• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Rozgrywka > Mgły czasu > Izba Pamięci > 12.10.1958 | Death is not the end
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Yavor Karkaroff
Akolici
Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąć, wiecznie czyni dobro.
Wiek
47
Zawód
Przedsiębiorca, rzemieślnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
0
30
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
6
6
3
Brak karty postaci
23-01-2026, 11:01

Death is not the end
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Yavor Karkaroff
Akolici
Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąć, wiecznie czyni dobro.
Wiek
47
Zawód
Przedsiębiorca, rzemieślnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
0
30
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
6
6
3
Brak karty postaci
23-01-2026, 11:06
Śmierć miała w sobie coś osobliwie pięknego ― nie w sensie romantycznym, rzecz jasna, lecz użytkowym. Ciężko było jednoznacznie uchwycić, co właściwie czyniło ją tak pociągającą; może ostateczność, może porządek, a może ten rzadki luksus zamknięcia spraw bez konieczności dalszych wyjaśnień. W umyśle starego Karkaroffa rodziły się dziesiątki parafraz, ilekroć czynił zło innym: w imię doktryny, w imię rodziny, w imię samego siebie ― zawsze w imię czegoś wzniosłego, jak przystało na człowieka o skrupulatnie uporządkowanym sumieniu. Posyłając kogoś w odmęty objęć cudownego końca, mógł czuć się jednocześnie panem i sługą: władcą losu i skromnym wykonawcą konieczności. Rachmistrzem krzywd, księgowym win i długów, który jednym ruchem zamykał bilans. Śmierć była narzędziem doskonałym ― nie dyskutowała, nie stawia warunków, nie wracała z pretensjami. W tym sensie była niemalże uprzejma.
A jednak, z całą swoją konsekwencją, nigdy nie potrafił odnaleźć wizji śmierci idealnej dla siebie. Zabawne, wręcz ironiczne. Człowiek, który rozdawał ją hojnie, nie umiał wyobrazić sobie własnego końca bez irytującego dysonansu. Tym bardziej nie chciał widzieć w stalowych tęczówkach obrazu śmierci kapryśnej żony ani upodlonego syna, zalegającego gdzieś daleko na północy ― zbyt daleko, by można było to naprawić, zbyt blisko, by całkiem o tym zapomnieć. Nie takie obrazy powinny nawiedzać ojca i męża, nawet jeśli był on jedynie karykaturą obu tych ról.
― Zadajesz sobie nie tyle boleść, acz odbierasz jaźń i czystość rozumowania otoczenia ― Przeokrutne bywało również patrzeć, jak ktoś młodszy od niego, jeszcze nie do końca stwardniały, dobitnie walczy sam z sobą po stracie młodej żony. Walczył nie z wrogiem, lecz z pustką ― a to zawsze starcie nierówne i długotrwałe. Karkaroff obserwował to z mieszaniną znudzenia i niechcianego zrozumienia, jakby śmierć pozwalała sobie czasem na niepotrzebne okrucieństwo, przekraczając nawet jego własne standardy. ― Wściekłość jest dobrym katalizatorem na wrogów, nie… towarzyszy wspólnej sprawy.
Gardło zachrypiało dziwacznie, jakby zapomniało strukturę norweskiej mowy ― tej twardej, kanciastej, nieprzyjemnej dla ucha, a jakże użytecznej w czasach gdybania nad handlem i jeszcze wcześniejszych, szkolnych latach dobrodziejstwa wieku, kiedy człowiek uczył się rzeczy ważnych: jak milczeć, jak patrzeć i jak nie ufać nikomu zbyt długo. Teraz głos odmówił współpracy, skrzypnął jak źle naoliwiony zawias, co było irytujące i w pewnym sensie upokarzające. Starzenie się zawsze zaczynało od drobiazgów. Ochłapy spalonego tytoniu zalegały w popielnicy w sposób nieestetyczny, lecz uczciwy ― jak wszystko, co było zużyte i spełniło swoją funkcję. Gdzieś obok, zupełnie nie na miejscu, wesoło ćwierkający ptak pomknął ku jesiennemu słońcu, które wybiórczo oświetlało twarze towarzystwa, przesączające się zza konarów starego drzewiska w oddalonej części ogrodu. Natura miała tę nieznośną manierę kontrastowania z rzeczywistością; zawsze wtedy, gdy człowiekowi było najmniej do śmiechu.
