• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, Hadrian Street 24 > Kuchnia
Kuchnia
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
04-01-2026, 12:28

Kuchnia
Pomieszczenie do picia herbaty i czytania gazet. Titus nie jest zawziętym kucharzem, a większość posiłków w tygodniu jada w Ministerstwie. Jest dość słabo wyposażona, o nieciekawym wsytroju i z wiecznie zmieniającymi się elementami losowymi - z kubkami do połowy napełnionymi napojem, o którym zapomniał czy z pustymi butelkami po piwie zostawionymi w kratach, które oddać miał do zwrotu już tydzień temu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
22-01-2026, 01:43
Lata temu płakał pod jabłonką – miał złamane serce; miał serce złamane przez utratę, a uczucie te potęgowane było przez zerwanie relacji z Jenevą. Ten jeden element żałosnej układanki umiał zaś sobie przetłumaczyć, zrozumieć, wybaczyć. Umiał uzasadnić opór jej rodziny, niechęć jej rodziców, może i nawet decyzję jej samej. Pewnie gdyby nie uniósł się cieniem dumy, gdyby nie zacisnął szczęki i pięści, mógłby poprosić Youngów o pomoc – nocleg na chociaż kilka dni i pewnie po namowie otrzymałby go, nawet jeżeli bezpowrotnie utracił już rękę ich córki.
Zamiast tego zwrócił się jednak do kogoś, komu wbrew rozluźnionym kontaktom – bardzo chciał zaufać. Ambrose nie zawiódł jego zaufania. Kiedy obecnie myśli o zakrwawionym swetrze przyjaciela, kiedy patrzy na jego twarz i w ciepłym świetle zauważa przerzedzoną brew – niegdyś uszkodzoną przez silny cios Malcolma Younga. To wszystko… Mogło skończyć się lepiej. Inaczej. Mogli uniknąć wieczystej nienawiści Youngów do ich dwójki. Tak, żałował tego – ale z każdym rokiem robił to mniej boleśnie.
Kiwa jedynie głową – wie, że Dolores była osobą… Dociekliwą. W tym momencie nie dziwi się nawet, że mogła dyskutować o tym z Ambrose’m. Po pierwsze – była jego matką, a po drugie – Titus mieszkał z nią na tyle długo, by zauważyć mogła jego psychiczne załamanie i początkowe otumanienie. Był jej wdzięczny za okazane wtedy zrozumienie, pomoc i dach nad głową, nawet jeżeli robiła to wyłącznie przez wzgląd na naciski własnego syna.
– Nie żartuję – odpowiada z niepewnością, ale nie dlatego, że nie jest przekonany co do prawdziwości swoich słów. Widząc rumieniec pełzający po policzkach Day’a, próbuje zrozumieć, jakie emocje właściwie w nim wywołał. Niechęć? Złość? Obrzydzenie? Smutek? Wszystko na raz? Spojrzenie mężczyzny przypominało przejęte, ale i zagubione – widziane kiedyś w szpitalu, na tydzień przed niechcianym przeniesieniem do Edynburga. Ale czy dobrze łączył wątki? Czy był przejęty?
Harrison chciał uzyskać zrozumienie – myślał, że po dzisiejszej nocy… Otrzyma nagrodę za swoją szczerość. Za rzucane przed nich konkrety. Za to, że nie oszukiwał go już dłużej – nie oszukiwał go już po swoim okrutnym pokazie obrzydliwej zazdrości, którą w swojej niecodziennej odwadze – skutecznie nazwał.
Licząc chyba, że za szczerość czeka go szczera wzajemność.
Harrisonowie też spali w oddzielnych łóżkach, w oddzielnych pokojach, o innych porach, ale do ostatnich dni przyszywanej matki kochali się i wspierali się. Chciałby zaprotesować więc, ale obietnica niewspominania Allie jest nieco zbyt świeża, by złamać ją bezmyślnie. Przełyka więc wypluwane w jego kierunku informacje. Opuszcza wzrok na własną rękę.
Dla własnego bezpieczeństwa – dla własnego dobrego samopoczucia i dla stabilności fizycznej (uzyskanie psychicznej nie przyjdzie dziś równie prosto) – podpiera się dłonią o blat kuchenny. Nie powinienem wyciska z płuc Harrisona ciężki oddech. W pomieszczeniu robi się duszno – tak duszno, by miał chęć otworzyć okno. Może wyskoczyć i wrócić dopiero kiedy Ambrose skończy mówić?
