• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Derbyshire, Burke Manor > Taras
Strony (2): 1 2 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
17-01-2026, 13:08

Taras
Sporej wielkości kamienny taras znajduje się na tyłach posiadłości i można się do niego dostać zarówno przez salon jak i jadalnie. Z tarasu rozprzestrzenia się widok na ogrody przynależące do posiadłości, do których można schodzić po wykutych w kamieniu schodów. Kiedy pogoda dopisuje na taras wystawiane są stoły i krzesła przy których można spożywać posiłki lub po prostu spędzać czas na świeżym powietrzu. W zimie meble są chowane, a taras często służy jako plac boju na śnieżki dla najmłodszych latorośli.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Primrose Burke
Czarodzieje
Wiek
25
Zawód
Badaczka artefaktów i run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
12
9
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
8
Brak karty postaci
26-01-2026, 22:48
|04.04.1962
Sen


Stała na tarasie z bukietem w dłoniach, obracając go powoli, jakby same kwiaty mogły udzielić odpowiedzi, której nie potrafiła znaleźć w sobie. Delikatne płatki uginały się pod zbyt mocnym uściskiem, a ona raz po raz rozluźniała palce, jakby przestraszona własnej siły. Miały być ślubne, tak przynajmniej powiedziano, wybrane starannie, z myślą o przyszłości, którą wszyscy zdawali się widzieć wyraźniej niż ona. Chodziła wzdłuż kamiennej balustrady, zatrzymywała się, zawracała, znów ruszała, jakby każdy krok był próbą ucieczki od myśli, które i tak podążały za nią uparcie. W głowie kłębiły się pytania, coraz bardziej natarczywe, coraz trudniejsze do zignorowania. Kiedyś była pewna. A przynajmniej wierzyła, że była. Teraz nie potrafiła już odróżnić własnych przekonań od cudzych oczekiwań.
Myślała o Bradfordzie i to imię wywoływało w niej sprzeczne reakcje. Czułość mieszała się z lękiem, spokój z poczuciem, że coś wymyka się spod kontroli. Mówiła innym, że wszystko jest w porządku, że ślub to naturalny krok, że tak właśnie powinno być. W myślach jednak rozbierała każde swoje słowo na części, zastanawiając się, czy mówiła je z przekonania, czy tylko z przyzwyczajenia. Czasem łapała się na tym, że planuje przyszłość z nim, a chwilę później wyobrażała sobie siebie zupełnie gdzie indziej, wolną od zobowiązań, od obietnic, które nagle zaczęły ciążyć. To rozdwojenie było męczące, jakby żyła w kilku wersjach naraz, żadnej nie potrafiąc uznać za w pełni prawdziwą.
Zatrzymała się, opierając dłonie o chłodny kamień tarasu, bukiet spoczął na balustradzie. Wiatr poruszył wstążkami, a ona poczuła, jak łzy napływają do oczu, choć nie potrafiła powiedzieć, czy to ze strachu, żalu, czy może z żałoby po kimś, kim była jeszcze niedawno. Wiedziała tylko, że to, co nadchodzi, miało ją zdefiniować na nowo, a ona nie była pewna, czy jest gotowa pozwolić, by jedna decyzja zamknęła wszystkie inne drogi.
Lęki i słowa jakie słyszała u innych teraz wybrzmiewały w jej głowie. Czy dobrze robiła? Myśl o dzieciach pojawiła się nagle, nieproszona, a jednak nieunikniona. Dwie dziewczynki, już istniejące relacje, wspomnienia, których nigdy nie będzie częścią. Zastanawiała się, czy potrafiłaby odnaleźć się w tej roli, czy umiałaby być dla nich kimś więcej niż tylko dodatkiem do ich świata, cieniem stojącym obok ojca. Macocha. Słowo brzmiało obco, ciężko, niosło ze sobą oczekiwania, których nawet nie potrafiła w pełni nazwać. Czy będzie wystarczająco cierpliwa, wystarczająco mądra, wystarczająco stabilna? Czy nie zabraknie jej doświadczenia, którego nie da się nadrobić samymi chęciami. A może będą na nią patrzeć i widzieć tylko to, czego ona sama się obawiała najbardziej, że jest za młoda, zbyt niepewna, wciąż jeszcze szukająca siebie.
Im dłużej o tym myślała, tym bardziej miała wrażenie, że kolejne warstwy odpowiedzialności osuwają się na nią bez ostrzeżenia. Życie, które miało być jej własne, powoli obrasta cudzymi potrzebami, definicjami, rolami do odegrania. Dobra żona. Odpowiednia partnerka. Stabilna figura w życiu dzieci. Każde z tych określeń brzmiało jak pytanie, na które nikt nie czekał na jej prawdziwą odpowiedź. Zastanawiała się, czy decyzje, które podejmowała, wynikały jeszcze z jej pragnień, czy raczej z tego, co było akceptowalne, rozsądne, mile widziane przez otoczenie. Czy naprawdę tego chciała, czy tylko nauczyła się mówić, że chce. Oddech stał się płytszy, jakby powietrze na tarasie nagle zgęstniało. Miała wrażenie, że ściany zbliżają się powoli, niepostrzeżenie, a ona stoi pośrodku, niezdolna się ruszyć. Czuła ucisk w klatce piersiowej, jakby każde kolejne zobowiązanie dokładało ciężaru, którego nie potrafiła już unieść. Dusiła się nie konkretną myślą, lecz ich nagromadzeniem, tą świadomością, że ostatnio coraz rzadziej pyta siebie, czego naprawdę potrzebuje. A im dłużej ignorowała to pytanie, tym bardziej bała się odpowiedzi.