Takich gości się nie spodziewał. Tym bardziej z angielskiej ziemi, która rodziła ludzi poprawnych, grzecznych i do bólu przewidywalnych. Człowieka młodego, a już obciążonego spojrzeniem, jakiego nie powinien mieć nikt przed czterdziestką. Człowieka, z którym miał styczność przypadkiem ― niechcący niemal ― i którego zdążył nieco poduczyć tego, co umiał najlepiej: czarnej magii pozbawionej sentymentów oraz sztuki nabywania informacji bez zadawania zbędnych pytań.
― Bądź mądrym wilkiem, niż szczeniakiem ― poprawił go w ramach dziwacznego porozumienia, czy raczej dobrodziejstwa przyjaznych zatargów. Nie spodziewał się jednak, że u Lestrange’a dostrzeże opokę żałobnego całunu tak ciężko zalegającą na duszy i sercu. To nie była zwykła melancholia ani angielska skłonność do dramatyzowania własnych niepowodzeń. To było coś gorszego ― żałoba uczciwa, nieprzyzwoicie szczera, niepasująca do świata, w którym słabość należało maskować albo wykorzeniać. Patrzył na niego z niechętną ciekawością, jak na błąd w dobrze zaplanowanej operacji. ― Dokonałeś zemsty, czy zrobił to wasz wymiar sprawiedliwości, hm?
Zaciągnął się jeszcze raz, choć smak był już wyłącznie popiołem. Śmierć, strata, pustka ― wszystko to znał aż nazbyt dobrze, lecz zawsze z bezpiecznej strony stołu. Widok młodego Anglika, który niósł to na sobie bez tarczy cynizmu, był niemalże obrazą dla porządku rzeczy. Westchnął krótko, sucho, bardziej z irytacji niż współczucia.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Lorcan Lestrange
Akolici
Głupiec z sercem i bez rozumu jest równie nieszczęśliwy, jak głupiec z rozumem i bez serca.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
27-01-2026, 21:03
Jego głos działał mu na nerwy w sposobie zaskakująco trywialnym – łatwym dla niego, trudnym dla odbiorcy, bo pogodzenie się i uporanie z piętnem żałoby kosztowało znacznie więcej, niż zamknięcie tych kilku napoczętych rozdziałów w życiu. Ono całe balansowało na krawędzi styku, bo pustka, która spłynęła na niego otuliła szczelnie, odcinając od świata zewnętrznego. Nie wiedział, skąd znalazł siłę – motywację, by się tu zjawić, być może akt rozpaczy – głupie, bo jakże szczeniackie zapędy o pogrążeniu się w mroku kierowany rozpadem życia na części. A może to, coś innego; coś jeszcze bardziej absurdalnego niż mógł podejrzewać…
Uśmiech nieoczekiwanie zakwitł w kącikach ust, lecz nie objął swym udziałem reszty twarzy. Czuł gorycz – prawdziwie gorzką smakowaną z popiołem i wódką. To nie mogła być prawda, a ta myśl, coraz mocniej w niego uderzała. Ze zdwojoną siłą otwierając oczy, wobec oczywistości.
Karkaroff dawał mu coś więcej, niż brat; niż przyjaciele, czy rodzina. To było trudne do określenia, bo nienazwane nigdy, lecz w swym mrocznym, nieco ekscentrycznym zachowaniu, miewał momenty prawdy, która spadała klarowną jasnością, bez przesadnej troski, ale i również bez srogiej brutalności. Zwracał się do niego, jak do towarzysza z jednego okopu; bo choć dzieliły ich lata i podejście w tak wielu kwestiach, to dziwnym trafem potrafił przyswajać jego słowa, i to bez zbędnej ironii.
— Myślę, ciągle i nieprzerwanie, w którym momencie popełniłem błąd, to niedopatrzenie, które zaowocowało tragedią; to nie boleść, to też nieużalanie się, to szukanie odpowiedzi, która wciąż umyka — odpowiada rozważnie dobierając słowa, mógł go szczerze – momentami – nienawidzić za ogólny kształt charakteru, dość zniechęcający po zapoznaniu, lecz nigdy nie odbierał mu należnego szacunku. Bo był jednym z pierwszych, jacy otworzyli przed nim ramiona i wciągnęli w głąb labirynt nieprzebytej wiedzy, która przez tak wielu była potępiana. Ta estyma połączona ze szczyptą sympatii sprawiała, że słuchał go w sposób inny, niż brata, czy nawet ojca.