– Nie, poczekaj – wcina się, kiedy nazywa to przestępstwem. Harry, please don't understand me so fast – znowu pcha się do jego głowy. Znowu wspomina film, który przegapił. Nie przegapi jednak szansy, żeby wyjaśnić… To. – Nie proponuję ci niczego, co… – peszy się do niezdrowego stopnia. Wspólne mieszkanie nie było przecież niczym… Przestaje o tym myśleć, chociaż na chwilę. Może jendak przegapi tą szansę.
Na chwilę, a co potem?
Kładzie jedną dłoń z boku własnej głowy, przy skroni, czując na niej okrutnie wysoki puls. Podnosi spojrzenie na Day’a, który jednocześnie nakazuje im być ostrożnymi. Im. Nie jemu. Nie samemu.
To kwestia wieloletniego poczucia braterstwa? Współczucia? Lęku o własne bezpieczeństwo i o opinię?
W oczach nosi niepewność. Chyba oboje ją noszą.
– Za dwa dni umówiłem się z Dolly… Wiesz, ten koń – mówi krótko, jakby chciał wyjaśnić jeszcze wątek, w którym Day rozważa powrót do Doliny. – Jeśli naprawdę chcesz tam wrócić… – czy poprosił los o zbyt wiele, zbyt szybko? Czemu wbrew przekonaniu – to wszystko nie wydawało się wymarzonym scenariuszem? – To możemy lecieć tam razem. Mogę też polecieć sam. Powiedzieć, że zostaniesz jeszcze na trochę… – Próbuje zbliżyć sięna pół kroku. - Powiedziałem za dużo? Nie oczekuję, że... Zrozumiesz.
Ja sam nie do końca to rozumiem - powiedział jeszcze chwilę temu.
– Jaki zaułek? – dochodzi do przerwanego tematu. To w ogóle ważne?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
36
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
22-01-2026, 04:32
Pokiwał w oszołomieniu głową, a rumieniec jedynie się pogłębił. To nie przez Jenevę Titus był nadal starym kawalerem i nie żartował. Powinien poczuć ulgę, że to nie jest żaden dowcip, ale niepewność pozostała. Czuł się trochę jak wtedy, gdy na własnym ślubie szeptał do pijanego Titusa, że wcale tego nie chce i jak wtedy, gdy w szpitalu bez skutku szukał właściwych słów; ale wtedy za każdym razem coś się kończyło. Czy teraz też miało rozpaść się w pył, mimo, że między nimi nie stała już żadna kobieta ani komendant policji? Wydało mu się to strasznie niesprawiedliwe—tak samo jak to, że z Titusem zawsze rozmawiało się łatwo, a teraz wręcz przeciwnie.
- To co mi proponujesz? - upewnił się, uparcie myśląc o całym wydźwięku dzisiejszej rozmowy, nie o sytuacji mieszkaniowej.
- Wiedziałem, że źle zrozumiem. - pożalił się od razu, asekuracyjnie, by Harrison nie musiał odpowiadać. Może nic. Może nic mu nie proponował. Może Tite chciał to po prostu z siebie wyrzucić, a może nawet miał o to pretensje—tak jak o to, że przy Maelle też czuł się rozchwiany? Rumieniec rozlał się na uszy.
Titus znowu zmienił temat i Ambrose skrzywił się lekko, zarówno z tego powodu, jak i na wspomnienie matki, ale...
...nagle, przez krótką chwilę, wszystko znów było tak jak dawniej, choć nawiązanie kontaktu wzrokowego z zawstydzonym Harrisonem wydawało się praktycznie niemożliwe.
- Zrobiłbyś to dla mnie? - wyrwało mu się z przejęciem w odpowiedzi na obie propozycje. Titus w ogóle... dużo dla niego robił. I znosił jego matkę. Spróbował uśmiechnąć się z niepewną wdzięcznością, bo ich znajomość na moment wróciła w bezpieczne ramy. - Dzięki, ja... zobaczę. - pomysł, by się wyprowadzić był świeży i motywowany tylko jedną kwestią; potrzebował chwilę o tym pomyśleć.
Temat, którego nie potrafili zrozumieć, wracał jednak jak bumerang. Choć Ambrose nigdy nie rzucał bumerangiem i nie był pewien, czy wracają z taką skutecznością.
- Nie. - odpowiedział od razu, bez namysłu. - Właściwie... za mało. - przyznał. Nie rozumiał i zarazem nie nadążał, a gdy wydawało mu się, że rozumie - myślał chyba zbyt szybko.
Wziął głęboki wdech, samemu też podpierając się o ladę za swoimi plecami. Teraz czuł się równie zakłopotany jak Titus, ale może konkretny przykład to jedyna szansa na zrozumienie?
