• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Manchester, Palatium Librae > Salon Zielony
Salon Zielony
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
01-09-2025, 10:54

Salon Zielony
Pomieszczenie usytuowane na pierwszym piętrze rezydencji w skrzydle zachodnim. Salon utrzymany jest w stylu rokoko, co zapewnia mu pewną lekkość i intymność. Nawiązując do swojej nazwy zdobiony jest szmaragdowymi ścianami, którym towarzyszą złote ornamentyki formie muszli, liści, kwiatów oraz wstęg. Wyróżnia go bogata sztukateria sufitu, barokowy kominek z czerwonego marmuru oraz parkiet, którego wzór nawiązuje do dekoracyjnej wstęgi zdobiącej plafon. Przy oknie ustawione są dwie sofy, pomiędzy którymi znajduję się drewniany stolik z zdobieniami na jego nogach.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Wulfric Fawley
Czarodzieje
Wiek
34
Zawód
pracownik MM
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
6
Brak karty postaci
20-12-2025, 23:14
Czasem w mdłości czuł się jak obserwator własnego życia, zamknięty w klatce, której złote pręty były zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem – wyznaczały i bezpieczeństwo, ale też narzucone przez nazwisko ograniczenia. Wiedział przecież, że z innej perspektywy jego świat wydawał się być ucieleśnieniem dostatku, a jednak dla niego nosił czasem ciężar, którego czasem nosił z trudem – choćby wtedy, gdy chciał podążać inną ścieżką kariery, lecz kajdany zobowiązań zniewoliły jego aspiracje.
To wszystko nim kiełkowało powoli. Zaczęło się już w dzieciństwie, gdzie nigdy nie zaznał niedostatku. Dobrobyt wydawał się wtedy czymś naturalnym, a nawet oczywistym, czymś co po prostu było i istniało, ale pierwsze spotkania z rówieśnikami, tuż po wyjeździe do Hogwartu, spoza hermetycznego środowiska, w którym tyle czasu tkwił, otworzyły mu oczy na inność, na świat, w którym trzeba było walczyć o miejsce, a nie tylko je otrzymywać, a potem też utrzymać.
W szkole, wśród rówieśników z innych środowisk, Wulfric po raz pierwszy przekonał się bardziej dobitnie, ile znaczyło pochodzenie, ale także ile można osiągnąć dzięki własnej pracy. I wtedy narodził się w nim przebłysk myśli, że potrafiłby przetrwać poza murami rodzinnego domu. Łatwo było być przecież częścią czegoś, co było budowane przez pokolenia, lecz prawdziwe ja rodziło się poza strefą komfortu. Potem dopiero odkrył, że był to przejaw naiwnej arogancji i równie obłudnej wiary w siebie, która chciała popchnąć go w kierunku własnych, tłamszonych ambicji. Pozwoił, by w jego sercu zakiełkował buny. Pragnienie, by choć raz podążyć zupełnie inną drogą, stawało się coraz silniejsze, a wraz z nim rodziła się potrzeba udowodnienia sobie, że potrafi być kimś więcej niż tylko dziedzicem nazwiska, kimś, kto własnymi siłami wypracuje miejsce w świecie. Codzienność, jaka została jednak szybko uczyła go pokory, która wrosła z nim razem z korzeniami. Był jak ci naukowcy, którzy kierowali się własnymi fanaberiami.
- Dlatego trzeba ukrócić to szaleństwo, aby ludzie nie próbowali budować na fundamentach własnych fanaberii wizji, ich zdaniem, lepszego świata- jak ten, który został strącony do więzienia za sianie terroru, dokończył w przestrzeni własnego umysłu. I gdyby wtedy wiedział, że pojawi się, by zrujnować porządek uroczystości, ale czy w ogóle powinien pozwolić im się narodzić?
Czystość krwi była dla nich czymś więcej niż tylko wyznacznikiem pochodzenia - to ona nadawała sens i kierunek ich życiu. Nie dało się nie dostrzec, jak bardzo ta idea przenikała wszelkie struktury społeczne, decydowała o tym, kto miał prawo głosu, kto rządził, a kto był skazany na życie w cieniu. Nawet magię uznawano za coś wynikającego z rodowodu, a mimo to w niektórych rodzinach magicznych rodziły się dzieci pozbawione mocy, a wśród mugoli czasem pojawiała się magia.
Słuchując o poglądach Capisana, myślał o tym, jak niewielu próbowało podważyć tę skostniałą strukturę, wokół, której narosły tradycje, obyczaje, a nawet kultura. Elity trzymały się swojego majątku i przywilejów, nie pozwalając nikomu z zewnątrz na dostęp do ich kręgu, a próba zmiany tego porządku niosłaby za sobą ogromne ryzyko. Majątek, wpływy, status – wszystko to było zbyt cenne, by ktoś dobrowolnie zrezygnował z dotychczasowego ładu. Tak właśnie funkcjonował ich świat: w zamknięciu, w obronie tradycji, w przekonaniu, że krew decyduje o wszystkim.
- Tak, to za wcześniej na takie zamiany - zgodził się z Nathanielem. - Myślę, że za kilkadziesiat lat ten postulat nabierze większeg rozgłosu, ale też sensu. - Pozwoił sobie na chwile zadumy, chociaż ten temat nie potrzebował większej wnikliwości. Jego wzrok na moment zatrzymał się na tarczy zegarka. - Na mnie pora - zdecydował po chwili, uzmysławiając sobie, że czas, jaki spędził na rozmowę z kuzynem, upłynął szybciej niż przepuszczał. Odstawił filiżakę i wstał. Musiał jeszcze odwiedzić jedno miejsce, zanim wróci do Londynu i zanurzy się na powrót w swoich obowiązkach.

ztx2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Jasper Prince
Akolici
But in my dream a wall of wire, stone and iron forged in fire
Wiek
38
Zawód
Uzdrowiciel, toksykolog
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
15
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
6
Brak karty postaci
05-03-2026, 05:10
24.05

Jak bardzo obco można czuć się w domu? Przyjazdy do Manchesteru były zaskakująco trudne, choć w teorii byli przecież szczęśliwą i szanowaną rodziną,  przejęcie pracowni alchemicznej przez młodszego brata chyba wyszło wszystkim na dobre, a on sam wciąż był dobrym synem. Praca w szpitalu świętego Munga kojarzyła się z pewnym prestiżem, a rodzice mogli się nim chwalić znajomym i klientom. Nasz syn jest toksykologiem, sprzedajemy antidota i lekarstwa najwyższej jakości. Okazjonalnie, na ich prośbę, kontrolował nawet tą jakość lub pomagał z odbiorem ingrediencji. 
Ożenił się także... niby bez przymusu, ale na ich prośbę, w związku aranżowanym przez ojca i korzystnym dla sieci rodzinnych powiązań i zależności.
Majową wizytę u rodziców odwlekał jak tylko mógł. Nie powiedział im jeszcze, że pod koniec kwietnia postanowił ożenić się ponownie. I choć dobiegał czterdziestki to nie wiedział jeszcze jak przedstawi im Leonie i jak odpowie (może najpierw najlepiej samemu) na kolejne pytania: znamy jej nazwisko? Czym zajmuje się jej rodzina? Co wniesie w posagu? Czy wśród jej krewnych są alchemicy, handlarze, ludzie wpływowi?
Nie wiedział, co im odpowie ani którą maskę przy nich założy. W rodzinnym domu maski zawsze uwierały najmocniej, wydając się niepasujące, sztywne, niezręczne. W szpitalu i w Londynie pasowały jak ulał. Mieszankę uprzejmego profesjonalizmu i sympatycznego uśmiechu, z którą kwitował zachwyty współpracowników nad mugolskim kinem miał opanowaną do perfekcji, nawet jeśli w środku się w nim gotowało. Doktor Prince jest oddany swojej pracy i swoim pacjentom - powiedzieliby o nim dalsi znajomi, ale to głównie dlatego, że nie mogliby sobie przypomnieć jakichkolwiek jego wzmianek o polityce ani zbyt głębokich opowieści o życiu prywatnym. Akolici nauczyli go zjednywać sobie innych i czekać na odpowiednią okazję ze zdradzeniem się ze swoimi poglądami.
