Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąć, wiecznie czyni dobro.
Wiek
47
Zawód
Przedsiębiorca, rzemieślnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
0
30
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
6
6
3
Brak karty postaci
03-03-2026, 10:43
Mgła kleiła się do bruku z uporem. Słota rozmiękczała kontury miasta, jakby ktoś z rozmysłem rozmywał odpowiedzialność. Mugolski rozwój, tak tu wychwalany, wydawał mu się wynaturzeniem w garniturze. Czarodziejski świat zaś? Upchany po kątach zdezelowanych kamienic, małomiasteczkowy w swej dumie, jakby bał się wyjść na światło dzienne i przyznać, że istnieje. Przyjechał tu z konieczności ― drobne interesy, obietnice zasobów, które trzeba było pomóc znaleźć. Kształcenie, wymiana potencjum możliwości rodzinnych i inwestowanie w więcej i lepiej. Lecz powietrze nie miało w sobie tej żywotności, którą znał z bałkańskiego lata, ani surowej szczerości zimy, co kąsała policzki bez udawanej uprzejmości. Tam ziemia była twarda i uczciwa. Tutaj wszystko wydawało się wilgotne i półprawdziwe.
Przylądek ten był jedynie punktem na mapie, odhaczanym przy boku wuja, który z nieznośną powagą powtarzał: obserwuj, zachowuj się jak człowiek i porzuć pięści. Też coś. Jakby pięści nie były najbardziej szczerym argumentem w świecie, który tak chętnie zasłaniał się manierami.
Skrzywił się, nie tyle na zapach, co na ludzi ― choć jedno z drugim tworzyło dość zgodny duet. Przybytek był mały, duszny, przesycony wonią rozlanego alkoholu i ambicji, które nigdy nie miały szans urosnąć ponad poziom stolika z chybotliwą nogą. Bułgarski towarzysz, nachylony konspiracyjnie, wyszeptał z powagą niemal patriotyczną, że to jedno z najlepszych miejsc w okolicy. Najlepszych. Cóż za pocieszająca diagnoza dla tej części świata. Można było poczuć się jak w domu ― dodał. Nie skomentował. Dom miał dla niego inne proporcje, inny ciężar powietrza i inny rodzaj hałasu. Tutaj wszystko było skondensowane, jakby rzeczywistość upchnięto w zbyt ciasnej skrzyni i zapomniano o otworach wentylacyjnych. Nie znał jeszcze tej pieprzonej mowy na tyle, by elegancko wyrazić swoją niechęć, a improwizowane obelgi w obcym języku traciły połowę uroku. Brzmiała twardo, chropawo, bez tej melodyjnej fali, którą miał choćby rosyjski. Słowiańskość ― tutaj ― była jak źle wykonana kopia, z marginesem wynaturzenia, który raził bardziej niż brak oryginału.
Rozejrzał się. Włosy zaczesane z nabożeństwem, ani jeden kosmyk nie śmiał odstawać. Marynarki skrojone tak, by podkreślić przynależność, nie charakter. Tutejsi wyglądali, jakby bardziej bali się plamy na mankiecie niż noża między żebrami. Sygnet zahaczył o jego własny, nieco zaniedbany zarost ― taka modła, tłumaczył wujowi za każdym razem, nie wpisując się w katalog estetyki. Rodak obok, z entuzjazmem godnym targu bydła, komentował kolejną kobietę przeciskającą się między stolikami, określając ją w sposób, który miał uchodzić za komplement. Obserwował. Wzrokiem chłodnym, oceniającym, bardziej zainteresowanym dynamiką sali niż krągłościami bioder.
Wychylił resztki alkoholu, kilka monet brzęknęło na blacie ― wystarczająco, by tamten drugi mógł dalej warować i udawać, że panuje nad towarzystwem, które z każdą minutą stawało się bardziej napastliwe niż interesujące. Cóż za farsa. Świat pełen samozwańczych lwów, z których większość miauczała po trzecim kieliszku. Sztywność karku zdradzała irytację szybciej niż twarz. Krótki, niemal niezauważalny skurcz ― i już przeciskał się przez ciżbę, z zamiarem zdobycia butelki na drogę oraz ewakuacji do wynajętej wnęki hotelowej gdzieś na tej ich… Przekątnej? Pobliskiej? Nazewnictwo równie pretensjonalne, co samo miasto. Uniósł brew dokładnie w chwili, gdy poczuł zderzenie ― nieprzyjemne, zbyt bliskie, pachnące potem i cudzą pewnością siebie. Reakcja była instynktowna. Dłoń sięgnęła, palce zacisnęły się na kicie nachalnego typa i szarpnęły bez zbędnych uprzedzeń. Twarz tamtego znalazła się niebezpiecznie blisko.
― Дръж се прилично, по дяволите ― mruknął, statecznie cofając typa od siebie, by czymś się nie zarazić. Polik miał już czymś rozbity ― fiolet przechodzący w żółć, ślad po wcześniejszej lekcji. Nie to jednakże go zastanowiło, acz spływająca posoka spod oczyska. Piękna rycha, pomyślał z uznaniem. Ktoś go już wychowywał. Najwyraźniej nieskutecznie. Mógł szczerze pozazdrościć. ― Nie słyszę... ― Tamten coś burczał pod nosem ― ton urażonego psa, który szczeka bardziej z obowiązku niż odwagi. Słowa rozmywały się w gwarze sali, ale intencja była jasna: urażona duma domagała się odszkodowania. Obok, nieco dalej, jakaś mimoza ciskała spojrzeniami ostrzejszymi niż większość noży w tej spelunie. Stała wyprostowana, z miną, która sugerowała, że właśnie wydaje wyrok w imieniu wyższej instancji moralności.
Och?
Zerknął najpierw na nią ― niebezpieczną kotkę z pazurem schowanym pod elegancją. Wzrok miała chłodny, oceniający, jakby rozważała, czy warto w ogóle brudzić ręce dalej. Potem przeniósł spojrzenie na jej towarzysza, który wciąż próbował sklecić z oburzenia coś na kształt postawy. Zainteresowanie miał wobec niego podrzędne. ― Następnym razem... Prosto w oko.