- Pięć lat temu w okolicy Camden Square, w maju. - przypomniał, ale ledwo powiedział te słowa wiedział już, że Tite nie pamięta patroli... w taki sam sposób jak on. - Tam byli dwaj mężczyźni, chyba mugole i oni... - doprecyzował i odchrząknął niezręcznie. - Wiem, że myśilsz, że wiele nie rozumiem, ale wtedy zrozumiałem. A ty od razu ruszyłeś przed siebie i udawaliśmy, że ich nie widzimy. A dwa lata temu przyłapałem w takiej sytuacji dwoje czarodziejów i też ich wyminąłem... swoją drogą zabawna sprawa, bo z jednym wypaliłem niedawno papierosa i wiedział, że jestem z magipolicji, a ogóle nie był speszony - zagłuszył niezręczność potokiem detali. - Nie każdy poszedłby dalej. - położył nacisk na te słowa. Musimy być ostrożni. - Oni byli nieostrożni i tacy swobodni i ja chyba tak... nie potrafię - niepewnie szukał wzrokiem tęczówek Titusa, bo nie miał na myśli tylko bezpieczeństwa; a rodzaj beztroskiej namiętności z jaką tamci... Nigdy tak nie potrafił, chyba nawet po alkoholu nie. I nie był pewien, czy by umiał. Nie wybiegał wyobraźnią tak daleko, za każdym razem zderzajac się ze wspomnieniem kazań matki i wymiotów, gdy rano koniak podszedł mu do gardła. Nie czuł nawet ciekawości, gdy Maelle próbowała go przekonać, że z odpowiednią kochanką mogłoby się mu spodobać. Czuł cień ciekawości, gdy wypalał tamtego papierosa z wiolonczelistą o smukłych dłoniach, ale o tym nie chciał teraz myśleć.
Myśląc o Titusie, myślał o uśmiechaniu się do siebie na stogu siana, a nie o tamtych zaułkach. O bezpieczeństwie, a nie o zakazanej przygodzie. Ale przez całe życie Ambrose Day był obietnicą właśnie przygody dla każdej kobiety, która czuła jego czar. To byłoby ironiczne i smutne, gdyby chcieli tego samego, ale w inny sposób.
- Zawsze chciałem, żebyś był szczęśliwy, wiesz? Chociaż ty. - odbił się od lady i przysunął o krok do przodu. Tak, jakby potrzebował do tego siły rąk, a nie tylko nóg. - Ale też byłem zazdrosny. Gdy się zaręczyłeś i gdy ona rzuciła cię tak, jakby nigdy cię nie widziała - wziął głębszy wdech. - i gdy Malcolm wiedział o tobie coś, czego ja nie wiedziałem. - zamiast spytać dlaczego nazywa go Titusem O'Neal (co potem musiał wyjaśnić z samym Titusem)—to właśnie wtedy wymierzył mu pierwszy cios. Może już wtedy rozumiał coś, czego nie chciał nazwać; nienawidząc ich obydwoje z taką samą, nieproporcjonalną pasją.
Powoli podniósł dłoń, ale zawahał się i ostatecznie przeczesał palcami własne włosy, co nie miało żadnego celu ani sensu. Nawet przed prysznicem wyglądały prawie tak samo, jak będą wyglądać po.
- Rozumiemy się... tak samo? To jest prawdziwe? - wyrwało mu się, choć Titus oczywiście nie mógł znać sensu tych słów. Nie wiedział przecież, jak nieprawdziwe było powodzenie Ambrose'a u kobiet.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
22-01-2026, 23:46
Nie umie uciec wrażeniu, że teraz… Poczuł coś, co poczuł również w trakcie jednej z rozmów z nowymi znajomymi z komisariatu w Edynburgu. Chris Flowers był mugolakiem takim samym jak on, tylko kilka ładnych lat starszym – lubił mentorować Harrisonowi, a ten przyjmował to… Dość dobrze, na ogół posiadając zdolność do pewnej adaptacji w nowych warunkach. Flowers miał kij w dupie, wielką miłość do swojej rodziny i zdolność do rzucania ostrych opinii z taką łatwością, by wydawały się prawdą oświeconą. Harrison znał przepisy i od chłopaków usłyszał wielokrotnie, co z takimi jak on robili w więzieniu. Dawny partner nigdy nie dowiedział się przecież, ale gdyby wiedział – naplułby na Titusa Harrisona; gdyby wiedział o dzisiejszej rozmowie – gdyby złapał chociaż cień podejrzenia, a z pewnością gdyby zobaczył podobną scenę w ciemnym zaułku – wydałby go bez cienia żenady.
