• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Irlandia > Dublin > La Perle Noire > Prywatne loże
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
23-01-2026, 18:22

Prywatne loże
Prywatne loże ukryto nieco wyżej, za specjalnymi przegrodami z jasnego metalu, których wzór przypomina koralowe gałęzie. Każda z nich jest jak mała zatoka odcięta od reszty sali — półmrok, miękkie światło i zasłony. Kanapy obite są perłowym materiałem, zazwyczaj nieco chłodnym w dotyku, a stoliki wykonano z ciemnego szkła, pod którym migoczą zaczarowane refleksy. Tutejsza bsługa pojawia się bezszelestnie, podając szampana i drinki w subtelnych gestach. Rozmowy prowadzi się szeptem — o nazwiskach, wpływach, sekretach — a zaklęcia sprawiają, że żaden dźwięk nie przedostaje się poza granice loży. Z tej perspektywy scena wydaje się daleka, ale śpiew i melodie instrumentów docierają do gości bez przeszkód.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
28-01-2026, 10:33
7 maja

Mieliście kiedyś problemy ze spaniem? Takie prawdziwe? Wiercenie się i przerwacanie z boku na bok to przy tym małe piwko. Czuję się tak, jakbym od dekady nie zmrużył oka, a podparte na zapałki powieki i tak szukają sposobu, by w ciągu dnia zapaść w pseudoregenerującą drzemkę. Do łóżka kładę się z klasyczną rezygnacją, bo zaczynam tracić nadzieję, że kiedykolwiek się wyśpię. Najgorszy w tym wszystkim jest czas. Sandy słodko pochrapuje, zarumieniona i zawinięta w kołdrę tak, że przypomina nieporadnie zapakowany prezent, a ja leżę na plecach, gapię się w sufit, a kiedy zamykam oczy - nic. Minuty przeciągają się w godziny, a ja mogę tylko myśleć z krzywą nadzieją, że nagle po prostu mnie odetnie. Przed oczami stają mi przebłyski z przeszłości, która nie jest ani miła, ani puchata, ani zachęcając do odpoczynku. To gruz, z którego nie mogę się odkopać. Syzyf toczył kamień, ja macham łopatą, a syfu i tak jest coraz więcej. Walka z wiatrakami, nie na moje nerwy. Łykam jak pelikan te wszystkie myśli, pozwalam im panoszyć się bezwstydnie, wypominać kwaśne porażki - melę na policzku, wiecznie stojącą pałę, nad którą nie potrafiłem panować, pogardliwy śmiech bogoli, drogich przyjaciół mojej drugiej żony, patrzących na mnie jak na podwórkowego Burka, którego wyratowano z ulicy i zapięto mu obróżkę ze złotą blaszką i nazwiskiem właściciel…ki.
Kiedy w końcu odpływam, śnię płytko, nieprzyjemnie i urywanie, męczony realistycznymi obrazami na granicy snu i jawy. Zawsze podobnymi. Zawsze niepokojącymi. Zawsze zmuszającymi mnie do zimnego prysznica i sprawdzenia dat na fiolkach eliksirów, które Sandy łyka jak cukierki, żeby nie spotkało nas… to. Ona cały czas się pyta, co się dzieje - martwi się o mnie. Ja milczę jak zaklęty, bo prędzej się zesram niż powiem jej, że śni mi się dziecko. Ona uzna to za znak i wróci do domu z całą wyprawką, smoczkami, butelkami na mleko i karuzelką do zawieszenia nad kołyską, a ja co? Poczekam do porodu, żeby zobaczyć czy wypluje z siebie to coś, obślizgłe, wijące się, pozbawione kręgosłupa, bardziej gliździe niż ludzkie? A może zmienię zamki w drzwiach i odeślę ją do matki - bo dobrze wiem, że przecież się go nie pozbędzie, nawet jeśli genetycznie więcej wspólnego będzie mieć z jaszczurką niż z nami. Uparcie ignoruję łaskoczące uczucie, które nieudolnie pokrywa zmęczenie i niewyspanie; bałagan wpierdolić do szafy i spokój. Coś tam się we mnie rusza, jakbym to ja miał urodzić tego padalca, pasożyta, który w przerażający sposób staje mi się bliski. Coś mi mówi, że nawet gdybym miał go już w worku, gotowego do zanurkowania w Tamizie, nie mógłbym. Nie mógłbym tego zrobić.
