• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Rozgrywka > Mgły czasu > Izba Pamięci > 1943 - Prawy do lewego
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
04-02-2026, 22:14

Wesele
Ambrose & Titus na weselu Day'ów
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
04-02-2026, 22:18
Było za głośno i zbyt duszno.
Rozpiął pierwszy guzik koszuli, a potem drugi. Matka powie mu, że to nieeleganckie, ale miał to gdzieś. Był najtrzeźwiejszą osobą na tym weselu. Na swoim własnym weselu.
NIkt nie powiedział mu, że na trzeźwo bawi się tak źle; choć nie bawił się dobrze nawet wtedy, gdy poszedł na tamtą imprezę w stodole.
Gdyby tam nie poszedł, nie skończyłby tak. Tutaj.
Twarze przewijały się jak w kalejdoskopie. Choć na kawalerskim nie było prawie nikogo, to na ślub i wesele chcieli przyjść wszyscy. Znajomi z Gryffindoru, znajomi Allie i jej rodziców, sąsiedzi z Doliny, państwo Harrison, nawet Malcolm Young prosił o zaproszenie, ale Ambrose skłamał Titusowi, że nie mają już dla niego miejsc.
I tak nie mógł się pozbyć Jenevy (choć chciał), bo Jeneva przyszła z Titusem, bo Jeneva była narzeczoną Titusa. Narzeczoną. Wciąż było mu tak ciężko o niej myśleć.
Ostatnie tygodnie spędził w odrętwieniu, obserwując jak świat wokół wiruje jak kołowrotek, w ciągłym pośpiechu. Rodzice Allie i nawet jego mama chcieli zorganizować wesele jak najszybciej, zanim brzuch Allie stanie się widoczny. Na szczęście, nikt nie pytał go o zdanie (więc nic mu się nie podobało), więc mógł obojętnie milczeć i patrzeć jak jego własne życie toczy się bez niego.
Życie Titusa też najwyraźniej zaczęło toczyć się bez niego. Nie spodziewał się zupełnie tych zaręczyn, choć może powinien. Gdy się dowiedział, wsiadł na miotle i latał nad Somerset bardzo, bardzo długo. Tak, żeby wiatr wiał mu prosto w twarz... ale gdy wreszcie wylądował to i tak miał mokre policzki.

Było już bliżej wschodu niż zachodu słońca, a on mógł zostawić Allie, bo wreszcie zaczęła być wstawiona. Dopiero teraz. Zanotował w pamięci, że była wstawiona dopiero teraz, wracając wspomnieniami do tamtej imprezy. Jego wspomnienia urywały się dużo wcześniej niż o trzeciej w nocy i bardzo go to zirytowało.
Na fali tej irytacji spytał mamy, czy Allie powinna tyle pić w ciąży, ale usłyszał w odpowiedzi, że to przecież nie szkodzi i żeby nie był głupiutki. Potem mama się rozpłakała na samą myśl o jego przyszłości i Ambrose wycofał się z rosnącym zniecierpliwieniem.
Kątem oka zobaczył Jenevę, ale gdzie był Titus?

Zatańczył z Jenevą i nadepnął jej na stopę, a potem skłamał, że jest kiepskim tancerzem i urwał taniec w połowie, bo Titus mignął mu z parkietu.
Harrison rozmawiał z jego teściem, a Ambrose pamiętał, co teść mówił czasem o szlamach i zrobiło mu się zimno i poszedł tam jak najprędzej.
Teść śmiał się jednak serdecznie, a Titus tytułowal go per Dick. Dick był już na tyle pijany, że Ambrose chwycił Harrisona za przedramię i odciągnął go na bok bez silenia się na wymówkę.
- Jesteś pijany. - zauważył, spoglądając w nieco szkliste oczy przyjaciela. Obejrzał się przez ramię, szukając wzrokiem Jenevy Young. Po raz setny zadał sobie pytanie, czy byłby dzisiaj w tej sytuacji gdyby poszedł na tamtą imprezę w stodole, ale z Titusem, ale może nie było sensu tego roztrząsać. Może upiliby się obaj i przyjaciel wcale nie uratowałby go z tego ambarasu, tak jak Ambrose czasami sobie wyobrażał.
Liczyło się to, że teraz jeden z nich był trzeźwy. A ucząc się na własnych błędach, postanowił trzymać Titusa jak najdalej od Jenevy.
Jak na złość, zjawiła się przed nimi, też wstawiona, ale chyba trochę zaniepokojona, gdy Ambrose odciągał już przyjaciela w stronę toalet.
Nie miał do tego cierpliwości, więc uśmiechnął się do panny Young (niedługo pani Harrison) zniewalająco i tchnął całą swoją magię w prośbę, by zajęła się Allie, specjalnie dla niego, może niech nawet razem zatańczą.
Gdzieś podświadomie spodziewał się, że to nie zadziała. Że Jeneva spojrzy na niego jak na wariata i wyrazi zmartwienie stanem swojego narzeczonego i że będzie patrzył, jak czule obejmuje Titusa i sama prowadzi go do łazienki i potem będzie musiał sobie wyobrażać, co tam robią.
Ale zadziałało. Spojrzenie Jenevy zrobiło się nieobecne, a odchodząc musnęła Ambrose’a ramieniem, a on poczuł się gorzej i lepiej zarazem.
Po chwili zamknęły się za nimi drzwi łazienki. Zaryglował je i nagle znowu było cicho. Jeneva i Allie, tesćiowie i mama, wszyscy zostali za drzwiami.
- Papierosa? - zapytał od razu. Przez ostatnie tygodnie zaczął sporo palić, o wiele więcej niż wcześniej. Nie pomyślał, że połączenie nikotyny i alkoholu może sprawić, że komuś zrobi się niedobrze, bo jeszcze tego nie próbował i już nie spróbuje. - Jak się masz? - pomógł przyjacielowi oprzeć się o ścianę, a samemu usiadł na podłodze, podpierając drzwi plecami. Zaciągnął się dymem i powoli wypuścił go z ust, nie odrywając od Titusa wzroku. - Zabawne, to z Dickiem. Richard, Dick. Nie wpadłem na to - oczywiście, że samemu na to nie wpadł - a tak pasuje. Kutas jeden. - mruknął i wziął głębszy oddech. Zabawne, ale jakoś nie był rozbawiony, bo coś innego zajmowało jego myśli.