Tak, Harrison zdawał sobie sprawę, że nie każdy przejdzie obojętnie wobec… Tego wszystkiego. Inna sprawa, że z każdym kolejnym momentem, z każdym kolejnym zdaniem, z każdym kolejnym wyznaniem – Ambrose wydawał się podzielać jego myśli.
Gdy zamrugał dwa razy – dwa razy wspomniał uśmiechniętą twarz ze snu. Dwa razy wspomniał swoją zdolność wpływania na rzeczywistość. Dwa razy również w nią zwątpił, chociaż nie na stałe.
– Chciałem po prostu zaproponować ci, żebyś tu zamieszkał. Tak długo jak chcesz – po prostu. Bez drugiego dna. Przed laty wszystko byłoby prostsze – na wsi, z najbliższym domem kilka czy kilkanaście kilometrów dalej… Nikogo by to nie obeszło. – Przecież nie zrobię ci… Nic wbrew twojej woli. Nie chcę proponować nic przez co możesz mieć kłopoty, do niczego zmuszać… – zapiera się. Pewnie byłby do tego zdolny – do ponownego wyparcia wszystkiego, co dwa dni temu zraniło ich dwójkę i co rykoszetem – musiało zranić również przyjaciółkę blondyna.
Kiwa głową. Byłby pewnie zdolny również przeżyć konsekwencje własnej wylewności – pomóc Day’owi przenieść jego rzeczy na powrót do Doliny, wesprzeć w rozmowie z matką, która zawsze wydawała się łagodniejsza w obecności obcych… Ale ten draży. Drąży i wciąż pozwala wierzyć, że mają to – że od zawsze to mieli, ale nigdy nie odważyli się sięgnąć po to… Odważniej.
Walcz albo uciekaj, zwierzęcy instynkt – przywołuje do brzucha Harrisona falę gwałtownych skurczy, przedziwnie przyjemnych, chociaż równie onieśmielających. Napina ramiona, zaplatając je przed sobą w taki sposób, by czuć się bezpieczniej. Słucha historii – bo chociaż nie pamięta dokładnej daty, być może faktycznie przypomina sobie sytuację, w której wymógł przyspieszenie tempa na partnerze – kiedy spojrzenie ukradkiem oparło się na wyzwolonych od wstydu mężczyznach. Odruch Pawłowa – powiedziałby ktoś, kto znał edynburskiego partnera Harrisona. I pewnie by się nie pomylił.
– Ja też taki nie jestem, nie wiem czy mogę taki być... – mówi od razu, podnosząc spojrzenie, drżącą dłonią przykładając filtr do ust. – Nie musisz być jak oni. Nie musimy – serce ściska się pod naporem gwałtownego skurczu – jakby znajdował się na krok od zawału. Zna jednak ten lęk – oparł mu się zbyt wiele razy, przy zbyt wielu niebezpiecznych okolicznościach magipolicyjnej pracy. W czterech ścianach własnego domu coś podobnego odczuć mógł jedynie dwa dni temu – chociaż wtedy wszystko wydawało się nasycone znieczulającym gniewem. Szarpane partie powietrza wypuszczają dym z płuc. – być jak oni. Nigdy nie... Próbowałem. I nie zrobimy niczego, czego nie chcesz.
Jak oni. Czyli jacy?
Harrison byłby gotów nacieszyć się ponowną, spełnioną obietnicą. Byłby w stanie nacieszyć się wspólnym czasem. Niewinną bliskością – odpowiednikiem ciepłego szeptu – za razem marząc o czymś tak paradoksalnie wielkiem, jak wieczysta lojalność.
Momentami – kiedy kończyli po sobie zdania, pracując nad wspólną sprawą – wierzył, że już ją mieli. Dziwaczną, emocjonalną więź, której charakter wymykał się nieco ramom przyjaźni. Rozumiał to też teraz, rozkładając na czynniki pierwsze wspomnienie przywołane przez Ambrose’a. Wspomnienie dwóch osób, których bliskość… Była dla Harrisona oczywista, jeszcze w Strathpeffer.
Nie rozważa tego dłużej – z niepokojem obserwuje bowiem unoszącą się dłoń, a kiedy ta nie zmierza w kierunku jego sylwetki – umysł staje się polem walki pomiędzy żalem, a ulgą. Zapytany o to czy się rozumieją… W tym momencie może już stwierdzić coś z dużą pewnością.