Rodzice nauczyli go zostawiać prawdziwe emocje za zamkniętymi drzwiami.
Tak skutecznie, że nie zdradzał ich nawet przy nich. Nie mówił im o tym, że nadal nie może się pogodzić ze śmiercią brata. Nie mówił im o tym, że nadal szuka wydziedziczonej siostry. A gdy matka ze smutnym uśmiechem wspominała dziadków i zastanawiała się, co się z nimi stało—nie miał serca powiedzieć jej, że doskonale wie jaki los spotkał rodzinę z kontynentu; że śnił koszmary o truciznach opracowanych tylko po to by zabijać jak najefektowniej i o pociągach jadących w stronę nicości i o dymie unoszącym się nad Europą Wschodnią. A już na pewno nie mówił o tym, że jego zdaniem dziadkowie zginęli przez konformizm czarodziejskiego świata i kolaborację Ministerstwa Magii z mugolami, którzy rozpętali wojnę i nie potrafili jej skończyć. Że to wszystko nigdy by się nie wydarzyło, gdyby podporządkowali sobie ich świat zamiast kulić ogon. Czy krewni matki w ogóle próbowali i mieli szansę się bronić, czy ich pierwszą myślą była teleportacja lub zaklęcie pojedynkowe? Nie, pewnie wpojono im ten poddańczy odruch czekania aż wszystko się ułoży. Może czekali tygodniami, a może zgubiło ich zaledwie pół sekundy zwłoki, ale Jasper czuł, że tak czy siak było dla nich za późno.
Ostatnio myślał o tym coraz częściej. O goryczy, jaką niosło czasem za sobą bycie dobrym synem. O wojnie, której wspomnienia przywołał powrót Grindelwalda. O polityce.
Na pewno nie porozmawia o tym z własnymi krewnymi.
Dziś nawet ich nie odwiedził, pomimo przyjazdu do Manchesteru.
Dziś siedział w salonie człowieka, którego znał od dziecka, z którym chyba przyjaźnił się od dziecka—a przynajmniej jego rodzice chcieli pewnie, by zależności między Prince'ami i Crouchami można było nazywać przyjaźnią i zacieśniać je sympatią chłopców w podobnym wieku. Jasper pamiętał, jak naciskali na lekcje etykiety i balowego tańca dla Eileen; pilnując jej edukacji w tym względzie o wiele bardziej niż gdy chodziło o synów. Podejrzewał, że gdyby była piękniejsza, próbowaliby przedstawić ją... może nie Evanderowi, ale jego kuzynom z dalszych linii; jak wszyscy nuworysze licząc na wkupienie się w łaski bogatszej rodziny i nie rozumiejąc, że nawet idealna córka nigdy nie równałaby się z jakąkolwiek Malfoyówną. Ciekawe, czy Eileen zrozumiała to sama, czy też nie poświęciła temu żadnej myśli zanim uciekła z mugolem. Teraz była zbrukana na zawsze.
Pomimo tego, że Evander Crouch przewijał się w jego życiu odkąd pamiętał—i że od wielu lat dostarczał jego matce leki, zobowiązany profesjonalizmem i dyskrecją własnego nazwiska—dopiero niedawno odsłonił przed nim więcej siebie, wprowadzając nowego akolitę w szeregi frakcji. Nie umiałby powiedzieć, dlaczego czekał tak długo. Choć trudno było odczytać emocje i prawdziwe myśil Croucha, od dawna wyczuwał w nim przecież pokrewną duszę, podobne poglądy.
Może podświadomie wiedział, jak wprowadzono jego samego. Jak nauczono go znajdować otwarcie w rozmowach z czarodziejami. Poczekać na moment słabości i wątpliwości, na rozpacz zdolną otworzyć serce na nienawiść do mugoli i nadzieję wobec idei Grindelwalda.
Życzył Evanderowi dobrze, więc może nigdy nie chciał znależć go w takim momencie. A może znał tego człowieka zbyt dobrze, by liczyć na nienawiść czy nadzieję, by liczyć na emocje. Było mu na rękę, że Crouch znalazł drogę niejako sam, przez teksty Grindelwalda, rozpatrując idee na chłodno.
Był ciekaw, czy dzisiaj jego rodzina też myślała chłodno, ale pewnie nigdy się tego nie dowie. Pewnie prawdziwe emocje związane z odsunięciem Hectora Crouch od Departamentu Przestrzegania Prawa... Crouchowie trzymali za zamkniętymi drzwiami. Czasem, gdy Jaspera przytłaczał ciężar oczekiwań własnej rodziny—zastanawiał się jak bardzo źle było tutaj, w tej przepięknej rezydencji niosącej powagę tradycji i historii. O tym też pewnie nigdy się nie dowie.
- Myślisz, że mugolacy mogą być kiedykolwiek prawdziwie oddani naszej sprawie? - zagaił, gdy wymienili już uprzejmości i gdy dostarczył już leki i gdy usiadł na eleganckiej kanapie. Prawdopodobnie droższej niż wszystkie meble w jego mieszkaniu, ale bywał tu na tyle często, by skutecznie odsuwać takie myśli. Dzisiaj myślał za to o tym, że wśród akolitów—niekoniecznie tych osobiście mu znanych, ale choćby w Europie—byli czarodzieje mugolskiego pochodzenia. I o tym, że wzbudzało to jego dyskomfort. - Albo w ogóle oddani sprawom czarodziejów? - dywagował dalej, pomijając już kwestię akolitów. - Trudno żyć w dwóch światach w rozkroku, nawet jeśli jeden porzuciło się z chwilą rozpoczęcia edukacji. A przecież oni tego nie robią. Spotykają się ze swoimi rodzinami, korzystają pewnie z mugolskich wynalazków — skrzywił się lekko, bo jego zdaniem każdy taki wynalazek niósł za sobą wulgarność albo śmierć - ubierają się krzykliwie... — mało powiedziane. Jego narzeczoną spotkała krzywda z rąk mugoli, a niedawno wystraszyła się ubranego nowocześnie czarodzieja na magicznym lodowisku. Mugolak, psujący ich randkę i jej samopoczucie samym strojem. -...przewodzą Ministerstwu Magii... - westchnął, mało subtelnie krytykując Nobby'ego Leach'a, ale przecież siedzieli za zamkniętymi drzwiami. Chyba tylko tutaj mógł sobie pozwolić na powiedzenie tego, co myśli—szczególnie po wczorajszym obiedzie w pracy, na którym niektórzy uzdrowiciele chwalili politykę nowego Ministra.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Evander Crouch
Akolici
You don’t become a monster. You discover you always were one.
