• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, Clink Street 4/27 > Kuchnia
Kuchnia
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
22-11-2025, 14:40

Kuchnia
Blaty bywają lepkie, zlew zawalony brudnymi garami, a notorycznie niewyżmnięta, zwilgotniała gąbka, leży rzucona niedbale gdzieś nieopodal tak długo, aż nie zacznie śmierdzieć. Kosze na śmieci często są przepełnione, co daje o sobie znać słodkawą wonią bioodpadków. Lodówka obklejona magnesami buczy od kilku miesięcy, a Danny nie zadał sobie jeszcze trudu, żeby ją naprawić. Kiedy Sandy weźmie się za porządki, kuchnia wygląda naprawdę uroczo - jakby gospodarowała w niej miła, uczynna i zaradna młoda panna.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (5): « Wstecz 1 … 3 4 5
 
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#41
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
10-03-2026, 13:32
Nie wiem, która jest godzina. Analogowy zegar w Marlence, dodatek modny, świadczący tylko i aż o moim guście, pogoni za trendami, przewalaniem pieniędzy na rzeczy zbędne acz cieszące oko i epatujące pewnym statusem - co dla mnie ważniejsze od samego posiadania - działa perfekcyjnie. Wygląda: to po pierwsze. Po drugie: pokazuje czas. Z dokładnością co do minut a nawet sekund, bo po jego tarczy obracają się aż trzy wskazówki, w tym i ta cieniutka odliczająca jedną Missisipi, drugą Missisipi itd.
Gówno widzę  - choć lampię się i na zegar, i na drogę, to zaliczam po kolei jakieś wyboje i zbyt wysoki krawężnik, przez co zawieszenie biednej Marlenki ciężko stęka. Ja też stękam razem z nią, aż w końcu parkuję auto pod chatą, idealnie równolegle, idealnie między liniami. Nie dlatego, by komuś zrobić przyjemność, jasne że nie - tylko dlatego, żeby pokazać gojom, jak to się robi i że skoro ja mieszczę wózek 1,5 razy szerszy od ich gruchota, to mają mi się przykładać, bo następnym razem skończą z przerysowanymi drzwiami i oderwanym lusterkiem. Bez żalu, salut.
Staję tylko na chwilę - normalnie bedę dymać z nią do garażu, nie zostawię jej na pastwę losu, ale chyba muszę… Posiedzieć tu chwilę. Sam. Beef wellington trawi się przez kilka godzin, zanim w całości przepchnie się przez żołądek może minąć nawet pół doby: mięso, grzyby, ciasto francuskie, trochę tego jest. 24-letni syn - o mój Boże, to potrwa z miesiąc, a na dodatek będę musiał położyć się do szpitala, normalnie to wyleżeć albo, o, urodzić, ja, ja sam, jakbym wypychał z siebie kamienie nerkowe. Wolę to, przysięgam, sto razy, ale świat tak nie działa. Ja nie wyciągam na czas, zalewam tunel, ona dziewięć miesięcy później wypycha z siebie zmarszczonego kafira, oto jest, Caleb Diggory, który nazwisko dostał po jakimś kastracie, który zgodził się przyjąć do siebie brzuchatą zdzirę. Dociera do mnie, że chociaż inicjały ma akuratne: no i to będzie na tyle jeśli chodzi o nasze podobieństwo.
Muszę wracać - powoli się ściemnia, a wychodziłem z domu przed dziewiątą, myna pewnie odchodzi tam od zmysłów. Powiedziałem, że zadzwonię, nie zadzwoniłem, lusterko zamknąłem na cztery spusty w schowku po stronie pasażera i ignorowałem każdy wydawany przez nie dźwięk i wibrację, wypalając peta za petem, aż robi mi się tu hotbox z prawdziwego zdarzenia. Napełniony tym gównem wtaczam się po schodach, pruję do góry, prawie taranując sąsiadkę, która jednak uwagi mi nie zwraca - zwykle nie szczędzi przytyków, lubi zostawić nam notatkę na drzwiach, że tu mieszkają chrześcijanie i że musimy się dostosować do zasad wspólnoty bla, bla, bla. Tym razem pierzcha przed mną, to te przekrwione oczy, koszula, która chamsko wystaje ze spodni i włosy sterczące na wszystkie strony - trochę ich chyba wyrwałem, luksus, na który definitywnie mnie nie stać i to bez konotacji z kontrolą skarbówki. Dzwonię kilka razy do drzwi, bo zapominam klucza i potrzebuję się na niej oprzeć - na Sandy, zmartwionej i zestresowanej, takim kłębku nerwów, który i w tym stanie podwyższonego ćwiczenia ma umalowane oczy, rzęsy i różowe policzki, a na sobie sukienkę z bufiastymi rękawami. Wow.