Męczą mnie te sny, bardziej od nich męczy mnie niemoc, męczy mnie zalewające mnie ciepło, z którym - postawmy sprawę jasno - kompletnie sobie nie radzę. Nie słucham, co się do mnie mówi, omijam posiłki, zapominam o spotkaniach, o darcie z Hankiem, o terminie przerzutu sporego ładunku kryształu, o miesięcznicy z Sandy. Mam tego serdecznie dość, chlanie na umór też już nie pomaga - opróżniam cały nasz skromny zapas z barku i w towarzystwie wrzasków Sandy, zachwiany, wychodzę z domu, trzaskając drzwiami. Może nogi mi pomogą.
Wyglądam niewiele lepiej niż się czuję: koszula i spodnie może i są wyprasowane, buty na glanc, ręce ciężkie od sztucznych pierścieni, lecz po gębie widać, że coś jest nie tak. Z daleka daję łychą, wulgarnie rozpięte trzy górne guziki odsłaniają włosy na klacie, bramkarz gapi się na mnie podejrzliwie i chyba mu się nie podobam.
– Klient nasz pan – mruczę, durny trepie, dodając w myślach. Wpuści mnie czy nie, wychylam się za jego plecami, bo chyba widzę tancereczki, które sznureczkiem ciągną na scenę albo do prywatnych pokoi z największymi szychami. Zasycha mi w ustach, krzyżuję ręce na piersiach, ale wielkolud ustępuje z drogi, coś tam mieląc w zębach, żebym lepiej sobie uważał. Już w stanie upojenia, chwiejnym krokiem zmierzam ku wolnej loży i rozsiadam się jak panisko, nie potrzebuję drinka, ale pilnie potrzebuję, żeby przez moje kolana przewiesiła się para długich łydek.

i tu link do rzutu
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Maelle Seymour
Czarodzieje
watch me when i break and say it's paradise.
Wiek
21
Zawód
była kurtyzana, tancerka burleski
Genetyka
Czystość krwi
potomkini wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
5
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
18
Brak karty postaci
29-01-2026, 13:42
Płomienie kojarzą się z namiętnością. Ich poetyckość leży dla niej w zbliżeniu dwóch ciał, w intensywnej pogoni za spełnieniem rekompensującym trudy dnia, tygodnia i całego życia, w żarze, który potem stygnie na skórze, oprószając ją miękkim popiołem. W spaleniu się ze sobą i w sobie nawzajem. Dlaczego więc tej nocy ogień odwiedzający ją we śnie jest tak denerwujący? Jego języki popychają w nią zbyt wiele bodźców, skóra cierpnie, myśli nieskładnie wirują w chaosie, który nie ma ani początku, ani końca - jedynie drażniący środek. Budzi się zlana potem w rozkopanej pościeli, koszula nocna sięga aż ponad pępek, odsłaniając przy okazji bliznę zostawioną po cesarskim cięciu; szeroko otwarte oczy przyzwyczajające się do ciemności i realności pokoju są dzikie, zaś oddech kaleczy płuca jak potłuczone szkło. Ma wrażenie, że krzyczała przez długie godziny, ale to chyba niemożliwe, bo poza wyschniętym na wiór gardłem nie czuje zmęczenia strun głosowych. Pustka w głowie na moment ją przeraża. Wszystkie wnioski są osobnymi poszarpanymi nićmi, z których nie potrafi utkać zrozumiałego dla siebie gobelinu; przerasta ją to przez jakiś czas, aż organizm nie zacznie przyswajać wiedzy o tym, że miała zły sen. Potworny, klaustrofobiczny i rozpaczliwy, przepikowany guzikami bezradności.
