• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, Pokątna 20/6 > Salon
Salon
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
26-09-2025, 21:15

Salon
Przytulny pokój z wysokimi, ciemnymi ścianami i wielkim kamiennym kominkiem, w którym cicho trzaska ogień. Stare dywany w głębokich barwach, aksamitne fotele i zapach herbaty z magicznych ziół tworzą atmosferę tajemniczej elegancji. To idealne miejsce na rozmowy przy świecach i szeptane zaklęcia.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Lorcan Lestrange
Akolici
Głupiec z sercem i bez rozumu jest równie nieszczęśliwy, jak głupiec z rozumem i bez serca.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
17-02-2026, 22:49
W kalejdoskopie uczuć wybijały się te najgorsze podjudzane ostatnimi wydarzeniami, kształtowane przez umysł w swej mocy uparty, bo pragnący sprawiedliwości, nawet jeżeli serce pozostawało czyste, bez skazy, tak w głębi duszy był zraniony. Nigdy nie uczyniła mu krzywdy, a przynajmniej nie bezpośredniej, tak wyrafinowanej i szyderczej. Była daleka od kobiet, które grają dla zabawy emocjami mężczyzn, niby kukiełkami w jarmarcznym teatrzyku – nigdy nim.
Ufał jej – a odeszła.
Zraniła i pozostawiła z pustką nakreśloną niedbale, bo po ciemku i w pośpiechu; nerwowo w liście, który niewiele tłumaczył, wręcz dodawał wyłącznie pytań. Próbował zakotwiczyć i zrozumieć intencje, jakie nią wówczas kierowały, bo bywała, jak morze przewrotna w swych czynach nieustępliwa i surowa – piękna zarazem. Był statkiem dryfującym, bez celu przez zbyt wiele czasu próbując zrozumieć moment, w jakim to popełnił ten kluczowy błąd, co zaważył o wszystkim.
Ponowne otwarcie rany i spotkanie w opuszczonej hali, było przewrotne, bo niosło na fali złość, gorycz i nutę słodyczy opakowaną w szczelną ramę uczuć, które wciąż się w nich tliły, lecz było w tym również zwykłe pierwotne pożądanie. Na szlaku blizn kierowali się dalej wydeptaną ścieżką, teraz próbując na nowo odkrywać sposoby na zrozumienie emocji, które doprowadziły do rozpadu, a zachwiane fundamenty, brak komunikacji, błędy w interpretacji czynów doprowadziły do tego spotkania.
Słowa znad kamiennej zatoki sprzed dwóch lat, mimowolnie nachodziły jego umysł. Tak jakby scena ta miała miejsce zaledwie tydzień temu. Zastanawiał się, gdzie podziali tamto szczęście, ten instynkt zaufania, wobec siebie, bo nawet jeżeli nie potrafili, czasem komunikować zawiłych emocji, to gestem, czy spojrzeniem potrafili zrozumieć się wzajemnie. Stawali kilkukrotnie naprzeciwko wyzwaniom; dowodząc, że nawet w surowych północnych grotach, gdy fundamenty zaufania dopiero wzrastały, tak oni potrafili ze sobą kooperować. Dowodząc, iż mieli to coś, tę iskrę, która ich łączyła, mimo wszelkich przeciwności losu.
Była dla niego zawsze; kimś więcej, niż prostolinijne określenia mogły definiować: cenniejsza od najdroższego przyjaciela, towarzyszka w chwilach cierpienia, powierniczka sekretów, nawet jeżeli tak często potrafiła doprowadzać go do białej gorączki. To zarazem ona, była światełkiem w ciemności, tą motywacją do podniesienia tematu w rozmowie, nosiła w sobie dar, który uwydatniał jego zalety — nigdy nie zwątpiła w niego, zawsze mając na podorędziu, jakieś francuskie powiedzenie, trafnie pasujące do zaistniałej sytuacji. Pozostawała tak często osamotniona we własnych potyczkach, niczym samotna wieża wśród sztormowej nawałnicy. Dlatego z taką determinacją o nią walczył; by nie była sama, aby ten strach, który nosiła w sercu, zniknął.
