• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, Hadrian Street 24 > Salon
Salon
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
04-01-2026, 12:28

Salon
Najprzytulniejszy pokój w mieszkaniu. Duży fotel, miękka (chociaż zużyta) sofa i liczne bibeloty sugerują, że przestrzeń jest zarówno często użytkowana, jak i zwyczajnie lubiana. Pod ścianą, zaraz przy wejściu, umieszczony jest sprzęt wędkarski właściciela, a na ścianach umieszczono obramowane zadjęcia i kilka wykonanych węglem rysunków koni, które zakupił na targu staroci.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
5 godzin(y) temu
A monolog Ambrose’a zabiera go w naprawdę przedziwne miejsca i okoliczności – od dzieciństwa, do młodości, do Szkocji, do Doliny Godryka, potem Londynu, a potem do własnego mieszkania, w którym właśnie wymieniali się stertami serdeczności.
Nie miał się domyślić. No dobrze. Miał nigdy nie wiedzieć. Szczególnie on. Psia krew, szczególnie on. To strasznie bolesne, no nie? Nie umie zrozumieć czemu tak właśnie było. Co sprawiło, że właściwie tak zdecydował? Myślał, że to wszystko przekreśli? Że będzie wtedy jak inni chłopcy, tak? Albo powie wszystkim. Harrison był wygadanym dzieciakiem – momentami nie zamykały mu się usta, ale przecież każdą złożoną Day’owi obietnicę brał poważnie. Jego tajemnica mogła być ich tajemnicą. Przecież teraz mieli ich tyle, by te zlepiły ich skuteczniej od jakichkolwiek przysiąg.
Ale Day biegnie dalej – wspomina ostatnie tchnienie szkockiego żywota. Wspomina moment, w którym chyba walczył o jego honor, wspomina jego narzeczoną, jej brata... Daje Harrisonowi do myślenia, sugeruje, że Ambrose mógł być szczery tamtego wieczoru i tamtego ranka, kiedy byli jeszcze nastolatkami i kiedy obiecywali sobie wszystko to, co nie pozwoliło mu nigdy wyleczyć się z niespełnionej, młodzieńczej miłości. Kiedy po samowolnej interwencji – wtedy Gwiazdy Quidditcha – odczytano im wyjca, krzyczał, że o pomoc nie prosił, że jej nie chciał, że było mu gorzej. I wtedy tak było. Nie mógł wiedzieć jednak, że środki których użył Ambrose… Wypełnione były urokiem.
– Przestań, o czym ty mówisz? Ja nigdy go… – peszy się kiedy zarzuca mu zainteresowanie jej bratem. Traktował go zawsze tak, jak traktowało się starszego brata – przystojnego i zabawnego – ale jednak starszego brata. Z biegiem lat wydawało mu się faktycznie, że Cole Young mógł podzielać część jego… Skłonności, ale to nie musiało znaczyć nic. Nic. – Rosie do licha…. – zaczyna, próbuje się wtrącić, ale potem Ambrose trafia go prosto w miękkie tkanki. We wrażliwą stronę, która nakazuje mu bronić się od razu. Wciąż ściska jego tułów łydkami i udami, ale dłonie nerwowo ocierają strumienie spływające z policzków coraz gęściej. Bo właśnie, co sprawiało, że w ogóle chciał z nim być? W ogóle byli ze sobą? Kiedy mówi się już o tym, że się ze sobą jest? – NIE WIEM CO NA CIEBIE DZIAŁA – krzyczy, bo kiedy partner podnosi głos i kiedy widzi żyłki wspinające się po jego szyi – nie umie nie odpowiedzieć tym samym. A o swoich wadach mówi rzadko, ale mówić chce teraz. – To że jestem żałosnym pedałem, z żałosnymi zainteresowaniami? Chorym psychicznie gościem, który widzi śmieszne zwierzątka – bo tym kiedyś były te sny, prawda? Tylko tym. – a w nich przyszłość albo mu się tak wydaje? – dławi się, chyba płaczem, który chce powstrzymać. – Albo może… – to chyba mniej istotne, dla Harrisona to mniej istotne, ale tutaj też ma sobie do zarzucenia wszystko. – A może wygląd? Taki… – chyba wstydzi się o tym mówić. O tym, że miał chyba oczy jak wystraszone zwierzę, patrzące wprost w reflektory rozpędzonego samochodu. Albo rzęsy jak motyle skrzydła – bardziej damskie, niż męskie. I wiecznie nieuporządkowane włosy, szczupłą szyję, mniej wyrobione ciało, niski wzrost. Paskudne blizny czarnomagiczne. Że kiedy był młodszy, starszy brat Browna nazwał go brzydką dziewczynką. A on pamiętał o tym do dziś, nawet kiedy zmężniał, część dziewczęcych cech zniknęła, a on był jedynie mężczyzną mniej przystojnym, co ślicznym – o urodzie starzejącej się wolniej, chociaż starzejącej się wciąż. A przecież zmarszczki bywały mniej śliczne. I chociaż nigdy nie zwracał wiele uwagi na swój wygląd, wiedział, że był chyba trzy ligi niżej od kogoś, kto nawet teraz – powalony na ziemię, z policzkiem czerwonym od uderzenia i oczami czerwonymi od wrażeń – wyglądał dobrze. – Nie mam tego w dupie! Ale co, co, co mam zrobić, czuć się źle z tym, że to mi się podoba? Podobasz? – skoro to mogło być prawdziwe? Bo chociaż ranił go aktywnie, nie robił tego z czystą premedytacją. Nie do końca nawet wiedział co obecnie robi. Obserwował łzy Day’a i czuł się źle, ale nie potrafił zignorować tych, które skapywały z oczu na jego własny mundur. Musiał wyglądać cholernie żałośnie. Nie wie czy w ogóle potrafi irytować się dalej – nawet jeżeli kolejna wizja przedstawia się przed nim równie boleśnie. Próbuje wybadać jak bardzo szczery jest w deklaracji tej Ambrose, ale umysł nie działa dobrze.
– Rzuciłbyś na nią urok, tak? Kurwa brawo, ułóż mi życie, super. Świetnie. Zajebiście, jak wtedy kiedy chciałeś odzyskać dla mnie narzeczoną, no fenomenalnie – chyba serio ma już dość. – Teraz chcesz zrobić wszystko żeby tylko nie przyznać, że nie chciałeś mi zaufać. Wszystko, odwracasz kota ogonem, bo cię to boli, rozumiem, boli cię, ale mnie też boli. Że przez tyle lat… Ile razy mam powtarzać? – ociera twarz w łokieć, a głoski drżą zdradliwie. Wtrąca dygresję. – Nie zejdę z ciebie, będziesz musiał mnie zrzucić – a wiedział, że miał do tego siłę. – Nie boli mnie kim, do licha, jesteś. Tylko czemu mi nie powiedziałeś.
A przecież twierdził, że nigdy by nie powiedział.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 02-03-2026, 20:58 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.