Ćwierćwila nie umie tej nocy wrócić już do odpoczynku, dlatego w La Perle Noire nakłada więcej pudru niż zwykle. Dla obcych oczu i tak pozostaje nieskazitelna, sama widzi jednak różnicę w swoim wizerunku, wydaje się sobie marna i zwiędła, a nikt nie chce oglądać na scenie takiej tancerki. Robi więc co może. Czaruje makijażem, posypuje kości policzkowe wyrazistym błyszczącym pyłem, który ma zgrać się z syrenim strojem scenicznym, wargi dokładnie pokrywa warstwą szminki. Natarte olejkami ciało lekko migocze, zależnie od gry świateł. Jest efemeryczna, jest baśniowa, jest stworzeniem, które ma za zadanie kusić marynarzy i sprawiać, że ci rozbiją się o skały wysokich napiwków. Potem sięga po swój kostium i prosi Amelię, by ta pomogła jej go zawiązać. Gorset, który nosi, to małe dzieło sztuki: cały składa się z błękitnych i perłowych kamyków pochwytujących grę reflektorów, u podstawy szyi znajduje się wiązana wokół niej wstęga zdobiona perłami. Krótka spódnica unosi się na stelażu, dzięki czemu jest szersza od naturalnej linii jej bioder, a z tyłu ozdabia ją lekki tren przywodzący na myśl materiałem syrenie łuski. Problem pojawia się w zmianach kolejności dzisiejszych występów. Maelle reaguje alergicznie na wiadomość, że następują roszady i niepotrzebnie przygotowała się tak wcześnie; czuje, jak irytacja w jej żyłach przedziera się niczym płynny ogień i tylko ostatkiem siły woli nie wybucha przy ochmistrzu La Perle Noire. A Merlin wie, ile ją to kosztuje.
Emocje przygasają dopiero na czas występu, wówczas ćwierćwila jest już w swoim żywiole. Kusi, uwodzi, gra w sztuce będącej jej solowym performance'm, wzbudza rozmarzone albo wilcze uśmiechy w swojej publice. Potem ktoś zabukuje ją na prywatny występ, potem ktoś zrobi dokładnie to samo i główną scenę na resztę wieczoru zamieni na prywatne loże, gdzie najłatwiej można łowić sekrety i smakowite monety. Swój akt kończy w zamykającej się przed nią muszli, połykana na podobieństwo Wenus na sławnym obrazie, po wszystkim zaś znów prosi koleżankę, żeby ta zawiązała jej gorset, bo nie ma cierpliwości męczyć się z tasiemkami. W trakcie tańca to co innego, wtedy każdy ruch ma sens, każdy ruch ma za zadanie doprowadzić czarodziejów do preludium ekstazy zmysłów, nastroić ich na pragnienie więcej, dzięki czemu ona będzie mogła zarobić sowite napiwki. Płynnym krokiem, przypominającym skrzący się w słońcu miód, przemierza korytarze, wracając do garderoby. Po drodze pozwala sobie na krótkie rozmowy, na niedopowiedziane obietnice, na uśmiechy, za które mężczyźni gotowi są płacić; pozwala ucałować sobie dłoń (co także wewnętrznie ją drażni) przez eleganckiego dżentelmena, który patrzy na nią jak na dzieło antycznego mistrza. Kiedy skończy tańczyć, ten na pewno zaproponuje jej drinka w barze lokalu, widzi to po nim. Albo całą butelkę. I dobrze, Maelle wie, jak namawiać klientów na najdroższe trunki, oni z reguły zrobią wszystko i więcej, żeby zaimponować ćwierćwili.
