• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Południowy Londyn > Targ Borough
Targ Borough
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
10-06-2025, 15:59

Targ Borough
Targ Borough to jedno z najstarszych i najbardziej znanych targowisk Londynu: pierwsze wzmianki o tym miejscu pochodzą już z XI wieku. Usytuowany na południowym brzegu Tamizy, niedaleko London Bridge, targ jest miejscem codziennego zgiełku i handlu, gdzie mieszkańcy kupują świeże owoce, warzywa, ryby i mięso od lokalnych sprzedawców. Wąskie alejki targu wypełnia aromat przypraw, świeżo pieczonego chleba i ryb. Kolorowe stragany kuszą różnorodnością produktów, a sprzedawcy często zbyt napastliwie zachęcają przechodniów do zakupów. Każdego dnia tłumy ludzi przemieszczają się między stoiskami. Często spotkać tu można rybaków w charakterystycznych kaloszach oraz kucharzy, szukających najlepszych składników do swoich potraw. Stare, ceglane budynki otaczające targ nadają miejscu autentyczny, nieco surowy charakter.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Axel Devereaux
Czarodzieje
Je est un autre.
Wiek
25
Zawód
Tancerz, Złodziej, Kelner w Białej Wiwer
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
12
16
Brak karty postaci
20-01-2026, 11:52
Perspektywa darmowego, ciepłego obiadu równała się z niewielką oszczędnością, a Axel aktualnie starał się oszczędzać. Chociaż zdążało mu się wydać czasem za dużo na alkohol i używki, to jednak miał w głowie cel i każde zdobyte pieniądze odkładał. Może w końcu wypadałoby przejść się do Gringotta i tam zabezpieczyć skromne zaskórniaki, żeby nie kusiło go, by wydać je bez sensu. Dobre pointy swoje kosztowały, a do tego dochodziły inne rzeczy, także będąc artystą musiał sporo kalkulować.
Teraz nie było tak źle jak jeszcze jakiś czas temu. Praca dla Xaviera dawała mu stały dochód, a do tego dochodziło kelnerowanie w Wiwernie, więc było względnie stabilnie. Gdyby tak jeszcze dostał angaż w teatrze, to byłby szczęśliwy i zacząłby myśleć o opuszczeniu Nokturnu. Taki był plan, ale czy ten plan się kiedyś uda? Czas pokaże.
Pomimo tego, że Axel mial za uszami sporo, to nie można było o nim powiedzieć, że jest złym człowiekiem. Lys już dawno to zauważył, nie skazując Devereaux na pogardę z jego strony i odtrącenie. Dzięki temu podejściu poznał całkiem przyjemnego chłopaka, któremu po prostu zabrakło szczęścia w życiu. A tonący brzytwy się chwyta, więc w jego przypadku pewne sytuacje były sumą wypadkową tego co go spotkało i czemu musiał się podporządkować.
- Pfff... bałaganem się martwisz. Chyba zapomniałeś, gdzie mieszkam. - Francuz mruknął kręcąc głową, to się Lysowi wzięło na tłumaczenie z bałaganu, kiedy to perspektywa pysznego obiadu została zadeklarowana. - Chociaż ja do swojego pokoju zarzutów nie mam, to jednak ta cala dzielnica to jeden wielki syf. - Westchnął cicho ciesząc się, że w tej chwili jest daleko od zapyziałego Nokturnu.
Klepnięty w plecy Axel uśmiechnął wesoło, miło było mieć wsparcie i czuć optymizm od drugiego człowieka. Na chwilę opuścił wzrok, a uśmiech na twarzy tancerza stal się bardziej subtelny, jakby trochę zakłopotany. Szkoda, że takich osób jak Lys było w jego otoczeniu niewiele, ale właśnie dzięki wsparciu człowiek zawsze mial większe szanse.
- Dzięki, Lys. - Odparł zatrzymując się obok stoiska z przyprawami.
Intensywne zapachy i kolory bardzo szybko odwróciły uwagę obu mężczyzn od życiowych tematów, skupiając ich myśli na doborze przypraw do obiadu. Axel również rozejrzał się po asortymencie starego hindusa.
- Na własnym zawsze lepiej, wiadomo. Chociaż dla mnie to totalnie inny świat, medycynę i te sprawy to znam głównie z punktu widzenia pacjenta. - I jak kiedyś Axel nie mial wielu powodów do odwiedzania medyków, to jednak ostatnie lata wspomina pod tym względem dość niemiło. Nokturn często dawał mu w kość i nie raz musiał szukać pomocnej dłoni, by ktoś pomógł mu wyleczyć efekty pobicia.
Devereaux chwycił słoik z cynamonem, podając go hindusowi i poprosił o zapakowanie polowy jego zawartości. Axel nie gotował, ale cynamon przydawał się do wielu innych rzeczy, tych pokazowych jak i tych mniej z tym związanych.
