"20 galeonów, że przynajmniej potknie się na mój widok." oznajmiła w końcu, gdy Jacqueline kolejny raz skomentowała, że młody Delacour wpatrywał się w jej plecy. "Przyjmujesz, Jacqueline?" jej kieliszek i tak był pusty, więc... Dziewczyny z roziskrzonymi oczami przyjęły zakład, więc odwróciła się, całkiem grzecznie i ruszyła po kolejny kieliszek szampana, dbając o to, by przejść w niezbyt dużej odległości od grupki Francuzów.
Długa spódnica Nylah zamiotła kurz z biurka, gdy zahaczyła bordowym materiałem o skraj mebla. Cholerny czarownik wyszedł tylko na chwilę, przynieść skądśtam dokumentację dotyczącą artefaktu wraz z nim samym i nadal nie wrócił. I naprawdę Nil nie miałaby z tym najmniejszego problemu, gdyby ta „chwilka” nie trwała dobrych 40 minut! Czterdziestu! Wkurzona półwila plątała się po gabinecie, rzecz jasna przy otwartych drzwiach, by ktoś czasem jej o coś nie oskarżył. O tyle dobrze, że Jones nie był jakoś wysoko postawiony, zresztą niektórzy już ją kojarzyli ze względu na działalność łamaczki klątw. Nie zmieniało to jednak ani trochę faktu, że ten palant wyszedł z biura i nadal nie wrócił!
Perfekcja wymagała czasu i wysiłku, zarówno jeśli chodziło o śpiew, jak i o łamanie klątw.
To drugie natomiast prowadziło do umówionego spotkania z Xavierem. Kuzyn od czasu do czasu podsuwał jej niewielkie „zlecenia”, czasem zastanawiała się, czy te niezbyt ciężkie klątwy dawał jej dlatego, że uważał, że nie poradzi sobie z mocniejszymi, czy dlatego, że obawiał się, że silniejsze mogłyby zrobić jej krzywdę? Co technicznie sprowadzało się częściowo do tego samego, w pewien sposób zresztą. Nigdy jednak nie wpadło jej do głowy, by o to faktycznie zapytać. Pewne rzeczy czasem lepiej zostawiać w domyśle, niż się upewniać w ich istnieniu. Poza tym istniało lekkie ryzyko, że wtedy kuzyn niczego jej już nie podrzuci do złamania, a tego nie chciała.
Zajęta całkowicie melodią i zapisami fonetyki nie orientowała się, czy ktokolwiek wchodzi do salonu. Tym samym zajęło jej chwilę, by poczuć na sobie bardzo wymowne spojrzenie. Podniosła głowę znad kart i zesztywniała, zaraz prostując się na swoim miejscu na kanapie. Nawet jeśli poczuła nagły stres, to jej myśli pozostały jasne i wcale nie plątały się tak, jak zazwyczaj. Melodia urwała się w połowie słowa.
Dlaczego wcześniej nie wpadła na to, by wpaść do apteki po jakiś eliksir nasenny? Coś jej się kołatało z czasów szkolnych, że na pewno istniało coś nasennego. Przejrzenie dawnych podręczników, których nie wyrzuciła z sentymentu pozwoliło przypomnieć sobie o istnieniu remedium na jej własne problemy. Eliksir na sen bez snów. Tak, to było dokładnie to, czego Nylah teraz potrzebowała. Wyspać się, nie mieć snów, zregenerować się.
O Domu Trzech Braci krążyło setki legend. Najsłynniejszą z nich była ta, że dawni właściciele willi to bracia Peverell, ci z baśni o Insygniach Śmierci. Nie wierzyła w to za bardzo, ale nie zmieniało to i tak faktu, że sam dom był jedną z londyńskich „atrakcji” i Nylah od dawna zastanawiała się, jak wygląda z bliska. I przede wszystkim, czy ktoś willę przeklął czy wręcz przeciwnie. Propozycja Henry’ego, by sprawdzić, co znajdowało się wewnątrz, została więc przez nią przyjęta bardzo ciepło. Zresztą, co nieco ją zaskoczyło, Henry był aurorem – w towarzystwie specjalisty nawet łatwiej było się plątać w tak niespokojnych miejscach, o czym rzecz jasna na głos nie zamierzała mówić.