Czuł się źle. I to nawet nie była kwestia wina, którego spróbował ledwie kilka łyków, nim odstawił kieliszek na blat stolika. Jego wzrok dryfował od szachownicy po rozpalony kominek, jego ciepło przypominało mu sceny, lecz nie te sprzed kilku dni, ale inne; znacznie przyjemniejsze i oddalone w czasie, mimowolnie się uśmiechnął do tamtego wspomnienia, tego kominka, otoczki śnieżnego królestwa, gdzie spędzali dnie i noce, niemal nie opuszczając pokoju w pensjonacie.
Fala gorąca, jaka stopniowo go zalewała na samą myśl, o tym wszystkim sprawiała, że mimowolnie odczuwał mdłości. Wobec tego, jak mogła odebrać jego słowa. Owszem zraniła go; wystawiła na zgrzyt zaufanie, ale obydwoje dali się ponieść emocji w tamtej pamiętnej chwili. I to go napawało największą frustracja – to zwątpienie.
Słowa, które padły, były niczym wyrok, a jednak. Uśmiechnął się, kiedy ich spojrzenia się spotkały, jego palce dotknęły figury króla, bawiąc się nim, tak jakby rozważał możliwości, chociaż wiedział, że tkwił w pułapce bez wyjścia, lecz myślami Lestrange, był daleko poza polem bitwy. — Jeśli zaatakuje: zginę. Jeśli ucieknę: zginę — mówił spokojnym głosem, tak jakby obwieszczał dziecku trudne zagadnienie, miał w sobie niezwykły dar cierpliwości i gry tonem, który sprawiał, że potrafił nadać słowom emocjonalnej głębi. Uśmiech rozorał jego oblicze, dość zaskakująco obnażając dołeczki w policzkach, wciąż skupiony na lustrowaniu mapy pola walki. — Czasem porażka jest dobra, bo otwiera pole do dyskusji — jego palce, wciąż bawiły się figurą króla. Magiczne szachy przyzwyczajały do brutalności, która w normalnym życiu, była często bardziej finezyjną sztuką, a szkoda. — Bo utykamy w pułapce, bez wyjścia, jakiej sami jesteśmy architektami — podniósł na nią wzrok. Nie chodziło o wygraną, o to, czy rozszyfrowała jego ruchy, czy też szablonowo zagrała trafnie, wykorzystując jego gniew.
— Myślałem, tam wówczas w pierwszej chwili, że znów to zrobisz, że nadwyrężysz moje zaufanie, a nim zrozumiałem sytuację, było już za późno — był jak zranione zwierze; nie słuchał, atakował. Sięgnął po kieliszek wina; jawnie ignorując grę, bez namysłu wypił resztę wina. Słodycz i ciężar alkoholu osiadały na języku, ale nie łagodziły wewnętrznej burzy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Melusine Rookwood
Czarodzieje
Chciałbyś mnie mieć. Zgub mnie — a dopiero wtedy zrozumiesz, czym byłam dla Ciebie.
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
18-02-2026, 11:12
Nie należała do świętych. Nie była jedną z tych eterycznych istot, które z nabożnym uśmiechem pochylają się nad cudzym nieszczęściem, rozdając pocieszenie jak jałmużnę ― bezrefleksyjnie, jakby ich dłonie nie znały ciężaru własnych win. Nie gmerała w cudzych problemach z odruchem aniołka, który pragnie jedynie połaskotać sumienie dobrym uczynkiem. Biada tym, którzy tak ją pojmowali. Biada duszom wiotkim, marniejącym w strukturach przesadnej uczynności, w tej jałowej spiekocie bycia potrzebnym. Obecne czasy nie sprzyjały naiwnym. A ona tym bardziej.
Jej żywot wyrżnięty został w twardej materii zasad ― w sztywności ram, które wyznaczało nazwisko, noszone od pierwszego krzyku, od żałosnego płaczu zapowiadającego przygodę zwaną życiem na bezkresnym padole ludzkich ambicji i potknięć. Była Rookwoodem. To nie było tylko brzmienie. To była deklaracja. Sentencja rodowa ― strach tnie głębiej niż klątwy ― nie wisiała w powietrzu jako pusty frazes. Ona nią oddychała.
Strach był narzędziem. Potencjał — bronią.
A przekorność? Cnotą.
W mowie było ostrze, w ciele ― świadomość przestrzeni, którą zajmuje. Nieproszona, a jednak niezaprzeczalna. Naturalne prawo do postumentu pierwszego z trzech nie wynikało z próżności, lecz z krwi. Wyższość i duma płynęły w niej spokojnie, niekiedy leniwie, jak rzeka, która wie, że i tak znajdzie ujście. Krew myśliwych z lasów Cheshire nie znała litości dla słabości. Znała trop. Znała cel. I cierpliwość przed skokiem.
