• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, Pokątna 10/7 > Sypialnia
Sypialnia
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
25-11-2025, 20:41

Sypialnia
Przestronne wnętrze utrzymane jest w głębokiej, oliwkowej zieleni, która dominuje wśród ciemnych barw królujących w kolorystyce pomieszczenia. W powietrzu nieustannie unosi się przyjemny i kojący zapach bzu, przywodzący na myśl wiosenne wieczory. Okna wychodzą na podwórze kamienicy, przez co sypialnia często jest skąpana w półmrok. Nad łóżkiem wisi jedyna pamiątka po ojcu, jaką Morty zachował - obraz z wizerunkiem londyńskiej ulicy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Morty Dunham
Akolici
L'ennemi, tapi dans mon esprit, fête mes défaites
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
29-11-2025, 11:47
Woda była przyjemnie ciepła; ciało opadło niżej tafli, która delikatnie łaskotała każdy centymetr brzucha. Przez chwilę, między jednym oddechem a drugim, zamknął oczy, wsłuchując się w dźwięk przesuwających się po podłodze stóp. I jego glos, słowa, którego Morty skwitował parsknięciem. Unosząc powieki, dostrzegł ten jego uśmiech – szeroki, pewny siebie, podszyty odrobiną zuchwałości, jakby to on kontrolował sytuacji. Na moment oparł łokcie na krawędzi wanny, prostując się na tyle, by lepiej go widzieć.
- Tego nie dało się przeoczyć - rzucił, krzywiąc usta w paraboli zawadiackiego uśmiech, by zaraz po tym rozciągnąć się wygodnie wannie, zamknąć powieki, pozwolić pianie osłonić skrawki nagiej skóry i wyczekiwać momentu, aż do niego dołączy, chociaż ten wydawał się trwać i trwać.
Zastygł na chwile, zagłębiając się w rytm własnego oddechu. Wdech nosił w sobie ślad napięcie, lęku, który chciał dławić słowa w krtani. Wydech wypuszczał z ciała wszelkie obawy, rozchodząc się kojącą falę po spiętych mięśniach. Czul jednak, jak zniecierpliwienie pulsowało pod skórą, domagając się tego, co wcześniej - obecności, a płonący ogniem trzewia łaknęły spełnienia. Pragnienie, by Rafael był już obok, by znowu poczuć jego dotyk, ścierało się w nim z błogim spokojem, który płynął wraz ze świadomością, że jest blisko, że każda sekunda tężącego w powietrzu oczekiwania prowadzi go do tej chwili.
Powoli, niemal nieświadomie, przesunął dłonią po własnej piersi, próbując wyciszyć wzbierające w nim zniecierpliwienie. Wsłuchiwał się w rytm serca, w szmer powietrza w płucach – jakby sam oddech mógł przynieść namiastkę ukojenia, choćby atrapę spokoju, której tak rozpaczliwie potrzebował. Czuł, jak ciepło powoli rozlewa się po ciele, jak zmysły wyostrzają się w oczekiwaniu na dotyk, na splot dłoni, na oddech Rafaela muskający jego kark. Myśli zaczynały krążyć wokół wspomnień tego, co nie tak dawno doświadczył: miękkości skóry kochanka, czułości jego ust, zapachu, który przywodził na myśl letnie popołudnia i długie noce. Każda z tych myśli była jak echo niewidzialnego pocałunku, przemykającego po ciele i zostawiającego trwały ślad na duszy,
Pragnienie bliskości stawało się niemalże namacalne, rozciągało się w ciszy łazienki. Morty wyobrażał sobie, jak Rafael w końcu zanurza się w wodzie, w pianie, jak rozsiada się między jego nogami, jak ich ciała przylegają do siebie, w odpowiedzi na rozpaczliwe, wręcz desperackie pragnienie. Czuł, jak sama myśl o tej bliskości wprawia jego serce w drżenie, a skóra reaguje niezauważalnym dreszczem oczekiwania. Marzył o tym, by na powrót dotknąć jego skóry, poczuć ciepło bijące od jego ramion, zatopić się w głębi jego spojrzenia, jakby w tych oczach kryła się cała prawda o emocjach, jakie próbowały wcinać mu dech z piersi. Chciał przycisnąć usta do jego karku, zanurzyć palce w jego włosach, zatracić się w nim jeszcze bardziej niż wcześniej, jakby jutra miało nie być, jakby liczyła się tylko ta chwila, ten szept, ten oddech. Jakby świat przestawał podlegać zwykłym prawom czasu i przestrzeni, zawieszony pomiędzy jednym oddechem a drugim, w miejscu, gdzie liczyło się tylko jedno: oni i tylko oni.
Napięcie rosło, drgało pod skórę, kłębiło się w otworze krtani, kotłowało się w klatce żeber, zmuszało serce do szybszego bicia. Każda sekunda rozciągała się nieznośnie długo, w obecnym poczucie rzeczywistości w nieskończoność. Wyczuwając ruch tuż obok, słysząc szmer przy prawym uchu, w akompaniamencie cichej prośby, otworzył oczy, skupiając wzrok na nagiej sylwetce kochanka, który podszedł do brzegu wanny. . Przez chwilę, krótszą niż dwa uderzenia serca, Morty chciał go do siebie przyciągnąć, skraść mu kolejny pocałunek i po raz kolejny pozwolić sobie na utratę kontroli, lecz, zamykając ukryte pod pianą dłonie w pięść, zdławił w sobie tę chęć. Została po niej lekko piekąca w środku tęsknota.
- Już myślałem, że nie skorzystasz z zachęty i będziesz tylko stał i patrzył, jak sam zażywam kąpieli – mruknął cicho, leniwie, przeciągając ostatnie słowa, udając, że wcale nie wyczekiwał tego momentu, jak oddechu zaraz po tym, gdy głowa zbyt długo pozostawała pod wodą, a w płucach już brakowało tlenu. Próbował nadać swojemu tonowi nonszalancji, jakby ta sytuacja była elementem jego codzienności, niczym innym jak rzuconym mimochodem żartem. Prawda jednak była zgoła inna. W istocie, ta część jego osobowości, wiecznie spragniona aprobaty, bezustannie domagała się uwagi. Czuł się wtedy jak ulubiona zabawka w rękach swojego stwórcy, wystawiona na pokaz tylko po to, by wzbudzać zachwyt i tęsknotę. Czerpał satysfakcję z każdego spojrzenia, w którym pojawiał blask podziwu i który choć na moment zatrzymywało się na jego ciele. Lecz w tym momencie było w tym coś bardziej intymnego, coś zarezerwowanego tylko dla tej chwili i dla tych splecionych ze sobą spojrzeń. Lubił, kiedy na niego patrzył – tym łakomym, wygłodniałym wzrokiem, który był niemal jak dotyk. Było w tym coś niezwykle pociągającego, coś, co rozpalało w nim iskrę próżności, niegasnący żar pożądania i jednocześnie potrzebę, by być tylko jego. Przynajmniej teraz.
Przyglądając się, jak zanurza się w wodzie, zrobił mu miejsce, wtulając plecy w ścianę wanny. Objął go ramionami, zanurzając twarz w jego karku, by na moment zaciągnąć się coraz bardziej znajomym zapachem. W tej chwili, gdy mówił o tym, jak blisko ze sobą byli, wolałby patrzeć mu w oczy, lecz zadowolił się tym, co miał. Przycisnął usta do jego barku, złożył na jego skórze przelotny pocałunek, by na moment oprzeć na nim swój podbródek i podrażnić skrawki wilgotnej szyi mgiełką swojego oddechu.
– Nie za dużo tych pytań, jak na jeden raz? – wyszeptał cicho do jego ucha, powstrzymując się przed tym, by nie zacisnąć zębów na miękkim płatku. – Nie wolisz odkrywać mnie powoli, kawałek po kawałku, jak fascynującą opowieść, która zbiera sen z powiek, bo tak bardzo nie można się od niej oderwać?
Prawdą dłonią odnalazł tę niepokorną rękę, która błądziła po skrawku jego uda i jednocześnie objął go nimi ciaśniej, jakby chciał unicestwić każdy odcinek wolnej przestrzeni, która stała na drodze do scalania ich ciał.
