z potencjalnym spożyciem porcji mięsa.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#25
Sandy Wilkes
Czarodzieje
tell me who I am – do I provoke you with my tone of innocence?
Wiek
21
Zawód
fryzjerka, niania, drobna złodziejka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
2
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
13
Brak karty postaci
09-03-2026, 22:37
Stężenie powietrza w Andromedzie zaczyna przypominać gęstą melasę — niecodzienna mieszanina wysokich oczekiwań, skórzanej wyściółki pustego portfela, wykrochmalonego rękawa kelnerskiego i taniego dezodorantu Sage o zapachu morskiej bryzy (poza sympatią do zwierząt, jej drugą niespełnioną miłością było morze i zawiedzione nadzieje na istnienie syren) — i w każdej chwili może eksplodować.
Tragedie nas jednak nie dotyczą; nie, kiedy nad głowami czuwa waleczny Baran.
Tragedie wydarzyły się już wcześniej i wieczka ich opakowań krzyczą, że skończyła się data ważności — zanim jeszcze dotrze do mnie kolejność faktów, połączę kropki, zmarszczę brwi a później w prostej kalkulacji zrozumiem pewien zgrzyt na relacji żonaty Titus a randka Titusa z Sage, wszystko zostaje mi podane na tacy.
Kelner nie zaserwował jeszcze drinków, a ja zdaję sobie sprawę z pewnego, smutnego finału.
— Nie... — wyparcie to jeden z etapów żałoby, może pierwszy? Kręcę głową, smutne dziecko, które odmawia deseru, albo starsza pani przyglądająca się współczesnej modzie; tym razem zmartwiona Sandy, która rozdziawione w niezręcznym smutku usta zasłania wreszcie dłonią.
— Daniel, dlaczego nie powiedziałeś? Och, Titus, tak bardzo mi przykro... — machinalnie wyciągam dłoń i odnajduję tę należącą do Harrisona, w pokrzepiającym uścisku oplatając jej wierzch — Gdybym wiedziała, napisałabym w dedykacji dla niej coś więcej... Świeć opatrzności nad jej duszą, niech się Merlin i wszyscy wielcy czarodzieje opiekują, będziemy pamiętać... Och, przepraszam — treści nakreślonych pospiesznie liter na zwitku papieru wydają się nagle okropnie istotne, a mnie faktycznie robi się głupio, że nie zadedykowałam biednej nieboszczce czegoś więcej.
Przynajmniej będzie zapamiętana — reakcje Titusa mówią przecież wystarczająco dużo.
— Albo no nie wiem, narysowałabym aniołka. No cóż, trudno, wybacz mi to, proszę. To naprawdę bardzo, bardzo romantyczne, że tak się starasz. Taka miłość — wieczna, hm? — opatrzność Barana sprzyja wylewności, ale musimy się spieszyć, więc apetizer nieszczęśliwie przerwanego małżeństwa przełykam w pośpiechu i bardzo, bardzo się staram, by powitać Sage uśmiechem szerokim i szczerym.
— Sage, w samą porę, słyszałaś? Titus powiedział, że widziałby mnie w Asfaltowej Dżungli, może jako Marylin? — przeskakuję spojrzeniem od obdarzonej bogatym dekoltem koleżanki do jej randki w prawie—ciemno — Ależ ci się poszczęściło, Titus to dżentelmen, cóż za szczęśliwy traf! — chichoczę, szczebioczę, w międzyczasie muskam policzek Daniela i na krochmalonym obrusie splatam nasze dłonie, nie mogąc doczekać się soczyście pomarańczowych krewetek i słodkich drinków.
Z zakresu wysokiej zawartości cukru to tyle — Sage dość doniośle zasiada przy stole, krem z buraków komentuje kwaśnym uśmiechem i po dokonaniu odpowiednich zamówień, wzdycha głośno.
— Titus, to czym się zajmujesz? Skoro już zdążyliśmy się wymienić doświadczeniem okołokulinarnym. Kuchnia to wbrew pozorom bardzo istotna część życia — opowiada dalej, bawiąc się wisiorkiem, a ja po prostu wzdycham.
— No, już, przestań się pastwić, bo jeszcze chwila i będziemy mieć tu scenę rodem z Psychozy — brakuje wanny, brakuje foliowej zasłonki, brakuje noża; nieistotne, sztuka dla sztuki, ja jestem z siebie dumna.
— Titus, chcesz spróbować krewetki? — zacieśniam więzi koleżeńskie i kiedy koktajl owoców morza ląduje przede mną, rzucam Harrisonowi nieco wyzywające spojrzenie.
To, którym obarcza go Sage, jest testem na przetrwanie.