— Bywają dni, gdy ta wściekłość rozsadza żyły od środka. Powiedz, byłeś kiedykolwiek w swym życiu, tak głęboko poruszony, dotknięty, a może zraniony, że nie odczuwałeś bólu wyrządzonej boleści, a wyłącznie furię? — Jego głos pozostawał w ryzach, tak samo mimika, bo uśmiech uleciał na nagłym jesiennym wietrze. Pozostawała tylko ta zimna żelazna rama, w jakiej zamykał emocje.
— Paradoksalne jest to, że przy kimś takim, jak ty myślę trzeźwiej, niż w rodzinnych stronach. — Ciepłe jesienne powietrze uderzyło w nozdrza, pozwolił sobie na ten moment odetchnąć nim. Odpłynąć od miejsca i osoby czarodzieja stojącego przed nim.
Łącząca ich dola, była natury przypadkowej; dziwnej, ale jednocześnie trafnej, bo nie mógł, jak podejrzewał, trafić na kogoś gorszego, ani bardziej cynicznego. Jednocześnie dobrego w kształtowaniu kruszcu pod naciskiem pewnych, spracowanych dłoni w akompaniamencie wypowiadanych słów.
Wymiar kary…
Uśmiechnął się, demonstrując biel zębów w kpiącym z lekka wyrazie.
Pragnął zemsty – zemsta jest moja. Powtarzał, chciał tego; wyrwać z klatki żeber serce wciąż ciepłe, a ciało oddać krukom i wronom. Chciał, by morderca niewinnej osoby poczuł, czym w istocie jest strach, ten lęk przed nieznanym zagrożeniem czającym się w mroku.
Niestety służby zadziałały nad wyraz skutecznie. Domyślał się, dlaczego, a gdy rozsądek powróci, odetchnie z ulgą, choć wciąż w to wątpił.
— Pocałunek dementora — uciekł wzrokiem w dal; w przestrzeń na krajobraz rysujący się przed jego oczami.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Yavor Karkaroff
Akolici
Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąć, wiecznie czyni dobro.
Wiek
47
Zawód
Przedsiębiorca, rzemieślnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
0
30
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
6
6
3
Brak karty postaci
29-01-2026, 10:26
Popiół leżał w popielnicy jak wzorcowy obywatel ― cichy, równy, nikomu nie wadził. Patrzył nań z tym samym niesmakiem, z jakim patrzył na tamtejszy porządek: zbyt czysty, by był prawdziwy, zbyt gładki, by nie krył pod spodem pleśni. Anglicy mieli osobliwy talent do zamiatania pod dywan; dywan był gruby, perski, importowany z dawnych kolonialnych triumfów, więc mieścił wiele. Grzechy, zbrodnie, tchórzostwa ― wszystko dało się wcisnąć, byle nie przeszkadzało w popołudniowej herbacie. Mówili o stabilności, jakby była cnotą samą w sobie, a nie wygodnym paraliżem. O prawie, które niby równe, lecz zawsze znajdowało sposób, by pochylić się w stronę tego, kto miał lepszy akcent i czystsze buty. O moralności, którą nosili jak marynarkę: zakładaną tylko publicznie, zdejmowaną natychmiast po powrocie do domu. Tchórzostwo opakowane w etykietę kultury, hipokryzja sprzedawana jako rozwaga ― oto lokalny towar eksportowy.
Najbardziej bawiło go jednak to udawane oburzenie. Jak szybko potrafili krzyczeć, gdy cudza krew kapała za głośno, lecz jak konsekwentnie odwracali wzrok, gdy kapała po cichu, zgodnie z procedurą. Nie lubili brudu, ale kochali czystość rąk ― nawet jeśli oznaczało to, że ktoś inny musiał wykonać robotę za nich. I jeszcze podziękować. Westchnął ciężko, nie z melancholii, a z irytacji. Anglia była krajem, w którym wszystko miało swoją kolej, oprócz odwagi. Tu przychodziła zawsze za późno albo wcale. I może właśnie dlatego tak wielu ludzi czuło się tam bezpiecznie ― bo nic naprawdę żywego nie miało szansy się rozpanoszyć.