Usłyszała kroki, jeszcze zanim je zobaczyła, ciche, znajome, niosące ze sobą obecność kogoś, kto znał ją zbyt dobrze. Kiedy uniosła wzrok, przy wejściu na taras stała jej przyjaciółka, a jednocześnie bratowa, zatrzymana na moment, jakby od razu wyczuła, że wchodzi w przestrzeń, w której coś jest nie tak. Serce zabiło jej szybciej. Odruchowo wyprostowała się, sięgnęła po bukiet, próbując nadać sobie sensowną postawę, taką, jaką powinna mieć przyszła panna młoda, a nie ktoś, kto jeszcze chwilę temu walczył z własnym oddechem. Próbowała przywołać uśmiech, ten lekki, wyuczony, którym zwykle zbywała trudne pytania, lecz mięśnie twarzy nie chciały współpracować.
Wiedziała, jak robił to jej brat. Jak w jednej chwili potrafił zamknąć emocje za szczelną barierą, przywdziać spokój i opanowanie, nawet gdy w środku wszystko się rozpadało. Jej maska była zawsze zbyt cienka, zbyt krucha, zdradzała pęknięcia w drżeniu dłoni, w zbyt szybkim mruganiu, w oddechu, który wciąż nie wrócił do normy. Czuła na sobie spojrzenie bratowej, uważne, nieoceniające, a przez to jeszcze trudniejsze do zniesienia. Zrobiła krok w jej stronę, jakby chciała uprzedzić pytanie, odebrać mu znaczenie, lecz słowa ugrzęzły jej w gardle. Bukiet zsunął się nieco w jej dłoniach, a ona zrozumiała, że nie zdoła udawać tak, jak planowała. Zanim zdąży cokolwiek powiedzieć, jej stan już został zauważony, nazwany w ciszy, której nie potrafiła wypełnić żadnym kłamstwem. -Przepraszam, jestem… dzisiaj nie swoja.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Vivienne Burke
Czarodzieje
Wiek
23
Zawód
Badaczka historii run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
7
12
15
Brak karty postaci
27-01-2026, 11:05
Czy to była kobieca intuicja, która kazała mi przyjść w stronę tarasu? Nie planowałam iść tą drogą, ale nogi same mnie powiodły. Kroki roznosiły się po korytarzu w Burke Manor, drzwi na taras były otwarte, a ja dostrzegłam krążącą nerwowo Primrose z bukietem kwiatów w dłoni. Podeszłam niespiesznie i oparłam się o framugę. Gdy mnie moja przyjaciółka zobaczyła próbowała przywdziać na twarzy delikatny uśmiech. Trzymała w dłoniach bukiet, który miał być jej ślubnym. Wystarczyło mi jedno spojrzenie, zbyt dobrze znałam swoją przyjaciółkę. I ona chyba też to dostrzegła, że ja wiem, że jej uśmiech jest wymuszony, a kwiaty trzyma zbyt sztywno, by było to naturalne. Odpuściła. Maska opadła, a na jej twarzy pojawiło się zmieszanie. Primrose zrobiła krok, ja zrobiłam o dwa więcej. Już po chwili byłam obok.
- Widzę - mruknęłam cicho, poprawiając kwiaty w bukiecie, który tak mocno ściskała. - Co się stało?
Rzadko widziałam ją w takim stanie, taką strapioną. Więc tym bardziej się zmartwiłam. I chociaż zapytałam co się stało, to gdzieś podświadomie wiedziałam o co chodzi. Trzymała w dłoniach bukiet swoich ślubnych kwiatów, a na jej twarzy nie było widać szczęścia tylko troskę. Chyba czułam, że moja przyjaciółka ma jakiś problem. Z jakiego innego powodu przeszłabym przez posiadłość akurat tędy? Drogą, której zazwyczaj się nie poruszałam? Westchnęłam lekko i cofnęłam się do drzwi prowadzących na taras. Zamknęłam je. Jeśli ktoś będzie przechodzić, to zobaczy dwie dziewczyny pogrążone w rozmowie, ale nic nie będzie słyszał. Wróciłam do Primrose, chwyciłam ją za dłoń i bez słowa odciągnęłam w głąb tarasu. Tam gdzie stały meble, na których można było usiąść. Najbliżej był stół z krzesłami, posadziłam ją więc na jednym z nich, a sama usiadłam tuż obok. Tak, w spokoju i ciszy, z pięknym widokiem i tylko we dwie mogłyśmy spokojnie porozmawiać.
- Martwisz się, prawda? - Zapytałam z troską. - Ślubem?
Nawet nie musiała odpowiadać, widziałam to w jej spojrzeniu. Czułam jej emocje, nie były dla mnie zagadką. Primrose była jedną z niewielu osób, które mogłam z taką łatwością odczytać. Oh, ile bym dała by umieć tak poradzić sobie ze swoim mężem. Primrose była od niego młodsza, nie umiała jeszcze tak dobrze się maskować a i ja, nieskromnie mówiąc, całkiem dobrze nauczyłam się ją rozgryzać. Zresztą, po co miałaby ukrywać przede mną swoje emocje? Przecież po to właśnie byłam, aby móc jej z nimi pomóc.