— Danny, a ty? — nie do końca wiem jak zabrać się za wywinięte skorupiaki, ale robię dobrą minę do złej gry.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#26
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
10-03-2026, 23:20
Wyobraźmy sobie hipotetyczną sytuację: przygotowuję pewien plan. Krok po kroczku, krok po kroczku postępuję według schematu, którego opracowanie i egzekwowanie wymaga wysiłku, stanięcia na głowie, klaskania stopami, dania komuś w łapę albo bardzo brzydkich (choć niewinnych) kłamstw. To jasne jak słońce, że mogę sobie życzyć, żeby szło jak z płatka. Że ma być gładko: jak po maśle, żadnych truskawkowych nóg (nie znoszę stykać się szkitami z Sandy, kiedy odrastają jej włoski na łydkach, ohyda), tylko przewóz na wazelinie. Wymyśliłem sobie miłą kolację z miłą obsadą: ja, reżyser, Sandy, moja gwiazda, która pochłonęła ⅞ budżetu, no i Titus i Sage, statyści, epizodyści, aktorzy drugiego planu. Ich nazwiska doda się już w postprodukcji, małym druczkiem, obieca się, że czeki zostaną wystawione do dwóch tygodni, ostatecznie rozliczymy się barterowo - dostaną plik biletów dla rodziny, no i finito, w trakcie kręcenia przecież zabierali żarcie z planu, sczerniałe banany, kanapki ze skórką (dla Sage z samym serem) i jeździli za darmo komunikacją miejską - taki układ z burmistrzem Londynu za promocję dzielnic robotnicznych i pokazania ich w dobrym świetle. No więc: ma być miło, Sandy ma być w centrum uwagi, a cała reszta ma jej padać do nóżek. Biuściasta świruska wdzięczna za chłopa, skołowany Titus zażenowany swoim brakiem wiary, który będę mu wypominać za każdym razem, kiedy wyciągnie łapę po kubanę, ja, zresztą jak zawsze, pod warunkiem, że budzę się z nastrojem na degustację jej słodziutkich, pulchnych, różowiutkich warg. Ceremonia Oscarów wieczorem, statuetkę zgarniam ja; za najlepszą reżyserię i najlepszy scenariusz, ale.
Ale złociutka figurka zaraz przejdzie mi koło nosa, bo Titus sto lat temu poczęstował moją pannę wyssaną z palca historyjką o swojej połowicy. Czemu? Bo nie ma dżemu. Dowiem się, kiedy będziemy odlewać się razem w łazience z zachowaniem wymaganej kurtuazją odległości. Pisuar, przerwa, pisuar, przerwa, żeby broń boże nie zerknąć na siusiaka tego drugiego.
– No dobrze, już wystarczy Sandy. Titus na pewno tak czy inaczej docenia, że zgodziłaś się… dać mu autograf. Nadgorliwość jest gorsza od…? – mówię do niej (ma za zadanie dokończyć zdanie), patrzę na niego, moja lewa brew wspina się po drabinie, hop-siup, jestem Pan Nie Ze Mną Te Numery. Z rozpędu całuję jednak Sandy, chcę w policzek, trafiam w ucho, no niech będzie, trochę niezręcznie, trochę niedbale, trochę właśnie o tak, w ten sposób, że pochwalam jej wrażliwość i subtelność i współczucie dla świeżo upieczonego wdowca. Kelner zgrabnie serwuje nam drinki uwzględniając czy ktoś z nas jest leworęczny i podobne niuanse, a ja wznoszę toast sherry Oloroso (tak się da?). – Tak właśnie… Za nowy początek – czystą kartę i bon na obracanie piersiastej singielki, od której Hiszpana przyjąłbym z pocałowaniem ręki, bo raz nie zawsze, po trzech się zeruje, a gdybym w trakcie myślał o Sandy, to nawet nie liczyłoby się jak zdrada.
– To tylko kwestia czasu, aż wystąpi w jakimś hicie. Cały czas biega na przesłuchania, ale te trepy z West Endu jeszcze się na niej nie poznały, prawda cukiereczku? – gotuję się jak jajko na miękko, puknąć w czubek głowy i białko wypłynie – A ma przecież wszystko na swoim miejscu buźka jak z obrazka, tam niżej też jest wyględna, no możesz mi zaufać w tej kwestii, śpiewa, tańczy pełen serwis – zachwalam Sandy jak Arab nieletnią córkę na targu, tylko że z najlepszymi intencjami pod słońcem. Z takimi samymi chwytam paluszki blondyneczki i zakleszczam je na obrusie, ogłaszając wszem i wobec, że jesteśmy razem i że najlepsza dupcia w tej knajpie należy do mnie. Stolik obok - stare baby śmierdzące naftaliną. Z drugiej strony - osiemdziesięciolatek i jego dwie kostki cukru, chyba nawet młodsze od Sandy, takie ledwo co po szkole. Jedna jak siedzi jest wyższa od knura w garniaku, druga za to ma włosy pod pachą - widziałem, jak podnosi kieliszek i tyle wystarczy, nie wykluczam, że zwrócę kierownikowi sali uwagę na nieprzyjemny wystrój, to gorsze niż dorodny włos w zupie.