- Wiesz, tajemnice są po to, żeby je odkrywać, ale najlepiej smakują wtedy, kiedy robi się to stopniowo. – Splótł ze sobą ich palce, muskając ustami fragment jego szyi, tam, gdzie pod skórą wyczuł pulsowanie krwi w tętnicy.– Nie bywasz zbyt często w lokalnym, magicznym teatrze, co? – Cofnął swoją twarz, opierając potylicę o ścianę wanny, gdy mężczyzna odchylił głowę do tyłu, by na niego spojrzeć. Ależ go korciło, by dotknąć ustami tych ust, chociaż ich wargi rozstały się ledwie kilka minut temu. – Właśnie tam pracuję, od około trzech lat, w Londynie mieszkam od czterech, sam. Jestem muzykiem, konkretnie wiolonczelistą, chociaż to nie jedyna forma sztuki, jaką uprawiam – rzucił ciut w jego stylu, nieco drwiąco, z podwójnym znaczeniem ukrytym na dnie słów. Powinien wspomnieć o obrazie, który namalował, pod wpływem natchnienia, jakie na niego spłynęło, po ich spotkaniu na pomoście? Nie,, nie, chciał, aby go zobaczył, by śledzić jego rekcje, lecz nieco później.– A moje nazwisko to…
Gdy Rafael zsunął się nieco niżej, aż linia wody niemal sięgała jego szyi, nachylił się nad jego twarzą, by spojrzeć mu w błękit oczu, lecz nie tyle blisko, by jego usta znalazły się za blisko jego skóry.
– Dunham. Wiele ci mówi, prawda? Teraz twoja kolej– mruknął żartobliwie, gładząc kciukiem wierzch jego dłoni. Chciał poznawać go kawałek po kawałku, rozkoszować się jego obecnością w swoim życiu, smakować jak wyborne wina, którego posmak na długo zostaje na języku.– Opowiedz mi coś o sobie. Powiedz, czym się zajmujesz. Co cię pasjonuje. Co lubisz robić w wolnych chwilach. Zdradź, jaki jest twój ulubiony kolor. I utwór muzyczny.
Zamilkł na moment, wpatrując się w linię jego ramienia. Ich dłonie wciąż były splecione, a w powietrzu unosił się zapach cedru, ciepłej wody i czegoś jeszcze – obietnicy, która była także nadzieją, że ta rozmowa to początek rozdziału, który właśnie się zaczynał i który nie skończy się wraz z nadejściem świtu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
01-12-2025, 22:01
Rzadko kierowałem się wyglądem mężczyzny, gdy zarzucałem na niego sieci i przyciągałem ostrożnie żyłkę w kołowrotku, aby nie zerwać płochej zwierzyny; w swojej wyjątkowej predyspozycji nie mogłem sobie bowiem pozwolić na wybredność, nie mogłem przebierać i wybierać, a ostrożność z tym związana dodatkowo wiązała mi ręce. Skłamałbym też, gdybym powiedział, że wygląd potencjalnego kochanka nie był dla mnie przez to istotny – był, lecz bardziej w kontekście tego, że po prostu lubiłem piękno, rzeczy ładne i ludzi przystojnych, na których można było zawiesić wzrok na dłużej. Nie oszukiwałem świata, że szukam ideału, ale gdy trafiał się ktoś taki jak Morty, nie odwracałem spojrzenia bardzo długo, sycąc się widokiem jego przystojnej twarzy i smukłego ciała. Nawet przez tych kilka sekund, zanim zniknął pod wodą.
Bez wątpienia Morty był jeszcze piękniejszy w tym mdłym łazienkowym świetle, o ile to w ogóle było możliwe. Nie piękny fizycznie nachalnie, podburzający wyobraźnię i ciepło w ciele, lecz piękny w sposób, który wypełniał powietrze czymś namacalnie gęstym, jakby to piękno dało się zamknąć w słoiczku niczym zapach albo ujarzmić na płótnie jak obraz. Poddałem się tej małostkowości, odrzuciłem te wszystkie sztampowe liczy się wnętrze – w jego wnętrzu też w końcu byłem – i skupiłem na tym, co w tej chwili było najpiękniejsze, na podziwianiu łagodnych rysów jego twarzy i delikatnie zarysowanych mięśni, na uśmiechu, w którym czaiła się obietnica nasycenia – ponownie! - mojego głodu, na frywolnym spojrzeniu, jakie ślizgało się po mnie, zanim Morty zamknął oczy. Mój oddech nieznacznie przyśpieszył, gdy wślizgiwałem się do wanny.
- Dokonywałem skomplikowanych obliczeń, czy się zmieścimy – usprawiedliwiłem swoją opieszałość – ale samo patrzenie na ciebie też mogłoby być przyjemnie. - Poczułem ciepło wydychanego powietrza na swoim karku i zadrżałem, krążąc na delikatnej linie rozwieszonej na granicy między spokojem i cieszeniem się kąpielą, a napięciem pełzającym po powierzchni skóry. Próbowałem trzymać go w ryzach, narzucić mu swoją kontrolę, chociaż duża część mnie, ta mniej rozsądna, za to poddająca się pragnieniom chwili, nakazywała po prostu odpuścić. Dać się ponieść napięciu i oddać kontrolę w ręce Mortiego; pozwolić mu zrobić ze mną, co tylko zechce.
Jego ciało jest gorące ciepłem wody i samego siebie, a ja wiem, że wcale nie jestem zimniejszy, bo przy tym mężczyźnie nie da się zachowywać ani obojętności, ani chłodu, ani czystych myśli. Pobrudzone pożądaniem i pomalowane fantazjami, takie były te, które próbowałem zepchnąć w kąt świadomości chociaż na chwilę, by przynajmniej udawać, że umiem być opanowany mając za sobą męskie ciało a na sobie męskie ramiona oplatające mnie tak ściśle, jakby Morty się bał, że zaraz stąd odejdę.
- Powoli... - powtórzyłem za nim, gdy splótł nasze palce, a ja poczułem, jak przechodzi mnie prąd i znów zadrżałem. To głupie, irracjonalne, ale prawdziwe: jego dotyk działa na mnie jak coś dawno zapomnianego. - Tacy jak ja... jak my... nam nie jest dane żadne powoli. - Westchnąłem, poddając się dotykowi ust na szyi. - Znajdujemy się szybko w najmniejszej choćby okazji i chowamy w każdej sekundzie prywatności, jaką zaoferuje nam los. Chciałbym cię zaprosić na kawę, wziąć na spacer, pójść na obiad do restauracji i wszędzie tam patrzeć ci w oczy z uśmiechem, gdy będę mówił, jak bardzo chcę cię mieć na kawiarnianym stoliku. - Każdy ruch Mortiego był płynny, niespieszny, niemal prowokacyjny; wiedział, jak mnie pobudzić i uspokoić jednocześnie, ale najgorsza - albo najlepsza – była w tym wszystkim ta bezwstydna otwartość, z jaką dał mi siebie. Jakby naprawdę lubił, gdy ktoś wydziera mu z rąk decyzyjność i władzę. - Ale nie mogę. Mogę tylko pytać, Morty, korzystając z tych łaskawych chwil i liczyć, że mi odpowiesz, zanim faktycznie cię znów wezmę. - Przechyliłem głowę, by jego oddech trafiał w wilgotne miejsce po niedawnym pocałunku na szyi.
Jego opowieść o teatrze, Londynie, wiolonczeli – wypowiedziana miękkim głosem rezonującym niekrytą miłością do tego, co robił w swoim życiu, wykreowała mi w końcu pierwszy szkic mężczyzny, z którym dzieliłem ostatnie chwile. Jeszcze dość toporny, zaledwie kilka linii, które na siebie nachodziły, ale nie tworzyły żadnego wzoru ani obrazu. Morty wciąż nie miał kolorów, które mogłem mu nadać dopiero kolejnymi pytaniami i uzupełnić odpowiedziami. Powinienem odwdzięczyć mu się tym samym; pozwolić, by namalował mnie w swojej wyobraźni, jak ja malowałem jego. Położyłem sobie nasze splecione dłonie na brzuchu, by nie kusił mnie teraz i nie rozpraszał i zastanowiłem się chwilę.
- Pracuję w ministerstwie, co jest chyba oczywiste, skoro ciąży na mnie klątwa nazwiska. Nienawidzę tego. - Spróbowałem raz jeszcze złapać spojrzeniem jego twarz, ale ciągle umykała mi w tej pozycji, której jednak nie zamierzałem zmieniać; za dobrze mi tu, w jego ramionach, objęty jego ciałem, przyklejony do męskiego torsu, który stanowił oparcie i ochronę. - Chciałem zostać medykiem. Przydać się na coś w tym chorym świecie, a w zamian przekładam stosy durnej dokumentacji. - Przerwałem, obserwując jak pojedyncza fala wywołana lekkim ruchem mojej nogi rozbija się o ścianę wanny. - Moje wolne chwile... hm... chyba jestem domatorem i cenię sobie wtedy święty spokój – odpowiedziałem nieco zafrapowany, bo jego pytanie, choć proste i wręcz standardowe, wywołało u mnie zmarszczenie brwi. Całe moje życie było wolnym czasem, ale tego nie mogłem mu powiedzieć. - Kolor? Granat, prawie czarny, ale nie do końca. Muzyka? Klasyczna, choć ta szybsza, nie ponura i smutna, która może wpędzić człowieka do grobu. - Morty Dunham miał w sobie tę dziwną umiejętność wyciągania ze mnie słów, których normalnie bym nie wypowiedział, ale o dziwo – nie przeszkadzało mi to. Ani to, że mówiłem więcej niż zazwyczaj i otwierałem się bardziej, niż powinienem.