Daniela dostrzega kątem oka, zmierzającego w kierunku prywatnych lóż, choć łatwo pomylić go dziś z kimś innym. Cienie pod oczami rozlewają się pokrewnym śliwkowym maźnięciem pędzla, jest diabelnie zmęczony albo też nie przespał za dobrze ostatniej nocy - cóż, po niej przynajmniej teraz tego nie widać. Chwała pudrom. - Cześć, Danny - zagaduje go aksamitnie, łagodzi jego napięcie uśmiechem, który on może uznać za przeznaczony wyłącznie samemu sobie; jest w niej przyjemność tym spotkaniem, którą trudno wziąć za fałsz, a czy nim jest, to w sumie bez znaczenia. Blondynka zatrzymuje się przy eleganckiej korynckiej kolumnie i opiera się o nią na wpół barkiem, a na wpół plecami. - Przyszedłeś zobaczyć mój taniec? - pyta swobodnie, choć tak naprawdę w jej wnętrzu odzywa się irytacja tym, że nie przewidziała jego twarzy migającej w tłumie. Nie podoba się jej ta niespodzianka, ale co ma zrobić, wrzasnąć, żeby sobie poszedł? Chciałaby, ale nie może.

sen
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
30-01-2026, 09:50
tw wulgaryzmy

To…
chyba nie był dobry pomysł. Nie znoszę nieposypanych solą chodników, które są jak lodowisko, placów zabaw w promieniu mili od naszego mieszkanka, kanapek bez masła, margaryny czy innego smarowidła. Nie znoszę czekania w kolejce, zaciętych bramek metra, kontrolerów biletów w autobusach i ludzi, którzy noszą kolorowe skarpetki. Na szczycie tej długiej listy znajduje się za to punkt stały i niezmienny, który nie wyleci poza pierwszą dziesiątkę. Otóż: nie znoszę konfrontacji z samym sobą. I nie znoszę przyznawać (jemu? mnie?), że gdzieś popełniłem błąd.
To trudne lubić tego gościa; tym trudniejsze, że przychodzi mi się z nim boksować, a wtedy to już nie ma zmiłuj. Tylko na gołe pięści, nie do pierwszej krwi, a co najmniej do nokautu. To zawsze kończy się źle, bo chociaż nie trzeba zakładać szwów, to rany wojenne odkładają się na bani, a ich chybotliwy stosik rośnie i rośnie, a pewnego dnia, zupełnie bez ostrzeżenia: jebnie.
Czułbym się tu jak w domu - fotele są miękkie i po cichutku dopasowują się kształtem do postury każdego, kto w nim zasiada. Mój kręgosłup może robić przysiad, ja zwijać się w kulkę, a wyprofilowane krzesła obite śliskim materiałem w trymiga zaoferują mi tron godny - to już tam zależy, w co i kogo się wierzy. Dziś jednak moja dupa ślizga się na perłowej tapicerce, jakbym zdążył się spocić od zostawienia płaszcza i wydania numerka z rąk miłej, lecz nie konwencjonalnie urodziwej szatniarki, która liczy, że pewnego dnia też zostanie tancereczką. Z racji na jej nos, trzymają ją w piwnicy. Wiem, co jest pięć: perłowe powierzchnie są śliskie i błyszczące, wnętrza skręconych muszel przypominają macice - zasycha mi w ustach i zaczynam mieć problem z łapaniem powietrza, czuję tylko perfumy.