– Też czasem nie jemy mięsa. W piątki. Mi tak zostało jeszcze z dzieciństwa, bo wtedy jest post – podchwytuję wygodnie, w duchu śmiejąc się do rozpuku z tego kremu z buraka. Mmmm, pychota. Sandy nie miała wyjścia i dostosowała się do mojego widzimisię, a ja przynajmniej zdobywam punkcik u jej koleżanki-wariatki, która uważa, że jak krowie dać imię, to już ma uczucia jak człowiek. Nasze dania zaczynają nadciągać, w tle gra koncert fortepianowy, a jeśli ucho mnie nie zawodzi, to do pianisty dołączył nawet kwartet smyczkowy. Titus całkiem nieźle radzi sobie z Sage, druga randka będzie na proteście pod zakładami mięsnymi - zarzynane świnie brzmią podobnie do skrzypka piłującego po strunach.
– W ten sposób, kochanie – pouczam Sandy, chwytając palcami za jedną z dosłownie siedmiu krewetek zatkniętych dookoła kieliszka na cienkiej nóżce. Trzymając za ogonek maczam ją w sosie i znika w jednym gryzie - ostatki skorupki kończą zaś na małym, przeznaczonym do tego talerzyku. – A Titus, bo Sage to w ogóle jest w Magicznej Ochotniczej Straży Pożarnej. Herszt baba nie? Przypomnisz mi, skąd wy się w ogóle znacie? – wszystko mi jedno, która odpowie i akurat pada na wegetariankę, bo niuniu heroicznie walczy z różowym skorupiakiem, czerwonym sosem i manierami wpojonymi przez matkę, że nie wolno odzywać się z pełną buzią.
– My to z Sandy od dawna, jeździła na koniach w naszej rodzinnej stadninie, jak byłyśmy małe. Pamiętasz jeszcze Harolda? Tego gniadosza ze strzałką na pysku? – Sage wspomina, a ja jem mój bulion, tak mięsny, że pewnie i kilka niewinnych istot straciło życie, bym mógł podjeść tego rosołku – Rodzice sprzedali go do rzeźni, bo już był za stary, żeby go ujeżdżać. Wciskali mi kit, że staruszki wysyłają na wieś, ale ja się wszystkiego dowiedziałam! No i tak nie gadam z nimi od paru miesięcy, chyba ci jeszcze nie mówiłam – to ostatnie zdanie to już kieruje do Sandy, jakoś nieśmiało i mniej zapalczywie, a jej oczy trochę zachodzą łzami. Kopię Titusa pod stołem: to jego szansa. Jak będzie jej smutno, to chętniej mu da, co z tego, że bez przekonania i polotu, tylko żeby tylko uniknąć wspomnień martwych koni.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#27
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
14-03-2026, 01:13
Ktoś mógłby powiedzieć, że Sandy była aniołem – osobą szczerze współczującą komuś, kto oszukał ją prostym kłamstwem i kto przemieniał kłamstwo to w coraz dziwniejszy, mutujący w coraz dziwniejsze strony twór. Daniel Dodge okazał się pomocny, ale konsekwencje pomocy tej – być może – znosić będzie musiał dłużej. Kiwa jedynie głową na jej wylewne słowa, a potem kręci nieśmiało na propozycje – na żal wobec tego, że nie zrobiła dla niego wystarczająco dużo.
Krótkimi słowami – zupełnie nie popchnięty do tego oczywistymi w wydźwięku słowami Dodge’a – dziękuje Sandy i zapewnia, że niepotrzebnie teraz o tym myśli. Zrobiła wystarczająco, jest wdzięczny, ale niech skupią się na dniu dzisiejszym. A potem nabiera wody w usta – na kilka chwil, kiedy musi zapanować nad swoim zakłopotaniem, które wygląda przecież zupełnie naturalnie na twarzy skonfrontowanego wdowca, a i które blednie nieco kiedy blondynka nazywa go dżentelmenem. Przed Sage. Przed jego randką. To bardzo miły obrót spraw, prawda? Niemal przysługa. Zaufanie, na które być może sobie nie zasłużył – bo przecież nie mogła tego wiedzieć. Był tu znajomym Daniela – nie jej. Czy Daniel w ogóle uznałby go za dobrze wychowanego?
