• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Wschodni Londyn > Dom bez adresu
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
09-07-2025, 23:12

Dom bez adresu
Wciśnięty między dwa puste budynki na granicy Whitechapel i Limehouse. Nie ma numeru. Nie ma nazwy. Z zewnątrz wygląda jak dom, którego nigdy nie wykończono albo jak ruina, której nikt nie odważył się zburzyć. Pokryty drewnianymi panelami, które niegdyś były białe.  Ogromny ganek stanowił kiedyś część reprezentacyjną. Czerwona, potłuczona dachówka spoczywa tuż pod obdrapanymi fundamentami. Drzwi nie mają klamki, jednakże pozostają zamknięte. Okna zborowymi okiennicami są zasłonięte od środka ciemnym materiałem. Niewielki ogród jest zaniedbany, zarośnięty pokrzywą, chwastami i żerującym bluszczem. Niektórzy twierdzą, że wewnątrz ktoś mieszka, nocą tli się światło świecy, że w oknie pojawia się pewna tajemnicza postać. Nikt nie przyznaje się jednak do własności. Miasto wydaje się omijać ów dom szerokim łukiem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Titus Harrison
Czarodzieje
In my dreams, I'm dying all the time
then I wake, it's kaleidoscopic mind
Wiek
36
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
05-01-2026, 23:17
18 kwietnia 1962


Doniesienia o zagłębiu narkotykowym we wschodnich dzielnicach Londynu wracały na posterunek falami, sugerując zwiększającą się ostrożność producentów lub… Obecność podwójnego agenta w szeregach policji. Tak, mówiono o tym – wspominano, że chętnych do splamienia munduru nieczystymi zagrywkami było wielu, a niektórzy z nich zdolni byli do bezczelności tego typu niemal bez zawahania, w biały dzień, czerpiąc z tego własne korzyści.
Mówiono, że sprawę rozwiązanoby już trzy miesiące temu, gdyby nie ciągłe wodzenie policji za nos; gdyby nie fałszywe tropy podsuwane odpowiedzialnym za to śledczym i gdyby nie cały ten chaos informacyjny, w którym zbyt wiele osób cywilnych posiadło wiedzę, której na tym etapie posiąść nie powinno.
Zgromadzono ich w zamkniętej sali, a tam wyjaśniano szczegóły. Gdy Harrison słuchał poleceń starszego stażem kolegi – odpowiedzialnego za planowaną akcję – pocierał szczękę palcami w zamyśleniu. Kiwał głową ze zrozumieniem, ale za zrozumieniem tym szło coś więcej; coś ponad postępującą gotowością do przydzielonego im zadania. Coś, co sprawiało, że Harrison spojrzeniem uciekał ukradkiem ku Day’owi. Tak, jakby chciał upewnić się, że ten zrozumiał usłyszane polecenia.
W rzeczywistości myślał raczej o tych wszystkich razach, kiedy sami przymknęli oko na stojącego na rogu dilera. O tym wszystkich razach, kiedy sami plamili mundur dla własnych, materialnych korzyści. Harrison nie był człowiekiem bez skaz – a ostatnio kiedy… Pomyślał o szansie na potencjalne opuszczenie szeregów magipolicji… Nieważne.
To nie oni byli tymi, którzy bruździli w tej sprawie.
Wytwórcy narkotyków to sprawa zdecydowanie zbyt poważna jak na codzienne łapówkarstwo. To zbyt grube ryby, zbyt duża szkodliwość społeczna, zbyt duża grupa zaangażowana. To nie jest już tylko zwykły zarzygany chłopaczek z kilkoma działkami - najsłabsze ogniwo machiny, zależne od głównego mechanizmu, ale tak proste do potencjalnej wymiany.
Titus przełyka ślinę w stresie, kiedy spotkanie grupy kończy się.
Angaż osób niezwiązanych na co dzień z tego typu sprawami wydaje się niemal diabelnie logiczny – większość osób odpowiedzialnych w służbach za biznes narkotykowy pozostawała spalona na starcie, dobrze znana, przejrzana, prawdopodobnie zinfiltrowana przez kogoś, kto działał na dwa fronty.
Osoby z innych działów mogły przedrzeć się bliżej… Mniej zauważone.