Jeśli ktoś oczekiwał od niej skrzydeł i aureoli ― pomylił adres.
Chciał anioła?
To źle trafił.
― Boisz się przegranej, czy straty? ― Mnie, czy tejże słodkiej codzienności w tym miejscu? Pusta gdybanina? Nie. To nie było jałowe roztrząsanie ruchów wykonanych zbyt wcześnie lub zbyt śmiało. Może nie dotyczyła już tamtej naruszonej szarży pionkami w ich prywatnej partii, rozgrywki o przenikliwość i błyskotliwość, o to, kto pierwszy dostrzeże szczelinę w zbroi drugiego. Szachownica była tylko pretekstem. Prawdziwa gra toczyła się gdzie indziej. ― Nie rozumiałeś. Skreśliłeś wszelako na starcie mnie i wieńczące nas zaufanie… ― Bolało ją. Okropnie. Ból był lepki, rozlewający się pod mostkiem, zamazujący perlistą trzeźwość umysłu, którą zwykle nosiła jak diadem. Karmił ją składnymi prawdami, aż nazbyt logicznymi, by mogły być niewinne. Głupi mężczyźni ― pomyślała z cichą pogardą, która nie miała w sobie krzyku, jedynie zmęczenie. Putain. Niewzruszona przesunęła spojrzenie z jego dłoni ― tej, która trzymała w szachu figurę czarnego króla ― ku jego oczom. Znowu próbował wniknąć w jej duszę, jakby była księgą, którą można czytać bez zgody właścicielki. Jakby każda jej pauza była zaproszeniem. Nie drgnęła. ― W amoku zwierzyna nie kieruje się rozumem, szuka ucieczki w najprostszy sposób. Uważałam Cię za personę inteligentną, acz męska zgryzota wygrała.
W kominku trzaskał ogień, a z legowiska przy nim uniósł się szczeniak ― jeszcze niezdarny, zbyt szybko rosnący. Ziewnął szeroko, przeciągając się w cieple, po czym spojrzał to na nią, to na niego, jakby próbował pojąć napięcie zawieszone między dwojgiem ludzi. Ciekawość i ufność przecięła ciszę wesołym szczekaniem, gdy młody wyrwał w afekcie zdrady do ulubionego pancia, dewastujące ideał spodni rysami odciśniętych pazurków i błagań o pieszczoty. Cholerny zdrajca narodu.
― Kim dla Ciebie jestem? ― Upiła ostatek wina, kończąc z  zawieszenia między rozsądkiem a tym, co nieodwołalne. Słodycz osiadła na języku ciężko, niemal bezwstydnie ― jak obietnica, że dziś słowa nie będą już stały na baczność. Trunek miał w sobie tę zdradliwą właściwość: rozluźniał węzły, które z takim mozołem zaciskała wokół myśli. Rozwiązywał język tam, gdzie dotąd panowała dyscyplina.
Pęknij.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Lorcan Lestrange
Akolici
Głupiec z sercem i bez rozumu jest równie nieszczęśliwy, jak głupiec z rozumem i bez serca.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
18-02-2026, 13:58
Szlachetność człowieka, tę jego cierpliwość w postępowaniu na drodze względnej sprawiedliwości oceniało się po jego czynach, dokonaniach, tym jaki był w stosunku do innych. Lestrange prezentował postawę mężczyzny honorowego, dumnego, lecz nie butnego, pycha nie kroczyła w jego przypadku przed nim, nie uchylała bram upadku. Pewność decyzji, ta świadomość podejmowanych wyzwań na chronologii życia; które wielokrotnie uderzało z mocą, mogącą powalić i skruszyć fundament wartości prezentowanych przez tego człowieka, nigdy nie zgasła, zawsze czujna i tląca się w piersi. Nawet jeśli kalał duszę czarną magią, gdy sięgał po zło w najczystszej postaci – nigdy nie twierdził, że był człowiekiem dobrym. Był wybiórczy w dzieleniu i obdarowywaniu tym uczuciem.