- Nigdy nie mówiłeś, że planujesz się jej oświadczyć. Już w te wakacje. - wycedził powoli. Słowa, których nie potrafił ująć w liście, których w ogóle miał nie mówić na głos. Nagle, gdy tak świdrował Titusa wzrokiem, wydały się możliwe. - Oświadczyłbyś się jej, gdyby nie mój ślub?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
10-02-2026, 23:48
To był okropny dzień, chociaż panna Young ściskała jego dłoń mocno, kiedy wydawał się jej najbardziej wzruszonym gościem na ślubie – ocierając oczy od pierwszych momentów ceremonii. Chyba złapał ją za serce – tak przynajmniej mówiła – swoją wrażliwością. Mówiła, że przecież nie musiał się przed nią wstydzić, znali się od zawsze. Nie wyprowadza jej z błędu – woli uchodzić za zbyt emocjonalną parodię mężczyzny, niż powiedzieć prawdę, która wydawała się okrutnie niewygodna. Jeneva chwali suknię ślubną panny młodej, chwali fryzurę pana młodego i w rozmowie z Dolores – zaraz po ceremonii – chwali się cicho, że uszyła sobie sukienkę własnoręcznie. Potem zachęcona wspomina, że przerobiła garnitur starego Harrisona dla swojego narzeczonego. Narzeczony ucieka wzrokiem, kiedy matka przyjaciela ogniskuje na nim własny.
Pyta Jenevę o to ile chciałaby mieć dzieci – wygląda w końcu na taką zdrową dziewczynę, nie wychudzoną tyczkę… A Harrison wyłącza się, nie chcąc słyszeć odpowiedzi. Obserwuje z boku jak jego własny ojciec – opierając się o lasce – składa życzenia młodej parze. Tite spina się, kiedy kolej pada na nich – na szczęście Jeneva przejmuje całą inicjatywę, składając Allie i Ambrose’mu życzenia tak serdeczne i szczere, by świeżo upieczona żona nie wymagała więcej. By uśmiechała się też do Titusa – nawet jeżeli ten opierał się policzkiem o głowę Young – chowając część twarzy wśród loków obejmowanej ramieniem narzeczonej – umyślnie unikając spojrzenia własnego przyjaciela.
Przyjmuje z ochotą każdy proponowany toast – po kilku kolejkach przejmując nawet inicjatywę. Pije za zdrowie pana młodego, za sukcesy pana młodego, za angaż pana młodego do dobrej drużyny, a kiedy unosi kieliszek by wypić za zdrowie teściów z obu stron – Richard, tata Rosalie, zaczepia go i zachęca do zajęcia miejsca przy jego stoliku. Ambrose nie pije – co za szkoda – a Dick szuka towarzystwa. Harrison ma osiemnaście lat i uważa, że jego głowa to wytrzyma. Odpowiednio pijany zaczyna na chwilę ignorować, na czyim weselu właściwie się znajduje.
Jeneva bawi się świetnie – dobrze bawi się z młodszymi koleżankami i dobrze tańczy – zajmując czas kuzynom Allie. Znika z radaru Harrisona po drugim kieliszku czystej wypitym z Dickiem Clintem. Dick próbuje przełamać lody – myśli, że kupi uwagę Titusa ciekawą plotką o własnej córce, która zaszła w ciążę – stąd ten szybki ślub. Kupuje jednak jego gwałtowną irytację. Harrison ma już ochotę zaśmiać się mu w twarz, dopytać czy są pewni co do ojcostwa Ambrose’a i czy wiedzą, że ich córka jest kurwą – kiedy na przedramieniu czuje zaciskające się, silne palce pałkarza.
Odciągnięty na bok, nawet się nie zapiera. Nie żegna się z Richardem – po prostu odchodzi w akompaniamencie komentarza. Informacja dociera do niego z opóźnieniem, a przytłumione zmysły pozwalają rozpoznać Day’a… Dopiero po kilku krokach. Dopiero gdy ten otwiera drzwi do łazienki i zaciąga ich tam razem. Harrison nie pamięta niczego, co zdarzyło się potem. Ale pan młody… Pan młody mógł zapamiętać wszystko.
– Jennie bawi się dobrze i beze mnie – kwituje to, że przyjaciel odesłał ją – jak mu się teraz wydawało – bardzo uprzejmie. Gdy drzwi zostają zaryglowane, gdy Ambrose osiada na ziemi, gdy wyciąga papierosy i gdy spogląda ku górze – ku postaci podpitego Harrisona… Ten zjeżdża plecami po kafelkowej ścianie, byle usiąść tuż obok pana młodego. W głowie mu się kręci, a palce, którymi przeczesuje długie włosy… Wydają się mniej czułe na dotyk. Nie zauważa nawet kiedy tymi samymi palcami znalazł końcówkę krawata przyjaciela i kiedy zaczął obracać ją między opuszkami. – Ładny krawat… A Dick… Tak, merlinie, tak… O rany, co za skurwiel, gdybyś się nie pojawił, chyba bym mu… – żartuje, ale szybko kończy; czuje, że dym uciekający z ust przyjaciela gryzie go w gardło… Nieco za mocno. Ignoruje chwilowe mdłości. Gdy Day świdruje go wzrokiem – ten Harrisona wydaje się niemal błogo zamglony. Nagle przypatrywanie się zmęczonej twarzy Ambrose’a wydaje się tak proste – dużo prostsze niż jeszcze kilka godzin temu, gdy powinien składać mu życzenia – a gdy nabrał wody w usta.
