• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, Hadrian Street 24 > Kuchnia
Strony (2): 1 2 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
04-01-2026, 12:28

Kuchnia
Pomieszczenie do picia herbaty i czytania gazet. Titus nie jest zawziętym kucharzem, a większość posiłków w tygodniu jada w Ministerstwie. Jest dość słabo wyposażona, o nieciekawym wsytroju i z wiecznie zmieniającymi się elementami losowymi - z kubkami do połowy napełnionymi napojem, o którym zapomniał czy z pustymi butelkami po piwie zostawionymi w kratach, które oddać miał do zwrotu już tydzień temu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
36
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
19-01-2026, 18:53
18.03

Ostatnie dwa dni przebiegły w... niezręcznej atmosferze. Zgodnie z propozycją Maelle i w przewrotny sposób spełniając przeczucie Titusa—został na noc u niej, po tańcach. Zaniedbał przez to swój codzienny trening i cały wczorajszy dzień go nosiło, więc nie mógł skupić się na pracy. Tak dudniło mu w głowie, tak, tak, tak, Titus miał go za niewiadomo-właściwie-kogo. Na komisariacie unikał jego spojrzenia, w którym niedawno znalazł zimne potwierdzenie tych wszystkich rzeczy. A że musieli wspólnie przesłuchać młodą dziewczynę, coś w Ambrose pękło. Nie miał zamiaru sprawić przed partnerem wrażenia, że oto zdobywa kolejną nastolatkę do kolekcji, więc podczas całej rozmowy zawzięcie milczał i palił papierosy i patrzył w ścianę. Dziewczyna patrzyła na niego, rozkojarzona, a Titus musiał sobie poradzić z rozmową.
Przynajmniej na koniec Day poprawił jego raport, ale za jego plecami.
Po tak niezręcznym dniu w pracy, opóźniał przyjście do mieszkania jak tylko mógł. Gdy wreszcie zasnął, pewnie mocniej po całej nocy spędzonej na tańcach, ze snu wybudził go łomot zaklęć sąsiada. A sen był... dziwny. Powinien być miły, bo było tam słońce i stos siana i szkockie wzgórza. Był tam też Titus... chyba, bo w śnie wydarzyło się coś, co po obudzeniu kazało Ambrose'owi sądzić, że może jednak śnił o Allie lub Jenevie, które bezcześciły swoją obecnością tamten sielski krajobraz. Było też coś nowego, co dotychczas nie wkradało się w jego myśli gdy wspominał najlepsze wakacje w swoim życiu—nie nostalgia, a poczucie straty, nieodwracalnej i nieutulonej. To nie miało prawa się wydarzyć.
Wymknął się z domu tej samej nocy, rozchodzić emocje najpierw na Nokturnie, a potem podczas treningu, którego nie mógł przecież opuścić dwa razy z rzędu. Wrócił punktualnie o piątej trzydzieści, przepocony i pachnący papierosami Morty'ego Dunhama. Poza tym, że miał wilgotną koszulkę, wyglądał jak zawsze—czyli świetnie.
Z obrzydzeniem zdjął koszulkę, gotów udać się pod prysznic, ale stanął jak wryty w progu kuchni, bo w kuchni stał Titus i palił papierosy. Zgodnie z przewidywaniami Ambrose'a, powinien obudzić się jakiś kwadrans później.
- Hej. - mruknął, najpierw mnąc koszulkę w dłoni, a potem zaczynając ją składać. Powinien iść do sypialni po świeżą... Powinien... może spakować się? Dotychczas odwlekał rozmowy z Titusem, przekonany, że któryś z nich powinien w końcu to zaproponować. To przecież nie tak, że Day nie miał gdzie mieszkać. Ukłucie żalu powróciło: stracił wolność i perspektywy, potem stracił mieszkanie, po odkryciach dotyczących matki stracił całe poczucie własnej tożsamości, a teraz najwyraźniej straci bezpieczną przystań, co to do kolekcji. I może nie była aż tak bezpieczna, skoro Tite myślał o nim te wszystkie rzeczy.
- Zrobić śniadanie? - zaproponował pojednawczo. Nadal był trochę obrażony, ale na dłuższą metę to męczące. Może powinni zjeść, porozmawiać jak cywilizowani ludzie i mieć to za sobą.
- Dzisiaj chyba sąsiad był cicho, bo dobrze spałem. - skłamał bezczelnie. Co prawda, unikał wzrokiem twarzy Titusa, ale miał na to dobrą wymówkę, bo prawie nie odzywali się do siebie przez ostatni dzień. W nocy wcale nie było cicho, bo najpierw Guy Sebastian ćwiczył te swoje zaklęcia, a potem Ambrose musiał przejść obok kanapy Titusa żeby wyjść z domu, ale może Harrison... nie zauważył.
- Miałem dziwny sen. - zaczął, choć nie był pewien czy chce opowiadać Titusowi całość. Dotarło do niego, że ten najdziwniejszy fragment może po prostu... zataić. Czy Titus zatajał czasem przed nim części swoich snów? Podejrzenie było nagłe i bolesne, ale z drugiej strony może nie aż tak bezzasadne. W końcu Harrison uważał, że Day uwodzi nastolatki dla sportu, życie mogło nieść więcej zaskoczeń. - O Szkocji, ale jakby nie o Szkocji. - wypalił. Od "hej" mówił bardzo szybko, jakby nie chcąc Titusowi dać do słowa zanim samemu nie będzie na to gotowy. - Wszystko wyglądało jak wtedy, jak najlepsze wakacje w - naszym? Nie, Titus pewnie całował się na tym samym stogu siana z Jenevą Young - moim życiu, ale jakby coś się... wtedy skończyło. - wydusił, szczerze nieświadom, że to co dla niego było snem—dla Harrisona było rzeczywistością. Nie był idiotą i wiedział, że wszystko się posypało, ale wakacje w Szkocji zawsze rozpatrywał oddzielnie od swojego smutnego życia. Nie jako część, której należy żałować; a jako jasny i pogodny moment. I obietnicę, która była niczym kompas w tym całym chaosie—obietnicę, którą cenił i której zawsze starał się dotrzymywać.
- Nie ma w moim życiu żadnej nastolatki, Tite. Ani kochanki w ogóle. Twoje mieszkanie jest bezpieczne, ale... - rozumiem, jeśli i tak powinienem zniknąć. Znowu nie miał odwagi tego powiedzieć, tak jak nie miał odwagi spytać matki o pewne rzeczy. To zaczynało być męczące. - Zrobię sadzone. - tak jakby robił cokolwiek innego. Na usta cisnęło mu się pytanie, czy Titus uzupełnił zapasy kawy (wciąż były pokaźne, ale denerwowało go, gdy widział dno puszki), ale miłosiernie je powstrzymał.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
20-01-2026, 00:05
To były okropne dwa dni.