- Tak jak ty rozwiewałaś moje wątpliwości, tak ja chcę pomóc tobie - sięgnęłam po jej dłoń i zaczęłam gładzić ją kciukiem po wierzchu.
Teraz musiałam dać jej przestrzeń, aby mogła się otworzyć. Aby mogła zacząć mówić, wylewać z siebie to co ją trapiło. Samo to, że nazwie te uczucia powinno dać jej ulgę. A moja w tym głowa, aby spróbować jakoś jej się z tymi myślami uporać. Poukładać. Rozwiać wszelkie wątpliwości. Bo wiedziałam, że będą. Zawsze były. To byłoby dziwne, gdyby Primrose przeskoczyła ten etap w swoim okresie narzeczeństwa. Ja miałam wątpliwości, ogromne, a ona pomagała mi się z nimi oswoić. Teraz moja kolej, aby jej się za to odwdzięczyć.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Primrose Burke
Czarodzieje
Wiek
25
Zawód
Badaczka artefaktów i run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
12
9
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
8
Brak karty postaci
27-01-2026, 14:52
Vivienne jako nieliczna potrafiła dostrzec to co trapiło Primrose. Swoim ciepłem, otwartością rozbroić maski jakie uczyła się nakładać panna Burke. Weselny bukiet, który powinien być symbolem szczęścia stanowił teraz wyzwanie, jakby wystawiał na próbę wszystkie słowa i zapewnienia jakie padały do tej pory z jej ust. Emocje targały nią od niedawna. Sen nie dawał jej spokoju od samego rana. Nie był ani wyraźny, ani szczególnie logiczny, a jednak zostawił po sobie ciężar, którego nie potrafiła zignorować. Od chwili przebudzenia każda myśl o ślubie wywoływała w niej niepokój. To, co jeszcze niedawno wydawało się pewne i dobrze zaplanowane, teraz zaczęło się kruszyć. Związek z Bradfordem, decyzja o wspólnym życiu, wizja wesela pełnego gości i uśmiechów nagle przestały dawać jej poczucie bezpieczeństwa. Stała na tarasie z bukietem ślubnych kwiatów w dłoniach i zamiast radości czuła jedynie napięcie oraz zmęczenie własnymi myślami.
Kiedy przyjaciółka zamknęła drzwi prowadzące na taras, Primrose zarejestrowała ten gest, ale nie zaprotestowała. Pozwoliła się odciągnąć w głąb przestrzeni, dalej od balustrady i przypadkowych spojrzeń. Jej dłoń była chłodna i lekko drżała, lecz nie próbowała się wyswobodzić. Gdy została posadzona na krześle przy stole, usiadła posłusznie, jakby ten prosty ruch dawał jej chwilowe wytchnienie. Obecność drugiej osoby działała kojąco. Nie musiała niczego tłumaczyć ani udawać, że wszystko jest w porządku. Siedziały obok siebie w ciszy, a piękny widok tylko podkreślał rozdźwięk między tym, co widziała, a tym, co czuła. Kiedy padło pytanie o ślub, poczuła, że ktoś wreszcie nazwał to, co sama próbowała zagłuszyć. Uniosła wzrok i nie znalazła w sobie siły, by zaprzeczyć. Jej spojrzenie zdradzało wahanie, lęk przed pomyłką i obawę, że decyzja, którą miała podjąć, zmieni jej życie bardziej, niż była gotowa przyznać.-Nie wiem co się dzieje. - Wyznała po chwili. -Byłam pewna wszystkiego, a ostatnio nie ufam swojemu osądowi. W żadnej sprawie. Ani ślubu, ani pracy, a tym bardziej moich działań… - Nie buntowała się przeciw tej trosce. Pozwoliła, by przyjaciółka przejęła inicjatywę i stworzyła dla nich bezpieczną przestrzeń. Napięcie w jej ramionach powoli słabło, a myśli przestawały pędzić w chaotycznym tempie. Na chwilę mogła odłożyć rolę przyszłej panny młodej i po prostu być sobą, kobietą pełną wątpliwości, która potrzebowała ciszy, zrozumienia i czyjejś obecności, by nie czuć się z tym wszystkim zupełnie sama.