– Nie… – zaczyna, owijając krawat wokół palca. Piękny rulonik, prawie jak… Taki grubszy papieros. – Nie tak szybko. Ale muszę z kimś, no nie? – jakby nie dało się poczekać nawet chwili. Jakby musiał pokazać, że też panuje nad sytuacją i też idzie do przodu. – Rany, kręci mi się w… Posiedzisz tu chwilę ze mną? – proponuje. – Aż mi… Minie. – Jakby to właśnie on potrzebował chwili spokoju i ciszy. Jakby to on zaciągnął go tu w porywie żałości. – Robi mi się… Strasznie zimno – nigdy nie zatruł się jeszcze alkoholem. No to masz za swoje.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
22-02-2026, 02:06
- Jeneva zbyt dobrze bawi się bez ciebie. - jego słowa zabrzmiały bardziej jak warkot rozwścieczonego psa, ale Titus był chyba zbyt pijany żeby to zauważyć. Samemu bawił się dzisiaj beznadziejnie, bez Titusa. Na imprezie w stodole czuł się onieśmielony nową popularnością, więc wlewał w siebie kolejne kieliszki koniaku, więc też bawił się beznadziejnie. I też bez Titusa.
Ilekroć na weselu migał mu uśmiech Jenevy Young, tylekroć czuł nową falę irytacji. Irytacji, która zdawała się bardziej paląca i gorzka niż gdy irytowały go na przykład pomięte ubrania—ale to musiała być irytacja, bo co innego?
Ze złością trącił kolano Titusa własnym, jakby chciał się upewnić, że Harrison naprawdę tu siedzi. Z nim, a nie z nią.
Na jego palce na własnym krawacie… nie zareagował. Dotyk innych ludzi czasem zdawał się parzyć, ale tego Titusa czasem nie zauważał.
- Mama mi wybrała. - westchnął, nieobecnie spoglądając na krawat. Czarny, satynowy.
Przez jego twarz przemknął nagły grymas gdy Titus przyznał, że nie oświadczyłby się Jenevie (albo chociaż nie tak szybko) gdyby nie jego ślub. Równie nagle zerwał się na równe nogi, łapiąc oddech nieco zbyt prędko, jakby ciało nie mogło sobie poradzić z przytłaczającą świadomością, że teraz obydwoje zmarnują sobie życie.
W pierwszej chwili… nie był w stanie wrócić do tematu. Titus, Jeneva, oświadczyny, Jeneva z ręką zaplecioną wokół ramienia Titusa, oni obydwoje na ślubnym kobiercu, za rok dorobią się trzynaściorga dzieci i…
- Nie wytrzymam - sapnął, spoglądając w dół, na własną koszulę, jakby to na nią chciał przekierować te wszystkie sprzeczne emocje. - Jest tak cholernie pomięta. - dotykała jej w tańcu Allie, musnęła się o nią Jeneva, Dick serdecznie łapał go za ramię. Prędko rozpiął koszulę i z obrzydzeniem cisnął ją na ziemię, zamiast w ogóle ją składać. To śmieć, już nigdy jej nie założy. Został w samym podkoszulku i krawacie (który został uratowany jedynie komplementem Harrisona) i nieobecnie zaczął drapać się po przedramieniu, jakby miał ochotę zerwać z siebie fantomowe wspomnienie ich dotyku. Wreszcie mógł zaczerpnąć głębszego oddechu. Zrobił to i ze złością odwrócił się przodem do Titusa.
- Nie żeń się z nią, nie tak szybko. Nie przez… - przeze mnie, chciał owiedzieć, ale nagły wstyd ścisnął mu gardło. Klapnął ciężko na podłogę, z powrotem siadając obok Titusa.
- Powinieneś ożenić się z miłości, a nie tak… pośpiesznie. Chociaż ty jeden, skoro ja mam przesrane. Ko… - głos nagle mu się załamał, ale może musiał to usłyszeć. Odkąd przeczytali razem list, Ambrose czekał na gorzkie słowa albo na pięść wymierzoną w brzuch, na cokolwiek co zaboli, ale Titus uparcie nie wymierzył mu kary, więc dobrze, sam sobie ją wymierzy i spyta, choć nie rozumiał dlaczego tak bał się odpowiedzi i czemu wiedział, że go zaboli, jakakolwiek by nie była. -…chasz ją? Nie żeń się z nią, jeśli jej nie kochasz, Tite, do cholery… - wyciągnął dłoń i mocno zacisnął ją wokół palców Titusa, może po to żeby sprawdzić, czy naprawdę mu zimno.
- Jasne, że tu z tobą posiedzę. Nie chcę tam wracać. Nie chcę… Allie... ona ma mocną głowę, rozumiesz? - nie zrozumie, Ambrose też dopiero zaczął rozumieć, dlaczego tak bardzo mu to przeszkadzało. Chciał odlecieć jak najdalej i zniknąć. Chciał mocno popchnąć Titusa i bić się mocno i gorączkowo, dopóki jeden nie znajdzie się na drugim, a łazienkowych kafelków nie zabarwi krew. Nie mógł zrobić ani jednego, ani drugiego, bo Allie nosiła w brzuchu dziecko, a Titus był pijany. Czuł coraz większy nacisk na skronie i wszystko zaczynało mu przeszkadzać, a najbardziej koszula Titusa. Też była pomięta, pewnie przez Jenevę. Pół biedy, gdyby tak tu przyszedł, ale w trakcie składania życzeń była jeszcze wyprasowana i pewnie wyprasowała ją pierdolona Jeneva. - Nie złożyłeś mi życzeń. - zauważył martwo. - Pewnie ci zimno, bo się przepociłeś, zdejmij koszulę to będzie ci lepiej. - zarządził jakże racjonalnie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
23-02-2026, 18:28
A świat faktycznie wirował, od kiedy tylko zaczął pachnieć wypalanym tytoniem; ruchy Day’a były chyba zbyt szybkie, by nie wydawały się momentami jedynie rozmazanym, pokracznym obrazem. Agresywne trącenie kolanem umknęło przydymionym zmysłom Harrisona, tak samo jak umknęła mu oczywista irytacja w głosie przyjeciela. W swoim mikroświecie, w którym obecnie istniały tylko cztery ściany toalety, kilka umywalek (ktoś tego używał?), trzy kabiny i cztery pisuary, a i ich dwójka – cieszył się po prostu, że mógł ochłonąć chwilę, usiąść spokojnie, czuć obecność Ambrose’a i słyszeć jego głos – nawet jeżeli ten wydaje się zbyt dociekliwy i zbyt oskarżający. Cieszył się, póki blondyn wciąż siedział obok, ale zerwał się, zerwał z siebie koszulę i dopiero wtedy wydał się przesadnie spięty. Chyba… Chyba oboje byli spięci, a Harrison poczuł się lepiej dopiero po którymś z kolei kieliszku, kiedy powoli stawał się ślepy na obecność panny młodej – pijąc kilka toastów z rzędu tylko i wyłącznie za zawodowe i prywatne sukcesy pana młodego.