Nie szukał w niej niewinności, bo z tej pozornie była obdarta przez brutalność życia, kryła ją w głębi siebie, tam, gdzie nikogo nigdy nie dopuszczała; poza... – nim. Dlatego wiedział, jaka była: stłamszona strachem, wątpliwością, smutkiem, emocjonalna. Nie szukał w tej kobiecie również demonicznych cech; choć spojrzeniem uwodzicielskim, przyciągała męskie serca na ich nieszczęście, lubiła grać – prowokować i drażnić, a życie stanowiło scenę tych występów, które gasły przy jego osobie, jakby odnajdywała zachwiany balans, a on stanowił przeciwwagę.
Był jej rycerzem, obrońcą, stałą figurą bezpieczeństwa ich losy w metaforycznym brzmieniu, są przytaczane w mitach, pieśniach i bajaniach ludowych, bo skoczyłby za nią w ogień, ten smoczy, co kruszy nawet skałę. Kładąc kres zagrożeniu, które tylko czekało na tę kobietę.
Ona zaś, była jego damą, królową, kimś, kto potrafił dotrzeć głębiej, niż cała reszta świata – rozumiała go, nawet jeśli, tak często zadzierała noska w iście dziecięcym wyrazie zadziorności i humorków. Uwielbiał w niej to, że potrafiła wyciszyć, każdą burzę w jego sercu, a czasem rozpętać istną nawałnicę. Wydawało mu się, czuł to wyraźnie, że była przy nim w pełni sobą; dlatego potrafił ją zranić, tak bardzo. Bo nie zakładała przy nim maski, nie kryła się za fałszem i demoniczną, wręcz prowokującą kokieterią.
Bezpieczeństwo, zaufanie, a może i miłość? W tym pokracznym zrozumieniu tej dwójki straceńców zaklętych w historii, jakiej nie potrafili, tak często nazwać, która przecinała ich życie prologiem, tego, co miało dopiero nadejść, a także oddziaływała mocą echa przeszłych obietnic, jakie nie traciły na mocy, wręcz przeciwnie, coraz mocniej w nich uderzały.
Podniósł na nią wzrok – widocznie zmęczony, przygaszony.
— Umyka Ci jeden istotny element układanki: nie ma zwycięscy, bo obydwoje tracimy i przegrywamy, jeśli nie potrafimy rozmawiać ze sobą szczerze, tak jak kiedyś. — Nie pozwoli zamknąć się w klatce oskarżeń, lecz to nie oznaczało, że czuł się bez winy. Bo był winny; milczenia, wypowiedzianych słów, tej ignorancji: — Nigdy Ciebie, ani nas. Zachowałem się porywczo, zraniłem Cię, za co przepraszam. — Zacisnął zęby, patrząc na szachownicę wydarzeń, na pusty kieliszek po winie, dałby wiele, by to działało na niego mocniej, by zagłuszyć emocje, które rozdzierały duszę.
Kruchość męskiej postawy nadeszła nieoczekiwanie, ta zmiana nastroju, niczym pogoda kształtująca się na oczach przerażonych marynarzy, co wypatrywali sztormu na pełnym morzu, a nadeszło rozpogodzenie. Trzask w kominku wybudził psa, który wiernie leżakował, beznamiętnie ignorując gromy ciskane przez kochanków nad szachownicą, krwawego starcia. Uśmiechnął się, lekko tak jak to zwykł robić, jak to pamiętała doskonale. Entuzjazm zwierzaka został nasycony, a nawet i podsycony, pieszczotą dłoni, która ignorując króla w potrzasku, pognała do psa.
Lecz nie pozostawał głuchy; znała go zbyt dobrze, zawsze był czujny, a uśmiech przygasł po jej słowach. Nawet szczeniak poczuł zmianę i zakwilił cichutko, jakby upominając się, że tu jest, że czeka – na niego. Wstał i wolnym krokiem podszedł do kominka, zamyślony. Przyjemne ciepło uderzało w twarz, było ono inne niż przed kilkoma dniami, gdy zaślepiony zazdrością, omal nie skrzywdził znajomej duszy. Westchnął.
Bo wiedział, że już raz słowa, które jej powiedział, zamknęły francuski rozdział ich historii, zmusiły ją do ucieczki, przez strach. Teraz było inaczej, będąc na rodzinnej Angielskiej ziemi, byli w potrzasku; by nadać uczuciu ramy tego, co ich łączy, aby kroczyć drogą bezwzględnej ostrożności.
