if i was the moon, would you still look for the stars?
Wiek
23
Zawód
wschodząca gwiazda baletu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
13
16
20
Brak karty postaci
Wczoraj, 17:36
Znajomy trzask teleportacji oznajmił przybycie Leopoldine przed bramy Tir Eilean. Tuż obok niej, w odstępie sekundy, pojawił się domowy skrzat służący Flintom dłużej, niż sięgała pamieć Leopoldine. Istota spojrzała na nią swoimi wielkimi, przeszklonymi oczami, oczekując najwyraźniej jakiegoś polecenia, jednak z ust Leopoldine wypadło tylko pytanie: — Gdzie jest panicz Leopold? — jej głos nie miał w sobie nic z delikatności i radości, która towarzyszyła jej, gdy wybierała się tego ranka do Londynu. Skrzat domowy zaczął miętosić worek, w który był ubrany, po czym odpowiedział cicho: w sypialni. Spojrzenie Leopoldine zatrzymało się na nim dłużej, skrzat nie poruszył się nawet o milimetr. Ostatecznie jednak z ust tancerki wydobyło się ciężkie od emocji wciąż się w niej kotłujących westchnienie. Gestem ręki nakazała skrzatowi udać się do swoich zajęć. Ten ukłonił się tylko przed nią, po czym zniknął jej zupełnie z oczu. Nie zastanawiała się nad tym, czy faktycznie użył magii do przemieszczenia się w inne miejsce, czy może przy jej pomocy stopił się z otoczeniem i nie był już widoczny dla ludzkiego oka. Nie zamierzała przecież spędzić całego dnia przed rezydencją. Musiała pomówić ze swoim bratem. Wiedziała, że jeżeli istniał na tym świecie ktoś, kto mógł ją zrozumieć, był to właśnie Leopold. Jeżeli istniał na tym świecie ktoś, kto miał dbać o ich nazwisko — był to również Leopold. Jeżeli istniał ktoś, kto wiedział, jak obchodzić się z ogniem jej złości — ponownie — był to tylko i wyłącznie Leopold Flint.
Dystans dzielący ją od głównego wejścia do sypialni Leopolda przeszła niezwykle szybko i energicznie. Niskie obcasy jej butów stukały w kamienne posadzki, echo jej gniewnych kroków rozchodziło się systematycznie po kolejnych korytarzach, zapowiadając nadciągającą burzę. Wreszcie — znalazła się przy drzwiach, które nigdy nie były dla niej zamknięte. Dotychczas. Od czasu przyjazdu minęło ledwie kilkanaście dni, a jej wydawało się, że wciąż tkwili z Leopoldem w fazie biernego poznania. Ich rozmowa na plaży była w pewien sposób oczyszczająca, cieszyła się z niej, ale chyba nie była w stanie rozgonić wszystkich czających się nad ich głowami wątpliwości dotyczących ich ponownego spotkania. Poruszenie, które przejmowało kontrolę nad delikatnym ciałem Leopoldine było jednak tak silne, potrzebowało tyle miejsca, że skutecznie wypchnęło wszystkie podobne myśli z głowy tancerki, pozostawiając jej tylko instynkt w roli głównego doradcy.
A instynkt zawsze podpowiadał jej, aby szukać brata.
Szczęknięcie zamka pod wpływem naciskanej klamki nie było głośne — a jednak sam ten dźwięk zsunął z jej ramion część noszonego ciężaru. Nie miała siły myśleć, co miałaby robić, gdyby Leopold zamknął drzwi na klucz. Gdyby nie było go w środku. Pchnęła barkiem drzwi, a te otworzyły się na oścież. Nie czekała na nic — na zaproszenie, na spojrzenie, czy na pytanie. Weszła do środka zupełnie tak, jak robiła to lata temu. Tak, jakby były to jej własne komnaty; po części tak właśnie było przez większość ich życia. Nie istniał podział na to, co jej i jego. Wszystko było wspólne.
Czasami, gdy nie mogła zasnąć, wspominała te czasy z rozrzewnieniem, bolejąc nad tym, że nigdy już nie mogło być tak, jak dawniej. — Niektórzy ludzie nie mają nawet grama wstydu! — zaczęła wzburzona, gdy drzwi nie zdążyły się jeszcze za nią zamknąć. Prędkim krokiem przeszła na środek sypialni i dopiero tam zaczęła rozglądać się za bratem. Ten nie musiał poświęcać wiele czasu na przyjrzenie się siostrze, aby wiedzieć, że cokolwiek stało się w Londynie, wyprowadziło ją z równowagi. Napięte mięśnie całego ciała, rozbiegane spojrzenie, grymas niedowierzania pomieszanego z niezadowoleniem. Najgorsze w tym wszystkim było to, że część spiętych nad karkiem włosów uciekała już z upięcia, a Leopoldine wydawała się być zbyt mocno pogrążona we własnych myślach, aby to poprawić. Dbająca o swój odbiór w oczach innych tancerka nie pozwalała sobie na takie niedociągnięcia. — Nigdy więcej nie chcę widzieć żadnego Carrowa na oczy — kontynuowała, zaciskając mocno dłonie w drobne piąstki. Chyba dopiero ten gest sprawił, że uświadomiła sobie konieczność uspokojenia emocji, nim Leopold dojdzie sam do zbyt daleko idących wniosków. Dlatego też skierowała swe kroki do okna. Starała się ułożyć dłonie na płasko na powierzchni parapetu, ale nie wytrzymała w tym długo. Odwróciła się wreszcie, nagle i z impetem, ponownie w stronę pokoju — i znajdującego się dotychczas za jej plecami Leopolda. — Jak następnym razem go spotkam, osobiście wyrwę mu język. Jak on w ogóle śmie?!