― Niby wasz kraj to ten cywilizowany świat, hm? ― Praworządność tam kwiczała niczym ich przepełnione więzienia, rozdęte statystyką i moralną hipochondrią. Na Bałkanach sprawy bywały prostsze: czerwone pasożyty systemu potrafiły człowieka wymazać z dnia na dzień, bez formularzy, bez przeprosin i bez potrzeby udawania, że to wszystko dla dobra ogółu. Ot, zniknął ― i tyle go pamiętano, co kurz na schodach. Sam czuł ten syf zbiegu wydarzeń na własnej skórze, lecz przywykł do absurdu komunistycznego dołu tak dalece, że zmiana wydawała się wysiłkiem niegodnym zachodu. Chaos bywał uczciwszy niż porządek na pokaz. ― W tutejszych stronach by mordercę dorwali i po cichu... Sam byś dokonał kary adekwatnej; tortury, długie i ciągnące się wieczność... Wiesz jak długo w agonii, czas potrafi się dłużyć? ― Był chyba do końca chorym popierdoleńcem, skoro potrafił funkcjonować, czując oddech śmierci na karku jak codzienny przeciąg. Winy lubiły wypływać szybciej, niż zapowiadały to jakiekolwiek raporty czy sumienia; zwłaszcza cudze. A jednak ― dwojako współczuł młodemu wdowcowi. Niewinne życie, szczególnie kobiece, nie powinno być mielone przez brutalność świata jak mięso w tępej maszynce. To była myśl niemodna, niepraktyczna, ale uparcie wracała. ― Poruszony, czy dotknięty? Reaguję dwojako, śmiertelnie poważnie, bądź tylko poważnie.
Oczywiście istniało też owo „chociaż”. Chociaż sam zabijał. Chociaż ręce miał brudne po łokcie, a pamięć zbyt dobrą, by udawać niewiniątko. Różnica polegała na tym, że nie dorabiał do tego moralnych wstążek. I wolał, by Lestrange o tym nie wiedział nie z lęku, lecz z czystej pogardy dla cudzej potrzeby oceniania. Nie każdy musi znać całą prawdę; wystarczy, że zna swoją rolę. Strzelił karkiem, jakby chciał wypłoszyć z kręgów resztki cierpliwości, i wsłuchał się w animozje Anglika, który z uporem godnym lepszej sprawy epatował dobrym samopoczuciem w jego towarzystwie. Też mu coś ― miało to schlebiać, czy raczej obnażać dno, na którym obaj stali, każdy z innego powodu? Prychnął w myślach, rozprostowując kości, jakby ciało wciąż domagało się dowodu, że jeszcze należy do niego, a nie do wspomnień i starych rachunków.
― Tutaj nikt nie ocenia, słuchamy i dyrygujemy to, co według nas jest doskonałe w sprawie ― Przez chwilę względnie wbił szarość tęczówek w wielkie oka domostwa, martwe i czujne zarazem, gdzie czaiła się jego prywatna kostucha. Ta jedna śmierć była nie na sprzedaż; tej nie życzył nigdy, nikomu, nawet sobie w gorszy dzień. Ironia losu polegała na tym, że inne zgony przychodziły mu łatwo, niemal odruchowo, jak zapalanie papierosa po obiedzie. Lecz ta ― miała imię, miała zapach i potrafiła wracać nocą. ― Zbyt dobra śmierć dla mordercy, zbyt mało przelanej krwi... ― Ech, ty podła Irino… ― pomyślał bez czułości i bez gniewu, bo oba uczucia dawno się w nim wypaliły. Została tylko sucha świadomość, że pewne rzeczy nigdy nie przestaną ciążyć, choćby człowiek obłożył je cynizmem jak bandażem. Odwrócił wzrok, dając Anglikowi to, co ten najbardziej lubił: pozór uwagi i brak odpowiedzi. W końcu nie każde milczenie było kapitulacją; niektóre bywały wyrokiem odroczonym. ― Łap za różdżkę, wylej nienawiść w prosty sposób.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Lorcan Lestrange
Akolici
Głupiec z sercem i bez rozumu jest równie nieszczęśliwy, jak głupiec z rozumem i bez serca.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
05-02-2026, 14:44
***


Duchota w płucach paliła Bułgarską gościnnością, w jakiej tliła się również niewypowiedziana surowość. Treningi pod jego okiem, nigdy nie należały do najprzyjemniejszych, ale statystycznie dawały mu znacznie więcej, niż ślepa próba rozumienia zawartości ksiąg czarnomagicznych. Pole walki było, jest i będzie najlepszym sposobem na weryfikację możliwości i ocenienie potencjału. Wiele mu jeszcze brakowało do poziomu prezentowanego przez Yavora, wręcz szczerze wątpił, aby kiedykolwiek sięgnął tego – dna, bądź szczytu siły, a to w zależności od perspektywy, jaką człowiek obiera myśląc, o czarnej magii. Ta wypalała swe piętno na duszy, trwale okaleczając i wyzbywa z resztek wrażliwości, a może i odbierała po części też człowieczeństwo? Czym ono było dla Bułgara, czym ono jest dla Lorcana?