Dwa dni temu obiecał sobie, że będzie spokojny. Ułoży własne życie, pozbędzie się niewygodnych myśli, pełnych zazdrości sentymentów. Problem polegał na tym, że nie był ani spokojny, ani skory do zabijania wspomnień – prędzej do kolekcjonowania ich w przeglądanych często katalogach.
Miotnięta na płytki koszula przyciąga uwagę Harrisona. Jest mu zimno, ma straszne dreszcze, mógłby ją ubrać i liczyć na to, że dodatkowa warstwa materiału załatwi sprawę. Ale robi mu się nieco cieplej, kiedy Ambrose ponownie siada obok, ramię w ramię. Spojrzenie rozmydlonych oczu spływa gładko z wysokości przesadnie czujenej twarzy – z ust zadających zbyt trudne w tym czasie pytanie – wprost na wysokość obojczyków, dalej zsuwając się wzdłuż bladego, atletycznego barku. Nie zdąży przyjrzeć się dokładniej, bo na dłoni czuje już mocny nacisk palców – ten gest wreszcie przebija się mocniej do świadomości.
– Nie wiem… – a chociaż nie wiem znaczyć może wszystko, w tym wypadku znaczyło chyba wyłącznie nie. Harrisonowi nie mieściło się w głowie kochanie kogoś tak prędko – nawet jeżeli lubił ją, chciał o nią dbać i może po czasie założyć rodzinę, na którą obecnie wcale nie czuł się gotowy. Nie umiał powiedzieć tego, nie w tym stanie. Trzeźwy pewnie chętniej wyminąłby temat i nigdy do niego nie wrócił. Teraz był gotów… Podrążyć. – Nie chcę robić tego… Szybko – przełyka ślinę, zbyt gorzką, zbyt kwaśną, zbyt mocno zapowiadającą coś, na co może powinien być gotowy, gdyby nie był to jego pierwszy raz. – Poczekam aż… Będziemy gotowi okej? – prostuje nogi, byle po chwili usiąść w innej, wygodniejszej pozycji. W takiej, w której notorycznie nie uciska brzucha – tak bolesnego, tak kurczącego się brzucha… – Nie możesz jeszcze… Jakoś tego odkręcić? – proponuje dobrotliwie, w samą porę (bo na końcu wesela), nieco łamiącym się głosem, patrząc na mężczyznę z dołu i wsuwając kilka długich kosmyków za własne ucho. Rzeczywiście – nie rozumie nic z mocnej głowy Allie, ale przytakuje gestem własnej głowy – nie tak mocnej, to jest pewne. Dym papierosowy wdziera się do nozdrzy, a z każdą kolejną chwilą w obecności uzależniającej, tytoniowej woni, czuje się jeszcze słabszy i jeszcze bardziej drżący. Nie próbuje uwolnić się od dłoni Ambrose’a, a jedynie przysuwa się nieco bliżej, byle oprzeć się bokiem głowy o ramię pana młodego.
– Nie złożyłem, bo… Wiedziałem że tak będzie, wiesz? Czułem, jakbym już to widział. Jakbym wiedział, że tak będzie, mówiłem ci, że zostanę sam, mówiłem. Mówiłem, że tak będzie – zapiera się, drugą dłonią odnajdując jego przedramię i głaszcząc je łagodnie. Okazywanie czułości przychodziło łatwiej, kiedy organizm ulegał substancji. – Wiedziałem, że skończysz z tą krową. Ale bardzo tego nie chciałem – powiedział wreszcie jakimś żałosnym tonem, podnosząc spojrzenie na usta Ambrose’a, bo z tej pozycji umiarkowanie namierzyć mógł jego oczy. Każdy ruch był jednak wysiłkiem, a on nie był właściwie pewien czy wolał teraz zasnąć, czy może wejść do rozgrzanego pieca. Albo zalać się magmą. – Nie – odpowiada z przedziwną pewnością. – Cały się trzęsę – mówi gwałtownie. – Jak rozebranie się ma pomóc… Tobie jest cieplej? Ja czuję się dziwnie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
11-03-2026, 02:08
- Nie wiesz. - powtórzył, mrużąc oczy jakby się intensywnie nad czymś zastanawiał. Raz... dwa... trzy wdechy... - Co to znaczy, że nie wiesz? - poddał się, choć może dla każdego innego odpowiedź byłaby oczywista. - No to się dowiedz. - burknął, jakoś zirytowany. - Albo się nie dowiaduj i z nią... - zerwij, zaczął prosić, ale powietrze opadło z niego, gdy Titus wtrącił, że poczekają. Pokiwał tępo głową. - No to poczekaj. Obiecaj mi, że poczekasz. - zażądał, nie puszczając dłoni Titusa. Miał zacisnąć mocniej palce w jakże męskim geście przypieczętowania tej umowy i obietnicy, ale zdał sobie sprawę, że zaciskał je już tak mocno, że Titusa zaboli. Zamiast tego rozluźnił uścisk, ale nie cofnął ręki, splatając w zamian ich palce w sposób... jakiego znaczenie jest zupełnie nieistotne, bo teraz wydawał się naturalny. - Ja myślę, że to się wie. - zaczął z wahaniem, bo zorientował się już, że czasami... nie czuł rzeczy w sposób, w jaki czuli je inni. - Powinno się wiedzieć. Jeśli jest prawdziwe, nie? - dywagował, opierając głowę o kafelki na ścianie. Nagle nie chciał już utrzymywać kontaktu wzrokowego z Titusem, choć nie chciał też puszczać jego dłoni. Było mu na rękę, że przyjaciel oparł się o jego ramię.