Przez ostatnią dobę nie mógł wytrzymać we własnej głowie z samym sobą – nie mógł znieść taśmy filmowej przewijanej raz po raz, wspomnienia twarzy młodej dziewczyny, a już z pewnością wspomnienia twarzy przyjaciela. Nie mógł znieść tego, że co chwila myślał wymiennie o wyniesieniu z mieszkania siebie – dławiąc się wyrzutami sumienia, a potem o wyniesieniu z mieszkania rzeczy Ambrose’a – dławiąc się wspomnieniem zazdrości, któej nie podejrzewałby wcześniej o podobny impet.
Potem przypomniał sobie stan, w jakim Day trafił pod jego drzwi jeszcze dziesięć dni temu. Przypominał sobie uczucie, jakim obdarzył go los, kiedy po raz pierwszy zapytał o to, jak spało się w jego łóżku – nawet jeżeli to pozostawało ewidentnie za krótkie, a warunki gwarantowane przez Guya Sebastiana… Niesprzyjające. Przypomniał sobie moment wzruszenia, kiedy Ambrose bez pytania wyprasował jego mundur. Przypomniał sobie dwa pierwsze dni, w trakcie których budził się o piątej, nienawykły do jakichkolwiek ruchów we własnym, zwykle pustym mieszkaniu, a potem całą resztę poranków, kiedy poczuł się na tyle bezpiecznie, by budzić się dopiero na dźwięk wody wlewanej do emaliowanego czajnika.
Chyba nie chciał tego tracić.
Chyba tracił to na własne życzenie.
Klątwa romantyzowania prostego życia trzyma się go od opuszczenia szkockiej wsi, a rozbudzona została niedawnym wspomnieniem wspólnego lata i wspólnej, rozważanej, ale nie zaszłej przeszłości.
W trakcie przesłuchania nie mógł skupić się na niechętnej do współpracy kobiecie. Wykonał swój obowiązek fatalnie – pomijając ewidentne nieścisłości w jej tłumaczeniu. Patrząc w oczy nastolatki, wspominał twarz Maelle Seymour – otoczonej jaskrawym dymem dobrej jakości papierosów. Twarz pewnie najpiękniejszej dziewczyny na świecie. Jedynej kobiety, która sprawiła, że poczuł cień zazdrości o jej uwagę.
Jej uwagę? Kiedy myślał o tym leżąc na kanapie w środku nocy, patrząc na sufit – czuł przedziwny wstyd. Nie ten, który wzbudza wspomnienie własnej opryskliwości. Wstydzi się zazdrości, która wydaje mu się niemal niezręcznie obcym uczuciem.
Nie był zazdrosny nawet o Jenevę Young. Mógłby wierzyć, że to dlatego, że ufał jej w tamtym czasie, ale nie jest skończonym głupcem. Był zazdrosny o Day’a tysiące razy – nigdy jednak do tego stopnia, by zastanawiać się o relację kogo z kim właściwie jest zazdrosny.
Jego z nią? Jej z nim?
Nim ją spotkał – niemal nigdy nie spojrzał w ten sposób na żadną inną kobietę. Miał na szczęście dużo czasu by przeanalizować swoje emocje i jej idealną, porcelanową cerę, srebrzące się spojrzenie, zmysłowy głos i naturalny magnetyzm…
A potem zasnąć. A sen zgodził się z jego przypuszczeniami.
Znał prawdę. A odkrycie to miało wyjaśnić wszystko, co kładło się cieniem wątpliwości na kilkadziesiąt ostatnich godzin. Nie wierzył, że to czuje – we śnie nie czuł się bowiem zagubiony jak zwykle, doświadczając proroctw zapisywanych w niskim kontraście.
Jakby nagrodą za lata operowania w sferze kodów i niedomówień… Był dzisiejszy poranek.
Dzisiejsza noc wywarła na nim wrażenie tak silne, by zabiła częściowo wrażenie losu jako zmiennej niekontrolowanej.
Wstał od razu, gdy drzwi trzasnęły. Tak chyba właśnie miało być. Chyba właśnie taki los sobie przewidział. Chyba właśnie taki los sobie spełnił.
Wszystko robi jak zawsze - myje zęby, twarz, czesze włosy. Zakłada sweter i spogląda na zawieszony na wieszaku mundur.
Czuje cień dziwacznej niechęci, którą zamterializuje dopiero w przyszłości.
Póki co przez kuchenne okno obserwuje samicę grzywacza, zakładającą gniazdo na najwyższych gałęziach łysawego drzewa. Nie zdarzało się to od lat, chociaż może właśnie o tym marzył?
Cień ptasiego ciała podskakuje w półmroku – uwija się, kiedy jej samiec do parki donosi na miejsce kolejne, kruche gałęzie.
Dobierają się na całe życie. Kiedy jeden umrze – umiera też drugi.
Ambrose Day wchodzi do domu. W kuchni zauważyć można tylko iskrzącą się końcówkę papierosa. Może to i dobrze. Woli nie pokazać mu tego, jak wciąż mu wstyd.
I jak niezręcznie wpatruje się w jego obnażoną pierś, wypuszczając z płuc większą porcję powietrza. To sobie wymarzył? Chyba tak, skoro się spełniło.
– Zrób – odpowiada machinalnie, wciskając się między potok słów partnera i przenosząc spojrzenie na jego oczy, a papierosa do własnych ust. Ostry dym mugolskich Player’sów wypełnia jego płuca. Ruchem dłoni zapala pojedyncze, słabe światło kuchenne – klasyczną, elektryczną żarówkę, byle w półmroku wciąż wiedzieć mógł zarówno oblicze partnera, jak i – gdyby zechciał – ciężką pracę budującego gniazdo gołębia.
Głupi, próbuje jeszcze oszukać się co do priorytetów dzisiejszego poranka, ale potem traci jakiekolwiek zainteresowanie ptakiem, zatraca się bowiem w opowieści, która nakazuje mu zacisnąć szczękę i siedzieć cicho.
Sam chciał o tym porozmawiać. Naprawdę chciał o tym porozmawiać. NAPRAWDĘ TEŻ CHCIAŁ O TYM POROZMAWIAĆ. Czy naprawdę los był dla niego łaskawszy? Traktuje to wszystko z należytą ostrożnością, a jednak ziarenko dziwacznego entuzjazmu kiełkuje w głowie w równie dziwacznie żwawym tempie.
Słowa na chwilę utykają mu w gardle, nie umie więc wtrącić się pomiędzy wspomnienie straty, a wyznanie przyjaciela. Gasi papierosa w popielnicy szybkim ruchem, jakby potrzebował nagle dwóch wolnych dłoni. Zawiesił się na chwilę w chęci złapania mężczyzny za łokcie, ale zamiaru nie dokonał. Zamiast tego zbliżył się do Day’a, opierając się dłonią o blat zaraz obok jego dłoni.