Wiek
35
Zawód
urzędnik SAW
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
10
3
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
9
Brak karty postaci
10-03-2026, 21:46
Jasper Prince był jednym z niewielu, których Crouch trzymał blisko siebie nie tylko ze względu na przydatność. Widział w nim kogoś więcej niż jedynie element układanki, pasujący do jego schematu, niezbędny do uzyskania pełnego obrazu. Cenił oczywiście jego osobisty wkład w jego rodzinę, który stanowił o łatwym dostępie do najlepszych leków dla jego matki, rozumiał jednak, ze na tym układzie korzystali obaj - a także ich rodziny. W ich znajomości było jednak coś więcej, niż uprzejma powierzchowność czy zależność nazwisk. Lubił jego towarzystwo, ciekawił go jego sposób postrzegania świata, odpowiadały mu poglądy, jakie reprezentował. A przede wszystkim - wiedział, że był człowiekiem honorowym, a na takich ludziach można było polegać. Znali się od zawsze - rodzina Price’ów pochodziła z Manchesteru, naturalnym było ich dążenie do zacieśniania więzi z wpływowym rodem Crouchów. Najprostszy przepis stanowiło przyzwyczajanie do siebie młodych chłopców lub dziewcząt - przyjaźń była może i mniej wiążąca niż małżeństwo, ale znacznie łatwiej osiągalna, i tak właśnie było w ich przypadku - choć bliższą więź nawiązali dopiero podczas studiów. Od tamtego czasu Evander chętnie zapraszał go do Palatium Librae, czy to na polowania, czy na charytatywne bale, czy na zwyczajny wieczór przy szklance ognistej whisky lub butelce wytrawnego wina - tak jak dziś. Woń anyżu i piołunu mieszała się z papierosowym dymem, który zbierał się pod sufitem, na którym muszle splatały się z liśćmi akantu. Ogień w kominku dogasał, a żar podsycał zapach palonego drewna, nakrapiając spopielone szczapy czerwienią. Nie było tutaj portretów wścibskich przodków, którzy mogliby wtrącać się w ich rozmowę, a ciszę przerywały jedynie odgłosy nadchodzącego lata, wdzierające się zza uchylonych, strzelistych okien. Ten wieczór miał stateczny rytm, kontrastując z dniami spędzanymi w gmachu Ministerstwa Magii. Evander rzadko pozwalał sobie na lenistwo, bo rzadko mógł - córki położył już do snu, a papiery, które na niego czekały, mogły poczekać chwilę dłużej. Wielu uważało, że nie potrafił zwalniać tempa, ale lubił stanowić wyjątki od tego słusznego przekonania. Kiedy za drzwiami zniknęły odgłosy kroków służby, mogli w końcu rozmawiać swobodnie. Crouch siedział wygodnie, w rozluźnieniu, choć trudno było stwierdzić, czy była to wyuczona postawa, czy rzeczywiste odpuszczenie. Nigdy nie dawał się rozgryźć tak do końca, i nawet ci, którzy poznali go od strony nieformalnej, nie mogli być do końca pewni, czy kiedykolwiek bywał spontaniczny. W dłoni obracał szkło, obserwując jak bordowy płyn mieni się w bladym świetle lampy. Szkło było przyjemnie chłodne i gładkie pod palcami, przypominając mu o słuszności wszystkich wyborów, których w życiu dokonał.
A cena była wysoka.
Słuchał swojego towarzysza w milczeniu, pozwalając jego słowom płynąć powoli, gdzieś między aksamitnymi kanapami, na których siedzieli zwróceni twarzami do siebie. Nie przypuszczał, że ich rozmowa mała być jedynie uprzejmą wymianą zdań - ich nieformalna relacja nie nosiła znamion wymuszonej grzeczności. Tu mogli mowić swobodnie, tak jak chcieli i tak jak potrzebowali. A w starych murach posiadłości Crouchów słowa nabierały innej wagi. Kiedy Prince skończył, Evander pozwolił jeszcze przez chwilę jego słowom dojrzeć w ciszy, przerywanej jedynie odległym koncertem nocnych stworzeń.
- Jasperze, nie znamy się od wczoraj.- jego głos balansował na granicy rozbawienia i pobłażania. Być może za długo trzymał niektóre przemyślenia dla siebie, być może powinien był wcześniej otwarcie mówić o swoich przekonaniach. Przywilej nazwiska niósł jednak ze sobą pewien ciężar, a była nim wyrachowana dyplomacja, która nie pozwalała przeciwnikom poznać, w jakim kierunku skłaniało się spojrzenie całego rodu. Milczenie i pozorna bezstronność Crouchów dawały im przewagę. - Wiesz, że w moim towarzystwie nie musisz zważać na słowa - czego nie mógł powiedzieć o samej posiadłości rodowej. Evander dostrzegał, że w rodzinie panowały różne nastroje odkąd mianowano nowego Ministra. Wszyscy byli jednak zgodni co do jednego - Hector Crouch nadal posiadał rozległe wpływy i cieszył się reputacją znawcy prawa, a Shacklebolt miał do odrobienia niełatwą pracę domową.
- Kiedyś wierzyłem, że pochodzenie nie ma znaczenia - odezwał się apatycznie, jakby przywoływał myśl, która już nie należała do niego. Kącik ust drgnął lekko, w czymś na kształt ironii wymierzonej w dawną wersję samego siebie. - Że to, gdzie się rodzimy, w jakich rodzinach dorastamy, nie może determinować przyszłego życia. Że człowiek sam wybiera w co i w kogo będzie wierzył, że jest istotą wystarczająco silną, a jego potrzeba indywidualizmu sama znajdzie najwłaściwszą ścieżkę - mówił o sobie, och, z jaką beznadzieją wspominał tamtego dawnego Evandera, tego młodzieńczego buntownika, cynicznego i butnego, który czuł, ze stoi ponad wszelkimi prawami, bo to prawo przyszło mu - o ironio - z nazwiskiem. - Ale w tym świecie indywidualistów okazuje się, że wszyscy jesteśmy zaskakująco konformistyczni w swoim buncie. Że bardziej niż na wyróżnieniu się zależy nam na przynależności. Na grupie. I nagle całe lata ewolucji trafia szlag, kiedy wychodzi na jaw brzydka prawda. Działamy na pierwotnych instynktach, Jasperze. Chcemy przetrwać. I naszym pierwszym organem, który to przetrwanie gwarantuje, jest rodzina - przerwał na chwilę, nonszalancko przysuwając szklankę do ust. Ciepło alkoholu rozlało się powoli po gardle. Przynosząc ze soba znajome uczucie ciężaru. - Nigdy nie uwierzę, że ktoś wychowany w poczuciu przynależności do dwóch światów, będzie w stanie rozumieć naszą sprawę tak, jak rozumiemy ją my - na moment zatrzymał kieliszek w połowie drogi, po chwili odstawiając go z cichym stukotem na blat stolika - Ludzi przyzwyczajono do niewolnictwa i nazwano to równością. Problem nie leży tylko w społeczeństwie, które chętnie miesza się w puli genetycznej z mugolami, a w normalizacji ciągłego ukrywania własnej tożsamości, ciągłego oglądania się za siebie, gdy chcesz unieść różdżkę, nieustannej kontroli rozumowanej jako powszechnej normy, pardon - równości - wystarczyło kilka pokoleń, b społeczeństwo uznało Kazany za element codziennej garderoby, nosząc je tak jak nosi się buty - Wyczekuję dnia, aż w jej imieniu fanatycy - bo przecież nie zwolennicy - Dumbledore’a zaczną głosić, że Merlin tak naprawdę był mugolem - jego usta drgnęły w gorzkim rozbawieniu. - A później znajdą na to dowody - jego głos nie był nacechowany gniewem, rzadko unosiły go emocje - nawet jeśli mówił o rzeczach, które go mierziły. Słowa upuszczał ze stoickim chłodem, jakby nic nie było w stanie go zaskoczyć. Zamilkł na chwilę, sięgając po papierośnicę, wysuwając ją wpierw w kierunku Jaspera. Z jednego nałogu w drugi, a może raczej z przyjemności w przyjemność, bo każdy miał swoje słabości, w których poszukiwał wytchnienia. Kawa, seks, narkotyki, przemoc, władza. Alkohol i papierosy. Tak naprawdę chciał wszystkiego, nawet jeśli spoglądając w lustro widział w siebie człowieka opanowanego. Miał swoje słabości - ale miał też klasę i niewyobrażalne opanowanie, wręcz ascetyczne, które w oczach postronnych budowało obraz człowieka, który nie ulega słabościom.
- Nie zawsze byłem tak radykalny w swoich poglądach - w jego słowach wybrzmiała jakaś dziwna nostalgia, jakby naprawdę tęsknił za tamtą wersją siebie, i może w pewnym sensie tak było - ale nie miał złudzeń, że tamten Evander miał szansę wrócić, bo widział zbyt wiele, by młodzieńcza naiwność jeszcze mu przysługiwała. Lata wojen zebrały swoje żniwo, a praca w instrumentach aparatu państwowego wyjałowiła resztki jego duszy. Na własne oczy widział korupcję, układy, siłę nazwiska czy znajomości. Widział jak jeden wpływowy człowiek pociągał za sobą całą sieć powiązań - i jeśli on tonął, reszta szła na dno razem z nim. Ale zatapianie tych statków nie było proste, najmniejsze przetasowania w szeregach władzy wystarczały, bo odwracać sądowe wyroki i nadawać nowe narracje. Społeczeństwo posiadło pamięć złotej rybki. Dziś Grindewalda chcieli okrzykiwać zbrodniarzem, ale gdyby to on zajął miejsce Leacha, jak długo wtórowałyby podobne głosy? Zwykle wystarczyło zamieszać w politycznym kociołku - a efekt zależny był od tego, kto mieszał. - Ale to tylko świadczy o tym, że im człowiek dłużej żyje, tym bardziej traci wiarę w dobre intencje. Nie sądzę, by miał je Leach czy jego poplecznicy.