Bez słowa wchodzę do domu, mijam ją, jakby nic, a mój wzrok namierza walizkę w przedpokoju.
– Co to jest? – pytam, bo należy do mnie. Kopię w zamek, a oparty o ścianę kuferek opada jedną częścią o podłogę z głuchym tąpnięciem i ujawnia swoją zawartość. – Spakowałaś mnie do ciupy? Naprawdę? – trudno wyczuć, czy mój ton zapowiada rozczulenie czy nadchodzącą awanturę - ponoć kobiety uwielbiają niespodzianki. – Możesz to odłożyć na miejsce, nigdzie się nie wybieram – ciężko opadam na krzesło przy stole, z którego korzystamy raczej rzadko, bo lubimy jadać przed telewizorem. – Podaj mi browara. Jestem zmęczony – jestem ojcem. Muszę jej powiedzieć? Powinienem? Powinienem. – Jestem… – oddech – czysty – ulga. – Ten urzędnik był jakiś nieprzekonany, ale bez dowodów może mnie co najwyżej cmoknąć w tyłek – zaciskam palce na butelce, prosto z lodówki, nawet lekko oszronionej, bo ta ostatnio coś szaleje i zmraża wszystko, co stoi przy tylnej ściance. – Wszystko będzie dobrze – mówię, ale jakoś bez przekonania, chwytając ją za dłoń i przyciągając do siebie. – Siadaj, co? – bo nie zniesiesz tego na stojąco. Normalnie pytałbym, gdzie obiad i czemu nie czuję pieczeni i co robiła przez cały dzień. Teraz nie pytam o nic, odchylam głowę w tył, jakby to pomagało w myśleniu. Pomaga - zanadto się śpieszę z rozkazem wypakowania walizki - ot, takie przeczucie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#42
Sandy Wilkes
Czarodzieje
tell me who I am – do I provoke you with my tone of innocence?
Wiek
21
Zawód
fryzjerka, niania, drobna złodziejka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
2
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
13
Brak karty postaci
14-03-2026, 19:21
Mosiężne kraty, drzwi bez klamek, papka zbutwiałych ziemniaków i groszku, która w rzeczywistości z warzywami nie miała wiele wspólnego, ze smakiem tychże także — o więziennych sposobach i zwyczajach zdążyłam w życiu dowiedzieć się wystarczająco dużo, by pod przypływem motywacyjnego strachu spakować Danny'ego na każdą okoliczność. Piżama, bielizna, narzędnik schowany w strategiczne miejsce — Dodge nie pytał, Dodge potrzebował; nawet w niedoli jestem idealną partnerką zbrodni, gdybym tylko nie stresowała się tak bardzo, że pociły mi się dłonie.
Kościelne dzwony wybijały porę obiadową, niegrzeczne dzieciaki w rozchełstanych mundurkach szkolnych wracały do swoich domów, słońce barwiło rdzawe dachówki na kolor zgniłej marchewki — Daniel nie wraca.
Zaczynam więc salwę fałszywych wspomnień i roztropnych wyobrażeń o prawdziwym pochodzeniu więziennego jedzenia, próbując upchnąć twory na metalowych tacach pomiędzy resztki z poprzedniego dnia zmieszane z tekturą kartonów, a syntetycznie hodowane insekty na potrzeby takich miejsc wymiaru sprawiedliwości.
A jemu zdarza się marudzić na moją, rzekomo zbyt słoną, zupę.
Niepewnie szeptane modlitwy odliczają sekundy od zbawiennego cudu; kiedy Dodge staje wreszcie w drzwiach, a ja staję na własnych palcach by być w stanie obejmować jego szyję w desperackim żałobno—radosnym (bo byłam bardzo smutna, ale już nie jestem) uścisku, fortuna znów jest po naszej stronie, a klawisze ze stanowego pierdla, ministerialne prukwy i każdy, nawet najbardziej skrupulatny przegryw z zakolami, zimną kawą w uszczerbionym kubku od mamusi i wżynającym się w tłuste cielsko biurkiem, może iść się jebać.
— CAŁY DZIEŃ CIĘ NIE BYŁO — wyjaśniam, kiedy Ułaskawiony przechodzi dalej, zauważa walizkę i jej pragmatyczną zawartość; przezorny zawsze ubezpieczony, pamiętam, że różne sztuczki na temat przemytu scyzoryków, łyżek, agrafek i szpilek w kolejno chlebie, kiełbasie czy innych korniszonach, prezentowano sprytnym ludziom w telewizyjnych westernach.