– Też tak o tym myślisz? – mówi cicho, niemal nie mogąc w to uwierzyć. – Też myślisz o tym wszystkim jako o straconej szansie? – chyba naprawdę to sobie wyśnił. Wszystko to pozwalało myśleć, że może być z nim zupełnie szczery. Jakby naprawdę osiągnęli kolejny rodzaj emocjonalnej więzi. – Kiedy byliście tutaj… Myślałem, że znowu wszystko się powtórzy. Że ja zostanę w miejscu, ty pójdziesz przed siebie. Przepraszam za to… – przesuwa palcami po blacie, byle dosięgnąć jego dłoni samymi koniuszkami – ostrożnie, przepraszająco, wciąż nie mogąc pokonać swojej natury. – Co powiedziałem. Do niej. I za to z czym się wtedy zgodziłem – przerywa, by zbliżyć się na ćwierć kroku. – Zrobisz je później, teraz porozmawiajmy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
36
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
20-01-2026, 00:46
Czasami mógł robić kilka rzeczy na raz, jak wtedy gdy smażył jajka i recytował wyniki meczów Quidditcha. Albo sprzątał kuchnię i kłócił się z Allie. Teraz jednak udało mu się skupić tylko na słowach i dopiero po ich wypowiedzeniu dopadła go smutna myśl, że z Titusem nigdy nie było jak z matką albo jak z innymi. Że słowa przychodziły mu przy nim łatwo i nie musiał się nad nimi zastanawiać, jakkolwiek dziwne by nie były. Do dzisiaj. Albo do przedwczoraj, choć przy Maelle przecież nawet nie zdążyli wymienić ich zbyt wielu. Dopiero po (niepotrzebnym, ale jak widać potrzebnym) zapewnieniu, że nie uczyni domu publicznego z sypialni Titusa, zdołał podnieść wzrok. Samemu wciąż czuł się nieświeży po treningu i nieprzygotowany do dnia, a Titus ubrał się w sweter o wiele wcześniej niż zwykle i wydawał się w ogóle jakiś... obudzony. Kuchnia nie pachniała jednak kawą, tylko papierosowym dymem. Ambrose na moment skrzyżował z Harrisonem spojrzenia, a potem zawiesił wzrok na papierosie i ustach bruneta. Zamrugał, przypominając sobie, że na sekundę za długo patrzył też kilka godzin temu na usta Mortimera; tknięty przedziwnym deja vu zdusił myśl, że chciałby zapalić i sięgnął do szafki kuchennej po ciężką, żeliwną patelnię. Najpierw obowiązki. Albo może najpierw prysznic? Przedwczesna pobudka Titusa zepsuła mu całą rutynę, ale przynajmniej... powiedział, co chciał powiedzieć.
Odłożył patelnię na palnik, oparł się o blat—bardziej odruchowo, żeby przemyśleć czy jednak najpierw jajka czy najpierw świeża koszula, ach no i jeszcze prysznic—a Tite znalazł się obok.
Dopiero powtorzone pytanie uświadomiło mu, że chyba nie mówili teraz o nastolatkach w hotelach, a o wakacjach w Szkocji... albo w ogóle o przeszłości? Uniósł brwi pytająco, bo wszystko miało dość szeroką definicję.
- O tamtych wakacjach zawsze myślę z radością, były... najlepsze. - odpowiedział bez namysłu. Przechylił lekko głowę, bo Titus na szczęście zostawił mu definicję tak szeroką, by nie urywać tematu na wakacjach. - Nie licząc ostatnich dni i listu od niej. - przyznał i milczał przez pięć długich sekund. Zarejestrował dotyk Titusa, na tyle lekki i subtelny (nie wychwycił że nieśmiały) by nie odrywać go od myśli, które usiłował zebrać. Może nawet pokrzepiający. - Czasem zastanawiam się, czy gdybyś nie musiał jechać od razu do Szkocji i poszlibyśmy razem na tamtą imprezę... albo w ogóle bym nie poszedł... - zaczął ciszej. Nie lubił tamtych wspomnień i tamtego durnego chłopaka, zachłyśniętego perspektywą sławy i kruchą akceptacją innych rówieśnikow, spragnionego popularności i usiłującego wpisać się w standardy zabawy. Samemu by nim potrząsnął, gdyby mógł cofnąć się w czasie i zobaczyć z tamtą wersją siebie. Mama miała rację. - Nieważne. Zresztą miałeś rację wtedy po meczu, nie powinienem był w ogóle się nią bawić. - westchnął, biorąc za to odpowiedzialność. Sięgnąłby chętnie po papierosa, ale jak na złość leżały gdzieś dalej, a swojej paczki nie wziął na poranne biegi. - A reszta to pieprzeni Harrisonowie i Youngowie, co nie? - zapytał, stawiając ich w jednym zdaniu trochę prowokująco. Titus pewnie chętnie dołączyłby do klnięcia na Harrisonów, ale Ambrose lubił badać (w interwałach równych, co dwa lata), czy dalej czuł się w obowiązku bronić trochę Jenevy. I Malcolma. Pieprzony Malcolm, Day nie znosił go nawet bardziej. Nie znosił przeszłości, jaką drań dzielił z Titusem. I tego, że znał jego prawdziwe nazwisko. I tego, że dobrze uderzał z prawego sierpowego i że miał jasne oczy i wyrobione mięśnie. Zapatrzył się w blat, widząc oczyma wyobraźni cholernego Malcolma Young, którego Titus tak lubił, a potem podniósł wzrok, trochę zaskoczony.
- Powtórzy? - zamrugał. - Przecież już nie piję, nie zrobię nikomu dziecka. - przypomniał Titusowi zupełnie poważnie, choć możliwe, że dopiero dzisiaj ujął te dwa fakty w jednym zdaniu.
Ktoś inny powiedziałby po prostu, że z nikim nie sypia, ale po doświadczeniach na tamtej imprezie—nawet to nie było dostateczną gwarancją.
- A już na pewno nie z Maelle. - skrzywił się. Ona ma już dziecko, wypsnęłoby mu się może gdyby tamta wizyta przebiegła normalnie, ale nie przebiegła, więc nabrał wody w usta, chroniąc jej prywatności.
- To się zgadzasz czy nie zgadzasz? Nie rozumiem, Tite. - pożalił się, ale bez zwyczajowej irytacji, raczej z ponurą rezygnacją. Nadal czuł jakiś żal, jak w tamtym śnie. Albo może po prostu nadal było mu smutno po przedwczoraj. - Może... - obejrzał się w stronę łazienki, gdzie był prysznic; i sypialni, gdzie była świeża koszulka; ale ostatecznie został w miejscu. - Dobrze, porozmawiajmy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
20-01-2026, 13:32
Za oknem słychać głośne uderzenia skrzydeł ptaka, podrywającego się do lotu.