– A, to ty – łączę głos z buźką, buźkę z imieniem, więc bełkoczę coś tam po krótkiej chwili. Maelle zagaduje, prężąc się przy kolumnie w którymś z greckich porządków, ale za nic nie przypomnę sobie, jaki to jest. Trybiki działają, lecz pracują wolniej niż zwykle. Więc tak czują się 150-kilogramowe foki, kiedy wchodzą po schodach. Paskudne. – Szy ty mnie prześladujesz? – pytam średnio wyraźnie, nawiewając Maelle alkoholowym oddechem, pyszności. – Prawie cię nie poznałem. Wyglądasz jak… jakbyś z morza wyszła – obrzucam ją uważnym spojrzeniem, lecz bynajmniej nie cierpliwego amanta, pobudzającego apetyt przed konsumpcją przekąski. Patrzę jak cielę w malowane wrota, opierając się przed logicznym wnioskowaniem, przed oczami grają mi tylko obrazy. Mieniące się policzki. Szminka na ustach, które nie mogą być naturalne, bo są na to zbyt perfekcyjnie wykrojone, jakby sam bożek miłości czuwał nad rzeźbieniem jej łuku Kupidyna. Perły i łuski, otaczające jej ciało jak zbroja, lecz niestety średnio spełniające swą najważniejszą, obronną funkcję. Tu wystaje kawałek biodra, tam brzuch i pępek, są też łydki i cała reszta, idę o zakład, że jej piersi za trzy, dwa, jeden i zaczną falować i że zbrojenia są jak pic na wodę. – Prezempasam, a gdzie ja w ogóle jestem? – pytam nagle, jakby ktoś podstawił mi pod nos sole trzeźwiące. – Nie chodzę na dziwki – próbuję wstać i wyjść, ale utrzymanie się na nogach mnie przerasta i po łuku ląduje z powrotem na połyskujących, śliskich kanapach. – Bez urazy Ellie – mamroczę, podnosząc się ostrożnie do pozycji pionowej. Powoli. – Teraz to Sandy na pewno mnie udusi – gadam już sam do siebie i kilka razy klepię się po policzku, żeby zamroczony alkoholem mózg zaczął działać na większych obrotach. Wyobrażam sobie, że w mojej głowie siedzi gruby chomik i żeby zmusić to do reakcyjności, pedałuje na rowerze. Za wolno. Z paczką chipsów w łapce. – Wiesz, gdzie tu tańczą tylko? – pytam, zmuszając się, żeby patrzeć prosto na Maelle i tylko na nią. Sam się nigdzie nie wybieram, bo jeszcze zabłądzę: prywatny pokoik, garderoby, elegancki salonik dla perwersów, którzy lubią zabawiać się w większym gronie, nie, nie, nie, zostaję tutaj aż wytrzeźwieję - aż odzyskam przynajmniej sprawność motoryczną. – Mam jakieś pojebane sny – żalę się wypudrowanej lali, która przypadkiem jest starą znajomą i ma tego pecha, że jeśli pokaże mi drzwi, to szefostwo obetnie jej dniówkę. Niby nie chcę tego wykorzystywać, ale wykorzystuję. – I już z nimi więcej nie mogę. Boję się, że Sandy wpadnie. I że coś będzie nie tak z nim – wypluwam z siebie pojedyncze zdania z dziwną składnią, a mogłem po prostu spytać czy mają tu gabinecik wróżbity. Powinni, dla ezoterycznych klientów, którzy chcą sprawdzić czy ich losy splatają się z losami kurwy na tyle gęsto, że warto ją wynająć. – Przyślesz mi jakąś koleżankę, co? – widać, że sobie na radzę, muchy nie skrzywdzę i oskubią mnie jak tylko będą chciały. Moje oczy świecą na czerwono jak sygnalizacja świetlna, są irytująco suche, a kiedy je pocieram, nawet jedna łezka nie zakręci się przy powiece. Może popłynie później - przy bajce na dobranoc, która nie zakończy się wydobywaniem płodu z kobiecego brzucha. Śpiąca Królewna odpada.[/b]
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Maelle Seymour
Czarodzieje
watch me when i break and say it's paradise.