Westchnął, otrzepując koszulę i spodnie z piachu i drobinek listowia. Rozmasował bolące barki i nogi, które najmocniej ucierpiały podczas ostatniego zaklęcia. Splunął siarczyście, gdy drobinki piachu zazgrzytały o zęby i skrzywił się w próbie wyprostowania sylwetki.
Westchnął, ale nie skomentował negatywnie tego ruchu, była to konieczność, bo w prawdziwym pojedynku już dawno, by zginął. Wyłącznie praktyka w tej dziedzinie, mogła ocalić mu skórę, gdy trafi na kogoś podobnie niegodziwego co jego towarzysz.
— O legilimencji, a dokładnie… treningu tej umiejętności — wiedział, na bazie ich doświadczeń, że szkolił się w tej sztuce, już w młodości poznając jej podstawy. Teraz po śmierci Persephone nabrał przekonania oraz motywacji, aby rozwinąć się jeszcze mocniej, ale potrzebował kogoś zaufanego. Kogoś przed kim będzie, mógł się potknąć na wyboistej drodze do perfekcji. Yavor nie był idealnym wyborem, wręcz był najgorszym z możliwych, jakie miał do wyboru, ale właśnie to przekonywało historyka, o sięgnięciu po jego pomoc. Krytycyzm, wrodzona pogarda i kpina z okazywanych słabości sprawiały, że jako mentor i zarazem manekin do testów Karkaroff nadawał się idealnie – ku dobru wspólnej sprawy.
— Znam podstawy, chcę się rozwijać; szkolić, by osiągnąć najwyższy możliwy poziom — smak ambicji pozostawiał słodką goryczkę na języku. Rozczarowanie, które prowadziło do śmierci jego żony, bo nie dostrzegł oczywistości – nie przejrzał jej myśli, a gdyby to zrobił. Rozpoznałby strach czający się na dnie jej serca i nie opuściłby jej ten jeden ostatni raz. — Dla sprawy — kierowany żałobną nutą ambicji, której Bułgar nigdy nie zrozumie, a przynajmniej tak myślał. Bo aż strach pomyśleć, czego on musiał doświadczyć w swym życiu, by stać się, tym kim jest.
— Przygotuj się… — suchość na wargach drażniła, pragnienie paliło, ale to nie był czas na odpoczynek. Ten trening jeszcze trwał: — Legilimens!


Legilimencja - udana
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Yavor Karkaroff
Akolici
Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąć, wiecznie czyni dobro.
Wiek
47
Zawód
Przedsiębiorca, rzemieślnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
0
30
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
6
6
3
Brak karty postaci
05-02-2026, 22:12
Wracamy stąd

Ciało drżało przyjemnie ― nie z wycieńczenia, raczej z tego rodzaju ulgi, która przychodzi dopiero wtedy, gdy napięcie wreszcie raczy odpuścić bez negocjacji. Ostatnie dni po powrocie z rosyjskiej spiekoty partyjnych zatargów były pasmem drobnych irytacji, tych najbardziej podstępnych, bo nie dość dotkliwych, by je nazwać, a wystarczająco uciążliwych, by zatruwać myśl. Spokój, który skrzętnie budował latami, zaczął palić się jak mokre drewno ― bez płomienia, za to z dymem. Grunt pod stopami robił się miękki; bagno, wierny przyjaciel ambicji, domagało się uwagi. Cholera. Zignorował to z wprawą godną weterana własnych błędów, pozwalając, by resztki adrenaliny zrobiły swoje.