Grzecznie odkładam jednak pakunek awaryjny, grzecznie drepczę do kuchni, grzecznie otwieram lodówkę i ledwie chwilę później donośne psst wkracza w przestrzeń jego kroków i mojego przyspieszonego oddechu.
— Czemu tak długo cię maglowali? Robili ci rewizję? Pobierali odciski palców? — wyobrażałam sobie ponure scenariusze w zimnych murach ministerstwa, ale teraz próbuję ugryźć się w język i nie paplać więcej; czekam, aż Danny zrobi to za mnie.
I chyba zamierza, bo wzdycha — jęczy i męczy, cały jest skołowany, biedulek, pogryziony przez urzędowe pluskwy. Wzdrygam się i siadam, wyciągając dłoń w jego stronę, by spleść palce z jego palcami.
— Głodny jesteś? A może zamiast tego piwa to poleję ci coś mocniejszego, co? Jakieś whisky? Te od mamusi... — Eleanor w przypływie czułości wysłała mi prezent urodzinowy, dwa lata temu; do tej pory zarzekałam się, że nie wolno jej ruszać, bo jest na lepsze czasy. Może czysta karta Daniela to właśnie ten moment?
— Danny, to takie nieporozumienie, że oni cię w ogóle tam... okropne!
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#43
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
14-03-2026, 21:21
Ciężar ciała, czy raczej ciałka Sandy działa jak kotwica: ona wiesza mi się na szyi, a ja mogę poczuć grunt pod stopami, uziemiony, bezpieczny, w dobrym miejscu. Tak mogę iść na dno, bo czemu nie - nie z płaszczem wypełnionym kamieniami jak atencjuszka Virginia Woolf, tylko dumnie i po męsku niczym wojownik z plemienia Masajów. Nie pamiętam czy akurat tam kobiety ginęły pokazowo razem ze swoimi mężami (a że mężczyźni mogli mieć kilka żon, to byłaby zbiorowa rzeź i zbiorowa mogiła), ale zgodność rzeczowa akurat nie jest najważniejsza. Nie mówię nic na głos, więc nie muszę mieć racji, zakładać najgorszego - złapania na gorącym uczynku, na kłamstwie, na błędzie. Na dziś mi wystarczy: milczę więc tak zachłannie, że aż zaczyna mi to smakować. Tępe poczucie sytości i jej drobne rączki zawieszone na szyi; w jednej chwili jestem miękką masą, kształtująca się pod kobiece krągłości i potrzebę fizycznej bliskości, w drugiej krztuszę się, jakby z szyi zwisał mi konopny sznur, zrzucam to na wypalone faje, zrzucam to na nią, że tamuje mi oddech, zaraz też zrzucę skórę, bo chyba już nie mogę być sobą.
Ściskam ją i tak, trochę bezwiednie i po omacku, trochę już na zapas, bo przecież wiem, co się święci i że to zaraz się skończy, bo Sandy się obrazi i nie da się dotknąć kijem do końca tygodnia (mamy poniedziałek). Ona krząta się w tej swojej sukienusi i tym bardziej mam ochotę przemilczeć rewelację, słowem nie pisnąć o Calebie, tej pierdole, który z ubłoconymi buciorami bez zaproszenia ładuje się w - nawet nie moje, tylko już nasze - życie, jakby kto go zapraszał. Jakby kto go tu chciał. Jakby kto go potrzebował. Pieniędzy do grobu nie wezmę, ale tajemnicę już mogę; cyk, wyciągnąć wspomnienie i symbolicznie utopić je w Tamizie jak Marzannę na pierwszy dzień wiosny.
Mieliśmy opychać się ciastem, pić tequilę ze swoich pępków, wyjść na spacer i wydrapać nasze inicjały na drzewie z tabliczką świadczącą o tym, że jest będącym pod ochroną pomnikiem przyrody. Ułożyłem już całkiem niezłą mowę o tym, jak Cringe jadł mi z ręki, jak przepraszał za niedogodność, jak korzył się przede mną, pan wybaczy, panie Dodge, to się więcej nie powtórzy panie Dodge, to rażąca niekompetencja z naszej strony, panie Dodge. Nic z tego, przechwałki nadają się na śmietnik.