– Dla mnie to prawdziwe. Rozumiemy się tak samo – potwierdza cicho, przenosząc spojrzenie na blat. Gasi papierosa, a uwolnioną dłoń układa gdzieś na blacie pomiędzy nimi, wnętrzem do góry, zapraszająco. Do tej pory dotyk Titusa nie parzył Ambrose'a. Oby to wszystko... Tego nie zmieniło.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
36
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
23-01-2026, 16:19
- Przecież wiem, że nie. - żachnął się w odpowiedzi na zapewnienia Titusa, w których nie usłyszał narastającej paniki. Ledwo przyswoił też, jak szczodra i miła była to oferta. Nie: tak długo jak potrzebujesz, jak w domu Dolores po utracie gospodarstwa. Tylko:  tak długo jak chcesz.
Osąd przyćmiły mu własne sprzeczne emocje, równie kapryśne i impulsywne jak te jego przodkiń.
Zirytowało go to, jak wulgarnie brzmiałyby nigdy niewypowiedziane zarzuty, do których Harrison i tak próbował się odnieść. Zarazem jego dumę ubodło to, że Titus założył, że w ogóle mógłby znaleźć się w takiej sytuacji—on, Ambrose! Z całym szacunkiem był silniejszy (niekoniecznie, ale zawsze przeceniał swoją kondycję, tak jakby była warunkowana wzrostem) i zawsze trzeźwy i uważny. Chyba wciąż bolało go, że przez lata Titus zdawał się nie wierzyć, że dzieci były przypadkiem; i że ostatnio zdawał się nie do końca wierzyć w jego r o z w ó d.
Jak zawsze zrobiło mu się też przykro, gdy Titus mówił o sobie tak, jakby obydwoje znali inną osobę.
- Nie myślę tak przecież o tobie. - słowa zabrzmiały bardziej jak warknięcie niż uspokojenie, ale trudno było zrozumieć ten ton głosu bez kontekstu. A kontekstem była cisnąca się na wargi złośliwość, którą Ambrose miłosiernie powstrzymał za zaciśniętymi ustami, bo przecież przyjął już przeprosiny: nigdy nie myślałbym tak o tobie, chociaż ty myślałeś o mnie przedwczoraj podłe rzeczy.
Był też zły na siebie, bo w tych zapewnieniach było coś poniżającego, a nigdy nie chciał Titusa upokorzyć i nie o to pytał.
Przede wszystkim był jednak zirytowany i skołowany nagłym uczuciem rozczarowania, gdy tylko usłyszał słowa "po prostu." Tylko dlaczego był rozczarowany? Dlatego, że niechcący zmusił Titusa do tych upokarzających tłumaczeń czy dlatego, że zrozumieli się źle, czy dlatego, że chciał zrozumieć to wszytko inaczej?
Gotowość wybrania się do Dolores rozwiała jednak jego irytację, a potem samemu zdobył się na odwagę i przypomniał Titusowi o tamtym patrolu.
A wtedy—choć sens o niezmuszaniu się do niczego mógł zdawać się bliźniaczo podobny do wcześniejszych, gorączkowych i zarazem irytujących zapewnień—Harrison nagle znalazł same właściwe słowa. Czasami chyba można nie zdawać sobie sprawy z własnych pragnień, ale słuchając Ambrose zrozumiał, że desperacko pragnął usłyszeć to wszystko.
Usłyszeć, że nie było nikogo innego, żadnych prób, żadnego sekretnego życia. To złamałoby mu serce niezależnie od tego czy się rozumieli. Nawet jako przyjaciela (tylko przyjaciela) bardzo zabolałaby go myśl, że Tite wpakował się w coś niebezpiecznego bez jego wiedzy mimo, że w teorii miał prawo do prywatności. I że do niektórych tajemnic dojrzewali przed sobą... tyle lat. I usłyszeć, że nic nie muszą, że nie ma żadnych oczekiwań. Czy Titus wiedział, że się ich bał, czując, że cały świat zdawał się czegoś od niego oczekiwać? Nawet relacja z matką była obarczona wymaganiami i jego wyjątkowością, ale nigdy mu przecież o tym nie mówił. Ani o tym, że bał się gwałtownych emocji, bo miał ich w nadmiarze. Allie zawsze zarzucała mu, że nie cieszy się zbyt ekspresyjnie, ale jemu samemu wszystko wydawało się i tak zbyt intensywne, zbyt jaskrawe. Złość, która ogarniała go często i z losowych przyczyn.. I dyskomfort, ilekroć ktoś przekraczał jego strefę osobistą. Dystans był jedynym skutecznym pancerzem przed tą kakofonią i nawet gdyby chciał go skrócić to naprawdę nie wiedział, czy potrafił. Z ulgą uświadomił sobie jednak, że może mógłby—mogliby—spróbować.