Przesunąłem się o kilka centymetrów, aby nie zsunąć się niżej i nie zanurkować pod wodą, ale to wystarczyło, bym poczuł, że Morty znów jest podniecony. Uśmiechnąłem się sam do siebie z satysfakcją i poruszyłem biodrami jeszcze raz, wymownie i bezczelnie ocierając się o niego, by wiedział, że ja wiem i czuję, ale na wszelki wypadek, gdyby jednak nie zauważył, że właśnie sobie z nim pogrywam i wodzę go na pokuszenie, dodałem absolutnie niewinnym, wyuczonym tonem, którego mogli mi zazdrościć aktorzy z teatru, gdzie pracował:
- Mam nadzieję, że to ja cię tak podniecam a nie moja opowieść o polityce i pracy w ministerstwie... Chociaż to by w jakimś sensie tłumaczyło twoją znajomość z Nathanielem... ciągle gada tylko o tym – zaśmiałem się cicho, łapiąc się nagle za brzeg wanny i odwracając. A raczej – próbując się odwrócić, bo plątanina naszych nóg i rąk uniemożliwiła mi pełną zmianę pozycji. Zawisłem gdzieś pomiędzy, wciśnięty bokiem w Mortiego, z ramieniem wbitym w jego klatkę piersiową i przekleństwem, które wypowiedziałem cicho pod nosem. Frustracja i irytacja musiały odmalowywać się na mojej twarzy bardzo wyraźnie, ale policzyłem w myślach do dziesięciu i dopiero wtedy odwróciłem głowę, spoglądając w końcu na Mortiego. Patrzył na mnie tak, jakby dosłownie zrywał wszystkie moje tajemnice samym tylko spojrzeniem. I właśnie to spojrzenie coś we mnie poruszyło, coś, co od dawna kurczowo próbowałem trzymać w ryzach.
- Nie byłem twoim pierwszym mężczyzną – powiedziałem, bo nie było to pytanie; bardziej stwierdzenie faktu, którego potwierdzenia szukałem. Dotknąłem jego policzka, zanim zdążyłem się zastanowić nad alternatywą, którą było zatopienie ust w jego wargach.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Morty Dunham
Akolici
L'ennemi, tapi dans mon esprit, fête mes défaites
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
03-12-2025, 19:12
Samo patrzenie na ciebie też mogłoby być przyjemne pozostawiło na ustach Mortimera zadowolenie. Dobrze wiemy,że samo patrzenie ci nie wystarczy powiedział cicho, a zaraz potem Rafael zanurzał się w wannie. Poczuł, jak ciepła woda otula ich oboje, a ich ciała instynktownie się dopasowują, nie pozostawiając zbyt dużo wolnej przestrzeni nawet dla powietrza. Intymność, która kryła się w tej ciasnocie, nie potrzebowała wielkich słów, by zaistnieć. Ich dłonie zamknięte w jednym uścisku wywołały dreszcz, który rozbiegł się wzdłuż kręgosłupa.
Powoli.
Zachłysnął się tym słowem, jak powietrzem, którego nagle brakuje w płucach. Wciąż, nie odrywając warg od jego szyi, powoli, bardzo powoli, smakował jego skóry. Przymknął powieki, by chłonąć głębokie brzmienie jego głosu, które rezonowało gdzieś w środku, budząc w nim drżenie, nie tylko ciała, ale także duszy. Obracał te słowa w myślach, jedno po drugim, pozwalając, by w nim rozkwitły, bo przecież podzielał jego pragnienie. Wyobrażał sobie, jak razem wychodzą na spacer do parku, gdzie wiatr porusza niesfornymi kosmykami włosów, a światło układa się w mozaiki na ich twarzach. Marzył, by znów odnaleźć jego dłoń, tak jak przed chwilą, gdy piana zakryła ich ciala, a spleciona palce stały się pieczęcią ich bliskości, zaklęciem przeciw samotności, cichym, rodzącym się w nich manifestem.
- Nie musisz mówić tego na głos, twoje spojrzenie robi to za usta, Rafaelu. Nie zapominaj, że tacy jak my również zasługują na chwile szczęścia, nawet jeśli musimy je wykraść z rąk losu - mruknął cicho, z lekko figlarnym uśmiechem, którego mógł poczuć na linii karku, gdzie zawędrowały jego wargi. Chciał, by ta chwila - zamknięta w wieczności, odcięta od zgiełku- trwała jak najdłużej, bo przecież to, co zakazane, często ma najlepszy smak, a ukradzione szczęście potrafi rozświetlić najciemniejsze zakamarki duszy.
To niebywałe, jak w obecności Rafaela ulegał mrzonką. Pozwalał sobie na tę odrobinę szczerości, na pragnienie, które nie chciało znać żadnych granic. Pozwalał, by jego obecność stała się bezpiecznym schronieniem, w której mógł zdjąć zakładane maski. Jakby w tej ciszy, przerywanej tylko cichym szeptem i przyspieszonym biciem serca, odnalazł tego własny kawałek nieba pożerany przez hipnotyzujący błękitu jego oczu.
Wydawało mu się, że usłyszał w jego słowach nutę wybrzmiewającą żalem - tym, który tkwi jak drzazga głęboko w ciele i za nic nie chce odejść, tym, który zostaje w człowieku na długie lata, a może nawet do końca i razem z nim jest złożony do grobu; tym, który przejmuje rolę nieodłącznego towarzysz, wciąż przypominającego o tym, co zostało utracone, a czego nigdy nie uda się już odzyskać. A zatem nie każdy właściciel nazwiska Crouch był wierny politycznemu powołaniu, odnotował myślach, w rytm krótkiego i równie treściwego nienawidzę tego, jakby mężczyzna chciał wypluć tą całą gromadzącą się w nim żółć, lecz nie mógł, bo była częścią jego istnienia. Był jak Morty - przez lata nauczył się tłumić uczucia, zakładać maski i milczeć wtedy, gdy głos serca krzyczał najgłośniej? Gdyby przeżycia minionych lat nie wytrąciły mu z ręki naiwności, mógłby zapytać, dlaczego nie poszedł za głosem serca, tylko wybrał drogę sumienia. Jednak nie musiał pytać, znał odpowiedź; była ukryta w drżeniu jego ciała, w słowach, w geście dłoni zaciskającej się mocniej na jego palcach.
Wiążące ich łańcuchy przeznaczenia były zbyt silne, aby się z nich uwolnić, a człowiek zbyt słaby, aby wygrać z wyrokiem, jaki zamierał na ustach fortuny. Odgrywał zbyt dużą rolę w ich życiu. Sprawił też, że spotkali się tamtego dnia na pomoście. Obudził Mortiego o trzeciej nad ranem przeczuciem pełznącym pytko pod skórą i mocniejszym biciem serca. Te samo przeczucie nakazało mu wyplątać się z pościeli i udać się nad jezioro. Uwierzyłby, gdyby powiedział, że to los był odpowiedzialny za skrzyżowanie ich ścieżek?
- Zgaduję, że to nie jest jedna z tych klątw, które można zdjąć, jak niepotrzebną warstwę ubrań – mruknął znacznie ciszej, a gdzieś na krawędzi jego słów zatlił się smutek, sięgający znacznie głębiej niż poruszany przez nich temat. Był to smutek, który jak ciężkie czapy śniegu na dachach, osiadał na dnie jego duszy; przynosił przenikający pod sploty skóry chłód, którego jednak teraz nie odczuwał. Ciepło wody, a także to bijące od kochanka, skutecznie ogrzewało jego ciało, otulało je jak miękka kołdra w środku srogiej zimy, sprawiając, że zbliżał się niebezpiecznie do granicy szaleństwa własnej namiętności. To ciepło kusiło, zachęcało, by jeszcze raz zanurzył się w tym grzechu – w słodkim, uderzającym do głowy smaku zakazanego owocu, jakim Rafael pod wieloma względami dla niego był. Zaciągnąć się jego zapachem, pozwolić mu spętać myśli, a potem skosztować smaku jego ust, skóry; poczuć go w sobie, jeszcze bardziej niż wcześniej, każdą synapsą rozpaloną w ciele.