– No przecież wiem – odpowiadam opryskliwie. Zaraz jednak się reflektuję, bo jeśli mam spać na kanapie, to chociaż muszę się wystarać o przydziałowy koc, a takim zachowaniem ugram co najwyżej dodatkową nockę na smutnym wygnaniu. – Wszystko poszło dobrze, musimy tylko poczekać na sowę z ostatecznym wynikiem kontroli. Nic, czym powinnaś sobie zaprzątać teraz główkę, słońce – no, od razu lepiej, kapie ze mnie ociupinka czułości, choć to raczej niekontrolowany wyciek ropy z zepsutego silnika. Chwytam jej dłoń, i całuję po kolei każdy paluszek, a zakończenie rytuału pieczętuję wzniesieniem butelki piwa. Podsuniętą pod nos, otworzoną zgrabnie zapalniczką - lubi tę sztuczkę, a ja lubię, kiedy ją dla mnie performuje, zawsze taka zadowolona z siebie.
– Posłuchaj mnie teraz, dobrze? I nie przerywaj – browca kończę na trzy łyki, to chyba na odwagę, łychy odmawiam, kręcąc głową - lepiej, żeby nie miała pod ręką butelki, którą mogłaby mnie zdzielić w łeb. – Pamiętasz, jak ci mówiłem, że byłem żonaty? Dawno temu? – źle, po co od razu o tej żonie? Sandy ma alergię na każdą babę w moim towarzystwie, nawet jeśli to zwykła ekspedientka, którą bawią moje dowcipy o blondynkach. – No to… to nie wszystko. Wychodzi na to, że jestem ojcem. Ale nie wiem na pewno. Tak twierdzi… Ale to nic nie znaczy. Nic nie znaczy, kurwa mać! – trzaskam łapą w stół i podrywam się z krzesła i zaczynam chodzić dookoła stołu, kręcąc się jak gówno w przeręblu. – Sandy ja ci przyrzekam, że nie miałem o niczym pojęcia. Przecież to jest jakieś… CHORE! – patrzę na nią już desperacko, ot, tonący brzytwy się chwyta, a ja właśnie zdaję się na kobiecą radę i kobiecą rękę, która zdolna jest do wydrapania mi oczu z tymi dwucentymetrowymi pazurami w kolorze landrynki.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#44
Sandy Wilkes
Czarodzieje
tell me who I am – do I provoke you with my tone of innocence?
Wiek
21
Zawód
fryzjerka, niania, drobna złodziejka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
2
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
13
Brak karty postaci
15-03-2026, 18:01
Batożenie, wieszanie pod sufitem, wyrywanie paznokci, przypalanie papierosami, w ostateczności kilka sekund na niesprawnym krześle elektrycznym — o rozmaitych torturach nie wiem wiele, wystarcza mi własna wyobraźnia, która z zimnych murów Ministerstwa Magii potrafi zrobić plac egzakucyjny w Edynburgu, ten, na którym kiedyś wieszano i palano czarownice. Choć Danielowi daleko do płomiennowłosej wiedźmy z zczerniałym zgryzem, w żyłach faktycznie płynie mu przecież diabelska krew i na osąd wydany przez swojego — zdrada własnych ponoć boli najbardziej — nadawałby się przecież jak znalazł.
Poza tym, za niewinność obrywa się dwukrotnie, tłumaczył mi to kiedyś; Danny we własnej osobie bądź Mores, nasz sąsiad z czwartego piętra, bez jedynek, za to z całą gamą barwnych doświadczeń, których opowiedzieć nie ma zwykle komu.
Teraz jednak chowam na bok swoje piekielne czarnowidztwo i usłużnie odkładam walizkę na bok, a piwo na front; brzdęk zimnej butelki na stole ma ostudzić nerwy, poza tym Daniel wydaje się być pogodzony z losem — wszystko poszło dobrze.
Dostrajam się zatem do jego spokojnej postawy, chowam plan A, B i C, które zakładają naszą szybką emigrację z kraju, każdy w inny sposób i innym środkiem transportu, i przez następne minuty żywo kiwam główką, wyraźnie zadowolona, że nasze źyćko na Clink Street i przykładna postawa obywatelska, mogą potrwać jeszcze nieco dłużej.
— No przecież słucham, bardzo uważnie — rzucam od razu na swoją obronę, kiedy on słońcuje, jego palce robią ślady na wilgotnie zimnej zielonej butelce, a później posyłają mroźne impulsy do mojej dłoni. To nic, pozwalam mu ją złapać — brakuje nam tylko konfetti nad głowami, które ułożyły się w płomienny napis I żyli długo i szczęśliwie.
Na kolejną okazję — ewentualność pocałowania karty wychodzisz z więzienia bądź po prostu dnia, w którym Danny'emu dłużej zejdzie w pracy, a ja zdążę już odejść od zmysłów — koniecznie muszę nam sprawić taki gadżet.
