Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąć, wiecznie czyni dobro.
Wiek
47
Zawód
Przedsiębiorca, rzemieślnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
0
30
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
6
6
3
Brak karty postaci
31-12-2025, 11:36
Jaki kram, taki pan; jaki padół, taki ustrój. Jacy ludzie, takie pierdolone interesy ― aksjomat prosty jak cep, a jednak wciąż zaskakiwał świeżością zastosowania. I choć dzisiaj nie miał w planach rozświetlać speluny efektownym rozpierdolem ani ciąć dudniącego chaosu artykulacją czarnomagicznej składni, westchnął ciężko, jakby los właśnie odhaczył kolejną pozycję z listy prowokacji. Cóż robić, cóż począć ― westchnąć ciemiężniczo i pozwolić, by rzeczy potoczyły się swoim plugawym trybem.
Tamten tymczasem szlachtował godność jak świniaka, z zacięciem i bez pośpiechu, rozrzucając ją pod nogi drapieżnych, lekko psychicznych przedstawicielek rosyjskiej krwi. Ironia losu: robił to z miną handlarza prawdą, jakby sprzedawał świętość w porcjach na wagę. A przecież tutejszym kobietom też niewiele można było zarzucić ― drapieżność miały w oczach, czarne serca pod skórą, instynkt ostrzejszy niż nóż po taniej ostrzałce. Na tę myśl prychnął krótko; w ustach pobrzmiał posmak zadowolenia, czy raczej rozpoznania.
― Każdy macha jak może, by się dorobić na łatwiźnie tutejszych... ― Wspomnienie perfidnej żony przyszło samo, jak dym z papierosa — bez zaproszenia, bez skrupułów. Oj tak, miały to coś. To coś, co uczyło ostrożności, ale i kusiło, by jednak się potknąć. Kto wie, może właśnie dlatego wciąż trzymał ręce z dala od różdżki, pozwalając, by chamstwo rozgrywało się bez jego akompaniamentu. Jeszcze nie teraz. Jeszcze nie dziś. W końcu nawet chaos potrzebuje pauzy, by nabrać sensu. ― Acz może do tego tylko się nadajecie, skoro tutejsze kobiety niezbyt potrafią załatwić przednią robotę i zapracować sobie na uwagę takich gnid... Znaczy, mężczyzn ― Uwaga wyostrzyła się do granic przyzwoitości, a szarość tęczówki świdrowała sylwetkę męskiego usposobienia ― tamtego gdybania, tego naśmiewania się, tej taniej próby ustawienia hierarchii przy pomocy barytonu i szerokich barków. Kasztan. Ot, detal. Sam w sobie nie drażnił jego jestestwa, nie bardziej niż kurz na mankiecie czy zapach przepalonego alkoholu. Prawdziwym błędem było co innego: pozwolił sobie na zbytnią pobłażliwość, na chwilowe sfolgowanie problemu, jakby liczył, że prostactwo zrozumie aluzję. Ojć, pardon ― jak mawiały żabojady, gdy już było po fakcie. ― Moja matka prędzej by Cię zajechała.
Bo nim ostatnie zgłoski zdążyły opaść na stół, nim wypowiedź domknęła się kropką ironii, goryl wstał. Bez finezji, bez zapowiedzi. Już majtał w jego stronę, ramiona szerokie jak argumenty nie do podważenia, łapska szukające twarzy. Gdzie te kurwa łapska, pajacu?! ― pytanie retoryczne, zadane bardziej światu niż jemu samemu. I wtedy przyszła ta uczciwa, gorzka konstatacja: był pizdą od walki wręcz. Zawsze był. Nie oszukujmy się ― od tego miał ludzi, w lepszych czasach całe szeregi ludzi. A tortury? Ach, tortury ubóstwiał, lecz w wydaniu znacznie bardziej eleganckim niż męczenie własnych dłoni w knajpianej bijatyce. Mięśnie bolały od samego zamiaru obrony, a ciało protestowało przeciw roli, do której nie zostało stworzone. On był od planów, od nacisku, od długiego duszenia spraw w ciszy. Nie od cepów i podbródków. Ironia sytuacji smakowała kwaśno ― oto świat znów wymagał od niego prostych rozwiązań, podczas gdy on całe życie inwestował w skomplikowane. I jak na złość, wyglądało na to, że tym razem nie będzie czasu, by sięgnąć po bardziej cywilizowane narzędzia.
Blok nie wyszedł. Nigdy nie wychodził ― i było w tym coś niemal wzruszająco konsekwentnego. Krzesło opadło ciężko za jego plecami, jakby również miało dość udawania, że w tej scenie istnieje jakikolwiek plan awaryjny. Potem przyszła dłoń Anglika, od dołu, bez zapowiedzi, bez finezji; mocarne pierdolnięcie, uczciwe w swej prostocie, brutalne jak rachunek za cudze ambicje. I tyle. Żadnych metafor, żadnych skrótów myślowych ― tylko trzask zębów, chwilowy brak powietrza i nagła, niemal teatralna ciemność.
Dół szczęki bolał okropnie, pulsował jak wyrzut sumienia, który zbyt długo ignorowano. A potem była już tylko ciemność. Och, słodka ciemność — ta jedyna, która niczego nie oczekuje, nie ocenia i nie zadaje pytań. Wyjebanie się na podłogę brudną jak nigdy w świecie przyszło naturalnie, z gracją worka kartofli i godnością dawno już przeterminowaną. Ugh. Kto zgasił światło? Kto w ogóle wpadł na pomysł, by je zapalać? Honor? Honorowo upadł już dawno ― gdzieś pomiędzy blond włosami, byciem pizdą od walki wręcz a życiem w tym pieprzonym kraju, który uparcie udawał, że jest cywilizowany. Leżał teraz jak zbędny rekwizyt, z twarzą przyklejoną do podłogi i myślą, że to wszystko brzmi podejrzanie jak zasłużona puenta. Nie pamiętał, ile czasu stracił; pamiętał za to aż nazbyt dobrze, że gdy wróciła świadomość, tamtego już nie było. I jego pieniędzy też. Idi k chortu.
Nienawidził tego kraju. Nienawidził jego knajp, jego goryli, jego biznesów i tej obrzydliwej skłonności do rozwiązań siłowych. A najbardziej nienawidził tego, że gdzieś głęboko wiedział: sam się tu przywlókł.
I świat, złośliwy jak zawsze, tylko grzecznie przytaknął.