Najbardziej niepokoiło ją to, że nie potrafiła wskazać konkretnego powodu tej nagłej niepewności. Nic się nie wydarzyło, nikt jej nie zranił, żadna rozmowa nie podważyła wprost tego, co planowała. A jednak wszystko, co dotąd wydawało się uporządkowane, zaczęło się rozmywać. Zaczęła wracać myślami do swoich wyborów i zastanawiać się, czy podejmowała je z przekonania, czy raczej z przyzwyczajenia i oczekiwań innych. Każde wypowiedziane wcześniej słowo analizowała na nowo, jakby nagle przestała ufać samej sobie. -Potrafię mówić, że jestem spokojna i gotowa, a jednocześnie czuję w środku narastający niepokój. - Myślami zadawała sobie pytania, na które nie znała odpowiedzi, podczas gdy jej ciało wykonywało kolejne gesty zgodnie z planem. Momentami sama nie wiedziała, co naprawdę czuje i czy jej emocje są szczere, czy tylko wyuczone. -Nie rozumiem samej siebie tak dobrze, jak dotąd sądziłam. - Szczyciła się swoim rozsądkiem, opanowaniem i analitycznym umysłem. Ciekawością świata i chęcią zadawania pytań, które miały pomóc jej w zrozumieniu otaczającego ją świata. Teraz zaś miała ochotę krzyczeć, bo niczego nie rozumiała.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Vivienne Burke
Czarodzieje
Wiek
23
Zawód
Badaczka historii run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
7
12
15
Brak karty postaci
28-01-2026, 21:56
Pozwoliłam jej mówić, ponieważ najpierw musiałyśmy nazwać problem, aby móc go potem rozwiązać. Nawet jeśli Primrose nie powie, że stało się to lub tamto, to już samym opisem przybliży nas do znaczenia tego co ją trapi. A zdecydowanie wyglądała na strapioną. A samo wspomnienie o ślubie powodowało niemal widoczne spięcie na jej ciele. Zmartwiłam się. Ale tylko dlatego, ponieważ wiedziałam jak ciężki jest to okres, kiedy dopadają cię wątpliwości. Ja również miałam ich wiele, całkiem bezpodstawnych. Ale był to naturalny proces, który każda z nas, wżeniająca się w nową rodzinę, musiała przejść. I Primrose to czekało, prędzej czy później. Padło akurat na ten moment, początek kwietnia, jeszcze chwila czasu do ślubu. Nie pojawiał się on jeszcze na horyzoncie, nie zbliżał niebezpiecznie szybko. Wystarczająco dużo czasu, aby uporać się ze wszystkimi niepewnościami.
Patrząc na moją przyjaciółkę i analizując jej okres narzeczeństwa, byłam pod wrażeniem jak bardzo różnił się od mojego. Ja miałam wyjść za mąż szybko, ledwie trzy miesiące moja rodzina nam dała, abyśmy się z Xavierem zdążyli poznać. Obcy sobie ludzie. Dzisiaj, póki co, stanowiliśmy udane małżeństwo. Primrose miała narzeczonego z wyboru, ponieważ i ona i Bradford tego chcieli. Trochę nie rozumiałam jakie mogłaby mieć wątpliwości, ale skoro się pojawiły, to na pewno były one niezwykle ważne. Na tyle istotne, aby się nad nimi pochylić. Aby je rozwiać.
- Rozumiem - odpowiedziałam na jej pierwsze słowa. - Zaczynasz się denerwować, zaczyna do ciebie docierać zmiana, która się szykuje. To normalne, że zaczynasz wątpić.
Przechyliłam lekko głowę starając się słuchać ją z pełnym zrozumieniem. Paradoksalnie nic się nie działo, nic niepokojącego. A jednak Primrose nie potrafiła odnaleźć się w sytuacji. Było to dla mnie nowe, dziwne, zazwyczaj role były odwrócone. Ja byłam młodsza, rzucona na głęboką wodę. Chociaż nie umiałam pływać w tym chaosie, oczekiwano, że bez problemu dopłynę do brzegu. Gdyby nie Primrose, nie wiem czy by mi się udało. Teraz była moja kolej, aby ze swoim doświadczeniem bycia narzeczoną, chociaż krótko, a także bycia żoną być dla niej wsparciem i głosem rozsądku.
- Hmm… może. Może rozłóżmy to na czynniki? - Zaproponowałam. - Powiedz mi co cię niepokoi, spróbujemy rozebrać to na części i sprawdzimy, czy faktycznie jest to problem. I spróbujemy rozwiązać, co ty na to?
Primrose była osobą bardzo rozsądną i analityczną. Emocje często były na drugim miejscu, liczyło się coś innego. Gdy ja miałam problem rzadko mnie po prostu pocieszała. Oprócz pocieszenia były również sensowne rady, trafne stwierdzenia, zauważenie tego czego ja na pierwszy rzut oka nie widziałam. Może teraz ona tego nie widzi? Może potrzebuje dłoni, która wskaże jej rzeczy, schowane w tym momencie za mgłą obaw i niepewności? Uśmiechnęłam się do niej lekko starając dodać otuchy. Dobrze wiedziała, że nie będę oceniać. Nie będę krytykować. Ani bagatelizować. Mogła powiedzieć mi wszystko, tak jak ja jej mówiłam. Mówię. I będę mówić już zawsze.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Primrose Burke
Czarodzieje
Wiek
25
Zawód
Badaczka artefaktów i run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
12
9
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
8
Brak karty postaci
29-01-2026, 22:04
Jeszcze wczoraj wszystko było dla niej jasne. Ślub nie był ucieczką ani kaprysem, lecz świadomym wyborem, tak samo jak droga, którą obrała dla siebie wcześniej. Miała swoje plany, ambicje i przekonanie, że potrafi połączyć życie u boku męża z własnym rozwojem. Czuła się dojrzała do tej decyzji i długo nie dopuszczała do siebie myśli, że mogłaby się mylić. To dawało jej spokój i poczucie kontroli nad własnym życiem. Poranek zmienił wszystko w sposób, którego nie umiała zrozumieć. Pojawiła się myśl, że być może zbyt długo była pewna siebie, że nie zostawiła miejsca na wątpliwości. Zaczęła zastanawiać się, czy ścieżka, którą obrała, jest rzeczywiście jej własna, czy też została wytyczona przez rozsądek, oczekiwania i dobrze brzmiące argumenty. To, co wcześniej uznawała za siłę, nagle zaczęło przypominać upór. Czuła się zagubiona, bo pierwszy raz od dawna nie potrafiła odpowiedzieć sobie na pytanie, czego naprawdę chce w tym jednym, konkretnym momencie.