Póki co jednak wsłuchał się w tembr jego głosu, w słodko-gorzkie wyzwanie, jakie niosła za sobą gorycz tego, kimś chciał być, a kim się stał. Słowa Rafaela wypełniały przestrzeń, otulały i jednocześnie rozdzierały, wywoływały poczucie nostalgii i tęsknoty za tym, co utracone, a zarazem nadzieję na to, co może nadejść.
- Może nie warto ratować tego świata? - szepnął wprost w skórę jego karku, gdzie jego głos zmieszał się z krwią pulsującą pod jej splotami. Rafael miał tak dobre i wielkie serce? Przemawiała przez niego empatia, czy pragmatyzm, potrzeba bycie potrzebnym? Morty nie sądził, by jedno i drugie było kluczem do zbawienia świata, raczej otwierało drzwi do jeszcze większego cierpienia. – Powiedz, co by było gdybyś zapadł na smoczą ospę? - prowadził dalej czysto-teoretyczne rozważania; znienawidzi go za to, czy będzie chciał go jeszcze bardziej? – Pomyśl o tym, jak o stracie – dodał. – Gdybyś zachorował, nie mielibyśmy okazji się spotkać.
Kiedyś, dawno temu, gdy jeszcze pobierał naukę w Hogwarcie, skrycie zazdrościł takim, jak Rafael - uprzywilejowanym, bogatym, z wachlarzem perspektyw. Kiedyś, bo potem zdał sobie sprawę ,ze nazwisko,które otwiera wiele drzwi, równie skutecznie podcina skrzydła, a on nie potrafiłby żyć życiem kogoś innego. Jak ptak zamknięty w złotej klatce , oczekiwań. Zrobiłby wszystko, aby robić to, do czego został stworzony. Oddałby nawet duszę diabłu. Popisałby cyrograf własną krwią. Złoży na ołtarzu ofiarę z kilkudziesięciu lat życia tylko po to,by choć przez chwilę poczuć, że naprawdę żyje – nie za czyjeś wyobrażenie, nie według cudzych zasad, lecz podążając własną, choćby najbardziej zawiłą, wybrukowaną przeznaczeniem ścieżką.
Rafael przesunął się o kilka centymetrów, napierając na niego intensywniej, a Morty od razu poczuł falę ciepła rozlewają się po całej długości ciała, która zmagazynowała się w podbrzuszu. Biodra mężczyzny poruszyły, tym razem wymownie, bezwstydnie się o niego otarły, w jawnym, czytelnym komunikacie, że już wyczuł, wie o jego podnieceniu i z premedytacją z nim igra. W porę zacisnął zęby na dolnej wardze, tłumiąc usiłujący wyrwać się z gardła cichy jęk.
- Nie wątpię, że z twoich ust nawet cytowane paragrafy byłyby przepełnione seksapilem - rzucił, wtórując mu cichym śmiechem, który zmienił się w ledwie słyszalny syk, gdy męskie ramie wbiło się w jego klatkę piersiową, chociaż usta wykrzywił w lekkim uśmiechu imitującym rozbawienie.
Chyba najwyższy czas zainwestować w wannę o większej pojemności, przemknęło mu przez myśl, lecz owa szybko została zastąpiona przez inne, gdy wodził spojrzeniem po nagim ciele kochanka. Nie spodziewał się po nim takiego przejawu szczerości. Nie spodziewał się, że będzie chciał rozmawiać. I nie spodziewał się, że nadal będzie łaknął tajemnic, na jakie się składał. Nadal chciałby go bardziej poznać. Dowiedzieć się kim był mężczyzna, którego z tak ogromną przyjemności przyjął w sobie.
- Było kilku przed tobą - przyznał, wtulając tymczasowo policzek w jego dłoń. Kilku, których mnie miało, ale żaden z nich nie zagościł w moim życiu na dużej, chociaż jeden aspirował na miejscu u mego boku, a jak będzie z tobą, Rafaelu?, nie mówiły usta, ale pytało spojrzenie. Zostaniesz na dłużej, czy znikniesz jak mgła o poranku, rozproszona promieniami słońca przebijających się przez gęsta zasłonę chmur? – Ale muszę przyznać, że jesteś pierwszym od dawna.
Nie kłamał. Dawno nie uwikłał się w romans z drugim mężczyzną. Myślał nawet przez chwile, że ten rozdział już zamknął, porzucił, jak książkę, której nie warto drugi raz czytać, dopóki nie spotkał go na tamtym pomoście, w barwach granatu, jego ulubionego koloru, w akompaniamencie muzyki klasycznej wybrzmiewającej w głowie, tej pogodnej, którą sobie upodobał. Żadnemu mężczyźnie tak w krótkim czasie nie oddał tyle, co Rafaelowi w ten jeden wieczór. Nie przeszkadzał mu to jednak. Czuł spełnienie i ukojenie jednocześnie. Azyl dla ciała i myśli.
- Ja też nie jestem twoim pierwszym – stwierdził, by ta oczywistość wybrzmiała między nimi, na styku ich oddechów. Sięgnął ustami do kącika jego ust, potem, pomknął nimi niżej – do krzywizny szczęki. Przymknął powieki, rozkoszując się każdym skrawkiem skóry, którego dotykał. Jakby chciał zapamiętać jej kształt i krawędzie. Nauczyć się ich na pamięć. Rozpamiętywać w długie, samotne wieczory. – Czytasz książki? Ulubiony cytat? – Dłońmi zaczął błądzić po jego ciele.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
07-12-2025, 12:19
Poczułem, że teraz mogę pozwolić sobie na chwilę słabości, na ten ckliwy moment beztroskiego nic mnie nie obchodzi połączonego z jaką on ma przyjemną w dotyku skórę, czy to w ogóle anatomicznie możliwe, by mężczyźni byli tacy delikatni i miękcy?, kiedy Morty mnie pocałował, a ja – uwięziony w niewygodnej pozycji – mogłem tylko mu się poddać. Zresztą i tak nie chciałem uciekać, nie zamierzałem wydostawać się z pułapki i szukać oswobodzenia, skoro w jego ramionach było tak przyjemnie, tak ciepło i na swój sposób bezpiecznie. Przesunąłem palcami po jego policzku bez pośpiechu, który towarzyszył mi w sypialni i musnąłem kciukiem dolną wargę, czekając, aż rozchyli usta, bym mógł wsunąć go ponownie do środka. Patrzyłem przez moment jak zahipnotyzowany, jak obejmuje palec ustami, czując jednocześnie na opuszce jego język, a potem westchnąłem tak głęboko, że klatka piersiowa i ramiona uniosły się wysoko.
- To tłumaczy, skąd tak dobrze wiesz, jak zadowolić wymagającego mężczyznę – mruknąłem pod nosem, ale uśmiechałem się przy tym, wciąż wpatrzony w jego usta. Z niechęcią cofnąłem dłoń, pozbawiając się imitacji innej pieszczoty, na którą nabrałem ochoty. - A kobiety? - rzuciłem pytanie z pozorną lekkością, niemal od niechcenia, podejmując próbę ponownego przesunięcia się w wannie do wygodniejszej pozycji i kilka ruchów później znalazłem się w końcu z nim twarzą w twarz, pół klęcząc, pół siedząc zanurzony w wodzie. - Też były jakieś przede mną? - Czy tak jak ja musiał ukrywać swoje preferencje i gusta przed całym światem, sięgając może nie po instytucję małżeństwa, ale okazjonalne pokazanie się na mieście i w towarzystwie z jakąś panną? A może był jednym z tych, którzy czerpali przyjemność niezależnie od płci swojego kochanka lub kochanki?
Położyłem dłonie na jego kolanach i jednocześnie zacząłem przesuwać je w górę nóg, błądząc po mokrym ciele, jakby moje dotknięcie mogło wyrzeźbić tę chwilę na stałe w naszej pamięci. Dotarłem do ud i zatrzymałem się, spoglądając wymownie w dół, gdzie woda i warstwa piany zatrzymywały moje spojrzenie; nie musiałem jednak widzieć, aby mieć pewność, że Morty jest podniecony, czułem go w końcu jeszcze chwilę temu.