Kiedyś inaczej wspominał tego typu dźwięki – kiedy pan Harrison po raz pierwszy pozwolił mu wziąć do ręki ciężką śrutówkę i pokazał jak łatwo zadać śmierć żywemu stworzeniu. Mugolski rząd wciąż, do dziś dzień roku pańskiego 1962, finansował amunicję do polowania na ten gatunek gołębia.
Dobierają się na całe życie. Kiedy jeden umrze – umiera też drugi.
Czemu ciągle o tym myślisz? Jakie ma to dziś znaczenie?
Zauważa, że dobrał złe słowa, szczególnie niesiony ekscytacją, pochopnie zbliżając się do pochylonej nad płytą gazową postaci. Dopiero dalsza część wydawała się dobierana ostrożniej, chociaż jak stwierdził – może również zbyt ostrożnie.
Jakby nie mógł znaleźć równowagi.
To chyba nie pierwszy i nie ostatni raz.
– Tak, dla mnie też – zgadza się. Wspomnieniem wraca do sierpniowego wieczora, nocy, poranka – zapachu słomy schnącej w słońcu – słodkiego wspomnienia obietnicy, która w tamtym czasie wydawała się kluczem do szczęścia – a która potem złamała mu serce. Opuszcza spojrzenie na dłoń mężczyzny, kiedy palcami przesuwa się ledwie centymetr dalej – w kierunku centrum śródręcza. Ostrożnie i mając nadzieję, że ten nie odtrąci go nagle – nie w obliczu wspomnienia sprzed dwóch dni i nie w obliczu wspomnienia sprzed dwudziestu lat.
Po całym lecie spędzonym w jaskrawych promieniach, włosy Ambrose’a były wtedy jeszcze jaśniejsze, a policzki pokrywały się wdzięczną opalenizną. Tamtego lata nawet oparzenia słoneczne nie zepsuły jego prezencji – był pięknym nastolatkiem nawet z różowymi policzkami, czerwieniącym się nosem i ogorzałymi ramionami.
– Nie chodzi mi o Harrisonów, pies ich ganiał. Nie chodzi mi też o Youngów – precyzuje, zachowująć się dosłownie tak, jak się po nim spodziewano – chociaż z każdym dwuletnim okresem… Reaguje na wspomnienie rodziny dawnej narzeczonej nieco mniej wylewnie, krzywiąc się jedynie na wspomnienie Jenevy. Jakby potrafił zostawić za sobą ich wieczystą niechęć, jednocześnie nie mogąc zostawić za sobą odgrzebywanego co jakiś czas wspomnienia lata roku 43. – Chodzi o obietnicę, tamtego ranka. Pamiętasz? Naprawdę coś się dla nas wtedy skończyło. Dla mnie. Po liście uznałem, że nie ma już o czym mówić. Mówiłem ci ostatnio. Że wszystko co powiedziałem tacie o tym, że może zostaniesz z nami na dłużej to tylko kit.
Podnosi spojrzenie z dłoni, na jego twarz. Zapewniony na temat niesłuszności podejrzeń – rozszerza powieki, by po kilku sekundach niezręcznego zawieszenia, przenieść wzrok na wysokość obojczyka.
W głowie wspomina wieczór kawalerski wysokiego magipolicjanta – wtedy wschodzącej gwiazdy Quidditcha. Pytany o to czemu nie chciał pić – nie wspominał tamtej feralnej imprezy, na którą Harrison nigdy nie poszedł, a której konsekwencje uczyniły obietnicę… Obietnicą nie do dotrzymania. Tak sądził.
Był przekonany, że Ambrose po prostu nie lubi alkoholu, nie lubi szumu w głowie pojawiającego się po przekroczeniu pewnej granicy wytrzymałości, nie lubi łatwości z jaką nawiązywało się wtedy kontakt z drugim człowiekiem (ostatnie jest widocznie przedziwnie celne). Był nadwrażliwy – Harrison to wiedział. W głowie ułożył sobie już scenariusz, w którym niechęć do trunków była kolejnym z jego “dziwactw” – tak licznych i tak różnorodnych.
– Zrozumiałem, że nie z Maelle – mówi momentalnie. Zrozumiał to już te dwa dni temu, kiedy wyszedł na kretyna. Wspomnienie tej sytuacji wzbudza w nim słuszny wstyd – cofa więc palce z dłoni mężczyzny. – Nie zgadzam – odpowiada niemrawym tonem. – Wiem, że nie zrobiłbyś tego w moim mieszkaniu, wtedy nie myślałem… – nie myślałem w ogóle. Przyznaje się. W tamtym czasie naprawdę tak sądził – wiedziony zazdrością, która nie przystawała mężczyźnie w jego wieku. Nie przystawała przyjacielowi. Ale jest gotów o niej powiedzieć. Dziwna wizja senna pcha go do przodu. – Przeszkadzało mi to niezależnie gdzie i z kim. Nie zrozumiesz, ja też… Nie do końca to rozumiem – peszy się i odsuwa, by podnieść papierosy z parapetu. Szybko pożałował, że ostatni skończył niedopalony, prędko wygaszony. – Po prostu chcę cię przeprosić. Żeby znowu wszystko było między nami okej. Nie chcę, żebyś się wyprowadzał.
Nie umie znaleźć zapalniczki, ale ułożone w kuchni zapałki sprawdzą się równie dobrze.
– Nie wiedziałem, że byłeś wtedy pijany – wraca do tematu. Rozważył to może kilka razy w życiu, nigdy na poważnie. Młodzi chłopcy kochali się z młodymi dziewczętami i bez tego; bez tego również umieją nie myśleć o konsekwencjach. – Nie proponowałbym.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
36
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
20-01-2026, 16:05
- Też? - tym razem to Ambrose poszukał jego spojrzenia. Tak, tamte wakacje były dla niego najlepsze, bezdyskusjnie. Pierwsze takie po Hogwarcie i zarazem ostatnie. Kiedyś pojechał z Allie i teściami nad morze, kryjąc się całymi dniami z dziećmi pod parasolem. Potem wysłał ich tam samych, w tym samym czasie co wyjazd integracyjny drużyny Quidditcha—bardzo suchy dla kogoś, kto nie pił alkoholu. Przeważnie uciekał do Doliny Godryka ilekroć potrzebował wolnego dnia. Czasami myślał o Szkocji, gdy gospodarstwo jeszcze istniało w orbicie jego świata... ale od razu przypominał sobie, że Titus był zajęty. Zaręczony, rozwijający gospodarstwo, szczęśliwy, układający sobie życie tak naprawdę i po swojemu—a nie z powodu głupiej pomyłki. Takie wrażenie miał z jego listów, nawet gdy te były coraz krótsze... i dlatego myślał, że Harrison spędził jeszcze wiele takich dni, takich tygodni. Może kiedyś spędził noc w stogu siana z Jenevą Young. Może spędzili ją inaczej niż z Ambrose'm—nie na rozmowach i obietnicach, a tak jak on i Allie w stodole. Całe szczęście, że Titus nie wpadł, choć statystycznie było to bardziej prawdopodobne niż pech Ambrose'a,  skoro Harrison był zaręczony dwa lata. Jeszcze ta ladacznica uznałaby, że to dzieci jakiegoś bogatszego frajera i musieliby je zabrać czy coś; a wystarczy, że Maelle straciła swoje. Skupiony na Jenevie zauważył, rzecz jasna, zmianę mimiki Titusa i zmrużył podejrzliwie oczy.