- Ja na przykład - zaczął dziwnie martwym głosem - wiem, że nie czuję nic do Allie. Choć nie, nic chyba byłoby... znośne. Czuję, że mnie irytuje. I że to kwestia czasu - jej opatrzenia się z urokiem, na który nigdy się nie uodporni, ale który może przestanie zwalać ją z nóg - zanim ja zacznę ją irytować. - trochę się przeliczył z tym, że minie trochę czasu. Allie już rano będzie (łagodnie mówiąc) zirytowana, że pan młody zniknął na własnym weselu. Wcale mu się nie śpieszyło, żeby tam wracać.
- A przez... to... dziecko... nie da się... tego odkręcić... - odpowiedział po dłuższej chwili milczenia i teraz jego głos był dziwnie zduszony. Podnosząc wzrok Titus dojrzał, że policzki Ambros'a są jakieś lśniące, jakby pochlapał je wodą. A przecież nie używał umywalki (choć akurat Ambrose ich używał). - Myślałem, czy by nie zniknąć, wiesz? - mówił, jak na siebie, jakoś powoli; jakoś chrapliwie. - Zapytać ciebie, gdzie w Szkocji mógłbym... zniknąć, przeczekać, czy coś. - wyjaśnił cicho, choć tak naprawdę to nie to chcał powiedzieć i nie o tym myślał. Wyjechać z tobą, na koniec świata. Te słowa jednak jakoś nie przechodziły mu przez gardło. Zaciągnął się nerwowo papierosem, a jego oddech stał się jeszcze płytszy. - Myślałem o tym sporo. Ale chujowo jest... nie mieć ojca. - nie wiedział, czy Tite to zrozumie. Pan Harrison był świetny, a o tym, że Titus stracił już innego ojca Ambrose dowie się dopiero za kilka lat, przez pieprzonego Malcoma Younga. Po śmierci starego Harrisona i poznaniu prawdy będzie się zastanawiał czy gorzej jest kogoś nie znać czy kogoś (podwójnie!) stracić. Teraz po prostu usiłował wyjaśnić tą... pustkę, te pytania do matki bez odpowiedzi, te coraz bardziej nonsensowne historie. Co powiedziałaby o nim Allie? Ojciec był nieodpowiedzialnym tchórzem i wyjechał? Ojciec uważał ciebie za błąd? Nie musiałaby nawet kłamać, to wszystko byłaby prawda. Próbując ubrać wątpliwości w słowa, zderzył się jednak ze ścianą: musiałby to opowiedzieć pijanemu Titusowi po kolei, wyjaśnić, że brak ojca boli go podwójnie, bo nie jest przecież podobny do matki. Że Allie zwróciła na niego uwagę tylko z powodu perłowych włosów i magii krążącej we krwi i że spotykał się z nią, bo chciał być lubiany i poszedł na imprezę, bo lubił być popularny, i że przez ten szereg błędów wszystko się pochrzaniło. Musiałby ubrać w słowa to, czego nie umiał ubrać nawet w myśli: tą dziwną mieszankę żalu i zdrady, gdy rano zrozumiał, że nic nie pamięta i gdy dzisiaj zrozumiał, że miała o wiele mocniejszą głowę; i przede wszystkim to nieustanne poczucie, że to jego wina.
A nie mówiłam? - powiedziałaby mama, a teraz powiedział to Titus i to ostatnie potwierdzenie, że to jego wina i jego pokuta i że wszystko zepsuł. Jego ramiona zadrżały gwałtownie, a on porzucił już wszelką pokusę wyjaśnień—nie da rady, nie da rady—zagryzając usta w bezgłośnym szlochu. Rzucił na podłogę papierosa, gniewnie ocierając oczy wolną ręką, ale nie puścił ręki Titusa.
- Nie zostaniesz sam. - wziął w końcu urywany oddech. - Też tego nie chciałem. Z nią skończyć. I okej, muszę to przecierpieć, ale ty... nie musisz być sam, nie będziesz sam. Przecież... - znowu zagryzł usta, bo w przeciwieństwie do Titusa nie umiał (jeszcze) dobrze kłamać, a Szkocja była tak cholernie daleko od mieszkania, które przygotował dla nich teść. - Nie zostawię cię, Tite, no weź. Jesteś... - moim najlepszym przyjacielem? Najważniejszym? Dlaczego nagle zawstydził się tych słów? - Przecież zawsze będę dla ciebie, okej? To... jest daleko, ale wystarczy jeden list. Na dobre i na złe, okej? Obiecuję. - wyrzucił z siebie słowa pojedyncze, nieświadomie powtarzając nawet takie, które wypowiadał dziś przed kimś innym. - I znajdę jakiś sposób, żeby to odkręcić. Zarobię w drużynie tyle, że kupię jej jeden dom w Londynie, a sobie drugi w Szkocji, albo... coś. Odkręcę to. - mówił gorączkowo, jakby wyrzuty i smutny ton głosu Titusa sprawiły, że coś w nim pękło. - Naprawdę nie życzysz mi nic dobrego? - dodał wreszcie cicho, jakoś żałośnie. - Jak to trzęsiesz? To... nie wiem, ubierz moją marynarkę, nie wiem. - zaoferował, puszczając na moment dłoń Titusa żeby sięgnąć po ciśniętą na podłogę marynarkę. Niepewnie narzucił ją na ramiona przyjaciela, mając ochotę przyciągnąć go do siebie. Może tak będzie cieplej.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
15-03-2026, 01:38
Tak mu się wydawało. Nie da się tego odkręcić.
