• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Rozgrywka > Mgły czasu > Izba Pamięci > 18 lipca 1945r. | She's still my sister.
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Drusilla Carrow
Akolici
Wiek
54
Zawód
Pani Domu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
8
7
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
9
Siła
Wyt.
Szybkość
5
13
8
Brak karty postaci
14-02-2026, 13:35
...auntie?
Świat nie wymaga reform. Wymagaselekcji.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Drusilla Carrow
Akolici
Wiek
54
Zawód
Pani Domu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
8
7
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
9
Siła
Wyt.
Szybkość
5
13
8
Brak karty postaci
14-02-2026, 13:54
Powietrze nad Manchesterem było ciężkie, przytłumione, nasiąknięte wilgocią i metalicznym zapachem przemysłu. Nawet lipiec nie przynosił tu prawdziwego lata - słońce przebijało się przez warstwę dymu z fabrycznych kominów, rozproszone i blade, jakby samo nie miało odwagi świecić pełnym blaskiem. Mgła snuła się nisko nad wrzosowiskami, osiadając na czarnych kamieniach murów i wilgotnej ziemi. Droga prowadząca do posiadłości Crouchów była wąska, wysypana żwirem, który chrzęścił sucho pod krokami - dźwięk zbyt wyraźny w tej ciszy, jakby każde zbliżenie do rezydencji było rejestrowane przez samą przestrzeń.
Posiadłość wyrastała z krajobrazu bez łagodności. Surowa, kamienna, z ostrymi liniami dachu i wysokimi, wąskimi oknami przypominała bardziej twierdzę niż dom. Bieliła się chłodno na tle ciemnego nieba, jak kość obnażona z mięsa. Nie było w niej zaproszenia - była manifestem trwania, potęgi, rodowej ciągłości. I kontroli.
Drusilla nie przybyła tu jako gość.
Jej pojawienie się nie zostało ogłoszone domownikom. Nie oczekiwano jej w głównej sali, nie przygotowano oficjalnego przyjęcia. Jedynie uzdrowiciel wiedział o jej drodze z Yorkshire i to jego podpis widniał pod lakoniczną wiadomością, która dotarła do Allerton Castle dwa dni wcześniej. Nie było w niej emocji. Nie było błagań. Była diagnoza. „Stan pacjentki uległ pogorszeniu. Epizody nasilone. Wymaga wsparcia o charakterze mentalnym. Obecność pani wskazana.”
Mentalnym.
To słowo nie było przypadkowe. Uzdrowiciel wiedział, do kogo pisze. Wiedział również, że oficjalne konsultacje magomedyczne zawiodły. Że eliksiry jedynie wygaszały objawy, nie dotykając źródła. Że Medea wymykała się klasyfikacjom.
Drusilla przyjęła list bez zmiany wyrazu twarzy. Nie potrzebowała wyjaśnień. Nie przyjechała tu z siostrzanej tkliwości. Nie była kobietą, którą prowadziły sentymenty. Przyjechała, ponieważ sytuacja wymagała interwencji. A interwencje należały do niej.
Skrzat otworzył drzwi bez pytania. Rozpoznał ją natychmiast. Lestrange. Carrow.
Wnętrze rezydencji było przytłumione, jakby światło nie miało prawa przekraczać progów. Ciężkie kotary przygasały blask dnia, a powietrze było chłodne mimo pory roku. Echo kroków odbijało się od marmurowych posadzek, niosąc się zbyt długo w wysokich korytarzach. Od zwycięstwa Albusa Dumbledore’a nad Grindelwaldem minęło zaledwie kilka tygodni. Europa magiczna chwiała się w nowej równowadze. W wielu domach szeptano o porażce, zdradzie, reorganizacji. O przyszłości. W murach tej posiadłości napięcie miało jednak inne źródło. Tutaj rozpad nie był polityczny. Był osobisty.
Uzdrowiciel czekał w bocznym salonie. Młodszy, niż zapamiętała, z cieniem bezsenności pod oczami. Na stoliku obok stały fiolki z eliksirami - wyciszającymi, stabilizującymi, tłumiącymi.
— Pani Carrow — Przywitał ją cicho, z wyraźnym napięciem. — Dziękuję, że pani przybyła tak szybko.
Drusilla zdjęła rękawiczki powoli, jeden palec po drugim. Jej ruchy były precyzyjne, oszczędne. Każdy gest przemyślany. — Raport.
Uzdrowiciel przełknął ślinę.