— Wszystkim— odwrócił się od kominka. Odnalazł jej spojrzenie: a wszelkie tamy pękły, by bez daru legilimencji, czy innych szatańskich sztuczek, mogła odczytać jego uczucia. Stał przenikliwie zakotwiczony w jej błękitnych oczach, które ściemniały pod naporem emocji.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Melusine Rookwood
Czarodzieje
Chciałbyś mnie mieć. Zgub mnie — a dopiero wtedy zrozumiesz, czym byłam dla Ciebie.
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
20-02-2026, 11:45
Los bywa przekorny. Lubi czekać, aż człowiek uniesie brodę o centymetr za wysoko, aż uwierzy, że nauczył się chodzić po jego cienkiej linie bez potknięcia. Wtedy właśnie pociąga za nią z uśmiechem kuglarza. Gdy zbyt pewnie stąpamy po własnych decyzjach, gdy wydaje nam się, że ujarzmiliśmy przypadek, on z teatralnym westchnieniem przypomina, jak niewiele w istocie zależy od naszej stanowczości, a jak wiele od jego kaprysu. O, ma poczucie humoru ― przewrotne, wyrafinowane, momentami okrutne. I zawsze trafia w punkt.
Jeszcze niedawno byli daleko. Daleko od angielskiej szarości, która przylgnęła do niego jak druga skóra i do niej ― choć próbowała temu zaprzeczyć. Daleko od mgieł, które wciskały się w kołnierze płaszczy, od chłodu kamiennych fasad i jeszcze chłodniejszych spojrzeń. Tam, gdzie przebywali, powietrze było lżejsze, a myśli mniej uparte. I nie chciała myśleć. O obowiązkach. O sztywności. O tej nieustannej konieczności bycia odpowiednią.
Czasem pragnęła zniknąć. Bez dramatycznego pstryknięcia, cicho, jak list wsunięty do szuflady, którego nikt nie otworzy. Nauczyć się zwyczajności. Życiorysu bez przypisów. Bez rzeźbienia charakteru pod cudze oczekiwania, bez mozolnego polerowania własnej osobowości na błysk, który miał odbijać się w cudzych oczach. Nie chciała już być uczynną osóbką, grzeczną aż do bólu szczęki. Nie chciała być uśmiechniętą laleczką stojącą przy boku szefa, estetycznym dodatkiem do rozmów prowadzonych w językach starego kontynentu, w których każde słowo ważyło więcej niż prawda.
Była zmęczona rolą.
Chciała poczuć się jak dawniej ― zanim nauczyła się kalkulować każdy gest. Gdy jeszcze mieszkała w domu rodzinnym, skrytym w gęstwinie lasów Cheshire. Tam poranki nie zaczynały się od strategii. Zaczynały się od światła przesączającego się przez liście. Od zapachu wilgotnej ziemi i cichego trzasku drewna w kominku. Być. Oddychać. To wystarczało. Pamiętała, jak wiosna przychodziła tam bez fanfar. Najpierw nieśmiało ― pojedynczym promieniem, który kładł się na parapecie. Potem śmielej, rozsuwając cień z zakamarków ogrodu. Słońce igrało w listowiu, a ona stała pośród tej zielonej katedry i czuła, że świat nie żąda od niej niczego poza obecnością. Nie musiała być błyskotliwa. Nie musiała być piękna. Wystarczyło, że była.
Z uśmiechem kreślonym na ustach.
― Nie ma zaufania. Nie ufasz mi, jak zachowanie potrafi zdefiniować nietakt sytuacyjny ― Pokiwała głową z cichą stanowczością, jakby tym drobnym ruchem chciała przypieczętować coś, co i tak od dawna było przesądzone. Nie było już tamtejszych ich. Tamtej miękkości między słowami, tamtej naturalnej zgody ciał i myśli, które kiedyś splatały się bez wysiłku. Zostały wspomnienia ― starannie ułożone jak pocztówki w szkatułce, piękne, nieruchome. ― Potrafiliśmy odnaleźć kompromisy tam, lecz nie w tutejszej ocenie społeczeństwa. Tutaj Ty coś znaczysz i musisz uważać na każdy błąd... ― Zaproszenia do Norwegii. Na Maltę. Brzmiały jak obietnice świata większego niż ich codzienność. Były gestem ― pięknym, starannie utkanym z intencji, które chciały uchodzić za szlachetne. Dla nich. Dla wspólnego czasu. Dla tej miękkiej otoczki, w której bliskość nie kończyła się wraz ze zgaszeniem światła. Bo nie chodziło tylko o łóżko. Choć potrafili w nim zatracać się wymyślnie, bezwstydnie, do utraty tchu i granic. Ciała mówiły językiem, którego nie trzeba było tłumaczyć. A jednak to nie cielesność była sednem. Spotkania z nim miały w sobie coś więcej ― były przestrzenią. Rozmową, która nie nużyła. Myślą, która nie musiała się kurczyć. Przy nim mogła być po części sobą ― nie uładzoną wersją, nie wyćwiczoną uprzejmością, lecz tą prawdziwszą, z ostrzejszą krawędzią. ― Nie możesz.