Wiek
21
Zawód
była kurtyzana, tancerka burleski
Genetyka
Czystość krwi
potomkini wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
5
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
18
Brak karty postaci
Wczoraj, 14:02
Niechlujnie wypowiedziane pytanie oraz tętniąca w nim insynuacja drażni zakończenia nerwów, podpalając je jak zapałki. Maelle rozchyla uszminkowane czerwienią usta, gotowa zapewnić, że gdyby miała kogoś śledzić, to jej wyborem z pewnością nie byłby przemądrzały i podstarzały lowelas z czołem świecącym jak lumos maxima, ale w ostatniej chwili zatrzymuje zgryźliwe sarknięcie na koniuszku języka i przełyka toksynę, którą miała zamiar uraczyć Daniela. Jest rozdrażniona, jest niecierpliwa, niewiele potrzeba do tego, żeby dziś wyprowadzić ją z równowagi, a to, że jeszcze jakoś się trzyma, musi być efektem herbaty, którą Denise polecała jako kojącą i wyciszającą. Dziś ćwierćwila chwyta się wszystkich sposobów, żeby nie przeskoczyć własnych ograniczeń i nie przemienić się w harpię, która rozerwałaby na strzępy każdy kawał mięsa w eleganckich garniturach i garsonkach zebranych pod dachem La Perle Noire. Zależy jej na tej pracy, lubi ją, traktuje jak namiastkę prawdziwego teatru, do którego tęskni jej serce, więc próbuje dzisiaj owego etatu nie stracić. Na pewno nie kosztem samca pokroju Daniela, usiłującego jej to zadanie utrudnić.
- Może wyszłam, kto wie? - odpowiada niby psotnie, lecz tym razem pytanie brzmi odrobinę sztywniej niż zwykle, wypowiadane przez napięte od sztucznego uśmiechu wargi. Dodge, na dodatek pijany, pewnie nie widzi różnicy pomiędzy rozjuszoną wewnętrznie ćwierćwilą a uwodzicielką z Magicznej Giełdy; może gdyby był trzeźwy znalazłaby w nim uważniejszego obserwatora. - Wiesz, że Wenus narodziła się z morskiej piany? Naga wynurzyła się z morza, a świat po prostu padł do jej stóp - próbuje sięgnąć po aksamit lubianej przez siebie opowieści, znaleźć w nim ogniwo, które łańcuchem poprowadzi ją do kruchej równowagi. Wyobraża sobie przy tym, że bogini ma jej własną twarz, a to pomaga.
Pijackie zagubienie czarodzieja grozi, że jej wściekłość sięgnie zenitu. Nie musiała się przy nim zatrzymywać, do diabła - wystarczyło, by poszła dalej w kierunku garderoby, gdzie zaparzyłaby sobie kolejną filiżankę herbaty, tym razem na wszelki wypadek doprawionej rumem. Potem weszłaby do sali barowej, przemknęłaby przez przestrzeń w kierunku konsjerża, który pokierowałby ją do odpowiedniej loży na pierwszy prywatny taniec i noc trwałaby dalej, pełna ruchu, zmysłów i tajemnic wyłapywanych z zadowolonych rozmów biznesmenów, polityków czy innych osobistości zamawiających jej wyłączną uwagę. Zapomniałaby o Dodge'u i jego oddechu strawionym przez odór zbyt wielu kieliszków ognistej albo innego trunku. A tak? Mogła mieć pretensje tylko do siebie.
- Och, Danny, już od dawna się tym nie zajmuję - zdobywa się na miękką pobłażliwość w barwie głosu - jak? Nie ma pojęcia, ale świadczy to o niesamowitej i jak widać wspaniałej sile jej charakteru. Nic dziwnego, że podejrzewa ją o podążanie dawną ścieżką kariery, nie mówiła mu o zmianie. - Teraz tylko tańczę, umilam czas, cieszę oczy. To La Perle Noire, mała laguna syren, najad i morskich żon. I marynarzy, którzy gotowi są stracić dla nich głowy - śmieje się cicho, mimo że w istocie ma ochotę obrócić się na pięcie, wyjść i znaleźć sobie kochanka, który w gwałtownym uniesieniu pozbędzie się z jej ciała skotłowanych gruzłów złości i zmęczenia. - Chodź - mówi wbrew sobie i wyciąga do niego dłoń, nęci, by zapuścił się za nią do jednej z wolnych lóż. Zanim jednak zatańczy, gładkim, aczkolwiek mało dyskretnym ruchem wskazuje na misę z macicy perłowej, do której należy wrzucić sakiewkę albo same odliczone monety. Nie jest tu charytatywnie, jej czas i ruchy kosztują. Ile, to powiedziano Danielowi już na wejściu, szkoda czasu na biedaków.
