• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Kent, Margate, Tir Eilean > Rodzinny cmentarz Flintów
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
17-12-2025, 15:27

Rodzinny cmentarz Flintów
Cmentarz mieści się na rozległych terenach posiadłości Flintów, w najodleglejszym i najbardziej odosobnionym punkcie, niemal na skraju lasu. Otoczony solidną, żelazną bramą, przez którą nie sposób przeniknąć bez odpowiedniego przyzwolenia, a także potężnymi zaklęciami ochronnymi, pozostaje niewidoczny i całkowicie niedostępny dla mugoli. Atmosfera cmentarza jest ciężka i ponura; miejsce niemal zawsze spowija gęsta, unoszącą się nisko mgłą, która tłumi dźwięki i nadaje krajobrazowi upiorny charakter. Rzędy starych, omszałych nagrobków świadczą o długiej historii rodu. Pomniki, wykonane z ciemnego kamienia, często noszą ślady czasu i są ozdobione rodowymi symbolami Flintów.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Willow Weasley
Zwolennicy Dumbledore’a
Nothing you can take from me was ever worth keeping.
Wiek
25
Zawód
Służba w Policji Magicznej
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
22
0
OPCM
Transmutacja
21
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
29-12-2025, 22:25
21 kwietnia 1962
– Nie ma czasu do stracenia, zaraz będzie się robić ciemno, nie przebieraj się i tak pewnie nikogo tam nie będzie – matula-Betula machnęła ręką na mugolskie odzienie córki. Willow była przygotowana na wypad do mugolskiego kina z bratem i tatą, a nie wizytację na cmentarzu Filnów, ale obu czarodziejów wezwały obowiązku w Ministerstwie, notabene mugoli dotyczące właśnie. Wyglądało to odrobinę śmiesznie, biorąc pod uwagę pełną czarodziejską, ciemnozieloną szatę mamy, w kontrze do jeansowych ogrodniczek i kolorowego swetra młodszej czarownicy – dopiero ciemnobrązowy płaszcz nieco stonował tę ekspresję, gdy w ostatnim odruchu wymieniła pomarańczową marynarkę na płaszcz.
Nie pamiętała dokładnie, gdzie znajdował się cmentarz, a mama próbująca usilnie dokładnie jej wytłumaczyć, jak wyglądała okolica, wcale nie pomagała, szczególnie gdy po raz kolejny powtarzała, że przecież na pewno Willow pamięta. Ta. Na pewno. Na zagrożenia związane z teleportacją łączną mama machnęła ręką, twierdząc, że najwyżej wylądują kawałek dalej, przecież się nie rozszczepią, prawda? I tak było zawsze.
Trzask rozniósł się po okolicy, płosząc okoliczne ptaki, zaś dwie czarownice wylądowały… w lesie. Jej samej to nawet nie zdziwiło, gdy oparła rękę o pień z wyrytym wzorkiem. To konkretne drzewo zapamiętała, gdy była znacznie mniejsza. Kilka minut zajęło kobietom dotarcie na skraj lasu, a matula nie szczędziła komentarzy, że jednak tę teleportację łączną to mogłaby poćwiczyć córka bardziej. Cisnęło się na język młodej policjantki, że byłoby łatwiej, gdyby mama zdecydowała się wreszcie sama na naukę zwykłej teleportacji i wyrobienie licencji. Postanowiła być jednak mądrzejsza, wziąć parę wdechów i dać Betuli zachowywać się zgodnie z jej wiekiem, w myśl zasady, że ludzie po pięćdziesiątce robią się nieznośni i nic ich nie powstrzyma przed narzekaniem.
Odmianę od tego wszystkiego był sam w sobie cmentarz. W wiosennym uroku wyglądał chyba najpiękniej, wciąż chłodna mgła pieściła zieleniejącą trawę, zaś niebo rozlewało się malowniczą feerią barw – poczynając od fioletów i błękitów, przechodząc przez rozmydlone róże, aż po pomarańcze i żółcienie. Nie było przez to ponure miejsce, a przestrzeń, która dawała umysłowi się wyciszyć, by móc naprawdę skupić się na celu przybycia. Spotkanie tych, którzy odeszli, gdy ich słowa były chłodnym marmurem potrafiło wciągnąć ostatecznie myśli w strumień nostalgii, choć byli tacy, którzy usilnie walczyli z nurtem, bo po prostu inaczej nie potrafili radzić sobie z żałobą, smutkiem i stratą. A ona? Czasem dotykała tego strumienia, jednak bała się straty, uciekała od takich przemyśleń. Nadmierna kontemplacja groziła pochłonięciem, które niezbyt dobrze wróżyło stabilności psychiki, a ta winna być jednak gotowa na trudne warunki. Część w niej była jednak zaznajomiona z nurtem starty – oddzielała te dwie części grubą ścianą charakterystki profesji, zaciskania pięści i brnięcia dalej pomimo okrutnych widoków, ale zawracała widząc twarze bliskich. Nawet wyobrażenie ich utraty bolało, więc jak miała się złościć na narzekającą matulę?