Najtrudniejsze było poczucie zdrady wobec samej siebie. Miała wrażenie, że ta poranna niepewność podważa wszystko, co dotąd o sobie wiedziała. Nie chciała rezygnować ani z miłości, ani z własnych planów, ale po raz pierwszy pomyślała, że być może nie da się mieć wszystkiego w takiej formie, jaką sobie wyobrażała. Siedząc z tymi myślami, próbowała pogodzić dawną pewność z nową, niechcianą wątpliwością, która przyszła bez zaproszenia i nie zamierzała tak łatwo odejść.-Miałam dziwny sen… - Zaczęła powoli i odłożyła bukiet kwiatów na bok uwalniając tym samym dłonie. -Stałam przed lustrem, ale ta druga ja też na mnie patrzyła, jakby sama była też przed lustrem i ja byłam jej odbiciem albo drugą mną? - Zmarszczyła brwi starając się odtworzyć to co widziała i tym samym przedstawić najlepiej jak potrafiła przyjaciółce. -Gdy ja się uśmiechałam, ta druga ja płakała. Gdy ja odchodziłam, moje odbicie zostawało. - Westchnęła ciężko i spojrzała na Vivienne. -To nie ma najmniejszego sensu.
Vivienne zadała ciężkie pytanie, bo nie miała na nie odpowiedzi. Pierwszy raz się tak czuła. Nie rozumiała dlaczego tak się dzieje? Zawsze racjonalna, spokojna, pełna rezerwy teraz zachowywała się jak nie ona. -Nie wiem.- Odpowiedziała przestraszona własną bezradnością. -Nie wiem co mnie niepokoi. Po prostu nie wiem. Myślę jedno, robię drugie. Wątpię w każde słowo jakie wypowiadam, nawet teraz kiedy mówię, nie wiem czy mówię to ja, czy może jakaś część mnie, jak ta w lustrze, której nie rozumiem i nie potrafię się z nią porozumieć. - Przymknęła oczy i opadła ciężko na ławkę. -Brzmię jak czysty szaleniec.
Przez chwilę trwała w ciszy starając się uspokoić rozbiegane myśli. -Dobrze. Poukładajmy to. - Wyprostowała się niczym struna. -Miałam dziwny sen, od tego czasu mam wątpliwości. Czy będę dobrą żoną. Czy będę dobrą macochą. Czy spełnię oczekiwania jakie pokłada we mnie rodzina Bulstrode. Czy Bradford nie będzie żałował swojej decyzji i nie stwierdzi, że jednak nie jestem odpowiednia. Co jeśli nie dorównam poprzedniej żonie. Ale nie tylko to. Mam wątpliwości nawet co do siebie i tego czym się zajmuję - czy badanie tych ruin, czy szukanie połączenia między boginiami a czarownicami z przeszłości ma jakiś sens. I te badania nad pierwowzorem Ręki Glorii, czy w ogóle kogoś to zainteresuje?- Złapała głębszy oddech po całej tej tyradzie. -Chyba kwestionuję własne istnienie, Vivi. - Musnęła palcami kwiaty bukietu ślubnego, który był piękny i został już dawno przez nią zaakceptowany. -Zdecydowanie tracę zmysły.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Vivienne Burke
Czarodzieje
Wiek
23
Zawód
Badaczka historii run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
7
12
15
Brak karty postaci
03-02-2026, 18:14
Przechyliłam lekko głowę gdy Primrose zaczęła opowiadać mi o swoim śnie. Był faktycznie dziwny i gdybym była na miejscu przyjaciółki też bym się nim przejęła. Zdawało się, że był to jeden z tych snów, gdy w momencie gdy się obudzisz nie wiesz kim jesteś, gdzie jesteś, ani co się tak naprawdę wydarzyło. Większość ludzi nie pamiętało swoich snów, ten zdecydowanie zapadł Primrose w pamięci i nie mogła się od niego uwolnić. Sny bywały dziwne. Czasem radosne. Czasem człowiek budził się ze łzami w oczach. Czy to było coś złego? Zdecydowanie nie. Ale najwyraźniej w tym momencie moja przyjaciółka była przytłoczona. Nałożyło się zbyt dużo. Obawy związane ze ślubem, nowe wyzwania, które przecież dla niej nigdy nie były problemem i ten sen, który spowodował, że zwątpiła w siebie.
- To sen - stwierdziłam ze spokojem. - Nie wymagaj od snu sensu.
Trzeba było to sobie uświadomić. Był to jedynie wytwór naszej wyobraźni, który przez nasz umysł zamiast zostać zapomnieć czasami jest zbyt mocno analizowany. Nasze myśli szukają w nim czegoś więcej, jakiegoś znaczenia, jakiegoś większego sensu. Czego w nim zazwyczaj nie było. Ot zbiór nic nie znaczących obrazów. Jednak, bagatelizowanie tego nie było na miejscu. Primrose czuła, że to było ważne. Że to mocno na nią wpłynęło. A stwierdzenie, że ma odpuścić nie pomoże. Jedynie przestanie o tym mówić, a wszystkie emocje nadal będzie w sobie dusić. A nie to chciałam osiągnąć.