— Epizody uległy intensyfikacji. Pacjentka nie odróżnia już w pełni wspomnień od projekcji. Halucynacje mają charakter słuchowy i wizualny. Pojawia się paranoidalne przekonanie o obserwacji.
— Od kiedy?
— Około trzech tygodni. Nasilenie zbiegło się z wiadomościami z kontynentu. Reaguje na słowo „porażka”. I na nazwisko Grindelwald.
W powietrzu zapadła cisza. Drusilla uniosła wzrok. Jej twarz pozostała niemal niewzruszona, lecz w oczach pojawiło się coś ostrzejszego - nie lęk. Analiza.
— Theseus? — Zapytała sucho.
— W Londynie. Sprawy ministerialne. Nie powrócił od czterech dni.
Oczywiście. To słowo nie padło na głos, lecz wybrzmiało wyraźnie w ciszy. Nie było jej rolą komentować nieobecność męża siostry. Ale w jej pamięci zapisała się kolejna linia rachunku.
Zaprowadzono ją do komnat Medei. Drzwi były zamknięte, choć nie zabezpieczone zaklęciem. Wnętrze tonęło w półmroku. Kotary zaciągnięto mimo jasnego dnia. Na stoliku przy łóżku stały fiolki, niedopita woda, miska z wilgotnymi chustami. Powietrze było ciężkie od zapachu eliksirów i długiego braku świeżości. Medea siedziała przy oknie. Nie poruszała się. Jej sylwetka była szczupła, niemal krucha, lecz nie w sposób naturalny - raczej jakby coś ją wyżarło od środka. Wzrok miała wbity w ogród, ale oczy nie skupiały się na żadnym punkcie.
— Drusilla — Wyszeptała nagle, zanim ta zdążyła się odezwać. To było pierwsze uderzenie. Rozpoznanie. — Oni są w ścianach — Dodała cicho. — Słyszysz ich? Mówią, że wszystko się zawaliło. Że to dopiero początek.
Drusilla nie odpowiedziała natychmiast. Podeszła bliżej, spokojnie, bez pośpiechu. — Nikogo tu nie ma.
— Kłamią —Szepnęła Medea, zaciskając palce na drewnianym podłokietniku. — Zmienili maski. Ale głosy są te same.
Uzdrowiciel cofnął się o krok. Drusilla uklękła naprzeciw siostry. Ich twarze znalazły się na tej samej wysokości. — Medeo. Spójrz na mnie.
Medea drgnęła. Oczy, mętne i rozproszone, przez chwilę błądziły. Wreszcie zatrzymały się na twarzy Drusilli. Wystarczyło. Nie było inkantacji. Nie było gwałtownego przełamania bariery. Drusilla nie była brutalna w legilimencji. Była precyzyjna. Wejście nastąpiło miękko - jak przesunięcie palców po wodzie. Umysł Medei nie był polem bitwy. Był ruiną. Korytarze wspomnień wyginały się nienaturalnie. Głosy nakładały się na siebie. Twarze pojawiały się bez oczu. Pojęcia traciły znaczenie. Słowo „porażka” rezonowało jak dzwon w pustej sali. Drusilla nie próbowała porządkować wszystkiego. Szukała rdzenia. Przyczyny. Nie znalazła jednego źródła. To nie była klątwa. Nie było obcego zaklęcia. Był rozpad - powolny, konsekwentny, głęboki. Odsunęła najgłośniejsze projekcje. Uciszyła najbardziej agresywne echa. Wzmocniła jedną, konkretną nić - świadomość chwili obecnej. Kiedy się wycofała, Medea zaczęła krzyczeć, a jej ciało nadnaturalnie wyginało się, czemu towarzyszył dźwięk podobnym łamaniu kości. Widok przerażający i porażający. Po chwili zaczęła się uspokajać - ruch zamienił się w bezruch. Wrzask w jęki. Jej spojrzenie było nadal zmętniałe, ale mniej rozproszone.
— To pomoże na kilka dni — Oznajmiła chłodno, wstając. — Zmniejszyć dawkę eliksiru wyciszającego. Otępienie pogłębia dezorientację. Potrzebuje jasności. Nie ciszy.
Uzdrowiciel skinął głową z ulgą, niemal wdzięcznością.
Drusilla odwróciła głowę w stronę drzwi i wtedy dostrzegła trzy, smukłe postury. Najmłodszy z synów Medei zniknął za uchylonymi drzwiami, gdy tylko napotkał wzrok ciotki. Ta jednak swoje spojrzenie utkwiła w Evanderze. Wpatrywała się w niego na tyle długo, że niejeden jej syn już odwróciłby wzrok - swoją głową lekko pokiwała na boki, przekazując w ten sposób informację, że lepiej będzie matki teraz nie odwiedzać.