Kończyny ćwierćwili sztywnieją na chwilę, kiedy Dodge wspomina o snach. Purpurowe pręgi pod jego oczami, blada, papierowa cera, ulga znaleziona w butelce, wszystko to pasuje do człowieka, którego napadły cienie we własnej głowie i który próbuje przed nimi jakkolwiek uciec. Patrzy na Danny'ego uważniej, jakby pierwszy raz tego dnia widziała go prawdziwego, przez mgławicę procentów. Mówi jej o rozsądnych rozterkach, o problemach wielu mężczyzn, którzy nie dojrzeli do zobowiązań i powiększania rodziny.
- Pozwolisz, że zabiorę na moment te sny? - proponuje szeptem, przechyla głowę do ramienia, po którym spływają perłowe włosy. Nie może dać mu innego pocieszenia ani zapewnić, że spłodzone przez niego dziecko będzie zdrowe, a oni z Sandy stworzą szczęśliwą i trwałą jedność już na zawsze,  nie ma takiej mocy. - Też dziś źle spałam - przyznaje, założywszy kosmyk za ucho, a ciężar jej ciała płynnie przechodzi na drugą nogę; kryształki skąpego stroju odbijają refleksy przydymionego, intymnego światła. Jest między nimi pewne... zrozumienie. Wspólny wstręt ostatniej nocy. - Ale to już za nami - dodaje, mimo że nie jest tego pewna. Ani w jego przypadku, ani w swoim.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
1 godzinę temu
Gorzała specjalnie mi nie smakuje, po prostu jest - zalewam nią gardło, jakbym wlewał detergent do prysznicowego odpływu, żeby rozpuścił wszystkie włosy, które w nim utkwiły i zaczęły śmierdzieć. Może liczę, że coś tam we mnie też się rozpuści: że wóda zainicjuje reakcję chemiczną, podczas której coś w środku syknie, a ja będę magicznie odmieniony, sterylny, z czystą głową i bez obaw o podział obowiązków, brudne pieluchy i wstawanie co godzinę w nocy, by podetknąć Sandy gówniaka do piersi, która powinna być moja i tylko moja. Irracjonalnie przywiązuję się do każdej z tych myśli, nawet tych, w których czuję zazdrość o łyse zawiniątko w jej ramionach i umyślnie ignoruję jego wycie, kiedy małej nie ma w domu. Kielon za kielonem i każda z tych wizji przyszłości robi się rozwodniona. Oszukane zwiększenie pojemności drinka z pięcioma kostkami lodu: czekam aż się rozpuści, żeby mieć więcej.
Robię tak teraz i naprawdę mam więcej.
Powietrza w płucach i swobody, czy raczej tej pijackiej, aroganckiej beztroski, która nigdy nie prowadzi do niczego dobrego. Piję często, ale rzadko za dużo, nie mam już dwudziestu lat, by chlać do urwanego filmu, zwiedzać meliny i budzić się na kanapach u nieznajomych, wciągać na tyłek czyjeś gacie (chodzić bez bielizny nie znoszę, a dwudniowa mnie obrzydza) albo wycierać pindola w ręcznik do rąk, bo przypadkowy gospodarz nie zadbał o ręczniki kąpielowe dla tych, co zdecydują się wleźć pod prysznic. Zalany kontaktuję połowicznie, wymagam opieki, bo przywykłem już do kobiecej ręki, która poda mi szklankę wody, podstawi miskę do rzygania, nagotuje rosołu na kaca i jeśli poproszę, to nakarmi mnie łyżką, jakbym nie doprowadził się do takiego stanu na własne życzenie. Syrenie siostry zrobią to wszystko i więcej i też nawet się nie skrzywią: a jeśli, jeśli ich niebieskosine albo wodorościozielone usteczka wygną się z obrzydzenia, ja tego nie zobaczę. Takie są dyskretne, małe spryciule, kobietki z rybimi ogonkami, wciskające mnie nadzieję - wracamy do punktu wyjścia - na więcej.