W jakiś sposób nie czuje się nawet zaskoczony tym, że ponownie przecina swoje ścieżki z Willow Weasley. Zarówno dlatego, że w papierach ich współpraca nie wygląda źle, ale i dlatego…
Dlatego, że dla jasnowidza niektóre rzeczy wydają się w dziwny sposób i w pewnych warunkach zwyczajnie oczywiste.
Nie wyznaczono ich jednak do infiltracji. Wyznaczono ich do pościgu.
Tak, planem było wywabienie członków szajki z miejsca, w którym walka mogłaby… Mogłaby być bombowa. W dosłownym tego słowa znaczeniu.
– Trzy minuty – szepcze Harrison, kiedy znajdują się w odpowiedniej kryjówce. Kiedy czekają na odpowiedni sygnał innych funkcjonariuszy. Kiedy w każdej chwili usłyszeć mogą pęknięcie szkła, a potem poczuć na ciele onieśmielające ciepło wybuchu.
Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, paranoiczne myślenie Titusa pozostanie tylko tym, czym jest w większości wypadków – wyolbrzymianiem wizji nic nie znaczących.
Bo jak na złość wszystko co widział pod powiekami przez kilka ostatnich tygodni nie przypominało… Nie wydawało się przypominać tego, czego doświadczali dzisiaj. Próbował wmawiać sobie, że wszystko musi więc pójść dobrze, ale wrodzona zdolność do dostrzegania barw ciemnych brała górę.
Bał się, że pominął coś ważnego.
Dziś skupiał się więc niemal nadmiernie, nie przypominając w żadnym stopniu tego funkcjonariusza, z którym Willow współpracowała przez kilka pięknych wspólnych miesięcy. Pozostawał czujny, jakby czujność ta zapewnić miała mu wcześniejsze zauważenie potencjalnej korelacji jakiejkolwiek dawnej, pozornie zignorowanej wizji i brutalnej rzeczywistości.
Czy to pogmatwane? Tak. Ale tak pogmatwany był właśnie wewnętrzny świat Harrisona.
– Dwie minuty – mówi, zerkając na zegarek na nadgarstku, odginając rękaw idealnie wyprasowanego (pierwszy raz od wielu lat) munduru. – Wchodzą – mówi cicho, ukradkiem widząc znikające z pola widzenia sylwetki policjantów.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Willow Weasley
Zwolennicy Dumbledore’a
Nothing you can take from me was ever worth keeping.
Wiek
25
Zawód
Służba w Policji Magicznej
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
22
0
OPCM
Transmutacja
21
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
06-01-2026, 00:51
Oczywiście, że została przydzielona do oddziału z dwójką znacznie starszych czarodziejów, choć Day był kropką nad i ze swoimi umiejętnościami miotlarskimi, tak widząc Harrisona, nie była pewna czy to było dobre rozwiązanie. Nie, żeby mu brakowało umiejętności, ale jakiejś iskry, werwy, może determinacji? Przynajmniej z jej obserwacji, gdy przyszło im pracować niecały rok temu przez parę miesięcy. Zdziwienie łatwo było odczytać z jej twarzy, gdy widziała go dziś skupionego – zdeterminowanego do działania, jak chyba nigdy. Może to były prywatne zatargi z gangiem, a może coś innego? Dobrze było go widzieć, tak zebranego. Uśmiechnęła się do niego kilka razy, tak żeby pokrzepić go, że nie ma mu za złe tych... paru nieudanych akcji, przesłuchań czy bałaganu w papierach – chociaż ona sama też przecież bałagan potrafiła na biurku trzymać i miała się czepiać o to? Każdemu zdarzają się trudniejsze chwile, dni, tygodnie, a nawet miesiące.
Kiedy tłumaczono cały dalszy plan, przydzielono też nazwy oddziałów, aby łatwiej było się komunikować i rozdzielać. Można było numerami, ale jakoś była tradycja na wybieranie magicznych stworzeń i im przypadła wdzięczna nazwa: Pikujące Licha. Oczywiście, bo na miotłach, latają i są niebezpieczni. Merlinie… Willow zagryzła lekko policzek, powstrzymując parsknięcie śmiechem. Jakiś nastrój miała do żartów, może to przez ostatnie spotkania ze szkolnych ławek, a może po prostu kwestia przechwyconych wujaszkowych żartów słaniających się od rana w dyżurce. Jakby nie było, z kim przestajesz, takim się stajesz, a jej bracia nie oszczędzali humoru od dzieciństwa, sama lubiła żartować, potem trafiła na męskie terytorium komisariatu pełne komediowych głupotek i o, niby poważny dzień, podniosłe spotkanie, poważna akcja, a jej w oczach tańczył cień uśmiechu, gdy za każdym razem słyszała Pikujące Licha w kontekście własnego oddziału. Mogli skończyć jako abrakasany albo chochliki kornwalijskie, więc nie było aż tak źle.