Nie zastanawiałby się nad tym, dlaczego przyjaciel nigdy potem nie założył rodziny, ale nieustannie zastanawiała się nad tym Dolores Day. A słuchając jej pytań i wywodów, Ambrose doszedł do smutnej konkluzji, że pewnie ta wywłoka naprawdę skutecznie złamała Titusowi serce. I zaufanie. I w ogóle. Mógłby go komuś przedstawić, ale to pewnie nie budowałoby zaufania, bo to on sam przyciągałby wtedy wzrok kandydatki. Pewnie najlepszym co mógł dla niego zrobić, byłoby się usunąć. Jak po ślubie i po zaręczynach....
- Youngów też pies ganiał. - doprecyzował dla porządku i symetrii. Chyba miał do nich nawet większy żal niż do Harrisonów—żal niemający nic wspólnego z mięśniami Malcolma i dekoltem Jenevy, okej—bo ludzie, którzy wywłaszczyli Titusa z gospodarstwa byli de facto dla niego obcy; ale potem odrzucili go też ludzie nazywający się przyjaciółmi.
Nie cofnął dłoni, pogrążony we własnych myślach i usiłujący skupić się na coraz bardziej chaotycznych słowach Titusa. Zwykle dotyk utrudniał mu skupienie się (wliczając w to gryzące ubrania i chropowate powierzchnie)—ale nie ten.
- Jasne, że pamiętam. - jego nieco zachmurzone spojrzenie (naprawdę nie znosił Youngów) momentalnie się rozpogodziło. To było dobre lato i dobry poranek i dobra obietnica, nawet jeśli w jego śnie wszystko rozpadło się w pył. Na jawie przecież nie... prawda?
Ale cień uśmiechu zszedł z jego twarzy, gdy Titus mówił dalej. Tak jakby jednak rozpadło się w pył. List, kit, nie ma o czym mówić—perspektywa Harrisona wydawała się dziwna i obca, jak uczucie z jakim obudził się Ambrose, a nie jak to, w co chciał wierzyć do tej pory. Otworzył oczy nieco szerzej i zaprotestowałby, ale chyba go zatkało. Może zaprotestowałby szybciej i śmielej, gdyby nie słowa jakie padły między nimi przedwczoraj. Mając je w pamięci, nabrał wody w usta. Titus cofnął dłoń, a w kuchni zrobiło się jakoś chłodniej.
Nie zgadzam. Podniósł na niego czujne spojrzenie, bo uspokajające słowa nie współbrzmiały z tym, jak Tite patrzył na niego—na nich—wtedy. Jakby naprawdę w to wierzył. Jakby naprawdę był zły. Ambrose chciałby to wytłumaczyć urokiem wili, ale...
- Ona ci się podobała? - spytał niepewnie, zmęczonym głosem. To logiczne, że ci się podobała. - chciałby powiedzieć, ale lojalność i pamięć o zranionej minie Maelle znów ściskają mu gardło. Gdyby wtedy po prostu posiedzieli razem w salonie, może sprawa wyjaśniłaby się sama. Może Maelle sama wyjaśniłaby to Titusowi, wcześniej drocząc się trochę. Ale teraz nie miał prawa do jej sekretów i nawet gdyby wprost pozwoliła o nich powiedzieć... chyba i tak by tego nie zrobił. Bo geny Maelle były takie same jak jego, a to już niebezpieczne. Raz był gotów powiedzieć Titusowi, świeżo po tym jak to zrozumiał, ale przyjaciel zarzucił mu wtedy, że bawi się Allie i temat się urwał. A potem mijały kolejne lata i Ambrose jakoś... wolałby, żeby Harrison nie dowiedział się nigdy. - W sensie - wiem, że ty też nie spotykasz się z młodymi dziewczynami. Po prostu pytam, wiem, że jest... ładna. - mruknął niepewnie, bo kłamanie i próba zachowania się naturalnie były trochę ponad jego siły.
Niezależnie gdzie i z kim i chyba nie mówią jednak o Maelle. Ale w takim razie o czym? Zmrużył oczy, marszcząc lekko brwi.
- Chcę zrozumieć. - uparł się. - Co ci przeszkadzało? - niecierpliwie sięgnął po papierosa, a potem nachylił się do Titusa, żeby ten odpalił go zapałkami. - Okej. - przyjął krótko przeprosiny. Chciałby się uśmiechnąć i machnąć ręką dla wzmocnienia efektu, ale wciąż czuje nieokreślony żal i jakieś poczucie, że to i tak rozpadnie się w pył. Chciałby upomnieć się o to, że Maelle zasługuje na ładniejsze przeprosiny, może list albo coś—bo chyba pragnienie, żeby się polubili; albo żeby przynajmniej mógł wypić z nią kawę w miejscu innym niż kawiarnia wcale nie zniknęło. Miał jednak w głowie chaos, a wtedy Titus przypomniał mu o czymś, o czym nie chciał myśleć.
- Nie chciałem o tym gadać. - przyznał, uciekając wzrokiem. Nadal był zły i smutny na samą myśl, tamto nie powinno było się wydarzyć. Ale może powinni o tym pogadać. - Tym cholernym koniakiem jej ojca. - dodał z westchnieniem. - Spokojnie, wszyscy proponują. - a on nie protestował ani nie wyjaśniał. Zamknął się w sobie, bo chyba już wolał być dziwakiem niz nieodpowiedzialnym idiotą, któremu urwał się film.
- O co ci chodzi z tym kitem? - czuł się jak w trakcie śledztwa, które nijak się nie składa. Allie i alkohol, poranek w Szkocji, Maelle i papierosy, zraniony wyraz twarzy Titusa—wtedy gdy przedwczoraj zarzucał Ambrose'owi tamte rzeczy i wtedy, gdy pod koniec wakacji otrzymali tamten list. To wszystko zdawało się jakieś połączone, ale Ambrose nie wiedział czemu i jak; z ich dwójki to Titus zawsze potrafił łączyć nieoczywiste tropy. - Źle wyszło z... dziećmi i gospodarstwem - to były rzeczywiste komplikacje - ale przecież nic nie zmienia tamtej obietnicy. Jesteś najważniejszy, zawsze byłeś. Dlatego Allie cię tak nie znosiła. - przypomniał, nie powiedział, bo przecież to było jasne jak słońce.