– A po so tam poszłaś, tsoo? –  patrzę na nią, taka jest ładna, taka miła, wydaje mi się jakby była zrobiona z plasteliny albo była szklaną bombką. – Nie będę padać ci do stóp – mamroczę, marszcząc brwi i próbując się odsunąć, skutki są marne, bo moja koordynacja ruchowa odpowiada fizycznej kondycji dziada po wylewie. To, co do mnie mówi, dociera tylko we fragmentach, trudno się skupić, gdy jestem rozkołysany, a sama podłoga też faluje (chyba odbijamy od brzegu), a jej blade ciało puszcza mi oczko, tu z pęknięcia na nodze, tu między cekinowym zdobieniem. Nie powinienem patrzeć - ale patrzę - tylko patrzę - jak kręci się przy mnie, wywołując zawroty głowy i kolejne przeskakujące klisze, na których niezadowolona Sandy udziela mi repreymendy.
– Aha. Czekaj, czyli tu nie dają? Na pewno? Bo ja nie mogę. Nie chcę – poprawiam się, dukam, farmazonię, ani niezbyt wyraźnie, ani niezbyt logicznie, ani niezbyt poważając Maelle, syrenka staje się dla mnie prostym nośnikiem informacji w atrakcyjnym opakowaniu. Uff, nie muszę wychodzić, starczy czekać na odlot po tym, jak coś oprze się o mnie, spocznie ciężarem na moich kolanach i da odetchnąć zapachem morskiej bryzy albo i zbutwiałego drewna - dla koneserów muszą serwować takie nieoczywiste przysmaki. – Zostaw moją głowę – proszę nielogicznie, ale chwytam jej rekę i na sztywnych nogach idę tam, gdzie mnie prowadzi, przez alkohol koszmarnie bierny. Nie dość, że walę, to jestem irytującym nudziarzem; kiedy przychodzi do bitki świecę chociaż elokwencją, zaskakując obszernym słownikiem podwórkowej łaciny.  – No tak. Płacić muszę – krzywię się – Ellie – zaczynam, ale wydaje mi się, że gapi się na mnie ochroniarz w czerni, więc po prostu wrzucam do misy parę złotych monet. Strata pieniędzy, w domu to mam za darmo. Sandy wskoczyłaby dla mnie w syrenie ciuszki, zasiadłaby mi na kolanach, rozebrałaby się z dziewiczym rumieńcem na twarzy i starała się ukryć nagie piersi za blond lokami. Tyle, że nie przyłażę tu po panienki, które umieją zrobić szpagat, mostek i gwiazdę. Wymarzyłem sobie, że przytulę się do którejś, opowiem jej wszyściutko, pogłaszczę po nogach i nie zobaczę nigdy więcej. – Czemu ty – grymaszę, rozglądając się za innymi laluniami, które przemykają między lożami na szpileczkach, jedne w cekinach, inne w pióropuszach, a kolejne w srebrnych siateczkach, jakby złapały się w sieci prostych rybaków wypływających codziennie o czwartej rano na połów starym kutrem. – Skąd wiesz? – poddaję się i opieram głowę o jej klatkę piersiową. Zaraz skulę się cały i to ja położę się na jej kolanach, gotowy do ululania, wilk, któremu wypadły wszystkie kły. – Ona bardzo chce, ale chyba nie powinniśmy – ze mną jest coś nie tak? Musi być ze mną, Sandy dopiero co skończyła dwudziestkę, odżywia się zdrowo i marzy o rodzinie. To pewnie kara dla mnie za to, że nie dzwoniłem, kiedy obiecywałem, że zadzwonię, za przejeżdżanie na czerwonym świetle i śmianie się z dziecka, które upuściło lizaka na piasek.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 02-02-2026, 12:10 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.