Nie mógł uciec od wrażenia, że faktycznie było już za późno, ale wrażenie te towarzyszyło mu jeszcze zanim faktycznie było za późno. Czasami gubił się w czasie. Czasami naprawdę przekonany pozostawał, że to co wydarzy się w przyszłości, wydarzyło się już w przeszłości. Czasami miał wrażenie, że decyzja o dzisiejszych zaślubinach zapadła nie w momencie w którym Ambrose zbliżył się do Allie w czerwcu, a może nawet nie w momencie pierwszego wymienienia spojrzeń pomiędzy panem a panią Day – jak dziś należało ich nazywać. Czasami miał wrażenie, że wszystko to zapisano im już wcześniej. Że nie mieli wyboru.
Że faktycznie nie dało się tego odkręcić. Nie – nie dało się tego teraz odkręcić. Być może nie dało się tego nigdy odkręcić.
Jest pijany – nie umie więc znaleźć odpowiednich słów, by zwerbalizować myśl. Niezależnie czy ta okazałaby się dla Ambrose’a pocieszeniem, zmartwieniem lub powodem do zwątpienia w zdrowy rozsądek Harrisona.
Każde kolejne zdanie przyjaciela rozpatruje przewrotnie – bo wyłącznie rozłącznie. Przez dziecko nie dało się tego odkręcić – faktycznie, wyszedłby na niezłego frajera – pewnie i dlatego Titus poddał się po przeczytaniu listu od Allie pod koniec wspólnych wakacji. Myślał żeby zniknąć – ale Harrison byłby gotów zniknąć z nim nawet dzisiaj; szczególnie dzisiaj. Zniknąć w Szkocji – przecież to tak dobrze się składa… Ale dziecko musi mieć ojca – jeszcze jak. Ambrose nie może być świadom jak uczulony na porzucających ojców bywał czasami Harrison, przez lata próbując przekonywać samego siebie – z różną skutecznością – że jego prawdziwymi rodzicami byli ci, którzy go chcieli, wybrali i pokochali. Nie ci oddający dziecko… Myśl urywa się, bo Titus czuje w głowie zbyt wiele silnych emocji. Ciało zaczyna uginać się pod pierwszą, większą falą mdłości. Utyka w bezruchu, głuchy na moment na wszystkie bodźce, póki ten nie pojawia się pod jego skronią.
Podnosi głowę z jego ramienia, kiedy ten drży w nagłym porywie rozpaczy i cichego szlochu. Papieros ląduje na podłodze, ale pomieszczenie pozostawało zbyt zadymione, by Harrison mógł zapanować nad zbliżającą się falą torsji.
Nie nakaże mu przestać płakać, nie pocieszy go też – zignorowanie łez było chyba tym, co powinien zrobić. Czego został nauczony. Tak długo jak ignorują to oboje – problem nie istnieje.
– Obiecujesz…? – bo chociaż podświadomość boleśnie każe mu wątpić w możliwość spełnienia życzenia Harrisona w całości – w obecnym stanie i w dniu dzisiejszym – gotów jest nawet wierzyć w możliwość zmiany losu zapisanego im ostatecznie. Jakby faktycznie ich działania, słowa i gesty miały znaczenie i kreowały przyszłość w całości. Jakby tylko oni byli kowalami własnego losu. W wieku lat osiemnastu ma w sobie jeszcze pewien optymizm. Chce go mieć – bo naprawdę, naprawdę chce po prostu myśleć, że w tej kwestii się myli. Nawet jeżeli wie, że ma rację.
Głowa dojrzewającego jasnowidza pozostaje nieprzyjaznym miejscem, pełnym odpowiedzi zakończonych trzykrotnymi znakami zapytania.
– To ja też obiecuję, na zawsze obiecuję. Zawsze znajdziesz u nas miejsce. U mnie miejsce. Obiecuję – mówi jeszcze kilka momentów przed utratą sprawdzonego oparcia – jeszcze trzymając przyjaciela za dłoń. Drugą dłonią odchyla kołnierzyk od szyi – ma wrażenie, że szyja spuchła, a on sam ma coraz większe trudności z oddychaniem. Blednie okrutnie, mając coraz większe problemy ze skupieniem spojrzenia na twarzy Day’a. Ale nim ten stwierdzi, że najlepiej ofiarować Harrisonowi swoją marynarkę – musi zmierzyć się z przesadną wylewnością pijanego Titusa, kładącego wolną dłoń na jego piersi, gdzieś pod krawatem. – Nie musisz mieć domu w Szkocji, po co ci dom w Szkocji. Ja mam dom w Szkocji. Tata go ma – poprawia się szybko. – Możesz tam być. Chciałbyś tam być? – o tym nigdy nie rozmawiali. Ale nim Ambrose nie został postawiony przed koniecznością ożenku… Przecież rozważali tak wiele opcji. Z Montrose do Strathpeffer jest blisko. Tak samo z Portree – na wyspie Skye zawsze plaże były najpiękniejsze, a woda taka błękitna. Gdyby dostał się do którejś z tamtych drużyn, mógłby nawet zamieszkać w sąsiedztwie. Albo oboje mogli zamieszkać w Inverness. – Allie nie podoba się szkocka wieś…? – nie wie po co to rozważa, nie wie czemu w ogóle myśli, że byłby w stanie znieść ich dwójkę w pobliżu. Jeszcze dwa dni temu – cholerne dwa dni temu – obiecał sobie, że pozbędzie się sentymentów i zbędnych nadziei. Ale te nie odejdą nigdy.