Może lepiej nie pytać; przez pół życia nazywały go tak zwykle tylko starsze panie, którym chętnie pomagał. Bo był miły i dość uczynny. Prostuje się, wciska zbyt długo kosmyki za uszy. Powinien chcieć wyglądać teraz lepiej, ale nie osiąga piorunujących rezultatów – wciąż pozostaje w końcu tylko sobą.
I chociaż skończy dziś z kremem z buraka i sałatką, która pewnie mu nie posmakuje, przynajmniej dowiedział się czegoś o swojej randce w ciemno. Poza tym, że jest zawziętą miłośniczką dobra zwierząt i jaroszką, dowiaduje się jeszcze, że być może zdolna jest do odegrania sceny z Psychozy. Śmieje się na samo przypuszczenie, nawet jeżeli na zewnątrz widać jedynie szeroki uśmiech i cień rozbawionego spojrzenia.
– Nie dzięki, nie będę cię objadał – odpowiada Sandy, odmawiając sobie smaku podawanego tu skorupiaka. Czasami zawiesza je na haczyku, na wędce. Czasami, w okazjach niecodziennych, gdy przysiada na plaży, nad Morzem Północnym i przez kilka godzin wgapia się jedynie w przypływające i odpływające fale.
Czasami ma też instynkt samozachowawczy (albo jakkolwiek nie nazwie tej upiornej nieśmiałości wobec kobiet), który nakazuje mu nie opowiadać damom o wędkarstwie. Zawsze miały to gdzieś, ale w dniu dzisiejszym… Miał wrażenie, że nie miałyby tego gdzieś. Że Sage nie miałaby tego gdzieś. Raczej kopnęłaby go w to samo gdzieś za to, jak perfidnie znęcał się nad łapanymi i duszonymi nad powierzchnią rybami. Chyba nie zadziałałoby to, że ogłuszał je i zabijał tak szybko, jak tylko mógł – nie znosząc przedłużającej się męczarni. Chyba miał serce “za mało dobre”.
Podany im krem z buraka próbuje jeść tak ostrożnie, jak tylko może – próbuje nie kłaść też łokci na stole, od kiedy matka Ambrose’a skrytykowała za to własnego syna – ale nigdy nie Harrisona. Dlatego skrytykował się sam.
I chociaż nie siorpie, nie mlaska i nie rzuca łyżką z impetem do miski – kończy z trzema fioletowymi kropkami na kołnierzyku. Nie zauważa ich, pewnie nie zauważy ich do końca wieczora. Pewnie to lepsze niż szminka. W niektórych warunkach.
– Wiesz co, ja jadam zwykle dość prosto, więc czy taka istotna… – mówi, kiedy ta określa rolę kulinariów w jej życiu. Właściwie ostatnio… Jadł ciągle to samo. Dopiero później połapał się właściwie w tym, że Sage chodziło jedynie o to, by odpowiedział czym zajmuje się w życiu. Zawodowo. Spojrzenie Sage tężeje, a on szybko odzyskuje umiejętność mówienia. – A, ja jestem mundurowym. Magipolicjantem. Śledczym – mówi, mieszając łyżką w misce.
- No proszę, panie władzo. To może po kolacji jakiś mandacik dla tego frajera parkującego na miejscu dla mioteł, co? – uśmiech Sage jest szczery, a jej śmiech nieco zaraśliwy. Szkoda, że żart chyba nietrafiony.
- Ech... - mówi, nie patrząc na Dodge'a. Ma w głowie ostatnie wspomnienie mandatu wystawionego Sandy. - Jestem po służbie, nie mam w zwyczaju mieszać pracy z przyjemnościami... - mota się nieco, patrząc w głąb talerza z zupą buraczaną. To pewnie najlepsza zupa bez wkładki jaką w życiu zjadł. Chyba jednak ma zbyt proste kubki smakowe, by docenić ją należycie. – Chodziło mi, że coś nas łączy, no nie… – komunikuje wciąż zmieszany, a potem wsłuchuje się w opowieść o przeszłości.