- A jest ktoś, kto nie czyta książek? - zapytałem retorycznie, bo zapewne zdarzały się i tacy ludzie, pozbawieni wyobraźni, fantazji i wszystkich niesamowitych przygód, które rozpoczynały się wraz z przeczytaniem pierwszego zdania. Oderwałem jedną dłoń od nogi mężczyzny i przycisnąłem ją do klatki piersiowej, unieruchamiając jego ciało między sobą a wanną. Drugą dłonią kontynuowałem wędrówkę, obierając kurs nie ku górze, ale na bok i z uśmiechem satysfakcji na twarzy ponownie tej nocy objąłem go palcami. Pasował idealnie do mojej dłoni, wręcz lepiej niż wcześniej, chociaż bez wątpienia było to subiektywne odczucie; w końcu już się go trochę nauczyłem, domyślałem, jaki dotyk najbardziej lubi i jaką pieszczotą mogę go znów doprowadzić na szczyt. Przysunąłem się bliżej, blokując mu kolana. - Piekło jest puste – wymruczałem, pochylając się nad jego twarzą – a wszystkie diabły są tutaj. - Pocałowałem go powoli, nieśpiesznie, niemal nieśmiało, tak samo jak pieściłem go dłonią; mieliśmy przed sobą kolejne godziny nocy, a ja nie zamierzałem zmarnować ani jednej minuty. I chciałem, żeby pamiętał mnie bardziej niż tamtych wszystkich. - Szekspir – dodałem słowem wyjaśnienia, choć i tak nie miało to już żadnego znaczenia, gdy z każdą kolejną sekundą całowałem go gwałtowniej, namiętniej, desperacko łaknąc bliskości, którą nadawałem naszym ciałom coraz szybszymi pieszczotami.
W tym świecie, w którym żyliśmy, otaczały nas diabły, z którymi samotna walka była skazana na porażkę. Nie tylko wojna była złem, które opanowało świat, nie tylko ludzie, którzy sami to zło czynili. Żyliśmy wśród zasad, które nie przewidywały dla nas szczęścia; tradycji, która nawet nie uznawała naszego istnienia; prawa, które odbierało nam prawo do bliskości i radości. Zostawał nam mrok i ciemność, zaryglowane drzwi i tajemnice, których należało strzec z najwyższą pilnością. Byłem pewien, że w piekle miałbym więcej swobody niż na ziemi.
Mój oddech zatrzymał się na ułamek sekundy, dłoń zacisnęła mocniej, ciało napierało, korzystając z kolejnego daru uległości. Pozwoliłem sobie na słabość, pozwoliłem sobie poczuć i w końcu pozwoliłem sobie rozważać... więcej. Więcej spotkań, rozmów, uśmiechów, spacerów po Londynie jak dwaj znajomi, herbaty przy stoliku zawalonym dla niepoznaki pergaminami, jego głosu w Palatium Librae odbijającego się od ścian, skradzionych chwil rozkoszy przeżywanych z dala od oczu innych. Czy mógłbym go zaprosić do siebie w sposób, który nie budziłby podejrzeń? Oficjalnie wprowadzić w progi własnych komnat, przedstawić jako artystę i protegowanego, nie kryć się z tą znajomością? Nikt by się nie dziwił, że Crouch wpiera kulturę, młodzieńca z talentem muzycznym. To aż nadto wygodna przykrywka. Naturalna. Bezpieczna. Logiczna.
- Chciałbym znów się spotkać. - Spojrzałem mu w oczy, przerywając pocałunek, ale nie dotyk dłoni. - Lepiej cię poznać. - Odkryć, zrozumieć, zaufać. Ryzykowaliśmy obaj, choć to ja miałem więcej do stracenia. Czy inni nie zaczną zadawać pytań? Czy nie zauważą tej iskry, która paliła się między nami nawet teraz, zanurzona pod wodą, skrzętnie ukryta przed światem? - Częściej dotykać. - Ostatnie słowa wypowiedziałem niezrozumiale w jego usta, ale zrozumiale przetłumaczyłem je na język fizyczności. Podniecała mnie jego bliskość i to, jak bardzo gotowy się dla mnie zrobił; kolejne pocałunki nie miały sobie nic z dawnego spokoju i delikatności, delikatne przestały być ruchy mojej dłoni i warkot w głosie, gdy kazałem mu się odwrócić. Nie obchodziło mnie jak to zrobi w tej wąskiej przestrzeni, uwięziony dodatkowo moim naporem. Woda falowała, kilka razy wylewając się drobnym strumieniem na zewnątrz, ale i to pozostawało daleko poza moim zainteresowaniem.
Pośpieszałem go niecierpliwymi syknięciami, bo napięcie w moim ciele zbliżało się do niebezpiecznego apogeum, a kiedy w końcu miałem go przed sobą, tyłem, z linią pleców wygiętą w delikatny łuk, jęknąłem głośno, czując się tak, jakbym wreszcie był tam, gdzie powinienem. Dłonie same odnalazły właściwe miejsce na jego biodrach i jeden głęboki oddech później znów byłem w nim. Najpierw powoli, tak by każdy centymetr naszej bliskości mówił więcej niż słowa, które mogłyby zniszczyć tę chwilę, ale później... z mojego słownika zniknęły pojęcia takie jak wolno, ostrożnie i bez pośpiechu. Zniknęło też poczucie czasu, które powróciło dopiero z momentem – minuty, godziny, lata później – gdy ponownie doszedłem, opadając ciężko na mokre ciało pod sobą.
Chciałem coś powiedzieć, ale słowa ugrzęzły mi w gardle, więc jedynie musnąłem skórę na jego karku i oparłem się ramionami o brzegi wanny, by uwolnić go spod siebie. Odczekałem trochę, zanim byłem w stanie wykrzesać z siebie z choćby słowo.
- Zgłodniałem, Morty. Jadłeś kiedyś jajecznicę w środku nocy? - Ustami powoli zaznaczyłem ścieżkę od karku do jego łopatek. Nie musiałem go dotykać mocno, wystarczyła ledwie widoczna linia pieszczoty, by poczuć, jak reaguje i wprawić mnie w jeszcze większą satysfakcję. Nie miałem już wątpliwości, że chcę, by przychodził do mojego domu, palił papierosy na moim tarasie, słuchał moich skarg na pracę i codzienne życie. Może na miesiąc, rok a może na dłużej, ale chciałem, by nie znikał.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#15
Morty Dunham
Akolici
L'ennemi, tapi dans mon esprit, fête mes défaites
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
12-12-2025, 19:53
Nie bronił się przed niczym. Czuł błogość, która na moment zawiesiła się na jego wargach w subtelnym grymasie zadowolenia. Jego dotyk palił w skórę, a to sprawiało, że pragnął, by nie przestawał adorować jego ciała swoimi palcami. Czując jego kciuk na swoich ustach, rozchylił je, by zaraz po tym, doskonale wyczuwając jego intencje, objąć go wargami, otoczyć czułą opieką języka i bezwstydnie napawać się uwagą, którą mu dawał; tym przepełnionym pożądliwości spojrzeniem, przez które płytko pod splotami skóry przepływał przyjemny prąd, którego wkrótce czuł w każdym włóknie ciała.
- Jest pan usatysfakcjonowany, sir? - rzucił nieco kpiąco, lecz było w tym więcej przekory niż drwiny. Kolejne pytanie go nie zdziwiło. Sam, odkąd zobaczył błysk ślubnej obrączki na jego palcu, był ciekawy, jakie relacje łączyły go z kobietą, której złożył przysięgę małżeńską; lojalności i wierności nie dawał większej szansy. Mógł o to zapytać, mógł zaspokoić swoją ciekawość, lecz nie teraz, nie w tej chwili, czując, jak napiera na nim całym swoim, rozgrzanym ciałem. - Mniej liczne grono niż te męskie, ale owszem, bywały.
Nadal są, jedna, mruknął z goryczą, lecz jednak nie chciał się teraz pochylać nad charakterem tej relacji. Nie, gdy miał przed sobą żywy dowód na to, jaki los bywał przewrotny, ale też niebywale kapryśny w swoich bezlitosnych wyrokach. Odchylił nieco głowę, czerpiąc przyjemność z wędrówki jego palców. Jego bliskość była narkotyczna. Obawiał się, że im dłużej będzie ją spożywać, tym mocniej się od niej uzależni. Już teraz czuł nienasycone pragnienie, którego nie wiedział, jak ugasić.
- Zdziwiłbyś się, jak wielu ludzi nie odkryło piękna literatury - mruknął, nawet jeżeli to pytanie nie wymagało od niego żadnych słów. Stęknął cicho, czując jak Rafael dotarł tam, gdzie Morty pragnął go poczuć i wkrótce po tym, nie przedłużając jego męki, objął go swoją dłonią, najpierw delikatnie, potem mocniej, jakby doskonale wiedział, jak obchodzić się z instrumentem jego ciała . - Wiemy, czym jesteśmy – wysapał ledwie słyszalnie, obawiając się, że zaraz słowa wycofują się do krtani i zostaną tam dłużej – ale nie wiemy, czym się możemy stać – wyrzucił z siebie na wydechu, odpowiadając cytatem na cytat nie spodziewając się, że przemówi dramatem Szekspira.