Zabolało nagle, głęboko, aż pod mostkiem zabrakło jej powietrza. Wciągnęła je gwałtownie, lecz ból nie ustąpił.
Nie mogła.
Nie mogła być dla niego wszystkim.
Śmiech wyrwał się z niej zbyt ostro, zbyt wysoko ― obcy, niemal histeryczny. Przypomniała sobie Francję. Tamten wieczór. Jego głos, miękki, przekonujący, gdy mówił o możliwości budowania wspólnych fundamentów. Jakby przyszłość była projektem architektonicznym, który wystarczy rozrysować i konsekwentnie wznosić cegła po cegle. Fundamenty. Stabilność. Oni.
Różniło ich zbyt wiele. Więcej, niż chciała widzieć. Więcej, niż mogła zagłuszyć namiętnością. Wstała i podeszła do gabloty z alkoholami. Szkło odbiło jej twarz ― bladą, napiętą. Nalała szkockiej i upiła łyk. Gorycz spłynęła w dół gardła, przynosząc nie ukojenie, brak jasności deklaracji i porozumienia. Bladość jedynie rujnowała skrzętnie budowane fasady jej osoby.
Nie mogła z nim być.
Nie dlatego, że nie czuła.
Właśnie dlatego, że czuła za dużo, by udawać, że wystarczy to na wspólne życie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#15
Lorcan Lestrange
Akolici
Głupiec z sercem i bez rozumu jest równie nieszczęśliwy, jak głupiec z rozumem i bez serca.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
24-02-2026, 21:55
Osądzenie człowieka, bywało nieraz banalnie proste – czyn wychodzący, poza granice przyjętego ładu z góry określa winę, bo przecież nie ma marginesu błędu, nikt nie wspomina o odwołaniu, a wszyscy oczekują spektakularnego upadku. Jak wychodzący na arenę gladiator, mógł rościć sobie prawo do wolności i swobody, gdy piętno zniewolenia nad nim ciążyło, nawet jeśli walka, a w niej przelana krew stanie się krokiem do upragnionego celu, tak pozostawał, jako ktoś gorszego sortu dalej w tej mocy wyroku balansując wyłącznie na kaprysie możnego.
Nie lubił tego poczucia braku kontroli nad własnym życiem, nigdy go w pełni nie akceptował, chociaż wychowywany w tym nurcie pod dyktando dyscypliny i posłuszeństwa, zawsze uciekał myślami, ku wolności. Za dziecięcych lat wykazując się niesubordynacją, podczas wypoczynku w letniskowym domu na wybrzeżu, gdzie biegał poza zasięgiem wzroku, dalej niż powinny ponieść go nogi, bo popychany ciekawością, chciał zobaczyć, co kryje się za kolejnym pagórkiem. Nawet jeśli widmo kary czaiło się, gdzieś w podświadomości, gdy cały umazany w błocie i słomie wracał dawno po zmroku, a zmartwiona matka wyciągała z włosów zagubione liście i sosnowe igiełki.
Nigdy nie zapominał wyrazu twarzy ojca: kar cielesnych, tego tonu lodowatego idącego w parze z przeszywającym spojrzeniem jawnie gardzącym jego zachowaniem - niesubordynacją. Wiecznie porównywany do starszego brata, jako przykład wzorca, wedle jakiego powinien się zachowywać. Słowa usprawiedliwienia, zawsze pozostawały zagłuszane; jego zdanie, nigdy nie było brane pod uwagę – duszone w zarodku. Zaś dziecięcy upór do próby jakiegokolwiek dialogu postrzegany był za przejaw arogancji.
Chyba dlatego tak dobrze czuł się poza granicami Anglii z daleka od rodziny i wszystkiego z czym, ta mu się kojarzyła. A jednak zawsze pozostawał lojalny wobec żądań, które ta mu stawiała.
Uśmiechnął się kwaśno.