― Legilimencji... ― Gardło ugaszone solidnym łykiem napitku przestało protestować, a stalowa tęczówka beznamiętnie obliczała ślady zmęczenia na twarzy gościa. Tego akurat lubił ― nie człowieka, rzecz jasna, lecz moment, w którym pot i zadyszka zdradzały więcej niż słowa. Ćwiczebne starcia miały tę przewagę nad rozmową, że prawda wypływała szybciej. Anglicy, z całym swoim nabożnym umiłowaniem reguł, bywali w tym zadziwiająco prostolinijni. Niby wyrafinowani, a jednak w końcu zawsze potykali się o własną pewność. I to było w nich najbardziej pouczające. ― Umiejętność potrzebna w świecie i chwalona, jednakże... Ostrzegam... ― Mógł sobie gadać swoje, młokosy nigdy nie słuchały. Wiedział to po swojej latorośli, który gdzieś wsiąknął jak kamień w wodę. Blyad. Brew powędrowała w górę niemal sama, odruchem wyuczonym latami obcowania z głupotą, gdy z ust szczeniaka wypadło to nieszczęsne słowo ― legilimencja. Doprawdy, poczucie humoru świata bywało niskich lotów. Czy to miał być żart, czy demonstracja ambicji pozbawionej instynktu samozachowawczego, jeszcze nie rozstrzygnął. Sama technika nie była mu obca ani z gruntu odrażająca; potrafił docenić narzędzie, które w elegancki sposób wyciągało z cudzej głowy fakty, wspomnienia i brudy, bez konieczności łamania kości. Ot, ingerencja na pełnych obrotach, dla ludzi ceniących ciszę i porządek. ― Jutro wynajdę Ci pachołków różnorakiej maści do ćwiczeń, nie chciej ingerować w mój umysł.
On jednak ciszy nie ufał. Preferował metody bardziej jednoznaczne, krzykliwe w swej szczerości: krew, pot i to charakterystyczne załamanie głosu, gdy błaganie o litość stawało się wreszcie autentyczne. To było wyrafinowanie ― nie te subtelne grzebania w cudzym umyśle, udające naukową finezję. Odstawił naczynie z wyraźnym stukiem, ostrzegając spojrzeniem; Lestrange chyba nie był aż tak głupi, by próbować czegoś podobnego. Chyba.
Poprawił się na krześle, mięśnie napięły się o ułamek sekundy za późno. Decyzja już zapadła, ruch poszedł w świat. Kurwa. Jedna myśl była krystalicznie czysta, wolna od metafor i wątpliwości: jeśli ten chłystek rzeczywiście spróbuje ― zabije go. I nawet nie nazwie tego stratą.
― Сволочь! ― Pieprzona umiejętność. Nim zdążył sięgnąć po różdżkę ― ten jeden, spóźniony ułamek sekundy, który zwykle decydował o tym, kto wychodzi z pokoju o własnych siłach ― poczuł, jak coś brutalnie rozsadza bariery jego umysłu. Bezceremonialnie, bez finezji, jak łom wsadzony między żebra sejfu. Jedna po drugiej pękały osłony, stawiane latami dyscypliny i krwi; precyzyjnie, bez błądzenia, prosto w miejsca, których nie udostępniało się nikomu. Nawet sobie, w gorsze noce. ― Zabiję Cię... ― przemógł przez wargi zaciśnięte, gdy żerdź znowu została pochwycona.
Sekrety wypływały gęsto, ciężkie od znaczeń. Zbrodnie, których nie żałował. Tortury zapamiętane do ostatniego krzyku, do charakterystycznego momentu, gdy człowiek przestaje udawać bohatera. Doktryny ― proste, twarde, skuteczne ― wedle których świat wymagał ręki silniejszej, nie sprawiedliwej. I wreszcie ten dzień, oczywiście że ten. Rozkaz, suchy jak formularz. Pozbyć się. Przyjaciela, jedynego, który wiedział za dużo i miał ten niebezpieczny luksus chęci odejścia. Spokoju. Normalności. Zdrajcy zawsze mieli wybór ― krótszy albo dłuższy koniec. Rozdarcie przyszło bez patosu. Był krzyk, był ból, ale nie było błagania; staremu Krumowi nigdy nie brakowało dumy. I było zaklęcie, śmiercionośne, czyste w swej funkcji, mknące bez wahania. Ot, procedura. Jeśli młody sądził, że znalazł coś, co miało złamać kręgosłup ― cóż. Trafił jedynie na katalog powodów, dla których wciąż oddychał.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 10-02-2026, 06:37 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.