Spoważniała dopiero przy szafce, kiedy dopinała płaszcz, poprawiała odznakę i zdała sobie sprawę, że jeśli zrobi się nieprzyjemnie, to niewykluczone, że na siniakach się nie skończy. Drobna pesymistyczna wizja wlała się na odważny obraz akcji. A może to była już sama obecność Titusa? Choć przecież był tak odmieniony, więc jakim cudem mógłby sączyć ten smutek i niepokój z oczu na jej własną wizję? Zaczęła więc myśleć o tym, dlaczego tu jest, po co to robi, a także, że trochę było wyróżnieniem brać udział w tak szeroko zakrojonym przedsięwzięciu. Może i miotły nie miała najszybszej, ale różdżkę całkiem prędką już tak. Duże akcje policyjne mimo wszystko wywoływały stres, to uczucie pełzające dreszczem pod skórą, wijące gniazdo – a może kokon – w żołądku. I przynajmniej na tę parę godzin zniknie z jej głowy wizja czarnoksiężnika, który miesiąc temu jawnie zbezcześcił swoją obecnością ceremonię zaprzysiężenia Ministra Magii.
Lecąc na miejsce wiele nie rozmawiali, bo i dlaczego? Plan znali, musieli być czujni, a rozmowy mogłyby ich niepotrzebnie rozpraszać. Chociaż lecąc na miotle we wskazany adres, parę metrów od starszych czarodziejów, przyglądała się to jednej czuprynie to drugiej, aż w głowie zanuciła jej piosenka z czasów Hogwartu, którą podśpiewywały bodajże jakieś puchonki.
That it's finally me and you, and you and me,
Just us, and your friend Steve.

Czy dziś Willow miała być Steve'em? Ta myśl wywołała lekki i krótki uśmiech na ustach, który zaraz skryła pod spuszczoną głową. Pochylała się lekko nad swoją wysłużoną miotłą, choć paradoksalnie szybszą i lepiej dopasowaną, niż te policyjne modele z urzędu. Zimny wiatr wycisnął się między guzikami płaszcza, studząc z lekka zarumienione policzki, a spięte w warkocz włosy nie poddawały się tym chłodnym porywom.
Do-do-do-do-do-do, Steve. Chyba nucił to też Bones swego czasu? Gdy jeszcze grał nie jako Nuciak, a ten ich Porywający Rytm Kwachów. Szkoda, że tym razem musiała zajmować się innymi kwachami, a nie tymi z Miodowego Królestwa.
Merlinie, Willow ogarnij myśli.
I wtedy zdała sobie sprawę, że też jej dzisiejsze zabawowe rozbestwienie w myślach, musiało wynikać z pozostawionego na komodzie kamienia księżycowego, który od wydarzeń zaprzysiężenia nosiła w wewnętrznej kieszeni płaszcza. Wyciągnęła go parę dni temu, chciała zapleść kamyk w druciki i zrobić z niego wisiorek, ale sławetny pech dziecka urodzonego w piątek trzynastego postanowił zebrać plony w postaci zapominalstwa. No trudno, będzie musiała obyć się bez tego. Wdech i wydech na uspokojenie, a w pamięci rozbrzmiały słowa brata „stała czujność, siostra”.
Obserwowała jak oddział policjantów wciskał się przez wyznaczone wejścia do budynku, aby wykurzyć przestępców, których mieli wyłapać. Później chwilowa cisza. Wstrzymany oddech w piersi, a odległe dźwięki miasta były akompaniamentem wyczekiwania. Wreszcie wybiegło parę gangusów, bez mioteł, puścili się biegiem w las – tam pewnie wyłapie ich któryś oddział naziemny, Garborogi albo Matagoty. A gdzie były ich cele? Cele dla Pikującego Licha? Willow cierpliwie czekała na sygnał, od któregoś ze starszych stopniem policjantów, przyglądając się wydarzeniom w dole.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 11-01-2026, 00:42 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.