Świat nie wymaga reform. Wymagaselekcji.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Evander Crouch
Akolici
You don’t become a monster. You discover you always were one.
Wiek
35
Zawód
urzędnik SAW
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
10
3
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
9
Brak karty postaci
2 godzin(y) temu
Lato było gorące. Duszne, ciężkie, jakby niewidzialna zmora usiadła mu na klatce piersiowej. Snuł się po posiadłości z ciężkim oddechem i mętnym spojrzeniem, nieustannie uniesionym gdzieś wysoko, ponad horyzont. Był jak obłąkany, chodził jakby po omacku, nieuważny, zamyślony - zupełnie jak nie on, za to bliźniaczo podobnie do własnej matki, dla której nie było już nadziei. Nocami przesiadywał do późna, gapiąc się bezmyślnie w gwiazdy, w dzień unikał domowników, albo uciekając gdzieś na koniu, albo wałęsając się po okolicznych polach. Paradoksalnie, pogoda wcale nie była taka uciążliwa - tylko jemu ciągle było gorąco. Gorączka nie brała się z powietrza, lecz z niego samego. Z myśli, które nie chciały podporządkować się rozumowi. Z pragnienia, którego nie potrafił nazwać, a tym bardziej ujarzmić. Chaos, który kotłował się w młodzieńczej głowie drwił z jego systemu nerwowego, z każdej komórki ciała, wywołując anomalie, nad którymi nie potrafił zapanować. Drażnił go ten stan, i drażnił go tez fakt, że za każdym razem, kiedy zamykał oczy, widział parę tych czekoladowych, wpatrujących się w niego blisko, jeszcze bliżej, aż w końcu dwoje oczu zamieniało się w oko cyklopa, a wargi napotykały miękki opór drugich warg, ni to dziewczęcych, ale jeszcze nie kobiecych. Wspomnienie to pochłaniało go tym mocniej, im bardziej próbował od niego uciec. Nigdzie jednak nie mógł znaleźć odpowiedniej kryjówki, więc trwał w tym amoku, w nieustannym biegu, bo miał wrażenie, że jeśli tylko się zatrzyma - zginie. Przeklinał ją w myślach - a to przecież nie ona skradła mu ten pocałunek. Była jednak winna innych grzechów. Drażniącej inteligencji, ciętego języka i zapachu jaśminu, który wyrył się w jego umyśle. Wytrącała go z równowagi, zmuszała do konfrontacji z samym sobą. Z tym, że nie był wyłącznie echem własnego nazwiska. I że pod chłodem, który zdawał się przychodzić naturalnie, było coś miękkiego, żywego. Nienawidził jej za to. Odkryła w nim słabość, zanim on sam zdołał odkryć ją w sobie.
Rozpadało się jednocześnie kilka światów. Ten zewnętrzny i jego własny, na wielu płaszczyznach. Gubił siebie, ale tracił też matkę, której krzyki wdzierały się pod skórę jak ciernie. Europa chwiała się w nowej równowadze, każdy szukał dla siebie kawałka tortu, a on spoglądał na polityczną szachownicę z niechęcią, dostrzegając spiralę zależności i teatr, w którym wszyscy grali wyuczone role. W domu dużo mówiło się o nadchodzących zmianach, o zmianie kierunku, przebiegunowaniu. Polityką karmiono go przy stole, a im więcej słuchał, tym bardziej chciał od tego świata uciec. Miał wrażenie, że nie kibicuje nikomu, bo wszystkich nienawidził po równo - może z wyjątkiem ojca. Do niego niechęć miał szczególną. Znikał w delegacjach, które musiały nosić imiona żeńskie, jak Edith albo Mathilda, i choć ich posiadłość nigdy nie była pusta, Evander czuł się, jakby cała odpowiedzialność za rodzinę spadała na niego. Przynajmniej tę najbliższą - Cressida była już dorosła, ale niewiele starsza od niego, pozostawała jeszcze panną. Młodszy brat nie chodził jeszcze do szkoły, a matka… matki zawsze było mu szkoda. Nie był szczególnie ckliwy, rzadko kiedy poruszało go cokolwiek, ale myśl, że jego rodzicielka, którą pamiętał jako tą najbystrzejszą, najbardziej utalentowaną, szczerą i czułą, żyła tylko w mętnych wspomnieniach, snując się po domu jak duch, budziła w nim gniew, nie litość. Gniew na świat. Na