Gdy podpora znika – gdy dłoń Day’a nie trzyma go już w rzeczywistości, głowa opada do przodu jak u kukiełki. A wraz z nienaturalnie rozluźniającą się szyją – w głowie zapala się alarm. Przełyk kurczy się, krtań zaciska, nie pozwalając na wydanie nawet dźwięku, a sprężynujące odgłosy walczącego z odruchem organizmu są ostatnim, co słyszy – zrzucając z siebie zarzuconą na niego marynarkę. Próbuje złapać Day’a za przedramię – byle ten pomógł mu wstać. Pośpiesznie, ostatecznie w bardzo niezgrabny sposób podnosząc się na kolana i równie niezgrabnie – po kilku krokach – opadając na porcelanową muszlę, którą obejmie zbyt wylewnie, uderzając czołem w jej krawędź. Boleśnie, ale to jego ostatnie zmartwienie – obecnie pozbyć musi się chyba całej treści żołądka.
– Musiałem coś… Zjeść. Nie tak – wyciska z siebie dopiero po kilku chwilach, wciąż mówiąc w głąb sedesu. Wciąż kaszląc i łapiąc się za głowę, która wydawała się obecnie zbyt ciężka.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
02-04-2026, 01:03
- Obiecuję. - powtórzył, choć nie rozumiał dlaczego Titus dopytywał skoro już to obiecał. Wolał jednak zwalić to na karb alkoholu niż pomyśleć o podejrzeniu, że... może Harrison mu nie wierzył. I że może miał ku temu powody. - Jesteś przecież najważniejszy... - powtórzył jednak dla pewności jeszcze poprzednią obietnicę, bo podejrzenia i wyrzuty sumienia kłuły go bardziej niż chciał przed sobą przyznać. Ciąża Allie wciąż była dla niego bardziej wyrokiem niż faktem, a dziecko (jak się okaże: dzieci) abstrakcją. Poczucie obowiązku wynikało bardziej ze wspomnienia własnego żalu i poczucia nieobecności ojca, niż ze świadomości, że stanie się odpowiedzialny za żywe istnienie. Dopiero dotrze do niego, że być może kilka osób w życiu może—musi?—być najważniejszych. Nigdy nie będzie jednak w ich gronie Allie, a dziś najważniejszy był po prostu Titus. Nawet jeśli dopiero teraz znalazł dla niego moment na osobności. Moment, który chętnie rozciągnąłby do końca wesela, do rana i o kilka dni dłużej.
Zwłaszcza słuchając obietnic przyjaciela i mocniej ściskając jego dłoń. Pokiwał powoli głową, a jasne oczy zaszkliły się wzruszeniem. Poczuł, jakby z serca spadł mu ciężar. W końcu odkąd przeczytali list bał się—czuł—że Titus jest na niego zły, że ma do niego żal. W najśmielszych obawach nie przypuszczał, że Harrison uznał szkocką obietnicę za kłamstwo i że przypominanie mu o niej rozjątrzy tylko ranę; ale zarazem nie był przecież ślepy. I wiedział, że wyszło... źle, choć nie umiał nazwać dlaczego tak bardzo źle. Ale pomimo wszystko przyjaciel oferował mu kąt u siebie, uśmiechał się i składał obietnice i Ambrose bardzo dobrze sobie te słowa zapamięta. Na kolejne kilkanaście lat, by w końcu skorzystać z oferty pewnego marcowego wieczoru. Nawet słowo nas nie było w stanie zepsuć mu teraz humoru, bo optymistycznie uznał, że liczba mnoga oznacza Titusa i jego ojca, a nie Titusa i jego przyszłą żonę.
- A ty u mnie. - odpowiedział mechanicznie, jeszcze nie wiedząc, że to Titus jako pierwszy będzie potrzebował dla siebie nowego miejsca (w dodatku nie pamiętając o tej obietnicy, ale może przewidzi, że Ambrose mu pomoże). Mówił to zresztą z nagłym roztargnieniem, czując pod palcami ciepłą skórę i puls przyjaciela. Czując jego dłoń na swoim sercu. Czy Titus czuł, że biło jakoś szybciej? Może ze stresu, ale...
...ale Ambrose czuł teraz przede wszystkim ulgę. Przez ostatnie tygodnie coś było nie tak, prawie nie widywał Titusa, a gdy widywał to jego mina była smutna, a spojrzenie nieprzeniknione. Listy były zaś pełne błędów i niejasności, dopiero będzie musiał się do nich przyzwyczaić. Teraz zaś byli tu razem, Titus znowu uśmiechał się i wylewnie mówił o domu w Szkocji, a Ambrose znowu czuł się jak w Szkocji. Słuchając przyjaciela, uśmiechał się coraz szerzej i nachylał coraz bliżej, a łobuzerskiego błysku w jasnych oczach nie zgasiło nawet wspomnienie Allie.
- Mam w dupie, co się podoba Allie. - uciął z nagłą determinacją, tak jakby i te słowa były obietnicą. - Mi podoba się... - teraz czuł już oddech Titusa na swojej twarzy, teraz już patrzył mu w oczy z bardzo bliska. -...Szkocja. - chyba wcale nie chodziło mu o Szkocję i chyba Titus o tym wiedział.
...Wiedział? Ambrose był już o włos od zaryzykowania zademonstrowania jak bardzo podoba mu się Szkocja, gdy tknęła go ta niepokojąca myśl. Oderwał wzrok od ust Titusa, podniósł go na jego szkliste oczy i przypomniał sobie, że przyjaciel jest pijany.
Pijany.
Samemu też był kiedyś pijany.
Cofnął się jak oparzony i nagle to jemu zrobiło się bardzo zimno i bardzo źle.
- Tite, czy ty mówisz serio? - szepnął z niepokojem, choć nie wiedział czy w tym stanie uzyska w ogóle od niego szczerą odpowiedź. Ani czy Titus, którego właśnie dopadły nudności, w ogóle to usłyszał.
Pomógł mu dojść do toalety, zdążył odgarnąć mu włosy. Trzymał je teraz, cierpliwie czekając aż Titus przestanie czuć się źle. Bo kiedyś przestanie czuć się źle... prawda?
- Jedzenie jest okej, za dużo wypiłeś. - sprostował zmęczonym głosem. Zsunął dłoń na plecy przyjaciela w pokrzepiającym, ostrożnym geście. - Już lepiej...? - upewnił się z troską, Tite nie wyglądał jakby mu było lepiej.