Z zamyślenia odrywa mnie czyjś głos. Ktoś za mną woła, ale przebija się do mojego zamyślenia dopiero po chwili, więc zatrzymuję się i odwracam w stronę głosu. Jego właścicielem jest mężczyzna, na oko mogący być w wieku mojego ojca lub coś koło tego. Przez chwilę próbuję zrozumieć, co się właściwie stało, a potem dostrzegam na jego dłoni moją broszę. Wędruję dłonią do szala, rozwiniętego i powiewającego za mną i czuję, jak delikatnie pieką mnie policzki. Cholera jasna!
- Najmocniej pana przepraszam. – uśmiecham się nieśmiało, trochę przepraszająco. – Nie słyszałam pana, zamyśliłam się. – przyznaję szczerze, od razu też sięgając po broszkę, by nie stał z wyciągniętą ręką jak jakiś idiota. Przynajmniej z boku tak by to mogło wyglądać.
Inna rzecz, że ta dzisiejsza pieśń brzmiała po prostu… inaczej. Nylah zawsze się starała, zawsze wkładała serce w wykonywane utwory, ale dzisiaj to brzmiało zupełnie inaczej. Jakby przelewała wszystkie swoje uczucia w tę jedną piosenkę – piosenkę, która zresztą całkiem adekwatnie opisywała kawałek jej życia uczuciowego. Może właśnie w tym tkwił problem dzisiejszej próby? Że starała się za bardzo i zapominała, że tak naprawdę to tylko piosenka. Nic poza tym. Ale jakoś musiała sobie radzić po stracie.
Figurka wyglądała tak zwyczajnie, jak tylko mogła, a mimo to miała w sobie coś złowrogiego. Nylah była prawie pewna, że ktoś przeklął rzeźbę, ale mimo wszystko musiała się upewnić. Rzucanie zaklęć bez pewności mijało się z celem. No i identyfikacja i łamanie klątw było przecież złożonym procesem pełnym etapów i meandrów – i na każdym z nich coś mogło pójść nie tak.
Bywały takie dni, że w Arkadii panował czysty chaos. I to wcale nie dlatego, że coś nie wychodziło, ale dlatego, że przebywało tu tak wielu ludzi, że nie sposób było wszystkiego ogarnąć. I w takich chwilach właśnie należało uporządkować sytuację, co zazwyczaj robił reżyser. Tak było i teraz, jednak nie wszystko poszło dobrze z planem – niektóre dekoracje, zwłaszcza te wymagające trochę techniki, wymagały spojrzenia jakiejś złotej rączki. A teatralny technik jak na złość poważnie się rozchorował i nie miał jak ponaprawiać tego, co było do naprawy konieczne.
Dla jednych lochy tchnęły grozą, ale dla Nil kojarzyły się z czym zgoła odmiennym. Kierowała się wprost do sali eliksirów, licząc, że może spotka kogoś znajomego, pokój wspólny Slytherinu zostawiła sobie na koniec. Na jednym z korytarzy usłyszała zamieszanie i krzyki, kierowana ciekawością, a do tego wspomnieniem bycia perfektem. Kto mógłby robić aż takie zamieszanie...?
No oczywiście, tylko jedna persona zamku siała chaos wszędzie, gdzie tylko się dało - poltergeist Irytek.
Dlatego skierowała się po prostu w stronę jeziora, które zawsze było jednym z jej ulubionych miejsc, a kiedy wiatr zawiał za mocno, zmieniła delikatnie kierunek, by schować się w hangarze na lodzie. Idealne miejsce na odpoczynek, odsłonięte od wiatru i częściowo od innych. Fryzura domagała się poprawienia - Nylah nie mogła przecież chodzić taka potargana - a łodzie mogły zapewnić odpowiednie do odpoczynku siedzisko. Raczej nie spodziewała się, by ktokolwiek wpadł na pomysł, żeby też się tu ukrywać. W zasadzie to nawet doceniała, że ktoś zorganizował ten zjazd. Przyjemnie było wrócić do szkolnych murów, nawet jeśli potrzebowała chwilki odpoczynku.