– Przepraszam, nie chciałyśmy przeszkadzać – wyrwało się Willow, gdy po błądzeniu między alejkami trafiły wreszcie na grób krewnej z Ollivanderów wżenionej we Flintów. Jednak talentu jasnowidzkiego mama nie miała, bo przy tym konkretnym grobie stał pewien jegomość, i to taki, którego kojarzyła, zresztą jej mama też. Betula natychmiast przeszła do powitania młodzieńca, chwaląc, jak on wydoroślał, jak wyprzystojniał, że dla niej to skóra zdjęta z jego mamy. Młodsza Weasley’ówna stała przez większość czasu z miną wyrażającą w większości zakłopotanie. Może trochę wstyd? Zapięła odruchowo płaszcz i splotła ręce z tyłu, wpatrując się w płytę nagrobną. Jak na złość musiał być, to Leopold, czemu to nie mogła być Leopoldine?
– Cześć – skinęła do czarodzieja, gdy wreszcie Betula skończyła ze swoimi słownymi wiązankami – wciąż przemiłymi i uroczymi, ale przydługimi.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Leopold Flint
Śmierciożercy
Wiek
23
Zawód
dżokej - wyścigi na granianach
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
18
20
15
Brak karty postaci
11-01-2026, 12:35
Dni uciekają mu przez palce, jak ziarenka piasku. Pochłonięty rutyną gubi godziny, minuty, sekundy. Tak jak dzisiaj, przygotowując się do pierwszego wyścigu w sezonie. Chociaż ze swym koniem już dawno wypracował nić porozumienia, codziennie pracuje na podtrzymaniem i umocnieniem ich więzi.
Po wyjściu ze stajni uzmysławia sobie, że dzień powoli dobiega końca, wraz ze słońcem zmierzającym ku linii horyzontu, który, schowawszy się w jego zagłębieniu, zniknie, aby pojawić się nazajutrz. Chociaż ma świadomość, że niedługo noc, która nastanie, zarzuci kotarę ciemności na Anglię, postanawia spełnić swoje postawienie, jakie wykiełkowało pod sklepieniem czaszki między jednym a drugim łykiem porannej herbaty, wszakże nie pamięta, kiedy ostatnio był na grobie matki. Kilka tygodni temu - może dwa, może trzy. Siodła karą klacz i półgodziny później jest w połowie drogi do celu.
Rozległe tereny przylegające do posiadłości, w półmroku nadchodzącego zmierzchu, wydają się opustoszałe, zupełnie jak cmentarzysko jego wspomnień o matce, które już dawno zbladły pod wpływem upływu czasu. Jej twarz, uśmiech, kolor oczu i nieodparty urok kojarzy już tylko z wyblakłych fotografii. Ogląda je czasem, zastanawiając jakimś cudem tak dwa różne światy - jej i papy - przecięły się i złączyły w jedną linie życia. Zaraz jednak końskie prychnięcie wybija go z rytmu rozmyślań.
- Co jest? - pyta wierzchowca i mocniej zaciska palce na lejcach, popędzając go nieznacznie, chociaż cel ich wędrówki, znalazłszy się w zasięgu jego wzorku, majaczy przed nimi ciemnymi konturami. – Zaraz będziemy na miejscu.
Kwadrans później, zostawiwszy klacz przy wejściu na cmentarz, sam odnajduje właściwy grób. Wita się z matką, wymienia wysuszony bukiet na świeży, poświęca się kontemplacji, która trwa ledwie kilkanaście uderzeń serca. Otóż za plecami słyszy kroki i kobiecy donośny głos; Leopold ma wrażenie,że chce się wzbić jak ptak do samych chmur. Odwraca twarz ku sylwetką, które zmierzają tam, gdzie stoi i od razu poznaje ciotkę Betulę i jej córkę.