Przynajmniej dla jednego z nich.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
20-01-2026, 22:38
Kiwnął głową.
Tak – to jego najmilsze wspomnienie, najmilsze wakacje – szybko zmieniające się w najdziwniejsze wspomnienie i najdziwniejsze wakacje. Tak – obecnie psy mogły ganiać i Youngów, bowiem Harrison nie wiedział o ich losach już niemal niczego, z każdym rokiem oddalając się od wspomnienia ciepłego uśmiechu narzeczonej i okrutnego, przekreślającego wszystko wyjca. I tak – zapamiętał to tak, jak przedstawił – jako stratę.
Przeczuwał, że do tematu jeszcze wrócą, a miewał przeczucia co do których się nie mylił. Nie mylił się niegdyś co do tego, że Allie faktycznie stanie pomiędzy nimi – rozdzieli ich, co wydarzyło się niewątpliwie i chyba od razu po wspólnym przeczytaniu listu, od którego Titus stracił werwę – nie ulegając zwyczajowej, cholerycznej skłonności do przemiany smutku w złość czy bezmyślności w wyrzucanych naprędce słowach.
Wyjątkowo – nie szarpali się wtedy, chociaż kiedyś szarpali się naprawdę często, najczęściej chyba ze względu na porywczą naturę Harrisona; czasami robili to jak szczenięta – tylko dla rozrywki, a czasami jak wściekłe rottweilery – dopadające sobie do gardeł w wyniku urazy, którą łatwiej było przeżyć, wyżyć, wydrzeć niż wypowiedzieć.
Gdyby wciąż mieli te kilkanaście lat – może obiliby swoje ciała, Titus wyżyłby się w najprostszy znany mu sposób i cała sytuacja przeszłaby bez większego echa. Zrozumiałby, że o niektórych emocjach nie warto było rozmawiać, a niektóre powinno się ułożyć do snu na możliwie jak najdłużej – z rozsądku, ale i we wstydu.
Ale dziś byli dorośli, dlatego mierzyli się ze skutkami niemal niepasującej, szczenięcej zazdrości Titusa, wywołującej całą lawinę nieprzyjemnych zdarzeń, uraz, być może nawet przywołujące do umysłu cały ten sen, w którym Ambrose Day wraca niemal do początków?
Czy to prawda, że do początków wraca się, gdy koniec jest blisko?
Informacja o koniaku ojca wskakuje w odpowiednie miejsce – niczym ostatnia część układanki, zgubiony gdzieś puzzel; niczym list zza oceanu, którego nie spodziewałeś się nigdy. Nie chciał o tym gadać – nie musieli o tym gadać. Musieli za to wyjaśnić kwestie sporne sprzed kilkudziesięciu godzin.
Na nagłe pytanie otacza się aurą zawahania, nieudolnie próbując zataić wymazana na twarzy zmieszanie. Nie czuł, że powinien dziś kłamać. Czuł, że powinien postawić wszystko na jedną kartę – oczyścić swój umysł z niepokoju i zaakceptować to, co przyjdzie. Nie przychodziło to łatwo – wciąż lekko trzęsły mu się ręce, a ze spojrzenia nie potrafił wyprosić iskry niepewności. Ale przecież będzie co będzie. Będzie co przyjdzie.
Może przyjdzie uśmiechnięte. Może przyjdzie takie, jakie sobie wymarzy.
– To najpiękniejsza kobieta jaką widziałem – przyznaje więc. – Nie mam… Myśli o tym, by ją uwodzić – to również zgodne z prawdą, chociaż nie wiedział, jak zareagowałby, gdyby przebywał z nią sam na sam przez czas dłuższy niż ciągnąca się w nieskończoność chwila. – Prędzej widzieć i żeby ona widziała mnie... Myślałem o tym wczoraj – wydaje mi się, że możesz wiedzieć o tym jak działa na mnie. I że działa tak też na ciebie. Nigdy przy żadnej nie uśmiechałeś się tak szczerze – dodaje, może ryzykownie, ale tak właśnie chce teraz działać. Katował się wspomnieniem przedwczorajszego wieczoru z okrucieństwem – wbrew woli, a później na własne życzenie. Wiele przemyślał. – A ja nigdy nie byłem zazdrosny o uwagę żadnej kobiety, Rosie, żadnej – mówi, jednocześnie odpalając papierosa partnerowi, a dopiero potem, odpalając papierosa sobie. Gasi zapałkę nagłym ruchem nadgarstka, a potem umieszcza ją na talerzyku obok palników – tam, gdzie wrzuca wszystkie inne używane do podpalania gazu.
– Za to wiele razy byłem zazdrosny o ciebie – przyznaje się, zatykając usta papierosem. Zajęczym spojrzeniem śledzi uważnie reakcję mężczyzny, przełamując niewinność na rzecz okrutnej ciekawości. Wyśmieje go? Możliwe. Przynajmniej wtedy wszystko będzie jasne, a całość tej wiedzy, mieszającej się z wspomnieniem najważniejszego, którym podobno zawsze był… Smakować będzie goryczą, którą mimo trudu – prędzej czy później przełknie. Robił to od lat.
Zaplata ramiona na piersi, łapiąc filtr między dwa palce i oddalając go od ust.
– Ty dla mnie też, może dlatego tak bardzo nie znosiłem Allie – mówi przewrotnie, niemal wykorzystując jego słowa i ponownie czując w sobie element przedziwnej złości. Chyba przez lata oboje interpretowali obietnicę w nieco inny sposób.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
36
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
20-01-2026, 23:35
Uparcie zerkał na końcówkę papierosa, dziękując genom nie za piękno—to wbrew pozorom wiele utrudniało—a za możliwość utrzymania mimiki bez wyrazu. Z tak obojętną miną próbował słuchać Titusa, choć w jasnych oczach błysnęło lekkie zaskoczenie, że Harrison nie próbował się wypierać i uznawał piękno Maelle tak... szczerze.
Samemu zachowywał się całkowicie nieszczerze, bo przecież doskonale wiedział dlaczego Titus zareagował tak na obecność Maelle. Wiedział też, dlaczego między innymi samemu czuł się przy niej tak swobodnie. Chciałby wierzyć, że to tylko kwestia sympatii i szczerości, ale skoro budowali tą znajomość szczerze to nie było w niej miejsca na naiwność. Czuł się dobrze również z uwagii na jej urok i piękno, a ona chyba czuła się nieźle przy nim.