Kurwa. Czy mogło być lepiej? Zacisnął palce na jego ramieniu, szukając w nim oparcia. Z jego ust, doprowadzony na granice spełnienia, uchodziły na przemiennie głośne, głębokie westchnienia i ciche jęki.
- Też tego chce - zawtórował mu, krzyżując spojrzenie z hipnotyzującym błękitem jego oczy, chociaz w tym stanie skupienie wzroku na jednym punkcie przychodziło mu z coraz większym trudem. Jego własne, w odcieniu hebanu, pociemniały od przyjemności, jaką mu sprawiał dotykiem swojej dłoni. Głos miał drżący, zachrypnięty od emocji, jakie w nim wywołał. – Chcę cię widywać - wyznał, ledwo odnajdując i dobywając słowa. Nie wiedział, czy w przestrzeni publicznej będzie potrafił się kontrolować, zachować dystans. Czy ktoś, przyglądając im się z większą starannością, nie dostrzeże rozszalałych ogników płonących na krawędzi ich rozszerzonych od ekscytacji swoją obecnością źrenic. Nie wyczuje, jak lgnął do siebie ich spragnione dotyku ciała. Wydawało mu się, że pożądanie, jakie teraz odczuwał nie było tylko żywą istotą, ale także materialnym, fizycznym bytem, stojącym tuż obok. Czymś, co nie istniało tylko w nich, ale też poza nimi, poza czasem, który w tej niewielkiej wannie; poza przestrzenią, którą chciał z nim dzielić. – Wiedzieć, jak minął ci dzień. Poznać - chciał mówić dalej, ale słowotok myśli zgubił się w jego wargach, gdy zainicjował kolejny pocałunek, wykradając mu dech z piersi. Jęknął zatem tylko cicho w jego usta, przyjmując wszystko, co mógł mu dać, chociaż sam pragnął w tej zachłanności niedosytu czegoś więcej, znacznie więcej. Chciałby wiedzieć co aktualnie czyta; jakie emocje zaczną mu towarzyszyć. po zerknięciu na Uporczywość pamięci Dalego; za jakie struny wrażliwości pociąganie, gdy zagra dla niego, t y l k o dla niego Après un rêve.
Napawając się tym, jak Rafael pozbawiony nieśmiałości, pewnym ruchami palców, sprawiał mu nie tylko przyjemność, ale też co, że robił się coraz twardszy i jednocześnie chciał w tej chwili rozpaść się w jego ramionach. przymknął na moment powieki, delektując się tym dotykiem. Gdy z głębi jego gardła, z rozchylonych warg, wydobył się cichy pomruk zadowolenia, a potem wyższy dźwięk balansujący na pograniczu falsetu, pozwolił sobie na bezwstydność swoich wyobrażeń. Chciałby obdarzyć go zaufaniem. I mieć prawo za nim tęsknić w każdej sekundzie, gdy imitacja jego obecności zapełni obrzeże jego umysłu, a w tym stanie myśleć tylko o tym, jak bardzo chcę położyć twarz na jego kolanach, poczuć jego dłoń na swoim karku, potem być może jego usta na swoich usta i pozostać w tej chwili całą wieczność, z poczuciem, że nie liczy się nic więcej. I pielęgnować te chwili w swojej głowie, z tym samym pietyzmem, z jakim kobiety troszczą się o swoją najcenniejsze klejnoty.
Z transu wybudziło go ciche, warkliwie i jednocześnie władcze, przepełnione dominacją odwróć się, które sprawiło, że przyjemny dreszcz przebiegł wzdłuż linii kręgosłupa. Zadrżał pod jego naporem, otwierając jedno, a potem drugie oko. Uśmiechnął się nieco leniwie, sardonicznie, bezczelnie, z lekko rozchylonymi wargami, zerkając mu prosto zamglone pragnieniem oczy.
- Dans un sommeil que charmait ton image, je rêvais le bonheur, ardent mirage - wymamrotał wprost w jego wargi, a zacisnąwszy na dwa uderzenia serca zęby na dolnej, celowo go drażnił, celowo przeciągał to, co nieuniknione. On w nim. Ich ciała poruszające się w jednym rytmie. Ich płuca oddychające tylko dla siebie.
Słysząc ponaglający syk, miał ochotę oprzeć ciężar swojej dłoni o płonący rumieńcem policzek, lub nawet sięgną c po niego palcami, lecz ostatecznie zlitował się nad głodem, jaki wydzierał z jego oczu i zdawał się rozszarpywać go do środka. Słyszał to w jego urwanym, nierównym, wręcz poszarpanym oddechu. I tym, jaki napastliwy stał się jego dotyk - wcześniejsza delikatność zniknęła zastąpiona nagłą gwałtownością.
Już wcześniej przekonał się, jaki niecierpliwy potrafił być, gdy pożądania brało go w swoje władnie, teraz też został przez niego zniewolony, czemu potwierdzeniem były jego zniecierpliwione palce. Zmiana położenia ciała w tak wąskiej wannie graniczyło z niemożliwością, lecz było wykonalne, bo jak przystało na kogoś, kto kiedyś zajmował się akrobatyką, z niebywałą gracją i zwinnością wywiązał się z tego zadania, jednocześnie zaciskając dłonie po obu krawędziach wanny, zanim znowu poczuł w sobie jego najpierw subtelną, a potem coraz bardziej nachalną obecność, zwiększoną przez intensywność pchnięć. Czując, jak ta bliskość otumania mu zmysły, nie pozostawił mu większego wyboru. Dostosował się do narzuconego przez kochanka tempa, na zmianę jęcząc i szeptając gorączkowo jego imię, niemal z nabożnym namaszczeniem przyjmując każdy spazm przyjemności, targający ciałem.
- Rafael - wystękał cicho jego imię po wszystkim, bo tylko na tyle było go stać, jakby cały ogromny zasób słów, jakim jeszcze kilka minut temu dysponował, udał się na wyprawę po bardzo odległej kranie. Może - czego w skrytości serca im życzył - dotarły do raju, by tam wieść życie miodem i mlekiem płynące.
Cichy pomruk wydobył się z otworu jego krtani, gdy Rafael przycisnął - nie, nawet nie przycisnął - musnął wargami linie jego karku, wędrując nimi aż po łopatki, po swoim dotyku pozostawiając palące ukojenie. Ciało, wrażliwe na każdą pieszczotę, jego pieszczotę, nadal drżało. On nadal cały drżał, łapiąc łapczywie do płuc tlen. Jakby mógł udusić się właśnie zaserwowaną mu przyjemnością. Przez chwile nawet obawiał się, że zabraknie mu powietrza. I pomyślał, z odrobiną rozbawienia, że to nie byłby zły koniec. Właściwie całkiem przyjemny.
Korzystając z luksu, jaki mu podarował, opierając ramiona o krawędzie wanny, z pluskiem wody odwrócił się do niego przodem, bez namysłu objął dłońmi jego kark, przyciągnął go do siebie, jakby wciąż było mu mało, opierając własną polityce o twardą ścianę. W tym całym ferworze emocji nie zorientował się, że woda już ostygła, stała się niemal zimna. Ogrzewało go coś innego. To, co płonęło w jego trzewiach. I męskie ciało, które miał nad sobą.
- Dopiero teraz? - zapytał z błyskiem w oku. – Wydawało mu się, ze byłeś głodny już wcześniej - mruknął psotnie w zagłębienie jego szyi, smakując językiem jej słony smak.– Odkąd przekroczyłeś próg mojego mieszkania - dodał, z lekkim, leniwym rozbawieniem rozlanym na wargach. Głod i pragnienie przeplatały się w jedno i obecnie wydawały się nie posiadać dna. - Niech będzie jajecznica, pod warunkiem, że usmażymy ją razem. Kiepski ze mnie kucharz – rzucił, znowu pozwalając na to, by ich usta spotkały się za sobą w czułym objęciu namiętności.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#16
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
18-12-2025, 13:21
Wydawało mi się, że Morty zadawał swoje pytania nie tylko po to, aby zdobyć informacje, ale by mnie jeszcze bardziej sprowokować. Nie tylko po to, by poznać mnie, Rafaela Croucha, ale rozbudzić coraz bardziej senne myśli, które w cieple wody odpływały gdzieś w kierunku łóżka i odpoczynku. Nie po to, by dowiedzieć się, kim jestem i jaką rolę przeznaczono mi w życiu, ale żeby wymusić na mnie gwałtowność reakcji i wyszeptane w kark pożądanie. Jak inaczej miałem wytłumaczyć sobie to kpiące usatysfakcjonowany, które wdarło się prowokacyjnie do mojej świadomości i żądało odpowiedzi, że satysfakcję z jego ciała bardzo chętnie wyrwę sobie raz jeszcze, a potem drugi, trzeci, piąty do rana, do końca dnia, miesiąca, roku, dopóki złośliwość losu nie zastopuje tego, co między nami się rodziło. Bo coś bez wątpienia się rodziło, nawet jeśli w tej chwili była to czysta fizyczność, której nie chciałem zamykać w żadnych ramach.