Piwo jak było, tak go nie ma; potencjalny problem alkoholowy nie jest jednak istotny, kiedy na ustach Dodge'a pojawia się nagle — niezapowiedziana, jak plaga egipska czy inny rybik w świeżo wyremontowanej łazience — żoneczka.
Potem trach — brzdęk, bach, tylko proste dup; Daniela ponoszą emocję, a ja próbuję procesować nowe informacje, mrugając w częstotliwości dużo wyższej, niż dozwolona norma przyjęta na jednostkę ludzką.
— Ale jak to, że dziecko — momentalnie mam w głowie jego marudne przypominanie o piciu eliksirów, które zapobiegają niespodziewanym niespodziankom — Przecież to było dawno temu, wieki temu, mówiłeś, że lata jej nie widziałeś. Jakieś milion lat, to twoje słowa! — to desperacja w jego spojrzeniu, czy zaczyna mnie przepraszać? — Skoro się z nią nie widziałeś, to jakim cudem ona może mieć twoje dziecko?! — czy słodkie gaworzenie bobasa może w kilku sekundach stać się koszmarnym jazgotem?
Chyba mi słabo, więc wstaję z krzesła i cofam się w kierunku okna, wędrując spojrzeniem za cholernymi szlugami, które — jeszcze kilka takich akcji — zrobią ze mnie nałogową palaczkę. A to wszystko jego wina.
— DZIECKO? DZIECKO, DANIEL? CZY TO PRZYPADKIEM NIE JA JESTEM TĄ, Z KTÓRĄ CHCESZ ZAKŁADAĆ RODZINĘ? — cholernie trzęsą mi się ręce, więc pierwszy papieros pęka w pół, a tytoń brudzi i tak brudną już podłogę.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#45
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
16-03-2026, 09:26
Na wieczór miałem plan i apetyt: słuchanie winylowych płyt ze starego gramofonu, kotłowanie się na kanapie, a później przeniesienie tego całego kramu na łóżko i zostawienie otwartych drzwi, żeby głos Raya Charlesa przedzierał się przez skrzypienie drewnianej ramy, moje stękanie i arie operowe wyśpiewywane przez Sandy, kompletnie poza skalą. Nie powinienem, ale czasami zastanawiam się, czy ona to wszystko udaje, ot, żeby zrobić mi przyjemność, za co z jednej strony zasłużyłaby sobie na pochwałę, grzeczna dziewczynka, a z drugiej na lunty - no bo co to ma być? Podział szczęścia i miłości do skutku nie dochodzi, a czujna jak ważka Sandy od razu orientuje się w sytuacji, chociaż robi dobrą minę do złej gry i próbuje skakać na paluszkach wokół mnie, czemu jak ostatni idiota kładę kres. Wyjątkowo we znaki dają mi się resztki honoru albo przyzwyczajenie, że mówię jej wszystko - no, prawie wszystko lub dokładnie tyle, ile wiedzieć musi. Tutaj na kompromis się nie zanosi, a wszelkie półprawdy zaraz wypłynęłyby do góry brzuchem jak śnięte ryby w stawie, który dzikusy-imigranci wybrali sobie na zbiornik do defekacji. Teraz albo nigdy, z tym że “nigdy” to wyłącznie figura służąca ukojeniu mego sumienia, ululaniu mnie do spania, w którym i tak będą dręczyć mnie koszmary o pasierbach, którzy patrzą na swoje macochy jak amatorzy słodkiego na panna cottę z syropem malinowym serwowaną na podwieczorek. “Nigdy” nieoczekiwanie zmieniłoby się w “teraz” - gdyby na przykład Caleb zapukał do naszych drzwi albo wysłał list, który Sandy w dobrej wierze (i tylko takiej) otworzy, albo gdyby nagle odwiedził nas zastęp goblinów z nakazem zarekwirowania ruchomości i nieruchomości na poczet odsetek od nigdy niezapłaconych alimentów; znając Geraldine i jej prawników, puściliby mnie z torbami, więc… zerkam raz jeszcze na walizkę. Piżama, majty i skary (tylko te lepsze - Sandy musiała przy okazji zaprowadzić ordnung i pozbyć się dziurawej bielizny), chleb i kawałek goudy zawinięty w gazetę: to już coś. Niewiele, ale na dobry początek lepszy rydz niż nic. Z tym że wyprowadzki nie planuję, a wredna pipa podobno nie orientuje się w wyczynach synusia, również, podobno, spłodzonego przeze mnie. Produkcja potomka, jeden ze szczytów korony ziemi męskich aspiracji, nie, nie, to nie tutaj. Do sprowadzenia na świat tabunu małych Danielów miałem predyspozycje, były też stosowne okazje, co więcej nieobarczone żadnymi niedogodnościami typu konieczność zmiany pampersów, inwestowanie w edukację czy pranie tak długo, by gówniarz zaczął odzywać się do matki z szacunkiem. W motelach przejazdem, w pannach przelotem, ale może ze względu na własne braki, nie życzyłem rozmnażać się i tworzyć więcej niechcianych dzieci.