I wtedy rozległo się łomotanie do drzwi.
- Ambrose! AMBROSE, wiem, że tam jesteś, bo gdzie indziej możesz być? Wychodź, wszyscy cię szukają! - rozległ się za nimi głos Dolores Day, która doskonale wiedziała, gdzie syn ukrywa się w chwilach przytłoczenia.
- Nie! - odkrzyknął ku własnemu zaskoczeniu, bo chciał udawać, że go tu nie ma. - Nie, nie wrócę tam. - dodał bardziej stanowczo. Pomógł Titusowi oprzeć się o ścianę i podszedł do drzwi, uchylając je tylko trochę. - Nie zostawię Titusa, zatruł się... - alkoholem, ale może to kłamstwo o jedzeniu jest lepsze? - czymś. Możesz mu pomóc, mamo? Musisz mu pomóc... - dopiero teraz zrozumiał, że się boi (właściwie czego? Jenevy tu nie było...) i pośpiesznie wciągnął matkę do środka, a potem znowu zaryglował drzwi.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
02-04-2026, 23:06
Ale momenty jak te bywały zbyt ulotne – okrutnie liczne, ale zawsze niedokończone. Harrison nie był jednak w miejscu, w którym mógł przyjąć sympatię wobec Szkocji. Nie mógł jej też odmówić, bo rozanielonym spojrzeniem przyglądał się jedynie twarzy Ambrose’a, mając przemożną ochotę na uniesienie dłoni do jego twarzy, byle przejechać palcami po mokrych od niewytartych łez policzkach. Nie pamięta nic z tej chwili, a pewnie oddałby wiele, by jej nie zapomnieć. Pewnie gdyby zapamiętał wypowiedziane dziś słowa, to że Ambrose znajdował się tak blisko – pewnie w przyszłości cierpiałby inaczej. Nie mniej, nie więcej, ale inaczej – nie radząc sobie z uczuciem jeszcze bardziej, ale też wiedząc chociaż z całą pewnością, że chociaż przez krótki moment było odwzajemnione.
Przebitki wspomnień bólu gardła i skrętu kiszek to jedyne, co zapisze się w jego pamięci. Nie zapamięta wyjaśnień Day’a, nie zapamięta jego pokrzepiającego gestu i uczucia drętwienia na plecach pod jego palcami. Nie zapamięta jego pełnego czułości i strachu pytania o jego stan. Nie zapamięta jego gwałtownego nie, którym traktuje matkę. Nie zapamięta też tego, że Dolores Day weszła do męskiej toalety w momencie jego upokarzającej słabości.
– Nigdy nie czułem się tak… – źle.
Ma wrażenie – że boli go obecnie całe ciało. Żołądek pozostawał połowicznie pusty, ściśnięty. Plecy tak bolesne, by musiał przez moment siedzieć w pozycji pochylonej, przynależnej niemal krewetce. Ociera usta zewnętrzną częścią dłoni, kiedy Day rozpoczyna rozmowę ze swoją matką. Gałki oczne wydają się niezdolne do szybkiego ruchu, ale zaczerwienione od ciśnienia gromadzącego się w zwieszonej chwilę temu głowie – kierują wzrok ku zbliżającej się, ubranej w czerń świeżej teściowej. Harrison widząc ją przed sobą zaczyna ronić łzy. Ze wstydu? Z nadmiaru emocji? Dlatego, że nie powinien tyle pić, ale dopiero kiedy to zrobił, poczuł się lepiej?
Zapamięta jednak tylko część w trakcie której czuł się co najmniej źle.
– Pani Day – mówi, nerwowo przełykając ślinę, zbyt gęstą i zbyt okropną w smaku. Ma ochote pluć, ale czuje, że nie wypada tego robić przy matce. Nawet jeżeli ta matka nie jest jego matką. – Nie chciałem… – czuje kwas podchodzący mu do gardła, ale musi dokończyć, nawet jeżeli znowu zaczyna powoli przechylać się ku porcelanowej misie. – Jest mi strasznie źle, czuję się bardzo źle, jest mi strasznie smutno… – chyba jego emocje powędrowały właśnie torem kolejki górskiej. Góra-dół-góra-dół.
Opróżnienie żołądka oznaczało szybsze dojście do siebie. Wizję powracającej trzeźwości. Być może pamięć o trzeźwych emocjach wciąż budzi w nim niesmak? Być może płacze, bo wcale tego wszystkiego nie chce.
– Czemu jest ci smutno? Ile wypiłeś, Titusie? – pyta matka, ale pytanie ledwo trafia do świadomości, którą wypełnia żałosny pisk – nie wie już nawet czy sam piszczy tak głośno (nie), czy to tylko skutek uboczny gwałtownych wymiotów. - Popadniesz w alkoholizm... Wiesz o tym?
– Trochę… – trochę za dużo – powinien powiedzieć, ale nie nauczył się jeszcze umiaru. Nauczył się zaś kłamania, więc kłamać próbuje nawet teraz. Ale Dolly pozostaje odporna na jego kłamstwa – i w roku 43, i w roku 62. – To wina Dicka… – na pewno wlał mu do gardła wszystkie te kieliszki. – Nie chcę żeby… – teraz patrzy na Ambrose’a. Bardzo zamglonymi i czerwonymi oczami. – Kiedyś… – nawet kilka miesięcy temu. – Było lepiej… – i łatwiej, bo byli w Szkole. Wymagano od nich mniej. Mogli żyć beztrosko. Mogli spać pod gołym niebem, latać na miotłach nad wyżynnymi jeziorami. Siadać na jednym łóżku i czytać te głupie książki. Czasami pobić się w szatni o coś prozaicznego – bo nastolatkom pasował połamany nos i podbite oko. – Jestem bardzo zmęczony…
I bardzo, bardzo mocno chciał już wypuścić z siebie cały ten ciężar - całe to zatrucie, które zaciskało mu żołądek jak we wnętrzu pięści.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 13:29 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.