Przeszłości, która łączyła dwie kobiety przy tym stole. Przeszłości, która przywołuje uśmiech na twarz Harrisona. Uśmiech, który blednie BARDZO SZYBKO po kopniaku pod stołem. Rodzinna stajnia była w końcu radością – ale utrata ulubionego wierzchowca…
– Współczuję ci – to szczere. Bardzo szczere i chyba - z pozycji Harrisona - odważne, bo w głowie czuje dziwne napięcie, a na policzkach cień czerwieni. – Nie dość że zrobili cię w ciula, to jeszcze nie pozwolil ci się należycie pożegnać. Moja ulubiona klacz odeszła kiedy byłem w Hogwarcie – miałem czternaście lat – tata napisał mi list, ale guzik mogłem wtedy z tym zrobić. Podobno nie opłacało się leczyć konia z chorą nogą, a zsunęła się z rampy – wzrusza ramionami. Faktycznie – leczenie było drogie, klacz nie była już dobra do wyścigów, ale wciąż mogła przecież urodzić jeszcze trochę źrebiąt. – Jakiej rasy był ten, no – Harold? – dopytuje. Sam jest ciekawy, nie zauważając jeszcze z tej perspektywy jej zachodzących łzami oczu. Dopiero gdy Sage odwraca spojrzenie z twarzy Sandy, na twarz Harrisona, temu robi się nieco głupio. – O rany – mówi tylko do siebie, cicho, nawet nie próbując spojrzeć na nią ze współczuciem. To chyba dzieje się samo – bo chyba nie lubi obserwować płaczących dziewcząt.  - Będzie dobrze, jakoś - to pogadali.
– No nie wiem czy będzie. To wieśniacy z podejściem przedkolonialnym - drwi ze swoich starych, jednocześnie wprawiając Harrisona w złe samopoczucie - niecelowo. - Na odchodne usłyszałam tylko, że żyje w świecie fantazji, wywyższam się i jeszcze się opamiętam. Ale udowodnię im, że się mylą.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#28
Sandy Wilkes
Czarodzieje
tell me who I am – do I provoke you with my tone of innocence?
Wiek
21
Zawód
fryzjerka, niania, drobna złodziejka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
2
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
13
Brak karty postaci
15-03-2026, 19:35
Kolejne siedem i pół sekundy spędzam na próbach przypomnienia sobie, czy autograf, który podarowałam Titusowi, był opatrzony kaligraficznym serduszkiem, czy nie — ten istotny szczegół może zaważyć na reakcji, którą od Sandy, dla Dolores na skrawku papieru, wywołało w biednej nieboszcze, której nie udało mi się spotkać.
Świeć Merlinie nad jej duszą.
— Zupy cebulowej? Nie wiem, Danny, nie zgadnę, nie pamiętam — wzdycham, kiedy Dodge każe mi ustawić nadgorliwość na liście wartości. Tematy żałobne mam jednak zostawić z boku; zarówno Daniel jak i Titus naciskają, a ja, nie chcąc rozgrzebywać wciąż jątrzących się ran (och, co za biedny mężczyzna), kiwam głową i zajmuję się swoim koktajlem krewetek. Być może to i lepiej, że skupiamy się na tu i teraz; od smutku owoce morza i ryby mogłyby przejść nieodpowiednim smakiem.
Tego byśmy nie chcieli — może dlatego tak ochoczo wznoszę toast, pragnąc na dobre wyrwać się z nieprzyjemnych myśli o śmierci, zmarłych żonach i niespełnionej miłości.
— Daniel ma gadane, ale do tych zalet na pewno należy doliczyć jeszcze skromność... — chichoczę, daleka od owej skromności, posyłając Danny'emu nieco spłoszone spojrzenie, kiedy mówi o czymś na dole, a ja nie potrafię do końca rozszyfrować jego intencji — Nieoficjalnie jest w zasadzie moim managerem, kiedy tylko moja kariera nabierze rozpędu, będzie miał pewnie pełne ręce roboty! — po Asfaltowej Dżungli może przyjść czas na remake Casablanki, a wtedy naprawdę zaczną się nieprzespane nocy, zarwana linia telefoniczna, pękająca w szwach szafa i strumienie różowego szampana. W ramach toastu, soczyście przegryzam chrupiącą krewetkę, tak jak Daniel tłumaczy, by zrobić to najefektywniej. Sage nieco się krzywi na ten rozkoszny dźwięk, ale staram się nie przejmować jej opinią na drodze do własnego sukcesu.
Kelner znów manewruje obok nas, przysmaki pojawiają się na białym obrusie i kiedy widzę przed sobą bażanta w sosie jakimś—tam, czuję burczenie w brzuchu.
— Harold trafił do rzeźni?! Ten wspaniały ogier?! Och, Sage... — słowa nie są w stanie wyrazić mojego smutku; chrup—chrup, krewetka zapita pina coladą wcale nie podnosi mnie na duchu. Oblizuję palce i w pocieszającym geście kładę dłoń na dłoni mojej biednej przyjaciółki.