Urwał na moment, jakby pozwalał własnym słowom opaść ciężko między nimi. Sięgnął ponownie po kieliszek stojący na stoliku i powoli obrócił go w dłoni. Kryształ zaskrzypiał cicho pod naciskiem palców, gdy szkarłatny płyn zafalował przy ściankach. Nie patrzył na Jaspera; przez moment jego spojrzenie błądziło gdzieś ponad uzdrowicielem, jakby widział przed sobą nie salon, a ministerialne korytarze i twarze ludzi, którzy mówili o sprawiedliwości z ustami pełnymi cudzych pieniędzy. - Coś się wydarzyło - skonstatował w końcu. - Nie zaczynasz takich rozmów bez powodu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Jasper Prince
Akolici
But in my dream a wall of wire, stone and iron forged in fire
Wiek
38
Zawód
Uzdrowiciel, toksykolog
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
15
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
6
Brak karty postaci
26-03-2026, 04:18
Przy ich trybie życia, miłą niespodzianką było, że od czasów studiów zawsze znajdowali czas na dość regularne spotkania—czy te oficjalne (to z uwagi na bale charytatywne u Crouchów Jasper przyłożył się do płynnego opanowania rytmu tańca ze swoją żoną), czy w cztery oczy, jak dzisiaj. Podobnie jak Evander, Jasper też rzadko zwalniał tempo. Nie tyle nie potrafił, co nie chciał i rzadko zauważał w sobie tą cechę. Wygodnie byłoby uznać, że to Evershire nauczyło ich pędu i dyscypliny: poziom na uczelni był bezwzględny, egzaminy wymagające, a eksperymenty alchemiczne pomogły im zachować skupienie w bezsenne noce. Tak naprawdę Jasper gnał jednak przez życie już odkąd dowiedział się o śmierci starszego brata—byle zagłuszyć kolejnymi aktywnościami wyrzuty sumienia, byle zapomnieć o samotności w rytmie kolejnych rozmów i znajomości, byle użyć kolejnych osiągnięć do ucieczki z rodzinnego domu. A jednak obowiązkowo wracał do Manchesteru, choć ze wstydem odsuwał od siebie myśl, że o wiele bardziej cieszy się na spotkanie z Evanderem niż z rodzicami. I że to przyjaciele wiedzą o nim więcej (poglądy polityczne wliczając) niż ludzie, z którymi dzielił więzy krwi. A choć mógł porozmawiać z Crouchem o wszystkim, to chyba nie o tym. Sam wydawał się przecież wzorowym synem i siedzieli właśnie w rezydencji świadczącej o latach tradycji. Jasper juz przyzwyczaił się do Palatium Librae, a jednak antyczne rzeźby mijane w lapidarium wciąż robiły wrażenie—nawet nie tyle swoją urodą, co tym, że były bezcenne.
- Wiem. - zgodził się z Evanderem, choć była w tej zgodzie pewna kurtuazja. Teraz, gdy Crouch otwarcie poparł Grindelwalda, faktycznie nie musiał zważać na słowa... ale czy na pewno? Przez lata na nie uważał, nie z powodu braku zaufania, a właśnie z powodu zgubnego przywiązania. Evander Crouch należał w teorii do grona osób, które starsi akolici uznaliby za godne werbunku gdy wprowadzali w swoje szeregi młodego Jaspera. Choć w młodości rwał się do walki, miał przecież pozostać oczyma i uszami w Evershire, wyłapując podobnie zagubione dusze do siebie. Młodsi błękitnokrwiści stanowili wtedy idealny cel, a jednak Prince nie odważył się wtedy porozmawiać jawnie z człowiekiem, którego znał przecież od zawsze i który już wtedy wydawał się Jasperowi rezonować z ideologią Grindelwalda. Może powstrzymało go przeczucie, widmo nadchodzącej przegranej po której nikogo nie opłacało się już werbować. A może rodzaj sympatii i szacunku, które dyktowały, by dołączenie Croucha do akolitów było wyborem, a nie subtelną manipulacją.
W tej szczerości kryła się jednak potrzeba nieszczerości. Ukrywając swoje poglądy, Prince balansował na cienkiej linie, ale miał do stracenia mniej niż urzędnik wzorowo reprezentujący ciężar wielowiekowego nazwiska. Mówiąc Evanderowi zbyt wiele, mógł postawić go w niezręcznej pozycji, więc do pewnego czasu ostrożnie poruszał tematy polityczne. Coś pękło dopiero, gdy naprawdę potrzebował pomocy Croucha po wypadku z magią ujawnioną w obecności Eileen. A tama puściła, gdy Evander sam napoczął rozmowę o listach Grindelwalda. Tak, od tamtego czasu nie musiał już zważać na słowa (i nie narażał Evandera swoimi wyborami, skoro ten dokonał tych samych), ale stare nawyki trudno wyplenić.
Popijał powoli wino, słuchając przemyśleń przyjaciela. Ze swoimi odczekał, aż ten skończył. Nigdzie im się nie śpieszyło i nie musiał nikomu imponować. Tu, w salonie piękniejszym niż jakiekolwiek mieszkanie jakie samemu będzie posiadał, w pokrętny sposób mógł być sobą.
- Wiesz, że ja chyba nigdy w to nie wierzyłem? - mruknął z nutą tej samej nostalgii. - Wydawało mi się, że moje życie jest wytyczone słuszną ścieżką. Drugi syn alchemików, wierne wsparcie dziedzica, rodzina założona w interesach. Wybory rodziny zdawały mi się własnymi. Łudziłem się, że moja rodzina jest podobna do twojej, bowiem z takim podziwem opowiadali o waszych osiągnięciach. Tak cieszyli się, gdy na koniec matka urodziła dziewczynkę. Myślałem, że to dlatego, że po prostu chcieli mieć córkę, ale wiesz, że gdybyś miał brata przed którym postawionoby wybór wydziedziczenia lub szybki ślub to bez namysłu by wam ją podsunęli, prawda? - uśmiechnął się z gorzkim rozbawieniem, te przemyślenia już chyba nie bolały. - Ale potem mugole zabili Severusa, a moja rodzina okazała się konformistyczna. Słaba. Poddana mugolom pomimo sprawiania pozorów utrzymywania statusu krwi i reputacji. Patrzyłem, jak ojciec kiwa głową gdy urzędnicy mówili, że nie mogą użyć magii by odszukać jego ciało, że taki jest układ z mugolskim rządem. Ty pewnie rozumiesz, że na urzędników nie należy w takich sytuacjach krzyczeć, ale chyba oczekiwałem, że to zrobi. Albo że sam uda się w gruzy by odsunąć je zaklęciami. - starał się mówić spokojnie, ale gdzieś w tonie głosu zadźwięczała zgrzytliwość tamtego rozgniewanego nastolatka. - A potem przyśniła mi się śmierć dziadków w Polsce. Czarodziejów i mugoli, których skazali na śmierć inni mugole i których czarodzieje chyba nie chcieli uratować. - kropla wina spłynęła po kieliszku, a z jego ust spływały te wszystkie słowa, których nie miał odwagi ani ochoty powiedzieć rodzicom. - I teraz rozumiem już chyba, że to nie wina mojej rodziny tylko systemu. Systemu, w którym nawet tak dumni ludzie jak mój ojciec są nauczeni konformizmu i bezsilni wobec nurtu historii. Poddaństwa, które wpaja się nawet nam - w odróżnieniu od Evandera, pesymistycznie patrzył chyba na sytuację porządnych rodzin, takich jak on. Zgadzali się jednak w tym, że... - a skoro i takie rodziny jak moja błądzą, to jak mają nie zbłądzić mugolacy? Ba, powiem ci, że pewnie czują się od nas lepsi. Bo potrafią nawigować tamten świat, bo nikt nie nauczył ich strachu przed bombami, bo je rozumieją. A zarazem rozumieją nasz świat, ale nigdy nie będą wobec niego lojalni. Wszyscy musimy ukrywać własną tożsamość, a oni robią to podwójnie. - byli nie tylko niegodni zaufania, ale i niebezpieczni, opanowawszy lepiej to, co z takim trudem przychodziło czarodziejom. Wychowani w dwóch światach, a czy w takiej sytuacji nie wybierało się tego zwycięskiego? W oczach Jaspera na razie to mugole zwyciężali.