- Lubię ją. - jest to prawda, ale w tym kontekście brzmi trochę jak wyparcie albo kłamstwo. Doskonale wiem, co masz na myśli, ale będę mówił, że uśmiecham się, bo się przyjaźnimy. - Może właśnie dlatego. Jest piękna i młoda, a ja jestem policjantem bez własnego mieszkania, więc niczego ode mnie nie chce, Tite. - może poza odnalezieniem jej syna, ale w tym pomógłby tak czy siak. Nie miał zresztą na myśli przysług, a ten rodzaj lepkiego pożądania, przy którym czuł się jakby wszyscy widzieli w jego miejscu kogoś innego; przy którym czuł się jakby się dusił.
Skupił się na półprawdach tak bardzo, że prawie umknął mu sens kolejnych słów Titusa. Zaraz, jaki właściwie był ich sens? Posłał partnerowi zaskoczone spojrzenie, nachylając się po ogień. Przez chwilę patrzył w czekoladowe tęczówki, aż—tknięty znajomym wspomnieniem Szkocji i irracjonalnym wspomnieniem wymiany spojrzeń ledwie kilka godzin temu, w ciemnym zaułku—wyprostował się prędko.
- Żadnej? Nawet Jenevy? - usłyszał swoje własne słowa, wścibskie i tknięte niezrozumiałą irytacją. Jenevy, z którą Titus związał się tuż przed jego ślubem. Przy której coraz bardziej lakonicznie odpisywał na listy. Która sprawiała, że Ambrose nie miał ochoty latać do Szkocji w dni wolne i w zamian pisał listy znad blatu w Dolinie Godryka, unikając pytań matki do kogo tak pisze i coraz bardziej zażarcie przepisując wyniki meczy Quidditcha, jakby w Szkocji nie było gazet. Były, ale to by znaczyło, że jest już zupełnie niepotrzebny.
Kolejne słowa rozjaśniają wiele i nic na raz, zależnie od interpretacji. Być może dla kogoś innego byłaby oczywista, ale Titus musiał wiedzieć, że to wszystko jest zbyt...
...zaskakujące? Za bardzo ogólnikowe? Za mało ogólnikowe?
Ambrose obrócił papierosa w palcach i zapomniał włożyć go do ust.
- O mnie. Nie o moje powodzenie. - powtórzył cicho, ton głosu zawisł pomiędzy pytaniem i stwierdzeniem. Rysy jego twarzy stężały w minie niewyrażającej zupełnie nic, a jasne oczy skoncentrowały się na twarzy Titusa—z rodzajem skupienia, z którym Day zwykle przypatrywał się zniczowi na boisku albo śladom na scenie zbrodni, ale rzadko ludziom.
Nie rozumiem, Tite, chciałby powiedzieć, bo ilekroć coś rozumiał, tylekroć robił to źle, a tego bardzo nie chciałby zrozumieć źle. Ale wtedy Titus obraca jego własne słowa przeciwko niemu i wspomina Allie, a po nieruchomej twarzy Ambrose'a przebiega rumieniec.
- Długo jeszcze będziesz wspominał Allie? - warknął z całą hipokryzją kogoś, kto od lat był zafiksowany na punkcie Jenevy Young. Związku dwuletniego, nie siedemnastoletniego. I kto samemu zaczął. - Już wiesz, że to była pomyłka. Początek. I że to wszystko było pomyłką. Nigdy nawet mnie nie lubiła, tylko swoje wyobrażenie o mnie. A ja przez rok zbierałem na nią dowody i ani razu się nie zawahałem, choć może miałbym gdzie mieszkać gdybym zrobił to solidniej. - rozpędził się, jakoś urażony tą zazdrością albo tą niewiarą, jak bardzo wprost musiał to ująć? Wziął głębszy oddech i zgasił całkowicie dobrego papierosa. Dwoje może grać w tą grę. - Nie jestem zakochany w Maelle ani nigdy nie kochałem Allie, nie była dla mnie ważna. - powiedział przewrotnie, wreszcie stawiając te dwa słowa w jednym zdaniu. Przez myśl przebiegł mu ciemny zaułek sprzed lat i może powinien cofnąć wzrok, ale nadal piorunował nim Titusa, jakby grali w grę o zasadach zdecydowanie mniej klarownych niż Quidditch.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
21-01-2026, 20:47
Lubił ją. Oczywiście, że ją lubił.
Wciąż czuł w sobie element zazdrości, nawet jeżeli przyjęcie do wiadomości faktu, że Ambrose nie interesował się kobietami w wieku jego córki… Było w dziwny sposób lekkostrawne. To zrozumiałe, tak okrutnie wręcz logiczne, by w obecnej sytuacji – jeszcze nim słońce wstało, w tej pokrytej półmrokiem kuchni… Nie kwestionował tego.
Nigdy nie miał dzieci, prawdopodobnie nigdy też nie będzie ich miał – mimo wszystko łatwo było mu zrozumieć takie podejście rodzica, niezależnie od tego jak bardzo chciane czy niechciane były niegdyś jego dzieci.
Jeszcze dwa dni temu mógłby się z tym kłócić. Przecież oboje stwierdzili, że byli blisko – czegokolwiek właściwie to nie oznaczało.
Dziś na same wspomnienie własnych pretensji czuł się tak niezręcznie, by wstyd zgniatał mu czaszkę jak imadłem. Nawet jeżeli podejrzenie, które kiełkuje mu w głowie, a które pozostaje jeszcze niewypowiedzianym – te związane wstępnie z tożsamością blondynki, a wypadkowo również ze złudnym podobieństwem Day’a – potrafiłoby wyleczyć część wstydu.
– Nie w ten sposób, nie. Nawet Jenevy – odpowiada zupełnie poważnie, chcąc podkreślić to jeszcze raz, wyraźnie, byle tylko nie było tu miejsca na niejasności. Jeneva była dobrą kobietą, która nigdy nie miała powodów do zazdrości, jednocześnie nie dając ich również od siebie. Uczynna, wyrozumiała, wrażliwa – w trzypokoleniowym domu Youngów znosiła przedłużające się narzeczeństwo wyjątkowo dobrze, nawet w tej nieuregulowanej prawnie relacji żyjąc z Titusem w sposób zupełnie inny, niż ten widziany w domu Rosalie i Ambrose’a. Żyjąc przy sobie w czasach, w których znalezienie odpowiedniej osoby do ożenku – szczególnie na gwałt, szczególnie próbując odciąć się od uczucia porzucenia, szczególnie na szkockich wyżynach – było znacznie utrudnione. Nie zeszli się z miłości, a z przyjaźni w myśl wizji wspólnego, godnego życia. Być może pokochałby ją mocniej z czasem – być może kochał ją nawet i bez tego, w końcu żałował jej po wszystkim, nawet jeżeli bał się ślubu i wizji wiecznej, wspólnej przyszłości. – I tak, o ciebie, nie o twoje powodzenie – potwierdza znowu, w stresie obserwując napiętą skórę twarzy partnera. Przez chwilę martwi się nawet, że Rosie nie wyśmieje go – o nie – zaczyna spodziewać się, że po prostu palnie go w twarz. Bardzo tego nie chce. Bardzo tego nie chce.