Zaufanie i działanie pod wpływem emocji, czy ona nie zastosowała tego samego manewru tam we Francji? Przecież nie mogła skazywać go za emocje, które w danej chwili wzięły nad nim górę, a jednak to usiłowała robić.
— Nad zaufaniem musimy widocznie popracować, bo ono kuleje, tak samo jak komunikacja — nie zamierzał się poddawać i pozwalać, by kobieta, wobec której poczuł, coś więcej oddaliła się z jego życia, tak bez walki, to nie leżało w jego naturze. — Znaczę tyle, co zawsze, tak samo, jak ty. Anglia i jej szorstkość sprawia jednak, że musimy uważać na kroki, co i tak leżało, zawsze w naszej naturze — kontynuował pewnym głosem, bo i prawdę mówił. Francja, Norwegia, Malta wszędzie tam trzymali się swej roli, nigdy nie uderzając w tembr skandalu przyciągającego nadgorliwe spojrzenia. Przychodziło im to naturalnie, gładko, jak aktorom, którzy dla świata zachowywali swe maski, a za zamkniętymi drzwiami sypialni zrzucali je.
Uśmiechnął się smutno — samymi jedynie kącikami ust, jednocześnie nie odrywał od niej wzroku.
Obserwował w ciszy, co robiła, dając czas do tego, by słowa i ich ciężar swobodnie osiadł. Widział, jak to odebrała, lecz jego spokój, był namacalny, bez wywierania presji, czy atakowania. Stał wpatrzony z nutą troski, czekając na moment, w którym będzie mógł do niej podejść i złamie odległość ich dzielącą.
— Wielu rzeczy mi zabraniano w życiu — ruszył z miejsca, bo czuł się skamieniały, jak posąg, który wyłącznie obserwuje bieg wydarzeń. — Ale nie pozwolę, by odebrano mi prawo do wyrażania uczuć. — Był jej ostoją; portem, w jakim mogła się skryć podczas burzy, zamkiem chroniącym przed całym złem tego świata. — Nie zostawię Cię — nawet jeśli błądzili czasem w labiryncie uczuć, kłócili się o drobne potknięcia i milczeli, gdy słowa były jedynie przeszkodą w zrozumieniu drugiej strony. Tak słowa obietnicy, którą jej złożył nad brzegiem morza, wciąż uważał za wiążące, zwłaszcza w niegościnnej i wrogiej Anglii.
Stanął u jej boku; wolnym ruchem dłoni odgarnął włosy z policzka i odnalazł spojrzenie.
Biła od niego siła i determinacja nasączona pewnością wypowiedzianych słów. Ta postawa, która wielokrotnie dawała jej ukojenie i radość. Był w zasięgu jej dłoni, czuł w nozdrzach ostry zapach szkockiej słodko mieszający się z winem. Obraz ten pasował wybitnie do zaistniałej sytuacji.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#16
Melusine Rookwood
Czarodzieje
Chciałbyś mnie mieć. Zgub mnie — a dopiero wtedy zrozumiesz, czym byłam dla Ciebie.
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
6 godzin(y) temu
Wydawała się całkowicie naga z jestestwa ― ciała i konstrukcji, którą tak pieczołowicie wznosiła latami. Zburzona jak miasto po cichym oblężeniu, pozostawiona w ciemności zaułku, gdzie echo własnych kroków brzmi jak wyrzut. Zawsze, gdy ufała, gdy uchylała barykady broniące serce, żywot odpłacał jej umizgiem bolesnej prawdy. O nikczemności świata. O małości ludzkich intencji. A może również o słabości mężczyzn, którzy pragną być herosami, lecz lękają się ciężaru zbroi.
Myślała, zaczytana w poetyce własnych wyobrażeń, jak nieskazitelnie piękne bywa uczucie opisane na stronicach ― serce rwące się w objęcia tego jedynego, rycerza z mitologii kobiecego głodu bezpieczeństwa. Tego, którego niegdyś nazywano przeznaczeniem, zanim ewolucja nauczyła je, że przeznaczenie jest tylko sprytną nazwą dla instynktu reprodukcji i dominacji. Rycerz z konia ― wierzchowcowi lżej. Do diaska i na truchło Merlina. Zbroja okazała się wydmuszką, a pod nią ciało jak każde inne: podatne na próżność, łase na władzę, spragnione poklasku. Bolało znów, nie wiadomo czemu, bo przecież znała już anatomię tego mechanizmu. Wiedziała, że gdy on kreślił swą mantrę upodlonego stronnictwa ― lojalnego wyłącznie wobec własnego odbicia ― ona oddawała mu przestrzeń w sobie, jak ziemia oddaje nasiono, nie pytając, czy wyrośnie z niego drzewo, czy chwast.