- Mugolem, a Morgana mugolaczką. - parsknął z gorzkim rozbawieniem. - Albo inaczej, mugolem ciemiężonym przez czarownicę, który odkrył w sobie magię i... szkoda gadać. - westchnął, zdegustowany tym, w jaki sposób Dumbledore mógłby zafałszować historię Merlina.
- Wydarzyło, muszę wieczorem odwiedzić rodziców, a z nimi o Leachu nie porozmawiam. - przyznał żartobliwie, upijając jeszcze łyk wina. Choć kto wie, może po rozsądnej dawce alkoholu spotkanie rodzinne będzie znośniejsze? Był toksykologiem, potrafił wyliczyć ilość, po której będzie słuchał o sukcesach młodszego brata z odpowiednio przytomnym uśmiechem. A przynajmniej tak mu się wydawało. - Ale faktycznie - spoważniał, Evander znał go za dobrze by bawić się z nim w te same gierki, co z rodzicami. - właściwie to chyba nie chciałem nawet porozmawiać o polityce. Wspominałem ci, że ostatnio bywam... mniej samotny, prawda? - wspominał ostrożnie, w dobrym tonie, w uśmiechu rzuconym w marcu i oszczędnym słowie w kwietniu. Właśnie przy takich osobach jak Evander żałował, że nie może nazywać Leonie swoją narzeczoną i że tkwią w bardzo nieobyczajnym konkubinacie. Trwającym raptem kilka tygodni (czy Crouch uzna go za szalonego?), choć skrywane zauroczenie trwało już prawie dwa lata. - Chciałbym ożenić się po raz drugi. Z własnego wyboru. - wypalił w końcu. - W jej rodzinie od wieków jest magia - ale nie podał jej nazwiska, w czym Evander mógł wyczytać, że nie należało do wąskiego grona tych dobrych nazwisk ani tych zagraniczych rodzin, z którymi w sojusze wchodzili Princowie. - a ona podziela nasze poglądy, choć moich rodziców to nie obejdzie. Jej brat miał ostatnio ciężki wypadek, więc... nie liczę na posag. - umknął wzrokiem, z cieniem wstydu, że tak usprawiedliwił to Evanderowi. I tak nie liczyłby na posag. - Merlinie, nie wiem nawet jak im o tym powiedzieć. Dopełniłem rodzinnych zobowiązań, mój brat podarował rodzicom wnuki, a i tak... trzymanie jej z dala od nich złamie jej serce, ale poznanie ich też pewnie złamie jej serce.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#15
Evander Crouch
Akolici
You don’t become a monster. You discover you always were one.
Wiek
35
Zawód
urzędnik SAW
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
10
3
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
9
Brak karty postaci
28-03-2026, 00:09
Rodzina. Konstrukt bazowy, o strukturze gęstego lasu przeciętego utartymi szlakami. Pierwsza ułuda wolności, na której każda ścieżka zbaczająca z traktu ostatecznie prowadzi w to samo miejsce - do punktu, który od początku był jedyny. A kiedy trafiasz w młodnik, i sam przedzierasz się przez zarośla, depcząc młode sadzonki, ostatecznie wszystko zdaje się na nic, bo z tej struktury nie istnieją żadne wyjścia, a co najwyżej ślepe uliczki. Odkrywasz, że nawet bunt ma już udeptaną trasę. I tak każdy chowa się w swojej gęstwinie, depcząc po śladach przodków, uwikłany w te same historie, odtwarzając po raz milion i tysiąc pierwszy szlak tak wychodzony, że ziemia układa się w formę wąwozu czy żlebu zwanego przeznaczeniem. Jest schronienie przed słońcem, woda ze strumyka, trochę dzikich jagód, sarny i jelenie, i brakuje tylko wyjścia - a jeśli ktoś kiedyś przebrnął ten labirynt i z niego wyszedł, nie mógł już wrócić. 
Sam kiedyś zapuścił się tak daleko, że stał na skraju. Widział ten owiany legendami koniec lasu, wrota do innego wymiaru. Wystarczyło, by przeszedł. Tylko tyle - i aż tyle. Zaczął knuć, chodzić w kółko, bo wydawało mu się, że zjadł wszystkie rozumy, oszukał wszystkich bogów i oto stanął ponad wszelkimi prawami. I im dłużej chodził, ty więcej miał wątpliwości. Czy jego krew była gotowa na inne życie? Czy jego skóra mogła wytrzymać lejący się z nieba żar? Czy na bezkresach był w stanie przeżyć, przyzwyczajony do wygód i przywilejów, których tam nie znano? Strach czy rozsądek, a może chłodna kalkulacja - nie wiadomo, który czort ostatecznie nim pokierował. Lubił myśleć, że sam wybrał taką drogę.
Ostatecznie to dzięki temu wyborowi siedział dziś w pałacu, leniwie przesuwając spojrzenie po ornamentach, które zdążył poznać na pamięć, pił najlepsze piołunowe wino, które w swojej cierpkości czyniło ciało tak lekkim, że po chwili zdawało się lewitować. Miał co zechciał, mógł co zapragnął, a jednocześnie ciągle uwierał go ciasny kołnierz wyrzeczeń. Na ile potrafił być sobą, a na ile chłodnym bytem, który swoje motywy i najgłębsze fantazje zamiatał pod te perskie dywany, tkane ręcznie gdzieś na drugim końcu świata? W obecności Jaspera opuszczał gardę, odsłaniał trochę mroku, ale jeszcze nie do końca.
Sam jeszcze nie był pewien, gdzie leżał koniec. Najchętniej powiedziałby, że nigdzie - ale w swojej wyuczonej postawie, w swoich wiecznych wyrzeczeniach i w sztywnych zasadach dla utrzymania gry, wyrzekał się prawa do bezkresu, do całkowitej anihilacji.
- Awans społeczny. Marzenie klasy średniej, które najczęściej kończy się koszmarem - mimowolnie pomyślał o bracie. Nie dlatego, że wisiała nad nim podobna groźba. Młodszy Crouch był dzikszy, w pewnym sensie przypominał jego samego - ale chodził innymi ścieżkami, i zawsze gdzieś na pograniczu. Nie martwiło go to, co może bardziej zastanawiało. Czego szukał. I czy był od niego odważniejszy, czy może po prostu sprytniejszy. - Wiesz, że dzieci przychodzące w takich rodzinach dziedziczą nazwisko, ale nawet nad ich trumnami jedyne, o czym pamięta socjeta, to mezalians ich rodziców? - Dożywocie za lewy rodowód, wspaniały prezent od przodków. Ciężar nazwiska bywał nieznośny, ale ciężar zbrukanej krwi - jeszcze gorszy. Dlatego, choć nie kochał swojej żony, to ją szanował. Dała mu dwie córki o niezachwianym rodowodzie. Ich przyszłość była zapewniona od zarania, bo on o to zadbał. Dała mu też syna, ale jego nie mógł ochronić. Śmierć zabrała go, śmiejąc się szyderczo, pozostawiając Evandera w niezrozumieniu, za co właściwie zapłacił tak wysoką cenę. - Wybór to iluzja. Wolność to iluzja - wybrzmiał gorzko, ale bez przesadnej emocjonalności. Jakaś jego część lubiła rozkoszować się wizją, że miał kontrolę, jednocześnie pozostawał za bystry, by karmić się banałami. I drzemało w nim przez to wieczne nienasycenie, walka pragnień uciskanych pod butem, niebezpieczne puchnąca, ale jeszcze trzymana w ryzach.