- I... nawzajem. - odpowiedział elokwentnie, chcąc obiecać mu to samo. Nie umiał jednak znaleźć odpowiednich słów—że dziękuje za szczerość, że się cieszy, że ułożą to na własnych warunkach—gdy serce biło mu tak mocno.
- Dla mnie też.  - chciałby dalej cieszyć się tylko tym, ale zawiesił wzrok na twarzy Titusa, wspominając jego minę tamtego popołudnia, gdy przeczytali ten straszny list. I rozmowę o kobietach w Muzeum Quidditcha i nawet wczorajsze przesłuchanie... - To nie było prawdziwe z nikim innym. - na sekundę oparł opuszki palców na dłoni Titusa i od razu cofnął je jak oparzony. Chciał sprawdzić, czy teraz będzie inaczej i było. Uśmiechnął się blado do siebie i znów zbliżył dłoń. - Przepraszam, że - musiałeś, ale to się przecież nie zmieni. Nie był gotów powiedzieć mu tego wprost, ale nie chciał kłamać. - musisz na to patrzeć. - może uczciwiej byłoby poruszyć ten temat gdyby nie kreślił właśnie w rozkojarzeniu abstrakcyjnych wzorów na dłoni Titusa, ale nie pomyślał o tym. Albo miał w sobie więcej z wil niż chciałby przyznać. - Poprawiłem ten raport z wczoraj. A przedwczoraj... nie planowałem tego, ale miałem nadzieję, że się polubicie. Dużo jej o tobie mówiłem. - obrócił się lekko, by stać przodem; nie bokiem; do Titusa i wolną ręką poprawił mu włosy. Nie będzie mógł już sobie na to pozwolić gdy ktokolwiek będzie widział, ten gest był niewinny tylko jeśli nie mieli absolutnie nic do ukrycia. Jakoś się przyzwyczai. Pozwolił sobie za to powoli zsunąć dłoń na policzek Harrisona. Pamiętał już dokładnie, co mu się śniło.
- Pamiętasz, jak pan Harrison szukał nas rano po tamtej burzy? - zamiast wrócić do domu po przeczekaniu jej w polu, postanowili wtedy składać sobie obietnice. A krzyk starego czarodzieja przerwał coś, o co...
...może powinien zapytać bardziej wprost i upewnić się, że naprawdę chcą spróbować tego samego. Zamiast tego nachylił się powoli, ale bez pytania. Całował się wiele razy, wiedział jak to robić—chciał tylko się dowiedzieć, jak to jest mieć na to szczerą ochotę.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#15
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
24-01-2026, 00:43
Wydaje się zauważać, ale próbować ignorować nieuzasadnione mrukliwy ton, zaostrzone spojrzenie czy ogólne napięcie sylwetki stojącego przed nim mężczyzny – sam ma w końcu problemy z powściągnięciem własnej emocjonalnej karuzeli; mota się i gubi we własnych myślach, w których ostatecznie dziwacznie przekonany jest o… O tym, że słowa, które być może w normalnych warunkach – bez całej tej szopki, bez pokazu brzydkiej zazdrości, bez bolesnego oskarżenia, które snuło się nad nimi burzową chmurą – w ogóle by nie padły, chyba… Zadziałały. Jak zadziałały?
Czego właściwie oczekiwał?
Chyba zrozumienia. Chyba otrzymał dużo więcej, niż to o co kiedykolwiek miałby odwagę poprosić.
Czy przewidział to? Mógłby pewnie zastanawiać się czy śnił o tym, konkretnym momencie, gdyby nie mętlik w głowie. Nie mógł odnaleźć się zarówno na myśl o dziesiątkach rozmaitych i rozmytych wizji powiązanych ze zwierzęcą wersją magipolicyjnego partnera, jak i w chaosie wywoływanym coraz gęstszą atmosferą w tej jakże ciasnej kuchni. Wydawać by się mogło – tak ciasnej, by odległość dzieląca zarówno ich sylwetki, jak i myśli musiała zmniejszać się z każdym kolejnym, okupionym ciężkim oddechem słowem.
Nie rozumie prawdziwej powagi słów, które uciekają z ust przyjaciela. Nie rozumie co z jego wypadku znaczyć musiało to, jak nieprawdziwe wydawały się inne relacje – nieświadom ograniczonego pola widzenia, patrzy na wszystko własną optyką, a kiedy to robi… W dziwny sposób mu współczuje. Kobiety kochały Ambrose’a, jakkolwiek surowym niekiedy dla nich nie bywał; robiły to od nastoletnich lat, wiecznie rozprawiając o jego urzekającej cielesności. Był dla nich idealny – ale był przecież kimś więcej oprócz uosobienia seksualnych pragnień – był kimś, kogo zalety łatwiej było zauważyć z bliska, w szczerej przyjaźni czyli tam, gdzie Day nie dopuszczał… Niemal nikogo.