— Tym bardziej dobrze, że właśnie dziś się widzimy... Ty przeżyłaś stratę, Titus przeżył stratę... — strata rumaka, zwłaszcza w tak okrutnych okolicznościach zdrady, jest przecież tak samo bolesna, jak śmierć ukochanej żony.
— Harold to czysty Dartmoor, przepiękne umaszczenie — kiedy zerka na Titusa, w jej wielkich oczach błyszczy pulchna łza. A ja bardzo nie chcę, żeby moja droga przyjaciółka płakała.
— Moi drodzy, uważam, że nasze kłopoty są łatwiejsze do zniesienia, gdy możemy z kimś dzielić ból straty...To na pewno nie przypadek, że dzielicie ze sobą podobne przeżycia. Zwłaszcza, że nad nami rozciąga się gwiazdozbiór Barana — tłumaczę, wskazując na malowane sklepienie nad stolikiem. Pod stolikiem zaś zaczepiam Daniela.
— Pójdę na moment do toalety, przepraszam — niech Sage i Titus podzielą się stratami własnych serc..
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#29
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
16-03-2026, 12:00
Kwadratowy stolik raz-dwa zapełnia się zastawą: kelner krąży wokół nas z wprawą figurowego łyżwiarza, i jedną i drugą profesję uznaję za szalenie pedalską, bo niby jaka kobieta chciałabym oglądać swego mężczyznę w obcisłym trykocie lub też kłaść się obok niego do łóżka ze świadomością, że żyje z obsługiwania pań i panów, donoszenia popielnic i spluwaczek i nadstawiania drugiego policzka, żeby zebrać cięgi za wylane wino, niekompetencję kucharza lub własne zapominalstwo. Obok nas gość z alergią na orzechy właśnie odsyła talerz z sałatką wykończoną bakaliowym garnishem, och, co za pech, obciążenie rachunku i godzina harówki za darmo, tak to kalkuluję, rozważając, czy jeśli zjadłem już trzy czwarte swojego bulionu, mogę poskarżyć się na jego zawiesistość, zbyt wyczuwalny kolagen z kości lub coś w tym stylu, byle tylko usunęli przystawkę z naszego rachunku. Smakuje mi jednak, więc jem i nie zauważam, kiedy głęboki talerz robi się pusty, no trudno, kąciki ust wycieram białą, sztywną serwetą, w międzyczasie z politowaniem patrząc na Sandy, która jak zwykle ma problem z zapamiętaniem powiedzonek. Lepiej radzi sobie z tymi, które się rymują jak świątek piątek czy niedziela albo uczciwa praca się nie opłaca, więc nie winię jej - posłucha w domu wykładu o mugolskich faszystach, w szczególności Włochach, bo ich lubi jakoś za bardzo. Gustuje w opaleniźnie i ciemnej oprawie oczu, całe szczęście, że wierzy w bzdury jak bratnie dusze i pierwsza miłość, bo inaczej nawet z wyrzeźbionymi mięśniami brzucha straciłbym ją na rzecz sepleniącego po angielsku Guiseppe.
– Masz pojęcie, jakie to jest poświęcenie? Idę o zakład, że nie – celuję w Titusa widelczykiem do przystawki, który na moment zabrałem Sandy. Łyżka nie nadawałaby się do wywołania go do tablicy – Muszę przepytywać ją z tekstu, a później zabierać na te przesłuchania – cmokam z niesmakiem na te wszystkie piwniczne salki z niewygodnymi krzesłami pełne laleczek i ich mam, czujących w tym piniądz jak świnia trufle w ziemi. – A niektórzy reżyserzy są naprawdę bezczelni. Myślą sobie, że jak powiedzą “akcja” to panienki jak na komendę zaczną zdejmować stanik, dasz wiarę? Sandy na szczęście jest na to za mądra – już, po tym, jak rozkwasiłem parę nosów i dostaliśmy dożywotni zakaz wstępu do kilku ośrodków kultury, ta, kultury, akurat, prędzej Sodomy i Gomory. – Ale wolę nie puszczać jej samej – tłumaczę Titusowi, nie dodając, że dzięki temu świetnie rozwiązuję krzyżówki, bo czasami czekam kilka godzin, żeby zaprezentowała swoją niecodzienną umiejętność płakania na zawołanie i składania kwiatka z języka. Jeszcze trochę i się zacznie, będę w jej imieniu podpisywać kontrakty i żądać, aby w pokojach hotelowych czekał na nią zawsze bukiet stu piwonii i tylko niebieskie M&M's w kryształowej misie przebrane przez jakiegoś boya w gumowych rękawiczkach. Takie przydałby się też mi do dyskretnego uciszenia koniary, która obraża mnie kolejny raz  w ciągu trzydziestu minut. Sandy puszcza to mimo uszu, a ja się zapowietrzam, nie ma sprawiedliwości na tym świecie, bo gdyby Hank pierdolił coś w tym stylu, to własnoręcznie kopałby sobie grób. – Ten frajer podobno właśnie postawił kolejkę swojemu stolikowi – wtrącam się miękko i jak na zawołanie pojawia się kelner i donosi alkohole. – Chyba nie pogardzisz, co Sage? – biorę ją pod włos i zeruję kieliszek. Wódka jest chłodna, lecz nie zmrożona, więc przełykam ją swobodnie i z uśmiechem na twarzy, który może świadczyć o wybaczeniu lub o ochocie nabicia jej głowy na pal. Albo zabrania na wycieczkę do rzeźni, żeby słuchała jak ceremonialnie podrzynają gardła krowom, świniom i kolejnym wcieleniom Harolda. Pstrykam na kelnera, żeby zabrał kieliszki - wjeżdżają dania główne i robi się ciasno.