- Niektórzy mają rozsądek za cnotę - skomentował oszczędnie, z głosem zabarwionym nostalgią, która nie potrafiła znaleźć właściwego adresu. Wzrok błądził po historiach pisanych sufitową sztukaterią, zamglony za kłębem dymu, który snuł się z papierosa. - a okazuje się narzędziem destrukcji. - Nie stawał w obronie ojca Jaspera, nie bronił też siebie. Znał porządek świata, podobnie jak znał go Prince. Wychylił się, odrywając plecy od miękkiego oparcia sofy, by zgasić peta w kryształowej popielniczce, szybko zamieniając jedną używkę na drugą. - System produkuje konformizm, ale nie wszystkich niszczy tak samo. Jedni się dostosowują. Inni uczą się go wykorzystywać. Nieliczni budują coś ponad nim. I to oni piszą zasady - miał coś więcej niż tylko aspiracje, by należeć do trzeciej grupy. Wierzył, że obaj to mieli. Że nie byli jedynie śniącym lunatykami, a budzącą się do życia realną zmianą. Historia nie lubiła przegranych, ale nagradzała niezłomnych, którzy tak długo wykrzykiwali swe marzenia, aż wykuwali nimi rzeczywistość. - Wiem, że się nie żalisz. W tym wszystkim widzę pewną zależność. Świat będzie kręcił się w kierunku, w którym ludzie wierzą, że kręcić się musi. - Uniósł brwi ze zdziwieniem naznaczonym pretensją, może też rezygnacją. Zamoczył usta w szkarłacie wypełnionego winem kielicha. Było gorzkie, ale nie skrzywił się. - Bo to bezpieczniejsze. Znane. A bunt wzbudza strach. Oddziaływuje na pierwotne instynkty. Obrona staje się odruchem - społeczeństwo nie było płynne. Kochało struktury, a każda anomalia stanowiła zagrożenie dla systemu, nawet jeśli był był dziurawy jak ser szwajcarski. - Wiesz, w czym tkwi paradoks? Nie ufamy mugolakom, bo ich podwójna tożsamość sprawia, że czarodzieje ich tolerują, zamiast uznać. Człowiek, który nie ma powodu do lojalności, zawsze wybierze stronę, na której więcej zyska. To cykl, którego nie da się złamać - a przynajmniej on, choć znał prawa, akty i kodeksy, znał historię prawdziwą i stare legendy, nie wiedział jak kładło się kres uprzedzeniom, może po części dlatego, że nigdy nie widział w nich jednoznacznego źródła zła, a pewną wrodzoną ostrożność konieczną do przetrwania. Mogliby brnąć w te rozważania godzinami, aż słońce zajrzałoby leniwie przez ciężkie kotary, ale Jasper wyraźnie nie przyszedł tu po to, by prowadzić z nim dyskurs. Wytyczył rozmowie nowy, niespodziewany szlak, ale wprowadzał na niego Evandera z ostrożnością, która obudziła jego czujność. Z wolna przytaknął głową na enigmatyczne wspomnienie Prince’a, choć nie był wcale pewien tej zgody. Słuchał jego spowiedzi, szybko wyciągając wnioski.

- Chciałbyś. Czyli to jeszcze nie moment na gratulacje - skonstatował, chyba bardziej dla samego siebie. Milczał chwilę, jakby analizował wszystko, co właśnie usłyszał, zalewając myśli rubinem wina, które czyniło ciało i umysł coraz lżejszym. Jeszcze przed chwilą nazywał własny wybór iluzją, a może jednak istniały własne wybory, tylko jak wszystko inne miały swoją cenę. Zwykle absurdalnie wysoką. - Co najgorszego się wydarzy, jeśli rodzina nie zaakceptuje twojego wyboru? I czy twoja przyszła narzeczona jest gotowa udźwignąć tego konsekwencje? - Nie pytał o jej nazwisko, to był świadomy wybór. Zamilknął jeszcze na chwilę, odklejając wzrok od rzeczywistości, a kiedy bezwiednie unosił kielich do ust, widać było, że spojrzenie miał skalane jakąś myślą, która potrzebowała chwili ciszy, by dojrzeć. - Ukrywając ją, złamiesz ją powoli. Wprowadzając do rodziny bez przygotowana, złamiesz ją od razu - doprecyzował słowa towarzysza. Spojrzał na niego. - Wiesz, co masz zrobić. Musisz tylko ustalić odpowiednie warunki. I zdecydować, czy jest dla ciebie ważniejsza niż spokój rodziców.
W ich świecie na wolną miłość nakładano wysokie cła.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#16
Jasper Prince
Akolici
But in my dream a wall of wire, stone and iron forged in fire
Wiek
38
Zawód
Uzdrowiciel, toksykolog
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
15
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
6
Brak karty postaci
08-04-2026, 06:30
Z rozmowy o polityce płynnie przeszli do rozmowy o rodzinie i życiu prywatnym. Czy jednak prywatność nie była polityczna? Czy rodzina nie była lustrzanym odbiciem porządku świata? Zwłaszcza, gdy była to rodzina taka jak ich, z bagażem historii i dumy i interesów.
- Wszyscy pragną tego, czego nie mogą mieć. Nawet jeśli słodycz na języku okaże się gorzką trucizną w gardle. - skwitował marzenia klasy średniej. Najwyraźniej wino budziło w nim duszę poety... albo pragmatyzm toksykologa. - Mój pra... pra... przodek pragnął pieniędzy tak mocno, przewidując wahania na holenderskiej giełdzie, że nie baczył na gniew dłużników i bezpieczeństwo rodziny. To tak Prince'owie znaleźli się w Anglii, choć gdyby rodzice kiedykolwiek osiagnęli kolejny upragniony awans społeczny to pewnie upiększyliby tą historię. Ale gdyby nie uciekli zawczasu, mogłoby już nie być żadnych Prince'ów. - uśmiechnął się gorzko. Kiedyś karmił się ambicjami i opowieściami ojca, pozwalając by wyobraźnia starszego Prince'a zdefiniowała jego wyobrażenie o przyszłości i przeszłości. Przyszłość Eileen została jednak zaprzepaszczona, a siostrę wymazano z kart rodziny z taką łatwością jakby nie istniała. Jasper miał wrażenie—nie, pewność—że na ratunek Eileen chętnie pośpieszyliby zmartwieni zagrożeniem płynącym z mugolskiego świata akolici niż jej rodzice, zmartwieni przede wszystkim hańbą rodziny.
Co, jeśli Leonie też uznaliby za hańbę?
Odepchnął na razie tą myśl, zapił ją szybkim łykiem wina.
Spojrzał na Evandera przeciągle, słuchając o dzieciach i mezaliansach. Zastanawiał się, jak dawno temu Crouch doszedł do podobnych wniosków. Pamiętał, z kim spotykał się na studiach—widziano ich razem, nawet jeśli nie mówiono o tym głośno. Evander zaczął się z nim trzymać mocniej dopiero po tym, jak ona zniknęła z jego życia. Czy teraz przemawiał do niego dorosły człowiek, czy też do głosu doszedł na moment tamten student? Pragnący jednego i rozważający za i przeciw?
Nie spytał, nie pociągnął tematu w tamtą, zbyt osobistą stronę. Niezależnie od tego, jak długo i blisko się przyjaźnili, pewnych blizn nie należało otwierać. Evander podjął wtedy decyzję, a Jasper poznał go jako człowieka, który nie ogląda się za siebie gdy już raz wybierze drogę.
- Zależy, kto zostanie zaproszony na pogrzeb. I o nas można pamiętać... różne rzeczy, a jednak wierzę, że prawdziwi bliscy pamiętać będą więcej. - odpowiedział w sposób ogólnikowy, na wpół żartobliwy, na wpół poważny. Umknął spojrzeniem w stronę okna, wyobrażając sobie ulicę za ogrodem Crouchów; biegnącą dalej i dalej, aż do domu i pracowni alchemicznej Prince'ów. Jako chłopiec znał tą drogę na pamięć. Jako dorosły zastanawiał się, kiedy Evander poznał go lepiej niż własny brat.