- Jeśli masz pod ręką szklankę kefiru, to dam radę. - Nawykły niegdyś do francuskiej kuchni nie wyćwiczył w sobie nigdy wytrzymałości na ostre smaki. Ale mieszkając juz w Londynie zdarzało mu się jeść różne rzeczy i trochę bardziej zahartować swoje kubki smakowe.
- To brzmi trochę tak jak życie artysty. Tylko taki ktoś jak ty, ma faktycznie perspektywy na dobre zarobki i klientów, którzy potrzebują twoich wyrobów. Ten zespol badawczy brzmi trochę jak taki pakt z diabłem i nie masz gwarancji, że cokolwiek z tego się powiedzie. Nie chce od razu demonizować tego kogoś, kto ci to zaproponował, ale trochę to trąci Mefistofelesem, mój Fauście. - Sposób myślenia Axela był na pewno specyficzny i odnosił się często do kulturalnych określeń. Widać było, że chłopak dorastał w otoczeniu sztuki i był w jakiś sposób wykształcony, co bardzo kontrastowało z jego aktualna sytuacją.
- Ale, młody jesteś, więc dla ciebie to pewnie tez jest dobra postawa do wykorzystania takiego prestiżu. Kilka lat, jakieś osiągnięcia i potem marka sama się broni, hm? - Niegdyś Axel przechodził żmudne godziny na nauce przedsiębiorczości i rozwijania firm, co w większości umknęło mu z głowy, ale jednak cos tam zostało.
- Nooo... - Axel prychnął z rozbawieniem, kiedy Lys zdał sobie sprawę z tego, że zaczęli gadać o poważnych tematach. Francuz klepnął protetyka w ramię chcąc dodać mu otuchy.
Chłopak zapłacił za cynamon i był gotowy odejść od stoiska. Schował torebkę z przyprawa do kieszeni. Skinął głową na pytanie Hatleya, perspektywa obiadu bardzo go mobilizowała.
- Idziemy!

2x zt
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
26-01-2026, 21:33
3 maja

Mamy czwartek, skończył się chleb. Co za pech. W lodówce: światło. Napoczęty słoik z musztardą, resztki szynki i dwa paluszki serowe, które mają w składzie całą tablicę Mendelejewa, ulubione Sandy. Parę jajek i zdechły szczypiorek. Ja bym przebimbał na tym do końca tygodnia, ale jesteśmy we dwójkę, więc zadowolony czy nie, wciągam buty i wychodzę na spacer dla zdrowotności do pobliskiej piekarni. Dłuższą drogą. Zahaczając o park, gabinet dentysty i ekologiczny sklep, który oferuje świeże owoce i warzywa przez cały sezon. Mają importowane z Sycylii grejpfruty i pomarańcze prosto z Maroko albo Walencji. Pomidory odmiany san marzano. Bakłażany o fallicznym kształcie z błyszczącą, fioletową skórką. Nigdy nie obrabiałem zieleniaka, ale może tam kryje się prawdziwe bogactwo: tylko najprawdziwsi Krezusi oczekują, że ich kubki smakowe będą eksplodować od zjedzonego na brytyjskiej ziemi cytrusa - i to na początku maja. Panie, które robią tu zakupy noszą kapelusze, niekiedy nawet rękawiczki, a porządek ich ubioru wyraża szczerą tęsknotę za czasami, gdy po sprawunki wysyłałyby czarną służącą. Teraz wielopokoleniowy dom i upierdliwi teściowie są na ich barkach, stary próbuje podszczypywać je w pupę, kiedy syn nie patrzy, a stara krytykuje sposób w jaki składa pranie i kolejność, w której wykłada zakupy na kuchenny blat. Tutaj się zbierają, mnożą przez podział jak bakterie, plotkują, obmacując pokryte meszkiem brzoskwinki i płochliwie wąchając cukinie. Jedna z klientek wyraźnie się płoszy, gdy wchodzę do środka, a ona akurat trzyma w dłoniach smukłego, zielonego kabaczka. Gromi mnie spojrzeniem, gdy tak zerkam sobie to na nią, to na cukinię i odkłada ją na stosik pozostałych, ułożonych w równych rządkach. To moja szansa - biorę ją, dokładnie tę samą, którą odłożyła i wyjaśniam miękko, że moja narzeczona je uwielbia. Tłumaczę, że przyjeżdżam tu specjalnie z drugiego końca miasta, demonstracyjnie wyciągam kluczyki do auta i nimi dzwonię, skupiając uwagę pań w liczbie mnogiej, a nawet i samej sprzedawczyni, smagłej imigrantki, na małym breloczku. Od tej chwili są moje, jedzą mi z ręki, wszystkie, rozanielone, nagle z niesmakiem myślące o swoich partnerach, którzy zapewne nie mają zielonego pojęcia, czym jest