Dlatego nie odpowiedziałem mu słowem, ale gestem, znów zatracając się w przyjemności, którą mi zaoferował i będąc tak dramatycznie blisko chwili, w której dotarło do mnie, że czuję coś na kształt szczęścia, które zupełnie do mnie nie pasowało, bo szczęście od dawna nie było żadnym puzzlem w moim życiu – a jeśli już to tym jedynym, którego brakowało do ukończenia układanki. Żyłem na kredyt i miałem tego świadomość; każdy dzień był wyrwany z kalendarza losu i za każdy dzień byłem losowi jednakowo wdzięczny, ale w żadnym nie pozwoliłem sobie na odczuwanie czegoś tak stałego jak szczęście. Radość – owszem. Satysfakcja – bez wątpienia. Przyjemność i rozkosz – jak najbardziej. Ale szczęście było czymś tak odległym i niezrozumiałym po tym, co czułem po odejściu Thobiasa, że powtórne pozwolenie sobie na odczuwanie go, było jak posypywanie rany solą.
Nie było sensu być szczęśliwym, skoro szczęście w każdej chwili mogło się skończyć.
Kiedy napięcie wreszcie opadło, a ja wraz z nim opadłem na Mortiego, zostało we mnie coś znacznie trudniejszego do nazwania niż przyjemność. Ciepły ciężar zalegający w płucach nie tyle odbierający oddech, co wymuszające głębsze wciągnięcie powietrza, jakbym wraz z nim wciągał w siebie pragnienie większej bliskości. Czułem obecność Mortiego nie tyle w dotyku, ile w przestrzeni, którą sobą wypełniał; w sposobie, w jaki oddychał obok mnie; i w tym, że przez krótką chwilę nic nie musiałem udawać.
- Ten głód już zaspokoiłem – odpowiedziałem bez wahania, obdarzając go uroczym, niewinnym, niemal słodkim uśmiechem kogoś, kto najadł się najwspanialszych potraw na świecie i jedyne o czym marzy, to po prostu móc się nasycić ich smakiem. Potem jednak moje spojrzenie otarło się o nagi tors Mortiego i ponownie zsunęło w dół po jego ciele, gdzie piana zniknęła prawie całkowicie. - Przynajmniej chwilowo – mruknąłem w nagłym rozkojarzeniu. Pocałowałem go ostatni raz, szybko, przelotnie, ledwie muśnięciem warg i odsunąłem się, siadając naprzeciwko niego prawie po turecku; zgięte kolana oparłem o ścianki wanny, zachowując jako taką równowagę. Chłód dotarł do mnie niespodziewanie, jakby w jednej chwili, gdy pożądanie było na moment opanowane, każdy nerw mojego ciała zaczął znów normalnie funkcjonować i odbierał każdy z bodźców a nie tylko te, które płynęły od Mortiego.
Oparłem głowę o brzeg wanny i zamknąłem na kilka sekund oczy. Byłem zmęczony, ale nie w tym fizycznym sensie, który znałem z długich nocy w pracy czy z niekończących się spotkań; nawet nie w tym sensie, który właśnie wgapiał się we mnie ironicznie z drugiego końca wanny. To było zmęczenie po pozwoleniu sobie na prawdę. Na odsłonięcie czegoś, co zwykle trzymałem ciasno zamknięte, owinięte warstwami ironii, dystansu i kontroli.
- Nie lubię wielkich deklaracji, Morty – powiedziałem z zamkniętymi oczami. - Tych wszystkich zapewnień, że będzie dobrze, że będzie na długo, na wieczność, że tylko my i nikt. Deklaracje w tym świecie nic nie znaczą. - Zastanawiałem się, czy on też ma w sobie ten rodzaj głodu, który nie kończy się wraz z chwilowym zaspokojeniem, ale wtedy dopiero zaczyna się rozbudzać. Głodu, który trzeba zaspokajać raz za razem, nie tylko seksem, ale tą zwykłą, codzienną bliskością. Smażeniem jajecznicy i wieczorem przy książce. Głodem, który teraz chciałem zaspokajać tylko z nim, a jednocześnie byłem świadomy, że robienie planów to rzucanie wyzwanie losowi. - Ale jeśli byłbyś naprawdę chętny... i chciał się znów spotkać... widywać częściej... zachowując stosowną dyskrecję – mówiłem wolno, otwierając w końcu oczy i spoglądając uważnie na swojego towarzysza. Jeśli też tego chciał, to byliśmy do siebie bardziej podobni, niż przypuszczałem. - Możemy spróbować i zobaczyć, co z tego wyniknie. Bez obietnic, bo nic nie jest pewne. Chcę żyć dniem, Morty i nie będę tego zmieniać. Jeśli chcesz żyć dniem ze mną, to serdecznie zapraszam. - Uśmiechnąłem się lekko, a w mojej głowie pojawiły się obrazy, których od miesięcy nie chciałem do siebie dopuszczać ze strachu i obaw o to, że tak łatwo stracić nawet marzenia. Obrazy zwyczajne, niemal banalne: rozmowy bez świadków, wspólna cisza, codzienne pytania zadawane bez ukrytych intencji. Rzeczy, które powinny być naturalne dla każdego człowieka, a jednak dla mnie były nierzadko nieosiągalne.
Zastanawiałem się, czy byłbym w stanie udźwignąć taką bliskość na dłużej, czy nie zniszczyłbym jej własnym lękiem, przyzwyczajeniem do kontroli, do układania świata w bezpieczne, przewidywalne struktury. Czy nie uniknąłbym strachu rodzącego się z doświadczeń z Thobiasem i sam nie zacząłbym się zamykać przed bliskością, którą dawałby mi Morty.
Wstałem, ociekając wodą i wyszedłem z wanny, bezceremonialnie zaczynając grzebać po szafkach w poszukiwaniu suchego ręcznika. Wycierając się, myślałem o ryzyku. O spojrzeniach, pytaniach, domysłach, które mogłyby się pojawić, gdybyśmy pozwolili sobie na więcej niż tylko zamknięte drzwi i chwile ukryte za zasłonami w oknach.
- Myślisz, że jestem lepszym kucharzem od ciebie? - zapytałem powątpiewająco, obwiązując się ręcznikiem w pasie. - O jajecznicy wiem tyle, że powstaje z jajek i przynosi ją lokaj. - Rozejrzałem się teatralnie dookoła. - A tutaj nie widzę żadnej służby, więc chyba mamy problem. - Nie wiedziałem jeszcze, czym dokładnie mogliśmy się stać. Ale po raz pierwszy od dawna czułem, że to pytanie nie jest tylko źródłem lęku. Przesunąłem wilgotną dłonią po włosach, układając je we w miarę równą fryzurę i pobieżnie przejrzałem się w lustrze nad umywalką. - Może lepiej zostańmy przy kanapkach? - rzuciłem, wychodząc z łazienki na poszukiwanie lodówki.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#17
Morty Dunham
Akolici
L'ennemi, tapi dans mon esprit, fête mes défaites
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
22-12-2025, 18:42
Zatracając się w przyjemności, na moment wstrzymał oddech i miał wrażenie, że świat razem z nim. Senna błogość wypełniła jego umysł i mógł myśleć tylko o jednym. Jak kładą się w obok siebie w jego łóżko i zasypiają, otuleni ciepłem wspólnej bliskości. W tej perspektywie było coś takiego ,że przez ciało Mortiego przebiegł przyjemny dreszcz, zupełnie innych od tych, które mu dostarczał dotykiem swoich rąk i ust, czy będąc w nim.
- W moim przypadku jeden zastąpił drugi - wyznał zaraz po nim, chłonąc ukontentowany uśmiech, jaki zjawił się na jego wargach, niosąc za sobą słodycz obietnic. - Rozbudziłeś we mnie głód ciekawości.