To wina mugoli. Zawsze było nas trzech, Severus zawsze łagodził różnice charakterów między mną i Marcusem. Gdyby nadal żył, nadal bylibyśmy blisko. - powtórzył sobie z uporem, z jakim wierzył w to przez lata; ale z każdym rokiem w tej myśli było coraz mniej przekonania.
- Tragedia polega na tym, że nie wierzymy—i mugolacy nie wierzą— że to na lojalnośći wobec czarodziejskiego świata można więcej zyskać. - skwitował dalsze przemyślenia przyjaciela. - Niegdyś czarodzieje pokazywali się ludziom w płonących rydwanach, władali morzami i doradzali królom. Teraz kulimy pod siebie ogony, teraz nasz największy szpital ukrywa się za iluzją obskurnego budynku, a ja boję się zatrzymać w tłumie własną siostrę. - westchnął, wspominając sytuację, w której pomógł mu Evander. Nie bał się wtedy Kodeksu Tajności dostatecznie mocno, by nie wyciągnąć różdżki; ale chyba do samego końca trochę się wahał, chyba sięgnął po magię za późno i dało to Eileen szansę na ucieczkę. 
Zastanawiał się, co Crouchowie chcieli Kodeksem Tajności osiągnąć, ale nie spyta o to przecież w ich rezydencji.
Uśmiechnął się blado, gdy przeszli do jego najnowszych wiadomości i zarazem spowiedzi. Spojrzenie pozostało zamyślone, trochę zmartwione. Łapał się na tym, że przy Leonie (pomimo jej zapewnień i wsparcia, którego udzieliła mu choćby po jednej z koszmarnych wizji) próbował nie pozwalać sobie na stres; wiedząc, jak łatwo martwi się ona. Przy Evanderze nie musiał ukrywać stresu. Robiłby to przy innym błękitnokrwistym czarodzieju, na którego opinii i interesach by mu zależało—ale ta przyjaźń była inna, prawdziwsza, nieobarczona maskami.
- Przyjęła oświadczyny, więc możesz mi... nam pogratulować. - uściślił. - Chciałem to zaplanować, ale właściwie wszystko potoczyło się... szybciej. Powiedziałem jej, że nie chcę jej w perspektywie przedstawiać jako przyjaciółki ani kochanki, a ona nie do końca zrozumiała tą jasną aluzję, więc wtedy spytałem ją wprost zamiast planować wielką okazję. - wyznał, między słowami wplatając prawdę o tym, że albo byli już blisko albo że dążyłby do tego niezależnie od oświadczyn. Evander wiedział o jego przygodach z czasów studiów (pochłonięty akolitami i stresem o utrzymanie stypendium, miał jednak na nie niewiele czasu) i o tym, że po śmierci Ingrid postanowił zabić uczucia rozrywkami; ale w życiu Prince'a nigdy nie było nikogo poważnego. Ożenił się młodo i był żonie wierny.
- Mnie nie spotka nic złego. - przyznał, gdy Crouch spytał o najgorsze scenariusze. - Uniezależniłem się już dawno temu, gdy odmówiłem przejęcia dziedzictwa po Severusie. Zarobiłem na własne mieszkanie, moja pensja jest stabilna, a życie od dawna związane bardziej z Londynem niż Manchesterem. Chyba stać mnie nawet na dom poza miastem, choć w tej sprawie chciałbym się ciebie później doradzić. - przeanalizował. - Spokoju rodziców też nie zachwieję. Pracownię i dziedzictwo rodziny przejął Marcus, wnuki podarował im Marcus, mnie już od dawna nie potrzebują. - skwitował bezlitośnie, choć bez smutku. Pogodził się z tą myślą, a przynajmniej tak mu się wydawało. Odsunął się od nich jeszcze zanim oni mogli odsunąć się od niego z powodu wyboru kariery uzdrowiciela czy bezdzietności. Już jako nastolatek nie mógł się pogodzić z własnymi wizjami, z wyrzutami sumienia. O jasnowidzeniu ostrożnie powiedział nielicznym przyjaciołom, w tym Evanderowi, ale nigdy rodzinie. - Wiedzą, że nie doczekają się ode mnie dzieci, więc w tej kwestii powinni być spokojni. Ale na pewno zdziwi ich, że nie myślę o korzyści finansowej ani o korzyści rodziny. A ją... - westchnął. - Masz rację, nie mogę jej ukrywać. Ale ich reakcja na pewno ją złamie, nawet jeśli będzie przychylna, bo ich przychylność to rezerwa i powściągliwość. A ona i bez ich sceptycyzmu nie wierzyła, że w ogóle chciałbym się z nią ożenić. Nie dlatego, że dałem jej powody... - no dobrze, trochę dał, trafił z nią do łóżka zanim zaprosił ją na formalną kolację... - ale... jest nieśmiała. I romantyczna. I obchodzi mnie to, ile się przy niej uśmiecham, a nie ile posagu wniesie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#17
Evander Crouch
Akolici
You don’t become a monster. You discover you always were one.
Wiek
35
Zawód
urzędnik SAW
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
10
3
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
9
Brak karty postaci
13-04-2026, 20:28
- Apetyt rośnie w miarę jedzenia - skonstatował, bez szczególnej goryczy czy osądu, bezwiednie przyglądając się głębokiemu szkarłatowi wina. Z pozoru ogólnikowe stwierdzenie było czymś więcej niż komentarzem do rzeczywistości; mimowolną spowiedzią z osobistych upiorów, które Prince z pewnością dostrzegał. Zachłanność była słodką, ale i niebezpieczną pokusą, on jednak nie przepraszał za swoją naturę drapieżnika. Mówił o niej jak mówiło się o niepodważalnych prawach fizyki; bezużytecznym zdawał się gniew na fakt, że przedmioty spadały w dół, tak samo jak naiwnością byłoby oczekiwanie, że człowiek podążający ku szczytowi dobrowolnie przestanie pragnąć więcej. - Wszyscy jesteśmy w pewnym sensie produktem decyzji naszych przodków. Odwaga niesie daleko, a zgubna bywa tylko dla tych, którzy działają niekonsekwentnie - Postrzegano go jako idealnego dziedzica. Tego, który z nadludzką godnością reprezentował rodzinne wartości, który wpasował się w buty nazwiska tak, jakby zostały na niego uszyte. Tymczasem mało kto rozumiał, że coś, co z pozoru wydawało się naturą dziedziczoną w krwi przodków, było tak naprawdę szeregiem decyzji i wyrzeczeń, rzadko moralnie prostych, jeszcze rzadziej zgodnych z jego sumieniem. Porzucał samego siebie tak długo, aż w końcu zrósł się z tym kostiumem, którego nie dało się już oddzielić od ciała. Wiedział, że gdyby zaczął podważać własne wybory, cała ta misterna konstrukcja rozprułaby się na jego oczach, nitka po nitce, aż do żywego mięsa. To nie była gra pozorów, a żmudnie realizowany plan, od którego nie było już odwrotu. 

Wysokości tej ceny Jasper mógł się jedynie domyślać. Nigdy nie skarżył mu się na swój los, nie lubił nawet mówić o losie jak o czymś nieuchronnym i już zapisanym, choć zdawał sobie sprawę z natury Pince’a - ale było to coś odległego, nienamacalnego, coś o czym słyszał, ale czego nigdy nie doświadczył. I może właśnie ten dystans pozwalał mu akceptować jego dar, w który wierzyć do końca nie chciał, bo jego istnienie podważało fundamenty, na których zbudował własne przekonania, własną siłę.