Starałem się - no tak. Sandy non stop jest na eliksirach, a poprzednie sytuacje - pytałem o status i w razie pieprzenia bzdur o hormonach i innych takich, radziłem sobie inaczej. Baby mają więcej niż jeden otwór nie bez powodu, a ja do wybrednych nie należę. Z Geraldine niby oficjalnie nie próbowaliśmy, aczkolwiek nie zapobiegaliśmy w żaden sposób; zbrzuchaciłbym ją miesiąc wcześniej i w tej chwili oglądałbym pewnie pod lupą któryś z pierścionków królowej Wiktorii, a po pracy pływał w basenie w kształcie nerki na tyłach domu z czerwonej cegły na jednym z bogatych, grodzonych osiedli. Wyścig wygrał jednak inny plemnik, więc zamiast leżeć na materacu, siłuję się z biurokracją i bez ładu i składu zeznaję Sandy, co dokładnie wydarzyło się tego dnia z naciskiem na kinder niespodziankę.
– No tak. Tak było. Dwadzieścia cztery lata – precyzuję, ukradkiem zabierając szklaną butelkę ze stołu. Znosi to lepiej niż się spodziewałem - nie grozi mi, nie rzuca się z pięściami, nie wyrzuca moich rzeczy przez okno, nie zaczyna pakować swoich rzeczy. Sądziłem, że się zagalopujemy, że posiniaczę jej nadgarstki, że zaczniemy się wić i turlać po podłodze, że będę musiał przygwoździć ją do ściany albo podłogi, żeby raczyła wysłuchać do końca.
– USPOKÓJ SIĘ – w końcu zaczyna krzyczeć, uff, co za ulga - i wymówka, żeby też podnieść głos. Typowy poniedziałek wieczór, sąsiedzi są przyzwyczajeni. – DZIECKO, DZIECKO. JAKIE DZIECKO, TO DOROSŁY CHŁOP –  ona próbuje odpalić papierosa, a ja sformułować logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy, oboje zawodzimy. – Spotkałem takiego chłystka, nie wiem, z tydzień temu, na poczcie. Próbował mnie śledzić, lazł za mną, normalnie, a jak się zorientowałem, to go trochę nastraszyłem. I teraz… – urywam, pocieram twarz rękami, naciągam skórę, jakby prowizoryczny lifting prowokował szare komórki do raźnego reagowania – wpadł na mnie znowu. I zaczął coś pieprzyć o niej. I wyrzygiwać, że ją zostawiłem. Że porzuciłem na pastwę losu i zostawiłem z dzieckiem na pastwę losu. Że ją uwiodłem i WYKORZYSTAŁEM – zaczynam się trząść jak w delirce, żyłka na mojej skroni pulsuje, a oczy rozszerzają się niebezpiecznie, gdy dopadam do Sandy i zakleszczam ją w między ramionami, byle tylko mi się nie wyrwała. – I to wszystko są KŁAMSTWA. Jeśli ten… jeśli ten chłopak to faktycznie mój syn, to ja nic nie wiedziałem. NIC. – trzęsę nią jak szmacianą lalką i chcę usłyszeć, jak mi przytakuje, a później poczuć, jak głaszcze po głowie i spoconych plecach.  – To niczego nie zmienia – dodaję zaraz, po kilku głębokich wdechach. – Mamy swoje życie. Ty i ja. – skręcam do lodówki i biorę kolejne piwo, które otwieram o kant najbardziej obdrapanej szafki. Kapsel toczy się prosto pod nogi Sandy; schylam się, żeby go podnieść. W drodze wyjątku, bo może być zła. A przecież miała bliżej.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#46
Sandy Wilkes
Czarodzieje
tell me who I am – do I provoke you with my tone of innocence?
Wiek
21
Zawód
fryzjerka, niania, drobna złodziejka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
2
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
13
Brak karty postaci
Wczoraj, 19:45
W planowaniu sprawdzam się znakomicie — to jeden z argumentów według którego powinnam w przyszłości otworzyć własną firmę, włożyć serce w jej strategię i intelekt w rozwój, rozłożyć na części pierwsze zakres działań, łańcuch dostaw, relacje z kontrahentami i całą masę innych, bardzo ważnych punktów, które po linii prostej doprowadzą nas — przecież zawsze podzielę się z Dannym — do miejsce, które mlekiem i miodem płynące, a tablica obwieszczająca wjazd do miasta krzyczy donośnym Bogactwo.