Chciał poznać człowieka, który ukrywał się pod personaliami Rafael Crouch; był w stanie mu to dać? Prawdziwego siebie? Bez filtrów, bez masek? Bez ukrytych znaczeń? Iluzji, jaką obaj zakładali, wznosząc wokół siebie mur obronny skonstruowany z cegieł dystansu? Byłby w stanie się przez niego przebić? Spojrzeć, jaka fasada się po nim kryła?
Miał wrażenie, że dzisiejszej nocy uczynił jeden, milowy krok w tym kierunku.
W chwili, w której Rafael wycofał się do przeciwnej krawędzi wanny, Morty poczuł, jak do jego ciała w jednej chwili, sekundy potem, gdy przestał czuć jego ciepło, zakradł się chłód. Rozlał się po jego ciele, penetrujący każdą szczelinę skóry, przez którą jeszcze przed chwilą przelewało się ciepło męskiego ciała i cała gama bodźców, jaką mu dostarczał. I pomimo iż przestrzeń, w jakiej twili, nie gwarantowała żadnej prywatności, z łatwością mogli pokonać dystans, który ich dzielił.
Obserwował, jak Rafael opiera głowę o ścianę wanny i przymyka powieki, jakby pozwalał cieniom chyłkiem wślizgnąć się pod powieki i zniknąć we śnie. Uśmiech, ledwie widoczny, ledwie falujący w kącikach ust, zatańczył na jego ustach, a w oczach zalśniła nieproszona czułość – zdradliwa i ta, której wolałby się wyrzec, bo rezerwowana na te właśnie chwile, w których pożądanie cofało się gwałtownie w głąb trzewi, a emocje, dotąd stłumione, wylewały się ponad brzeg serca, które, uwięzione w klatce żeber niczym dzikie zwierzę, tłukło się, niezdolne pomieścić tego wszystko, co się w nim obecnie kotłowało. Myśli, splątane jak wodorosty pod powierzchnią wody, miotały się pod sklepieniem czaszki, szukając ujścia w oddechu. Było w tym wszystkim coś obcego, duszącego, jakby powietrze nagle zgęstniało, jakby światło rozpłynęło się w mętnym półcieniu. Coś, co jak intruz wpełzło pod skórę, sprawiając, że rosła w nim obawa, że zaraz straci kontrolę nad oddechem. Drżącymi dłońmi nabrał wodę i przemył twarz, jakby przez ten prosty gest mógł obmyć się z emocji, które nie mieściły się w ciele, w organie wielkości pięści i odgonić od siebie to, czego nie rozumiał. I to co jednocześnie sprawiało, że czuł ciężar na żołądku, i potrzepujące ukojenie goszczące w każdym skrawku ciała. Napięcie bowiem opadło. Czuł, jak jego mięśnie dopada rozluźnienie, a jednocześnie powiększał się w nim lęk, że zaraz, w tym emocjonalnym kotle, straci przytomności, jego głowa opadnie na samo dno wanny i utonie.
Siedział więc w bezruchu, zagubiony pomiędzy pragnieniem bliskości a strachem przed własnym sercem, gdzie każda emocja sprawiała wrażenie żywego stworzeniem, a każda myśl – szeptem, którego nie sposób uciszyć, do czasu, aż cisza, jaka ich otuliła, nie została przerwana przez głęboki, coraz bardziej znajomy tembr głosu.
Podniósł głowę, uzmysławiając sobie, ze dotychczas spoglądał gdzieś ponad jego ramię, lecz, zamiast kafelek, którym wyłożono ścianę, widział jedynie własne, goszczące w nim rozterki.
Byli do siebie bardziej podobni niż z początku zakładał, bo sam nie lubił ich składać. Deklaracji, które niczym pieczęć miały przytwierdzić słowa na wieczność, na zawsze, aż po kres, aż po ostatni oddech czy ostatnie tchnienie świata. Samo wyobrażenie o zobowiązaniu się na całe życie, o wypowiadaniu formułek, które miałyby przetrwać każdą burzę i każdy upływ czasu, budziło w nim niepokój. Czuł irracjonalny lęk przed obietnicą, której – jak przeczuwał gdzieś głęboko pod skórą – nie byłby w stanie dotrzymać. Wydawały się zbyt kruche, by przetrwać. Unikał przecież emocjonalnego przywiązania, jak diabeł wody święconej. Uciekał przed nim, gdy tylko jego zapach zaczął wisieć w powietrzu. Uciekał przed uczuciami, zanim jeszcze miały okazję rozkwitnąć, bo wiedział, jak dotkliwie ranią. Uciekał, bo bał się, że znowu zaufa, że znowu zostanie zdradzony i - że znowu zaboli. Tym dotkliwiej, bo pojmie, że nie uczy się na własnych błędach.
– Nie jest nam dane wieczne życie, więc nasze słowa też nie mogą być wieczne – powiedział cicho, ledwie słyszalnie, jakby obawiał się, że głośniej wypowiedziane myśli nabiorą rzeczywistej mocy i staną się prawdą. Słowa te, choć spokojne, niosły w sobie cały ciężar lęków. Odbijały się echem od ścian jego czaszki, rozbrzmiewały obco w znanej przestrzeni, jakby nie pasowały do tego, kim powinien być, jakby sam siebie nie rozpoznawał w ich brzmieniu.
To, czego pragnął, rodziło się w nim powoli, niemal niepostrzeżenie. Pragnienie to nie miało nic wspólnego z pożądaniem, chwilowym uniesieniem, czy namiętnym seksem, jaki ofiarował mu Rafael. Było kompletnie inne. Był to głód obecności, głód codziennej bliskości, którą można karmić się nieustannie – wspólnym czytaniem książki, dzieleniem się wrażeniami, cytowaniem ulubionych fragmentów, śmiechem, który rozbrzmiewał w półmroku pokoju. Chciał nocnych rozmów, w których milczenie było równie ważne jak słowa. Chciał papierosa, wypalonego na pół, z którego dym unosił się leniwie ku sufitowi, i pustej w połowie butelki wina, stojącej na stole między nimi. Pragnął tych wszystkich drobiazgów – chwil, które zbiera się jak okruchy chleba.
– Mówiłem już, czego chcę – powiedział z lekkim uśmiechem, tym samym, który pojawił się wcześniej, gdy Rafael powoli otworzył oczy, a heban mieszał się z błękitem w jego spojrzeniu. – Chcę się z tobą widywać. Chcę żyć dzień po dniu, jak mam to w zwyczaju. I łapać każdą chwilę, którą podaruje nam los.
Tak zwyczajnie, bez patosu, pragnął jego obecności. Chciał sprawdzić, dokąd zaprowadzi ich ta bliskość, która zaczęła się od przypadku, a teraz nabierała charakteru nieprzewidywalności. Chciał mieć czas, by zrozumieć, co budzi w nim Rafael – by móc nazwać to uczucie, oswoić je i ewnetualnie to przyjąć, chociaz ta perspektywa wciąż budziła w nim lęk. Nie był przekonany, czy potrafi, na przekór lęku, po raz kolejny zaufać; czy zdoła się przed nim otworzyć i pozwolić sobie na szczęście, lub chociaż jego namiastkę.
Poruszyl się wodzie, gdy Rafael postanowił opuścić wannę jako pierwszy. Śledził go uważnym spojrzeniem, wodząc spojrzeniem po jego ociekającym wodą ciele. Gdy zaczął przeszukiwać szafki w poszukiwaniu ręcznika, zdradził mu, w której go znajdzie.
- Jak bardzo dyplomatycznie mam zabrzmieć? - zapytał, z lekkim rozbawieniem, żałując trochę, że obwiązał się ręcznikiem, ale z drugiej strony schował przed nim to, co najbardziej go rozpraszało. – Masz sporo zalet, na przykład czytasz książki i cytujesz Szekspira, ale widocznie umiejętności kulinarne nie są jedną z nich.
Dostrzegł tą jego teatralność, kiedy rozejrzał się dookoła, wspominając o lokaju. Prawie prychnął, lecz powstrzymał się przed tym, wychodząc z wanny. W ostatniej chwili, nadeptując na kałużę, złapał równowagę. Sięgnął po szlafrok i schował w nim nagości swojego ciała, obowiązując go w pasie. – Mieszkam sam, jak zauważyłeś bez służby i nie umarłem jeszcze z głodu. Chodź, wyczaruje nam jakiś posiłek.
Późną kolacja, a może wczesne śniadanie? Nieważne. Wyszedł z łazienki zaraz po nim, nawigując go do pomieszczenia, który pełnił funkcje zarówno kuchni, jak i salonu.
- Ostatnio przeczytana książka? - zagadnął, decydując, że czas, który spędzi na przygotowaniu posiłku, spożytkują na rozmowie.

ztx2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 10-01-2026, 09:28 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.