ojca. Na system, który potrafił regulować wszystko, oprócz ludzkiego umysłu. Kiedy jej stan się pogarszał, wiedział, kogo należało wezwać. Ojciec nie wiedział o niczym - a nawet gdyby był świadomy, Evander wyczuwał, że nic by go to nie obeszło. W chwilach, gdy eliksiry okazywały się niewystarczające, posyłał list do ciotki. Posiadała umiejętności potężne i przerażające, ale nie dla niego. Coś, co w świetle prawa przekraczało granice wolności, w jego oczach było narzędziem, które potrafiło choćby na chwilę pomóc Medei. Skoro świat pozwalał jego matce rozpadać się na kawałki, on nie zamierzał przestrzegać tych zasad. Sztuka legilimencji była niebezpieczna grą - i nawet jeśli Drusillę i Medeę łączyła jedna krew, nawet jeśli jego ciotka działała w słusznej intencji - każda ingerencja była też ryzykiem. Ale ryzyko było czymś, co rozumiał. Sam miał rodzeństwo - trudno było powiedzieć, by byli sobie szczególnie bliscy. Jeszcze trudniej - by porzuciłby siostrę lub brata w potrzebie. Dla niego rodzina była najważniejsza - ale skąd wyniósł to przekonanie, trudno było stwierdzić. Może właśnie z nieustannego braku ojca, który ostatecznie trzymał pieczę nad wszystkim. Nawet jeśli w tamtym czasie Evander tego nie widział, ani tym bardziej nie rozumiał.
Krzyki matki dochodzące zza zamkniętych drzwi nie wzbudzały w nim większych emocji. Stał w korytarzu wyprostowany, ręce miał splecione za plecami, jakby pilnował czegoś więcej niż tylko drzwi do komnaty. Był przyzwyczajony - jak cała ich trójka, choć najmłodszy z nich nie rozumiał tego tak jak on czy Cressida. Kiedy w ościeży zmaterializowała się figura ciotki, długo nie odrywał od niej wzroku - jakby próbował odczytać intencję, zanim padnie choć jedno słowo. Nie posiadał jej umiejętności, ale potrafił obserwować, ważyć i analizować. Nie ustępował spojrzeniem. Chłód jego stalowych oczu ścierał się z jej wyważoną, niemal laboratoryjną uważnością. W młodzieńczej butności było coś prowokacyjnego, coś na granicy wyzwania - nie wobec niej jako kobiety, lecz wobec jej mocy. Przez moment byli jak dwie skrajnie tej samej natury: jedna ukształtowana, druga jeszcze nieoszlifowana, ale już niepokojąca w mojej ambicji. Wiedział, że jej obecność była niezbędna i skuteczna, a w tej długiej, niemej wymianie myśli odczytał to, o co nie musiał pytać już na głos. Zrobiła to, ponownie. Weszła tam, gdzie nikt inny nie potrafił i wyciągnęła siostrę z otchłani, choćby na kilka dni. Koszt jak zwykle był wysoki. Był młody, ale rozumiał dużo. Więcej niż inni nastolatkowie w jego wieku. Zawsze był bardziej. Bardziej świadomy. Bardziej bezlitosny w ocenach.
- Myślisz, że kiedyś do nas wróci? - zapytał w końcu. W jego głosie nie było wahania ani drżenia, może jedynie zgorzkniałość, zupełnie niepasująca do kogoś tak młodego. Pytanie zawisło w powietrzu niczym pobożne życzenie. Jedynie powrót miał dla niego sens. Wszystko inne było formą kapitulacji, a tych młody Crocuh nie kolekcjonował. Drusila również nie wydawała mu się w tym podobna Zastanawiał się czasem, kim była teraz dla niej jego matka. Ciężarem, polem treningowym, przypadkiem klinicznym, a może sentymentalnym wspomnieniem - nie potrafił tego odczytać i to go drażniło.
- Jeśli jest coś więcej, czego potrzebujesz, żeby jej pomóc… - zawahał się ledwie dostrzegalnie. - Zrobię to. - W jego głosie wybrzmiewała wola. Twarda i porywcza, jeszcze nieociosana, ale było w niej coś niebezpiecznego, podobnie jak w błysku jego lodowatych oczu, które bez lęku spoglądały na Drusillę. Nie patrzył na nią jak na przewodniczkę, a raczej jak ktoś, kto pewnego dnia mógł stać się jej równy. I być może ona też to dostrzegała.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 18-02-2026, 00:15 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.