– Smakuje ci sałatka, Titus? – pytam niewinnie, krojąc steka wysmażonego na medium rare. Różowe mięso ugina się pod nożem i na talerz cieknie odrobina czerwonego płynu, w którym moczę pieczonego ziemniaka. – Mógłbyś zrezygnować z mięsa? Tak na stałe? To mi w ogóle przypomniało, że mój… - waham się na moment, co jest idealną okazją, aby wpakować do ust kolejny pokaźny kawał steka i przeżuć go dokładnie – bratanek ostatnio zrobił taką hecę. Przyszedł do nas na obiad, nic nie powiedział, ani słowem, rozumiecie, Sandy stała w garach cały dzień, tak się starała, naprawdę, a on zachował się jak niewdzięcznik. No, co sądzisz o tym Sage? To przecież marnotrawstwo. A Sandy nie chciała przecież źle – dowodzę swojej racji. Gorsza jest martwa krowa czy martwa i wyrzucona na śmietnik? Puszczam oczko Sandy, kiedy biegnie przypudrować nosek, jeszcze zdążyła wziąć parę łyżek crèmu brûlée, który zamówiłem nam na deser na spółkę. Jak wróci, kokilka zapewne będzie jak po dokładnym ręcznym myciu, takie dobre te zapieczone żółtka i karmelizowana cukrowa skorupka.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#30
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
21-03-2026, 20:11
No i rzeczywiście – Titus mógł sobie wyobrazić tylko jak wiele dla Sandy poświęcić był w stanie Daniel Dodge. A jakim oddaniem będzie musiał się wykazać, kiedy blask jej gwiazdy zostanie odkryty? Czy faktycznie był gotowy jeździć z nią od teatru do teatru swoim zajebistym, mugolskim samochodem? Albo czy był gotowy zostawić ją na planie zdjęciowym przez długie dni czy tygodnie? Czy pozwoliłby jej polecieć za ocean? Czy Danny będzie w stanie znosić dobrze wzrok oglądających się za nią mężczyzn, kiedy już otoczy się sławą jak hipnotyzującą aurą? Czytać o niej, ale pewnie i o sobie w artykułach, kiedy pojawi się na okładce? Byli parą, tyle dobrze – pewnie nie zobaczy nigdy zdjęcia na którym całuje się z fanem. No i miał lat czterdzieści, nie dwadzieścia.
Czemu o tym myślimy?
– Sandy, twój mężczyzna to prawdziwy skarb – zapracowany, a i tak znajdujący czas na to, by jeszcze mieć oko na rozwój twojej kariery. Widać, że jesteś dla niego najważniejsza – mówi to, obracając łyżkę w palcach – ale mniej patrząc ku Wilkes – a więcej ku Danielowi. Może tak odwdzięczy się za ratujące mu tyłek kłamstwo? Pewnie powtórzył jej to tysiące razy – pewnie powinien, jeżeli chciał utrzymać przy sobie dziewczynę o takiej urodzie i wdzięku. Pewnie jednak diagnoza o tym, że pozostawała “najważniejsza” z ust kogoś innego trafi do głowy z innej strony i zacznie dobijać się od jej ścian ja ping-pongowa piłeczka. Robiąc dużo hałasu. Życie i zawód wymogło na nim bycie dobrym gliną – działał więc dość instynktownie. – I nie wątpię, Danny, że już masz z tym pełne ręce roboty – naprawdę tak często chodzi im tylko o jedno? – chociaż ton wydaje się zdziwiony, chyba za stary jest na te zdziwienie. –  Jak właściwie się poznaliście?