- Nie brzmisz jak szaleniec - odparłam cicho. - Po prostu się zagubiłaś, każdy ma do tego prawo.
Moja propozycja została przyjęta. Może nie z jakimś wielkim entuzjazmem, wiedziałam jednak, że jest to coś, co może do niej przemówić. I wcale się nie pomyliłam. Kiwnęłam głową i mocno się skupiłam, gdy zaczęła mówić o swoich wątpliwościach. Teraz i ja poczułam się absolutnie przytłoczona. Czy i tak czuła się moja przyjaciółka, kiedy ja dzieliłam się z nią swoimi wątpliwościami przed ślubem z Xavierem? Przez chwilę poczułam się źle, że stawiałam ją kiedyś w takiej sytuacji. Szybko jednak otrząsnęłam się, bo nie moje uczucia były tu teraz ważne tylko jej. A ja musiałam zrobić wszystko, aby móc jej pomóc. Choćbym miała stanąć na rzęsach.
- Primrose, weź teraz głęboki wdech i mnie posłuchaj - sama wzięłam głębszy wdech starając się uspokoić i swoje myśli. - Nigdy nie byłaś żoną i nie wiesz tak naprawdę jak to jest. Darzycie się uczuciem, to widać, to “bycie żoną” przyjdzie samo. Musisz też zaufać Bradfordowi, on cię pokieruje i swojemu kobiecemu instynktowi. Przecież też nie wiedziałam, jestem od ciebie młodsza, a chyba radzę sobie całkiem nieźle. Jeżeli chodzi o dziewczynki, to na pewno będzie to dla was trudne. One straciły matkę - zmarszczyłam brwi. - Nie możemy oczekiwać, że nagle znajdziesz się w ich sercach w tym najważniejszym miejscu. Ale spokojem i czasem uda się nawiązać z nimi relacje. Są cudowne, bardzo dobrze wychowane, a Bradford na pewno z nimi rozmawiał. I… - zawahałam się na chwilę. - Ty nie masz dorównywać poprzedniej żonie. Nie jesteś Dorothy. To tak jakbym ja próbowała dorównać Charlotte. Przecież to niemożliwe. Wy nie jesteście narzeczeństwem dlatego, że wam kazali. Bradford poprosił cię o rękę, bo tego chciał. A nie jest to mężczyzna, który rzuca słowa na wiatr. Wiem co mówię, znam go odkąd pamiętam i nauczyłam się wymawiać jego imię - chwyciłam dłoń przyjaciółki. - Nie tracisz zmysłów, po prostu masz gorszy okres. Mnóstwo wątpliwości i boisz się. Ślub to ogromna zmiana, wywrócenie życia do góry nogami. Masz prawo się bać, denerwować i wątpić. Ale nie możemy pozwolić, aby to nad tobą zawładnęło.
Specjalnie użyłam formy mnogiej. Ponieważ Primrose nie była sama, byłam tu z nią i dla niej. Tak jak ona zawsze dla mnie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Primrose Burke
Czarodzieje
Wiek
25
Zawód
Badaczka artefaktów i run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
12
9
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
8
Brak karty postaci
04-02-2026, 19:50
Siedziała obok Vivienne i miała wrażenie, że słucha jednej osoby, a jednocześnie dwóch głosów naraz. Przyjaciółki, która znała ją od lat, widziała jej wzloty i momenty słabości. Bratowej, która mówiła z miejsca doświadczenia, z pozycji kogoś, kto już przeszedł przez próg, przed którym ona sama teraz stała. To było jedno spojrzenie, jeden ton, a jednak uderzało z dwóch stron jednocześnie. Każde zdanie trafiało w nią celnie, aż za bardzo. Primrose słyszała sens w słowach o śnie, o zagubieniu, o prawie do wątpliwości. Rozumiała, że to, co ją dręczy, nie musi mieć jednego źródła ani jednego znaczenia. Wiedziała, że nikt nie próbuje jej umniejszyć ani zbyć. A mimo to w środku wszystko w niej zapierało się rękami i nogami. Chciała powiedzieć, że to nie takie proste, że to nie jest „tylko sen” i nie da się jednym spokojnym zdaniem rozbroić tego ucisku w piersi. Każde kolejne zdanie układało się w logiczną całość, której nie dało się podważyć bez oszukiwania samej siebie. Słowa o małżeństwie, o zaufaniu, o tym, że nie musi niczego udowadniać ani nikogo zastępować, były jak lustro. Pokazywały jej dokładnie to, czego najbardziej nie chciała widzieć. Tego, że jej lęk nie wynika z braku miłości ani nie jest znakiem porażki, tylko zmiany.
Czuła, jak w niej samej ścierają się dwie potrzeby. Jedna kazała jej chwycić się tych słów, pozwolić uwierzyć, że to chwilowe i minie. Druga chciała je odepchnąć, zanegować każde słowo. Nie czuła się uspokojona. A jednocześnie, pod tym całym chaosem, była wdzięczność. Bo nie była w tym sama. I choć bardzo chciała zaprzeczyć wszystkiemu, co do niej docierało, wiedziała, że te słowa są prawdą, tylko nadal jej umysł chciał im za wszelką cenę zaprzeczać.