― Nie o mnie chodzi, lecz o Twoje dobro i znaczące nazwisko zewsząd, gdzie nie postąpisz na kontynencie ― Była naga, gdy zdjął z niej ból ― tak jej się zdawało. Odpiął z bioder wstyd, jakby był zbędnym pasem bezpieczeństwa, zerwał z szyi łzy, gdy cierpiała przed dwoma laty. W obnażonej lekkości kryła się pułapka: gdy zdejmuje się z kobiety jej cierpienie, odbiera się jej również tarczę. Zostaje sama, miękka i gorąca jak świeżo otwarta rana, przekonana, że oto dotknęła prawdy. Znowu będzie sama.  ― Zmień je... Nieprzychylnym spojrzeniem kojarzone są osoby o różnym pochodzeniu... Gdy bywają razem ― Uczucia, siebie i myślenie, które wieńczyło zawsze nasze spotkania. Porzuć wspomnienia. Ile jeszcze przyjdzie jej upaść tak nisko, by wreszcie zrozumieć, że dno uwielbianym pozostanie jej stanem? Nie pojmowała własnych uczuć ― narastały w niej warstwami, ciężkie i lepkie jak muł Tamizy, niesiony przez połacie kraju, by osiąść w najmniej spodziewanym zakolu. Osadzały się w niej: żal, wstyd, pragnienie, gniew. Z czasem przestawały być rozróżnialne, tworząc jedną, duszną masę, w której grzęzła jak ślepiec przekonany, że stąpa jeszcze po suchym gruncie. ― Uczucia nie są dla mnie.
Tamten taki nie był ― wmawiała sobie kiedyś. Ten również nie miał być. A jednak pani losu, beznamiętna akuszerka kobiecego rozczarowania, znów wymierzała jej policzek, zostawiając na bladej twarzy rumieńce nie tyle wstydu, lecz gorzkiego przebudzenia. Jakby życie, z uporem godnym biologicznego eksperymentu, sprawdzało, ile razy można powtórzyć ten sam bodziec, nim organizm nauczy się unikać bólu.
― Pokazałeś zaszczytnie, jacy jesteście pierwotnie... Nie potrafiący trzeźwo myśleć! ― Krok do tyłu postąpił ― czy on, czy ona, nie miało znaczenia; przestrzeń między nimi była jedyną bezpieczną granicą. Gdy ciepłe palce męskiej dłoni dotknęły jej policzka, parzył. Naleciałością spamiętanej przez nerw czułości, wspomnienia jego. Jak rozgrzany do czerwoności metal, który nie tyle dotyka skóry, co ją znaczy, wnikając w tkanki, w pamięć, w przyszłe reakcje obronne. Ciało pamiętało szybciej niż rozum. Ciało zawsze było pierwsze ― ewolucyjnie czujne, nieufne, gotowe do ucieczki. Spragnione jego samotności. ― Zawsze, gdy kobieta poczuje stabilność... Coś się wali! Zostaw i idź do swojego życia tam, skąd przyszedłeś!
Odejdź.
Nie spoglądaj na mój upadek, ponownie.
Upadki nie lubiły świadków. Kiedy ktoś patrzył, wszystko stawało się widowiskiem, a ona pragnęła tylko, by świat się wyłączył; przestał istnieć choć na chwilę, pozostawiając  ciało i myśli w czystej, niezakłóconej ciszy. Odtrąciła znowu jego dłoń ― palce, które wtargnęły tam, gdzie nikt nie miał prawa stawiać kroku. Chciała jedynie spokoju, choć wokół niej wrzało jak w rozgrzanym do czerwoności piecu, zaś alkohol i gniew mieszały się w ogień zgubienia. Odepchnęła go, lecz cóż mogła znaczyć kobieca siła wobec męskiego jestestwa, przywykłego do brania, do nacisku, do władzy? Nic. Biologia była bezlitosna.

| Rzut na odepchnięcie panicza Lorcana, ile mam siły w bicku?
1x k100 (Czy cokolwiek się uda? ):
37
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 02-03-2026, 18:01 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.