patison, którego właśnie pakuję do koszyka. Gawędzimy sobie przez chwilę z dziewczynami, z którym już jesteśmy na ty: są w wieku gdzieś między mną a Sandy, ale wciąż umieją robić maślane oczy. Plotkujemy tak sobie w najlepsze, trochę o cenach paliwa, o nowym, młodym księdzu, który zastąpił zniedołężniałego proboszcza (dowiaduję się, że nosi baczki i ma przerwę między jedynkami), wspominamy uroczystości z okazji koronacji królowej Elżbiety, a jedna z nich, Daphne, zapisuje mi przepis na koktajl z jarmużu i kotleciki z kalafiora. Twoja narzeczona ma szczęście, Daniel – śmieją się jedna przez drugą, a ja śmieję się z nimi, zgadzam się, przyjmuję te komplementy, te domowe receptury na zdrowe przekąski, a przy tym dokazywaniu niepostrzeżenie zapuszczam rękę do kieszeni Jolandy, która jako jedyna nosi jeansy. Daphne sama wciska mi torebkę do potrzymania, kiedy zastanawia się czy wybrać melona czy arbuza – nie może wziąć obu, bo do domu ma z pół mili. Proponuję, że ją podwiozę: policzyłem sobie już odpowiednio za tankowanie, czas i za fatygę, wynagrodzenie jest hojne, zatem i ja odznaczam się manierami rasowego szofera. Z nadgarstka Reginy znika zegarek na złotej bransoletce, a Patricia chwilę po tym jak zapłaciła za zakupy, traci cały portfelik wraz z dokumentami, które wyrzucę do kosza na śmieci kilka przecznic stąd albo w ogóle po drugiej stronie rzeki - przezorny zawsze ubezpieczony, tak? Za swoje zakupy płacę, ale mam tylko grube, no niestety, proszę więc o rozmienienie, tu jeszcze dostrzegam wyjątkowo dorodne gruszki, może wezmę z kilogram, Sandy upiekłaby ciasto, dumam tak na głos, kolejka się zwiększa, ja podmieniam banknot na mniejszy nominał i pewnie wciskam go egzotycznej sprzedawczyni. Ta wydaje resztę bez mrugnięcia okiem, pakuje owoce i warzywa do papierowych toreb, życzy smaczengo i zaprasza ponownie. Dzwoneczek na drzwiach dźwięczy, gdy zamykają się z hukiem, a ja zanoszę do Marlenki swoje zdobycze i pakunki Daphne - jak się okazało, warzywniak był ostatnim sklepem podczas jej shoppingu, bo ma jeszcze siatki ze sprawunkami od rzeźnika i z cukierni. Krzywię się, kiedy trzaska drzwiami, ale jedziemy i jest przyjemniutko - prosi mnie, żebym podgłośnił radio, kiedy leci Elvis i wskazuje, gdzie mam jechać, kierując mnie praktycznie do ścisłego centrum. Mieszka mniej więcej w połowie drogi między katedrą św. Pawła a Guildhall, bogata okolica. Parkuję na zakazie tuż obok jej frontowych drzwi i uczynnie pomagam wnieść zakupy, licząc liczbę okien i zerkając na kształt zamka - a głośno zachwycając się mosiężną kołatką w kształcie lisiej głowy. Ona mi dziękuję, próbuje zaprosić na kawę, ale ja nie mogę - ktoś przecież na mnie czeka, na nią pewnie też. Na nią nie: ma trójkę dzieci w wieku szkolnym, jej mąż jest nauczycielem, ale robi doktorat i wiecznie przesiaduje w bibliotece, Daphne myśli, że ją zdradza, ale zaczął więcej zarabiać, więc woli nie pytać. W piątek podrzucą dzieci do jej kuzynki i idą na randkę, do opery - chwali się, jakby zaproszenie na małą czarną było faktycznie tylko małą czarną; kogo ona oszukuje. Żegnamy się krótko, odjeżdżam z piskiem opon - któryś z sąsiadów zadzwonił na pały, paskudni konfidenci, ja tam tylko stałem - planując własną randkę, przypadkowo także na piątek. Sandy i ja, ja i Sandy, tym razem ubiorę kominiarkę, którą mi uszykuje, będziemy udawać, że robimy zakupy - ma podobną posturę do Daphne, jej sukienki powinny pasować. Wszystko wiem, na tylnym siedzeniu spoczywa siata z warzywami, kieszenie mam wypchane gotówką i drobną biżuterią. Jeszcze tylko ten chleb, bo mała mnie przechrzci, jak wrócę bez niego. No i pyta, co tak długo, ale mięknie, kiedy widzi zegarek i słucha o planach na piątkowy wieczór. Bonnie i Clyde, wersja z zamówionym brytyjskim lektorem.

zt
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 02-02-2026, 12:08 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.