Bo chyba nie całowali się w przedszkolu – jak dociął mu wcześniej. Rozpiętość ich wieku była dość solidna. Może był kumplem jej ojca? Może wyciągnął ją z biedy? A może po prostu komuś ją ukradł? I chociaż każda ciotka zapytałaby pewnie Sandy z pogardą o co, co ona właściwie widziała w Danielu Dodge’u, Harrison mógł ją trochę zrozumieć. Ona była piękna i słodka, a on charyzmatyczny i charakterystyczny – nie odciągnie uwagi od niej swoją urodą, a może nawet podkreśli nią tą jej. Kot o złotych zębach i wyliniałych plamach siedzi obok białej króliczycy o wielkich, płochliwych oczach. Nie ma wątpliwości kto w tej relacji pozostawał drapieżnikiem.
A Sage zamyka się na słowa Dodge’a – nie nazywa go już dłużej frajerem – chyba zwyczajnie udając, że nie słyszała jego ostatniego komentarza. Zamawia Krwawą Mary, korzystając z dobroci tego zmotoryzowanego drania.
– Zatem to kucyk – popisuje się znajomością końskich ras? Może, a może po prostu to temat jego obsesji od lat dziecięcych i chyba właśnie znalazł dla siebie idealną niszę tematyczną. Z ulgą przyjmuje to, że Sandy wykonała wobec Sage pełen współczucia gest, widzi też jak wegetarianka obraca dłoń i z wdzięcznością zaciska palce na tych przyjaciółki.
Sage strąca łzę szybkim ruchem palca, ale ta przecież nie wydawała się teatralna. Chyba też chciałaby pójść do łazienki wraz z Sandy, ale… Harrison gotów jest pochylić się lekko do młodej koniary, byle pogadać z nią o ulubionych rasach koni – gdy Dodge zadaje pytanie-pułapkę. Cycata brunetka nie potrafi odpuścić sobie odpowiedzi na te pytanie – wydaje się w jej życiu niemal kluczowe. Oczy Titusa zamieniają się w wielki spodki – chociaż dzisiaj Dodge okazał mu prawdziwą męską solidarność – zarówno zapraszając tu dziewczynę w jego guście, jak i chroniąc przed ośmieszeniem… Teraz chyba chciał go zdradzić. Dla wyrównania.
Harrison umiał kłamać. Zmyślać historie niestworzone, ale wyjątkowo spójne. Teraz grzebał widelcem w sałatce i nabijał czerstwy, utopiony w oliwie chleb na widelec. Spojrzał na Sage tylko ukradkiem – nie musiał na nią patrzeć, by wyczuć intensywność jej zupełnie niewinnego spojrzenia. Było coś przytulnego w poczuciu osaczenia – ale chyba nie w tych warunkach. Chyba teraz bał się, że sam skończy jak cielaczek, który na farmie mlecznej miał pecha urodzić się samcem.
– To dobra sałatka, nigdy takiej nie jadłem – tu nie musi nawet szczególnie kłamać – nie jest zbyt wybredny, a posmak śliskiej oliwy wydaje się nosić skojarzenia słońca, na którym wyrastała. – A ja chyba… Nie, nie wiem. Jakby to coś co nie jest mięsem było dobre? – nie chce chyba jej okłamywać, jak mieliby widywać się potencjalne kolejne razy w ciągłych kłamstwach? Czemu w ogóle rozważał to, by spotkać się z nią drugi raz?
– Hm… – peszy się Sage, kiedy wezwano ją do tablicy. Jest jednak silną kobietą – nie szuka wsparcia w osobie Harrisona od razu, może za mało go jeszcze zna. A może wie, że żadna odpowiedź się jej nie spodoba. – Nie mogliście wiedzieć – traci rozpęd, ewidentnie gubiąc się częściowo pomiędzy ekologicznym podejściem do sprawy, a przekonaniem o krzywdzie, jaką zadaje zwierzętom przemysł mięsny. – Lepiej jest chyba zjeść niż zmarnować… Titus, zjadłbyś wtedy za mnie? – umywa ręce – w końcu nie ona sama wtedy miałaby na nich krew niewinnych istot.
– No nie lubię marnować… – zaciska wargi, bo coś sałatka jednak mu nie podeszła – chyba nie z powodu złego smaku, a dziwacznego tematu. Sam też jadł konie ze swojej hodowli, nawet jeżeli nigdy nie hodował ich na mięso – niewykorzystanie go jednak byłoby tym samym, prawda? Marnotrawstwem…

Sage podjęła decyzję
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (3): « Wstecz 1 2 3


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 16:36 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.