Liczba mieszkańców: 6.
W Bogactwie Wielkim starczy nam na wszystko — od fikuśnych, nylonowych lakierów do paznokci, bo równie fantazyjne, nylonowe kozaczki. Przez skórzane fotele z automatycznie rozkładanymi podłokietnikami, nowy telewizor przywieziony prosto ze stanu Missisipi, rodzeństwo dla Marlenki, a potem dziecko i jego zachcianki, następnie rodzeństwo dla dzieciaka i na zachcianki dla tegoż rodzeństwa.
Zaplanowałam też smak naszego weselnego tortu, w oparciu o dobre gusta, rynkowe tendencje i przede wszystkim kubki smakowe Daniela, statystykę najchętniej wybieranych dekoracji i mas marcepanowo—śmietanowych; gdyby ktoś obudził mnie w środku nocy i kazał recytować scenariusz naszego wspólnego życia, nie zawahałabym się nawet przez moment.
Może gdyby szklana, zielona butelka po piwie, nadal stała na stole — może wtedy też bym się nie zawahała?
— Słyszysz się w ogóle? — wyrzucam z siebie, strzelam, a nogi mi się plączą; dobijam wreszcie do parapetu, na którym stoi tuzin na pół wyschniętych kwiatków, ziół i wszystkiego, co pomiędzy. Zapalniczka skwierczy, bibułka syczy, Daniel Dodge zaczyna krzyczeć, a mnie rozszerzają się oczka. Przypominają, z każdą kolejną mikrosekundką, duże spodki, świecące od drgającej łezki — To dorosły chłop czy chłystek?! Jedno czy drugie, Daniel?! — decybele zwiększają swój poziom, w nosie zaczyna zbierać się wilgoć; pociągam nim i nie potrafię zdecydować, czy powinnam być zła, smutna, rozżalona czy wściekła — może to po prostu ta pieprznięta kwoka i jej wina? Może to ona?
Danny posiadł zdolności telepatyczne — nie widzę innego wytłumaczenia — bo zaczyna mówić o niej; parszywej jędzy i niszczycielce dobra na tym świecie, która rzekomo rozpowiadała na lewo i prawo bzdurne bzdury na temat Daniela i jego intecji.
Chcę być wściekła, ale coś moczy mój policzek.
To dorosły chłop, o ile w ogóle istnieje, o ile jest faktycznie jego, ale przez moją wyobraźnię przechodzą obrazki dziecięcej kołyski, dziecięcej butelki, dziecięcych rączek, oczek, buźki i—
— Ale jak mogłeś nie...wiedzieć...o dziecku..... — zakleszcza mnie w swoich twardych i ciepłych ramionach, ściska niemal boleśnie i niweczy każdą ucieczkę; uniemożliwia mi nawet desperacki atak, bo w tej pozycji nie potrafię nawet prostestująco unieść dłoni. W takim razie korzystam z głowy — i biję czołem w pierś Daniela, a skwierczący papieros w mojej dłoni spala się na marne, popiołem brudząc kuchenną podłogę.
— No.... no i co t-t-t-teraz...?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#47
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
9 godzin(y) temu
Wymówki na każdą okazję.
Ten kram jest bogaty, ten kram jest najokazalszy spośród wszystkich straganów, ten kram można łatwo zwinąć i odejść, pogwizdując, tak, jakby nigdy go nie było. Żadnych śladów, poszlak ani tym bardziej krwi na rękach, nic z tych rzeczy, tylko prawy i porządny obywatel Daniel Dodge, który może i w przeszłości notowany, lecz od ponad dwóch dekad posiadających kartotekę nawet nie czystą, ile potwornie, potwornie nudną. Żadnego mandatu za krzywe parkowanie miotły (nie używam), ani spisania za łojenie browarów w bramie i zakłócanie ciszy nocnej, ani jednej wzmianki o tym co się zawija w sreberka i gorącym towarze. To doświadczenie nabyte tu i tam i gdziebądź owocuje dojrzałymi, soczystymi kłamstewkami i półprawdami, które recytuję bez mrugnięcia okiem, a potem kładę się spać, poduszka z obu stron jest chłodna, a mi się śni ulica z jednakowymi białymi domkami, na której mieszkają tylko ładne dziewczyny z dupami mniejszymi od Sandy, ale za to z dłuższymi nogami. Kiedy się budzę, ona się pyta, dlaczego się uśmiechałem no i wracamy do genezy - bo śniło mi się, że mieszkamy na osiedlu, gdzie trawę pryskają zieloną farbą, bo zatrudniliśmy Meksykańca, żeby pomalował nam płot, bo nie trzeba wstawać i zamierzam do południa gnić w wyrku i wąchać ją pod pachami i na dole, a potem porównać te zapachy w różnych momentach cyklu.