– To ja powinienem ci współczuć… – mówi, boleśnie świadom, że w obliczu Day’a, sam nie musi martwić się tak intensywnym zainteresowaniem i niezręcznym towarzystwem otwartych na poznanie kobiet. Nie jest świadom, że ta, pojedyncza myśl wryje mu się w pamięć na dłużej – kiełkując i dając przyczynek do odkrycia prawdy, na którą pozostawał zarazem wygodnie i niewygodnie ślepy… Od zawsze. – tylu lat fałszu.
Wobec rodziny, ale i wobec siebie samego.
Tego ranka, kiedy tylko znaleźli w swoim towarzystwie niezręczną wzajemność… Czuje na sobie coś, co przypomina dotyk ciepłych dłoni. Metaforyczne, ciężkie palce zaciskają się na ramionach, nakazując pozostać w tym miejscu – wbrew ogólnemu roztrzęsieniu, lękowi, wstydowi. Nakazują podnieść brodę do góry, by ciepłe spojrzenie przesuwać mogło się pomiędzy prawą, a lewą źrenicą Day’a. Na chwilę gubi wstyd związany z przytoczoną i nieplanowaną wizytą młodej kobiety w kawalerce – to odległa myśl – w makrokosmosie ważna, ale tak nieistotna tu i teraz, w znanej im mikroskali.
W mikroskali, w której palce mężczyzny otulały jego dłoń, potem gładziły jego włosy i pieściły policzek.
– Pamiętam – mówi cicho, przez uśmiech, na chwilę uciekając spojrzeniem w kierunku okna.
W mikroskali Harrison nie ma nawet czasu i ochoty odpowiadać dłużej na pytanie, które zawisło pomiędzy nimi. Przyszywany ojciec przerwał wszystko w trosce, a Titus nie umiał się na niego gniewać. W końcu wszystko co mogli wtedy mieć – nie było im wtedy przeznaczone.
Mógł płakać i złościć się kiedy rodzice Allie wezwali Ambrose’a do odpowiedzialności, ale wiedzieć musiał przecież, że żadne łzy nie przekonają do niego nieprzychylnego fatum.
Od początku zapisane przez los na termin odroczony. Od zawsze dążyli do tego momentu – rozumiał to w sposób żałośnie wręcz romantyczny, ale i mityczny – nieodłączny myśleniu jasnowidza.
To jeden z niewielu momentów, kiedy dziękował światu za swój nieimponujący wzrost – mógł przez dłuższy moment skupiać się na adorowaniu ciepłego spojrzenia partnera, zrozumieć jego intencje, zrozumieć nawet pojawiający się we własnym ciele, nagły impuls nakazujący poddać się całej tej ciekawości, która kazała spróbować – przekonać się. Możliwie zniszczyć wszystko to, co budowali przez lata; przerwać obserwację mężczyzny przechylającego się do niego w całej ostrożności – niemal nieprzystającej tak silnej i dobrze zbudowanej sylwetce – byle dłonią znaleźć jego policzek, jego, włosy, szyję, ramię – przesuwając palcami po rozgrzanej rumieńcem skórze.
Połączyć się w krótkim, czułym pocałunku, który mógł nie być najbardziej zgrabnym wyrazem uczucia – ale zaciskał się na sercu jak ciężka pięść – zabierając oddech i rozmazując wizję.
Wizję którą odzyskać chciał szybko, odrywając się od twarzy blondyna z delikatnością, bo i ewidentnym zawahaniem. Zawieszony twarzą w twarz i oko w oko, musiał chyba zwolnić na chwilę. Upewnić się, że to wszystko nie jest tylko perwersyjnym snem – dziwnym lekarstwem na odczuwaną wcześniej zazdrość.
– Podoba ci się? – dopytuje, czując nad sobą słodkawy zapach zmęczonego, męskiego ciała, mieszający się z gorzkim posmakiem mugolskich papierosów. – Czy brakuje ci swędzącej słomy? – uśmiecha się szeroko, kciukiem gładząc szczyt obojczyka górującego nad nim mężczyzny.