Męczyła ją ta niepewność, której nie rozumiała, jakby nie należała do niej. Spojrzała na złączone dłonie i westchnęła cicho. -Wiem, ja to wszystko wiem. - To było w tym najgorsze. -Nie wiem skąd ten lęk, skoro jeszcze parę dni temu byłam całkowicie pewna. Nie miałam żadnych wątpliwości. Może nie byłam zbytnio podekscytowana kwiatami, tortem, atrakcjami dla gości, ale przeżywam to co się dzieje. Choć dla mnie, to moglibyśmy się pobrać w rezerwacie, wypić szampana i na tym zakończyć całą ceremonię. - Nie przepadała za wielkimi przyjęciami, ani tym bardziej tymi, gdzie była w centrum uwagi. Zdecydowanie bardziej ceniła sobie skromne przyjęcia, w gronie najbliższych. Zdawała sobie sprawę, że tym razem musi być inaczej. Możliwe, że to właśnie było powodem tego całego stresu i tym samym to on wywołał ten dziwny sen. Uśmiechnęła się nieznacznie. -Wybacz, obciążam cię problemami, gdzie nie ma żadnych. Wszystko idzie tak jak powinno. Wiem, że mam oparcie w tobie, w Xavierze i w samym Bradfordzie. - Mówiła te słowa, a umysł właśnie się buntował twierdząc, że to nie prawda. Ten irracjonalny szept bardzo ją drażnił. -Liczę na to, że szybko mi przejdzie. - Nie podobała się sama sobie teraz. Nieznośna myśl znów zakwitła, dlaczego Bradford ją wybrał. Nie była najpiękniejszą z kobiet w ich środowisku, włóczyła się po ruinach, badała czarnomagiczne artefakty i ogólnie to daleko jej było to idealnej pani domu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Vivienne Burke
Czarodzieje
Wiek
23
Zawód
Badaczka historii run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
7
12
15
Brak karty postaci
07-02-2026, 22:03
Chociaż słyszałam jak Primrose przytakuje, zgadza się z moimi słowami i niby wierzy, że to co mówiłam było prawdą. To tak naprawdę czułam, że mówi jedno, a tak naprawdę myśli co innego. Czy to jej nerwowe spojrzenie, złączone dłonie, ton głosu, a może po prostu moja kobieca intuicja? Nie wiem, wiem jednak, że moje słowa wcale nie pomogły i nie odgoniły jej złych myśli. Było mi tak przykro, że jej nie mogłam pomóc. Bo gdy ja potrzebowałam pomocy, to moja przyjaciółka zawsze jakimś dziwnym cudem dawała sobie z tym wszystkim radę. Potrafiła postawić mnie do pionu, a złe myśli odegnać. Ja nie miałam takiej umiejętności. Musiałam wymyślić coś innego, coś co by sprawiło, że panna Burke zajmie swój umysł czymś zupełnie innym.
- Nie gadaj głupot - obruszyłam się lekko. - Jakbym zrobiła statystykę kto tu kogo obarcza częściej swoimi nieistniejącymi problemami, to biłabym cię na głowę - uśmiechnęłam się szeroko, jakby był to powód do domu, że tę rywalizację na pewno bym wygrała. Zakładając, że taka rywalizacja w ogóle istniała.
Zamyśliłam się. Co bym mogła zrobić, aby Primrose przestała się zamartwiać. Moje słowa nie działały, jeżeli będziemy tu siedzieć i nic nie robić, to ona będzie dumać i zanurzać się w swoich rozmyślaniach jeszcze bardziej. To spowoduje, że jeszcze bardziej będzie się martwić. Zmarszczyłam nosek, w pewnym momencie delikatnie klasnęłam w ręce i lekko podekscytowanym głosem, bo w mojej głowie pomysł był wręcz idealny, zawołałam Artka i poprosiłam, aby przyniósł mi moje lusterko ze stolika nocnego w sypialni. Szybko znalazło się w moich dłoniach, bogato zdobione z motywami mojej rodziny. Dostałam je od matki po ukończeniu Hogwartu i mimo że byłam teraz Burke, to przecież nie oznacza, że wszystko co moje zostawiłam w Rowlands Castle. Podsunęłam się bliżej w stronę Primrose.
- Skoro śniłaś się sama sobie w lustrze, to musimy zasymulować tę samą sytuację. To pewnie nie to lustro i nie to miejsce, ale… - zawahałam się lekko, na chwilę znów marszcząc nosek, a potem energicznie kręcąc głową. - Ale powinno wystarczyć. Twój mózg po prostu na pewno jest zdezorientowany po tym śnie, a jak spojrzysz w prawdziwe lustro… To może przestanie być taki zagubiony? A potem zabiorę się na długi spacer i opowiesz mi fabułę powieści, którą ostatnio czytałaś - uśmiechnęłam się szeroko. - Albo nie pójdziemy, a pojedziemy! Dawno nie jeździłam konno.
Na nic się zda moje gadanie. Mogę ją przekonywać przez najbliższe kilka godzin, ale jeśli się zaparła w swoich myślach, to niczego nie osiągnę. Najlepiej wciągnąć ją w ruch, w jakąś aktywność, aby zajęła się czymś całkowicie innym, a myśli skupiły się na tym co tu i teraz. A nie na rozpamiętywaniu głupiego snu.