Niektóre wymówki mam dobre na każdą okazję - coś typu czarny skórzany pasek. Inne są jak buty kowbojki, brawurowe w obecnej sytuacji geopolitycznej tudzież społecznej, nawet jeśli społeczeństwo odnosi się do dwóch duszyczek na Clink Street. Ostatni rodzaj to te, które brzmią dobrze chyba tylko w mojej głowie. I bywają gwoździem do trumny.
Bo niby jak? Jak wytłumaczyć się z nagłego awansu z bezdzietnego rozwodnika oraz wdowca w papcia na etat? Całe swoje zasoby zużywam na kreatywną księgowość, więc czuję się wyżęty jak mokra szmata. Przydałoby się teraz koło ratunkowe, makaron albo chociaż rękawki od podobnego mi cwaniaczka, wujka dobrą radę, lecz na takiej garażówce znajdzie się sposób na wymiksowanie się z awantury po zignorowaniu rocznicy albo i po zdradzie - nawet tak chamskiej, gdy zostajesz złapany z majtami opuszczonymi do kostek, pompując jakąś landrynę; łatwiej gdy jest nieznajoma, trudniej gdy to sąsiadka, dozorczyni albo siostra. Robię tak, żeby upiekło mi się po zapuszczaniu żurawia w dekolty pań, które nie  nazywają się Sandy. Nie wiem, czy umiem zrobić tak, żeby upiekło mi się za przypadkowe zapłodnienie mojej żony niecałe trzydzieści lat temu.
Czy to… ulega przedawnieniu?
Zacznijmy jednak od tego, że nie ja jestem winny.
Zacznijmy od tego, że ja jestem ofiarą.
– Słyszę, bo co – dookoła nic, co może posłużyć jako broń zaczepno-obronna. Wszystkie szuflady zamknięte, żaden nóż, nawet taki do masła nie leży luzem na blacie, jak trwoga to do Boga, więc niechętnie przyznaję, że Jezusek ma mnie w swojej opiece. – No taki, trochę starszy od ciebie. Gadał, że ma dwadzieścia cztery. To by mogło pasować – odejmowanie mnie przerasta, jakbym liczył w pamięci równanie kwadratowe. Presja ojcostwa stresuje jakoś bardziej od dwóch niewiadomych, zresztą są kalkulatory. Są też okna życia, domy dziecka i samotne matki.
Coś. O tym. Wiem.
Przełykam ślinę, a dźwięk flegmy odrywającej się w gardle i płynącej w dół przełykiem jest zbyt głośny. Obrzydliwy - moje własne ciało obraca się przeciwko mnie, a wydzieliny sugerują jakąś usterkę. Staje mi to wszystko w połowie drogi w dół i zatyka usta, w których już rozpychają się pouczenia i reprymendy, bajeczki, które dadzą mi dodatkową noc we wspólnym łóżku z głową na karku. Potem nie będzie już tak kolorowo.
– No normalnie, Sandy, pomyśl trochę, co? Weźże, rusz tą głową – wyzłośliwiam się, zupełnie niepotrzebnie czy raczej: idiotycznie, dając jej amunicję przeciwko mnie. Odbezpieczony granat przeciwpiechotny tik-tak, tik-tak. – Kto nosił bachora w brzuchu, co? Ona. Ona, nie ja.  Dwadzieścia cztery lata, to by się zgadzało… – gadam to do niej, to do siebie i chyba ściskam ją za mocno, ale - sam tego nie czuję, tak samo jak nie czuję powtarzających się wstrząsów, gdy tak próbuje się uwolnić i bije w moją klatkę piersiową. – Nie powiedziała mi, że jest w ciąży – ja w więzieniu, ona na porodówce, a mogliśmy być piękną rodziną, pod warunkiem, że nie dodawałaby dziecku alkoholu do mleka, żeby przesypiało całą noc. – Pierdolę to. Ten chłopak – krzywię się, mniam, cytrynka – to nie mój problem. Jest obcy. To nie jest mój syn – nawet nazwisko nosi cudze i chyba mu z nim dobrze. – Nie chciała mnie w jego życiu, więc niech tak będzie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (5): « Wstecz 1 … 3 4 5
 


Skocz do:

Aktualny czas: 20-03-2026, 07:50 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.