Jego sweter i tak musi swędzieć. To niemal to samo.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#16
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
36
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
27-01-2026, 22:44
Przymknął oczy i na moment zamknął dłoń Titusa w swojej. Przed laty nie przyjąłby jego współczucia—bo pamiętał jego minę, gdy wspólnie przeczytali list od Allie. Titus był wtedy zły, może na niego, może na Allie, a może na los. A Ambrose widział jego smutne oczy i był zły na siebie. Przez lata. Myślał tylko, że może... przyjaciel ucieszy się z rozwodu.
Ale może teraz mógłby nie protestować, tylko po prostu pokiwać głową.
- Przez te wszystkie lata miałem przecież ciebie. - zaprotestował jednak, cicho. Otworzył oczy i uśmiechnął się trochę smutno. Nie byli obok siebie tak, jakby chcieli, przynajmniej przez tamte pierwsze lata po ślubie. Ale samemu nigdy nie chciał pogodzić się z tym, że ta przyjaźń może wygasnąć. Nawet wtedy, gdy zamykał się w łazience po kolejnej kłótni z Allie, teściową, teściem lub mamą (lub wszystkimi na raz) i wyciągał papier by bez przekonania napisać przyjacielowi, że wszystko w porządku. Nawet wtedy, gdy listy ze Szkocji były coraz krótsze. Kogo z bliskich powiadomić? - pytał uzdrowiciel po upadku z miotły, a potem przyciszonym głosem mówił do trenera, że to chyba poważny wstrząs mózgu, bo zawodnik nie odpowiada. Ale zawodnik doskonale rozumiał jego pytanie i to, że nie mógł odpowiedzieć zgodnie z prawdą i że jego nie było na trybunach. Nawet wtedy.
- Już będzie dobrze. - obiecał Titusowi, bo choć jego urok nie wygaśnie, to już nie stały pomiędzy nimi żadne błędy ani żadna rodzina. Day nie spojrzałby w oczy swoim nieletnim dzieciom po tym, co tutaj dzisiaj padło, ale na szczęście były już dorosłe.
Teraz pomiędzy nimi była tylko ich własna nieśmiałość, ale przecież mieli czas.
Dotyk Titusa nigdy go nie parzył, bo Ambrose nigdy go nie dostrzegał—był bezpieczny i naturalny, jak męska przyjaźń. Ale teraz, gdy trochę przedefiniowali... było jakoś inaczej. Bardzo inaczej. Ledwo zarejestrował, że Harrison zwolnił i się odsunął. Gdy powoli otworzył oczy, wyglądał na bardzo rozkojarzonego i rumienił się jeszcze mocniej.
To o to ludzie robią tyle szumu? - przemknęło mu przez myśl i chyba pierwszy raz byłby w stanie to zrozumieć.
- Podobasz mi się— odpowiedział z zaskoczeniem i roztargnieniem i ulgą, bo szczerze mówiąc nie spodziewał się, że to poczuje; nie tak. Zamrugał powoli i dopiero wtedy dotarło do niego, że Titus nie o to pytał. - Podoba mi się. - roześmiał (!!!) się, przysuwając się o pół kroku bliżej. - Daj spokój, tutaj nie ma żadnego błota ani owadów... - przewrócił z rozbawieniem oczyma. - Jest lepiej. - lepiej niż myślał i lepiej niż wyśnił, bo Titus wcale nie rozpadł się w pył. Oparł dwa palce na jego rozgrzanym policzku, jakby chciał się upewnić, że tak się nie stanie.
Powoli zerknął na kuchenny zegar. Zdąży jeszcze wziąć prysznic i się przebrać, ale czy chciał w ogóle zdążyć zrobić śniadanie? W zamian mogliby...
- A tobie się podoba? Spróbujmy jeszcze raz. - zapytał, poprosił, może trochę kapryśnie zażądał. - Śniadanie możemy zjeść w tej cukierni przy komisariacie... - komendant ją lubił, a podobno można jeść cukier na śniadanie, a oni przecież nie byli gorsi; a on był w buntowniczym nastroju. Złamał już jedno tabu, co mu szkodzi inne śniadanie. Może nawet wezmą ciastka na komisariat, wypadałoby być po dobrej stronie komendanta, szczególnie, że Allie nie umiała piec, a mama nic nie upiecze dopóki jej nie przeprosi.
Jeszcze na chwilę zostawił jednak myśli o pracy i o Dolinie Godryka i nawet o sytuacji prawno-mieszkaniowej, bo znowu nachylił się do Titusa. Czuł jak gorące są policzki Harrisona, ale ani przez moment nie pomyślał, że to ze wstydu—był chyba na to zbyt niecierpliwy, szczególnie po tym jak zmarnowali tyle czasu.

/zt x 2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 02-02-2026, 12:15 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.