- Prawdziwi bliscy - powtórzył słowa niczym echo, jakby dopiero na jego własnym języku miały się urzeczywistnić. - Ilu ich tak naprawdę jest? Ilu życzy ci dobrze? - pytanie opadło ciężko jak ołów w wodzie, choć nie wyczekiwał odpowiedzi. Wiedział, że matematyka lojalności bywała bezlitosna. Przełamał lekkość Prince’a, spoglądając na jego odwrócony w kierunku ogrodu profil. Powolnym, ascetycznym ruchem przysunął szkło do ust. Piołunowe wino było cierpkie jak ich wymiana zdań, obnażająca niewygodne prawdy. On jednak nie szukał ani intelektualnej tanizny, ani rozmów, które miałyby jedynie zabić ciszę. Emanował jakimś specyficznym rodzajem grawitacji, który zawsze orbitował go w kierunku czarnych dziur duszy, w które większość spoglądała z trwogą. Nie Jasper - i właśnie dlatego cenił jego towarzystwo. Potrafił przyjąć ciężki kaliber polemiki, ale miał też w sobie łatwość mówienia, może nawet pewien rodzaj ekshibicjonizmu emocjonalnego, którego Evander mógł mu jedynie pozazdrościć - nie w sposób zawistny, a raczej jako formę fascynującego zjawiska. 

To dopiero był paradoks. Podczas gdy jego gościł chętnie w Palatium Librae, nigdy nie przyszło mu przez myśl, by zalecać się do jego siostry.
Znał jej niechlubną historię i pamiętał jak te kilka lat temu pomagał mu uniknąć wyroku w murach Wizengamotu. Ile to było, pięć, sześć lat temu? Fantine nie było jeszcze na świecie, a Cosette leżała w kołysce. W tamtym czasie nie posiadał rozbudowanych wpływów, ale wiedział z kim rozmawiać, komu złożyć obietnice i jak lawirować w politycznej machinie, by śledztwo ostatecznie umorzono. Nigdy nie podważał słuszności wyboru jakiego dokonał Jasper. Na jego miejscu postąpiłby tak samo.
- Ale zauważ też, że ludzie tracą cierpliwość. Nie masz wrażenia, że Kodeks Tajności stał się niewygodny, wręcz absurdalny? Rośnie pokolenie, które widzi w nim tylko archaiczny kordon sanitarny, nic więcej. Nowy gabinet reprezentuje liberalizm w wielu kwestiach, ale nie w tej. Polaryzacja w tej materii będzie się pogłębiać - nie potrzebował trzeciego oka, by przewidzieć pewne migracje na politycznej planszy. To nie był instynkt, a konsekwencja precyzyjnej, długotrwałej obserwacji dyplomatycznych przebiegunowań na przestrzeni dziejów. Wszystko płynęło, zataczało kręgi, i znużone wracało do punktu wyjścia. Kodeks Tajności w swojej obecnej formie był schedą jego nazwiska, rodowym klejnotem, który zaczynał ciążyć. Wiedział lepiej niż inni, że prawo często stanowiło osiadły pył po politycznych erupcjach. To, co przed wiekiem było manewrem ratunkowym, dziś przybierało już raczej kształt kotwicy ciągnącej okręt na dno. Tylko głupiec trzymałby się kursu, widząc nadchodzący sztorm. Tylko głupiec nie próbowałby przekuć nadchodzącego chaosu w nową formę porządku. - Zrobiłeś to, co było trudne, ale właściwe. To był test wartości. Wielu na twoim miejscu oblałoby go w strachu przed konsekwencjami - zauważył wreszcie, wskazując na niego palcami, między którymi tliła się resztka papierosa. Zaciągnął się szczypiącym dymem, przyglądając mu się zza zmrużonych oczu. Wiedział doskonale, że za podobną recydywę przeciętnego czarodzieja mogła spotkać najwyższa kara. Tymczasem potrafił prawić morały tak samo jak znaleźć uzasadnienie dla działania poza prawem, jakby miał jakiś precyzyjnie rozkalibrowany kompas, który wskazywał północ zawsze tam, gdzie leżał jego interes. I tak, w swojej wybiórczej prawości, miast kryminalisty, malował Prince’a jako uosobienie męstwa.
I wiedział, co czyni. Wiedział doskonale. Kontrasty były dla niego banałem.
Słuchał Jaspera z charakterystycznym, oszczędnym uśmiechem, który zdradzał, że żadna z sugestii nie umknęła jego uwadze. Nie oceniał jego wyborów - a w zasadzie cieszył się - o słodka Morgano, on - c i e s z y ł - z tego splotu zdarzeń. Zawsze życzył Prince’owi dobrze, zawsze też wiedział, że obaj wylądowali w poprawnych małżeństwach, które miały więcej wspólnego z dyplomacją niż uczuciem. On sam przestał za nim tęsknić - ale tej jednej rzeczy w sobie nie mógł zabić, ścigany przez upiora o brązowych oczach równo w snach, co na jawie, w momentach bezdechu i w środku nocy, w zimnym, pustym łóżku. Wycofywał się przed tymi wstydliwymi cząstkami człowieczeństwa do pustego, luksusowego mauzoleum, które wzniósł na gruzach samego siebie. Był w nim jedynym panem i jedynym więźniem.

Voyage, voyage
Plus loin que la nuit et le jour
Voyage
Dans l'espace inouï de l'amour
Voyage, voyage
Sur l'eau sacrée d'un fleuve indien
Voyage
Et jamais ne reviens


Z impetem zgasił papierosa w ciężkiej, marmurowej popielnicy, jakby z nagłej potrzeby zdławienia myśli, które w swoim sentymencie były zbrodnią. Nie powiedział nic - a jednak Prince mógł dostrzec, że w tym dynamicznym geście, oderwanym od precyzyjnej, niemal teatralnej gestykulacji Croucha, było coś, co obnażało jego wewnętrzny konflikt, niemożliwy do zrozumienia w scenie, która wydarzyła się gdzieś w środku, w świecie, do którego nikt nie potrafił dotrzeć - nawet sam Evander.
- Rozsądnie - z wolna skinął głową, unosząc na niego spojrzenie. - Gratuluję ci, Jasperze. Szczerze - uniósł szkło z winem w geście toastu. Szybko jednak zrozumiał, że być może wybiegł przed szereg z tym optymizmem, choć zwykle słusznie określał wektory zdarzeń. Powściągliwie, ale i z pewną podejrzliwością słuchał słów przyjaciela, wyciągając esencję o zabarwieniu innym, niż próbował mu ją opakować. - Nie rozumiem - sprzeciwił się, nie w sposób ostateczny, ale ze swoim sędziowskim wyczuciem, które natychmiast wychwytywało każdą niespójność w zbyt gładkiej mowie obrończej. - Dbasz o to by wasz związek był sformalizowany. Będziecie żyć we dwójkę, bez dzieci. Masz dobrą, stałą pracę. Stać cię na godziwe życie, kupujesz dom na wsi - wyliczał, zamykając każdy argument stuknięciem palca o szkło. - w czym oczywiście chętnie ci doradzę od strony formalnej - posiadał wprawę w skupowaniu nieruchomości obciążonych sporami, znał każdą szczelinę prawną, przez którą mogły wyciekać pieniądze lub wpływy. - I jedyne, jedyne, co cię martwi, to to, że… rodzice nie zaakceptują twojego… waszego szczęścia? - uniósł brwi, upijając łyk gorzkiego wina. Nie podejrzewał Jaspera o złe intencje, ale widział jak na dłoni, że jego historia była niepełna, pozbawiona jakiegoś kluczowego elementu. Mógł pozwolić sobie na wszystko, do czego on z tytułu urodzenia - o ironio - nie posiadał praw. Wybrać kobietę, która czyniła go szczęśliwym - i uszczęśliwiać ją wedle własnych zasad. Co takiego przeoczył? Czego nie widział? Wiedział, że to coś istniało, ale nie wypływało na powierzchnię samo, siłą duszone przez Prince’a. - Że nie będą waszym lustrem? - zgadywał dalej, ale czuł, że pudłuje. - Dziwię ci się. Że pozwalasz przekreślić wszystko, co już masz, jednym cieniem cudzych oczekiwań. Czy ono faktycznie przyćmiewa to co, co już wybudowałeś?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 17-04-2026, 00:13 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.