- Masz, spójrz w lustro - podsunęłam jej swoje lusterko, niemal wciskając w dłoń. - Spójrz, zobacz, jesteś sobą. Cały czas ta sama Primrose. Spojrzysz w lewo to ona też to zrobi, mrugniesz to ona też mrugnie. Jak zasłonisz lusterko, to ona zniknie. Nie będzie jej tam. Bo ty jesteś jedna jedyna - patrzyłam na nią uważnie.
Nie wiedziałam czy to pomoże, może chociaż ją rozbawi? Jeśli to nie poskutkuje, to wejdzie spacer, albo jazda, albo cokolwiek innego co pozwoli jej się skupić na czymkolwiek innym tylko nie na obawach.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Primrose Burke
Czarodzieje
Wiek
25
Zawód
Badaczka artefaktów i run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
12
9
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
8
Brak karty postaci
10-02-2026, 19:34
Gdyby taka rywalizacja istniała, to było duże prawdopodobieństwo, że Vivienne na pewno by przodowała w jej rankingu. Na szczęście nikt takich tabel nie prowadził, a na pewno nie ona. Pomoc przyjaciółce była czymś tak oczywistym jak oddychanie. Żadnych licytacji, żadnych statystyk tylko zwykła życzliwość. Słuchała słów czarownicy. Każda myśl próbowała przebić się na powierzchnię jednocześnie, a ona czuła, że jeśli pozwoli im płynąć swobodnie, znów utonie w tym samym lęku, z którego przed chwilą ktoś próbował ją wyciągnąć. Zamknęła oczy tylko na moment, jakby ten drobny gest mógł oddzielić ją od własnych obaw. Wtedy wracały słowa Vivienne. Stanowiły rzeczywistość, były swoistym oparciem dla jej zmęczonego umysłu. Brzmiały inaczej niż jej myśli, które miały tendencję do zapętlania się, wyolbrzymiania, doszukiwania się znaczeń tam, gdzie ich nie było. Próbowała uchwycić się ich jak poręczy. Powtarzała je w myślach, powoli, niemal ostrożnie, sprawdzając, czy nie rozsypią się pod dotykiem. Najtrudniejsze było oddzielenie tego, co realne, od tego, co wytworzył jej własny umysł. Sen, obrazy, niepokój podsycany ciszą nocy – to wszystko mieszało się z prawdziwymi wyzwaniami, które czekały ją tu i teraz. I na to okazało się, że Vivi miała rozwiązanie. A przynajmniej go szukała jak na Krukonkę wypadało. Kreatywne podejście do problemu, wychodzenie poza schemat, to było typowe dla wychowanków domu Roweny Ravenclaw.
Lusterko zalśniło w dłoni bratowej, a potem bezceremonialnie zostało wciśnięte do jej własnej. Zmarszczyła nieznacznie brwi, a potem spojrzała pytająco na przyjaciółkę. Kącik ust jej drgnął w niepewnym uśmiechu, mieszanki rozbawienia ze zdziwieniem. Przechyliła nieznacznie głowę. -Dlaczego by nie… - mruknęła pod nosem. Uniosła lusterko ostrożnie, a gdy w tafli pojawiło się jej odbicie, na moment znieruchomiała. Patrzyła na siebie uważnie, z nieufnością, jakby spodziewała się, że obraz znów wymknie się spod kontroli, że twarz poruszy się sama, że oczy spojrzą w inną stronę, niż ona tego chce. Przez krótką chwilę niemal wstrzymała oddech, upewniając się, że to, co widzi, jest stabilne. Dopiero potem, bardzo powoli, przekręciła głowę w jedną stronę. Kolczyk zalśnił w świetle, delikatnie kołysząc się przy uchu. Zatrzymała wzrok na tym drobnym szczególe. Potem przechyliła głowę w drugą stronę, przyglądając się drugiemu kolczykowi, jakby oceniała ich symetrię. Poczuła jak napięcie ją opuszcza.
Zrobiła do lusterka głupią minę, wykrzywiając usta w przesadnym grymasie, unosząc brwi w sposób zupełnie niepasujący do jej zwykłej powagi. Widok własnej twarzy w tak absurdalnej odsłonie zaskoczył ją na tyle, że parsknęła śmiechem. Najpierw cicho, niemal niepewnie, a potem już zupełnie szczerze, śmiejąc się sama z siebie. -Pamiętam jak przedrzeźniałam tak jedną z ciotek. Niesamowicie się irytowała i mówiła, że tak mi zostanie. - Zwróciła się do Vivienne oddając jej lusterko. -Dziękuję. - uśmiechnęła się ciepło. Myśli całkowicie nie odeszły, nadal się kłębiły w tyle umysłu, gotowe uderzyć w każdej chwili, ale na ten moment udało się jej zepchnąć ich niechcianą obecność. -A przejażdżka brzmi jak coś czego bardzo teraz potrzebuje. - Przyznała po chwili i wstała z ławki. Ujęła bukiet znów w dłonie, tym razem delikatniej, już bez tego nerwowego uścisku jakby chciała połamać łodyżki.

|zt Prim
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): 1 2 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 20:21 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.