Ale Ambrose podnosi głos ewidentnie zirytowany. Harrison ponownie zaciąga się papierosem. Grdyka porusza się nerwowo, kiedy próbuje wtrącić się pomiędzy jego słowa – czując, że być może powinien jednak wycofać się ze wszystkiego, co powiedział… Ale z każdym kolejnym słowem na twarzy Harrisona maluje się tylko większe zmieszanie. Słowa mogły dać mu ulgę – rozumiał to, trawiąc każde kolejne zdanie, ale nie mógł opanować nerwów. Śledził ruchy dłoni mężczyzny, który w nagłym porywie złości zgasił całkiem przyzwoitego papierosa.
Ustawił się frontem do przyjaciela i odsuwając się pół kroku do tyłu, w kierunku chłodziarki – otworzył wreszcie usta.
– Właśnie zrobiłem to… Ostatni raz – mówi ewidentnie skołowany w kontekście wypominania Allie. Chyba czuje się w mocy, by składać przyrzeczenia nieco odważniejsze, niż zwykle – mówiąc o rzeczach które będzie robił zawsze i o rzeczach, których nie chce zrobić już nigdy. Chyba myśli gotują mu się w głowie, kiedy próbuje zrozumieć ostatnie zdanie Day’a. Zaciskając palce na filtrze, traci zdolność waściwego używania papierosa. Chyba zdradliwie długo ogniskuje rozszerzone źrenice na zdeterminowanym spojrzeniu Ambrose’a, bo obraz rozmazuje się z każdą kolejną dziesiątą sekundy. – Zrozumiałem – potwierdza. Rozumie, chociaż nie wie czy w to wierzy. Naprawdę chce w to uwierzyć. – Masz gdzie mieszkać. Naprawdę chcę, żebyś został.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
36
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
21-01-2026, 22:55
Titus akcentował sylaby mocno i wymownie, ale Ambrose wolałby usłyszeć więcej... słów. Te oszczędne brzmiały coraz dosadniej, z każdym zawężając możliwą liczbę znaczeń. Ale wciąż było ich wiele, co nagle przyprawiło Day'a o ból głowy; bo to chyba była nadchodząca migrena—to uczucie, że imadło zaciska się na skroniach, a oddech grzęźnie w gardle ilekroć krzyżują z Titusem spojrzenia. Oczy i źrenice Harrisona zdawały się coraz większe i Ambrose miał ochotę nim potrząsnąć i przypomnieć, że nigdy nie był dobry w komunikacji niewerbalnej i że przecież przyjaciel o tym wie. Z jakiegoś powodu skrócenie dzielącej odległości wydawało mu się teraz jednak niewłaściwe, a wyobraźnia uparcie podsuwała widok jaki zapamiętał po przebudzeniu. Harrisona rozpadającego się w pył. Nigdy nie wierzył we własne sny, ale wierzył w te jego i...
...jego wzrok coraz częściej uciekał na chłodziarkę za Titusem, jakby to na niej mógł znaleźć odpowiedź. Albo Titusa, którego łagodne spojrzenie przeważnie popychało go na dobry tor w takich niejasnych rozmowach. Tyle, że teraz rozmawiał z Titusem i to już nie działało.
- Czyli... Jeneva nie złamała ci serca. - zaryzykował cichy wniosek. - Nie w taki sposób, jak mówiła matka. - zdradził nieopatrznie, że Dolores bardzo się tym interesowała, ale to chyba było oczywiste.
Ale miałeś wtedy złamane serce. — pomyślał, choć nie miał odwagi wypowiedzieć tych słów na głos. Nawet on to widział i na jakimś etapie trudno chyba było przypisywać to gospodarstwu. Może musieli wreszcie zostawić Allie i Jenevę i wszystkie przypuszczenia o nich za sobą, ale w miejscu niechęci i zazdrości zostawała wtedy... pustka? Nie, Ambrose wiedział jak to jest nie myśleć o niczym; opanował tą sztukę do perfekcji gdy jego żona się odzywała i właściwie było to bardzo relaksujące. Teraz myślał chyba zbyt szybko, zbyt gorączkowo i kuchnia nagle zdała się zbyt duszna i zbyt mała, a on miał ochotę równocześnie wsadzić sobie papierosa do ust i wcisnąć dłonie do kieszeni. I ubrać koszulkę, ale zarazem nie ruszyć się z miejsca. Te wszystkie pragnienia były ze sobą tak sprzeczne, że aż się zestresował.
O ciebie, o ciebie, o ciebie.
- Nie... - nagle maska skupienia opadła i teraz wyglądał na szczerze zagubionego. I smutnego, jak przedwczoraj. I w jakiś sposób przestraszonego. -...żartujesz sobie teraz ze mnie, Tite, prawda? - zapytał szeptem, z rumieńcem rozlewającym się po twarzy i szyi, bo obydwoje wiedzieli, że jeszcze kilka dni temu nie musiałby o to pytać. Że Titus nigdy z niego nie żartował, bo wiedział, że Ambrose tego nie zrozumie i jak łatwą był ofiarą. I że Ambrose doskonale o tym wiedział, przyjmując tego rodzaju lojalność za pewnik.
Może przedwczoraj złamało ich na więcej niż jeden sposób.
A może zbyt wiele było na szali.
Łatwiej było czuć złość niż strach, ale Titus niespodziewanie się z nim zgodził i odebrał Day'owi nawet tą tarczę.
- Spaliśmy w osobnych pokojach, przecież chyba nawet widziałeś. - dodał naburmuszony, ale Titus twierdził, że rozumie. Powietrze uleciało z Day'a jak z przekłutego balonika i posłał Harrisonowi spojrzenie pełne pretensji, bo teraz został z tym wszystkim sam i znowu zaczynał czuć strach. Przyjaciel patrzył jednak na niego w taki sposób, że trudno było nawet czuć pretensje.
- Pamiętasz jak kiedyś na patrolu minęliśmy taki zaułek i... - zaczął cicho, ale w tym samym momencie Titus zapewnił go o sytuacji mieszkaniowej. - Ja też chcę. - przyznał. - Ale nie powinienem, nie na dłużej. Może wrócę na chwilę do matki... - dodał od razu, znowu czując ten sam rodzaj strachu, co wtedy, gdy odkrył łapówki partnera i zaczął się martwić, że ten jest zbyt nieostrożny. - To nielegalne. - przypomniał mu chaotycznie, może mając na myśli zaułek, a może...
Tknęła go zazdrosna myśl, że nie spytał Titusa, czy ten był zazdrosny tylko o niego. Musisz być ostrożny, Tite.
- Musimy być ostrożni.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): 1 2 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 02-02-2026, 10:52 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.