- Dzień dobry, ciotko Betulo - wita się z kobietą z przesadą, nieco teatralną estymą, do pakietu dołącza czarujący uśmiech, którym skutecznie mami wszystkie ciotki, jakie w gościnie pojawiają się w rodzinnej posiadłości Flintów - czy to z zapowiedzią, czy też bez niej. Czasem, aby zyskać coś więcej niż tylko przelotną uwagę, ma do dyspozycji fortepian, ale dzisiaj musi pogodzić się z jego brakiem, zresztą pani Weasley nie może mu zaoferować nic poza uprzejmą, trzymającą się konwenansów rozmową. Po chwili jednak jego wzrok wędruje dalej, sięga nim stojącą w cieniu brzozy Willow, które coś mamrocze pod nosem o tym, że przeprasza. – Willow - kuzynkę traktuje mniej czarującym uśmiechem. – Nie przepraszaj. Cmentarze są przecież po to, by upamiętniać zmarłych. Dziękuję za waszą pamięć.
Na rudowłosej strażnicze sprawiedliwość zatrzymuje trochę dłuższe spojrzenie - krytyczne, oceniające; w coś ty się ubrała, kuzynka?, pyta zjadliwy głos w głowie. Głos ciotki ciotecznej jednak skutecznie konkuruje o jego uwagę i w końcu kobieta otrzymuje to, o co zabiega; ma ją na wyłączność, przynajmniej przez kilka minut.
Konwersacja trwa w najlepsze; najpierw wymiana komplementów.Ona mówi:jak ty wyrosłeś, skóra zdjęta z matki, on się uśmiecha, dziękuję pokornie, jakby jego uszy pierwszy raz w życiu były świadkiem podobnych słów. W rzeczywistości jego podobieństwo do matki jest znikome; objawia się w kolorze włosów, uśmiechu i oczach, niczym więcej. Twarda ręka dziadka i despotyczne zajawki ojca skutecznie stłumiły w nim delikatność, jaką emanowała Esme, a on się temu nie sprzeciwia. Nienawidzi własnych słabości; ułomności nie tylko co ciała, a charakteru. Są uwłaszczają ujmą na honorze i plamą na podtrzymywanym pieczołowicie wizerunku.
Ciotka nie daje mu dojść do głosu; mówi dużo, wyrzuca z siebie słowa za słowem, jakby utrzymanie dobrych stosunków z dzieckiem swojej zmarłej kuzynki uważała obecnie za priorytet. Leopold zatem sięga po jednej ze swoich wyuczonych uśmiechów i przykuje, jak gorliwy uczeń, przyjmujący mentorskie rady.
Wraz z ponurym "kra kra", który wydobywa się z dziobów kruków, jakie przysiadły na gałęzi Betula zawiązuje w końcu języki supłem milczenia i podchodzi do groby swojej krewnej. Leopold służalczo robi jej miejsce, wycofuje się i przystaje przy stojącej z boku Willow, która sprawia wrażenie kogoś, kto chce jak najszybciej się stąd ewakuować.
- Podejrzewam, że od czas zaprzysiężenia nowego Ministra macie ręce pełne ręce roboty, dlatego po raz kolejny odrzuciłaś moje zaproszenie, czyż nie? - skarży się z udawaną przyganą, chociaż w tonie jego głosu zjawia się żartobliwa (udawana) nuta. – Może tym razem uczynisz mi tą przyjemność, kuzynko? - Czym teraz się wymówi? Obowiązkami? Jakież to wygodne! Na jej miejscu wszakże uczyniłyby to samo!
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Willow Weasley
Zwolennicy Dumbledore’a
Nothing you can take from me was ever worth keeping.
Wiek
25
Zawód
Służba w Policji Magicznej
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
22
0
OPCM
Transmutacja
21
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
19-01-2026, 18:08
Oczywiście, że jego słowa musiały ociekać patetycznym pięknem i estetyką znamienitych rodów czarodziejskich uplasowanych w skorowidzu czystości krwi. Chyba tylko sam Merlin utrzymał jej oczy, przed wywróceniem się w teatralnym geście. Pomyśleć, że mogłaby w tej chwili zajadać solony popcorn z kartonowego, uroczego kartonika, wpatrując się w ruchome obrazki i to wcale nie magiczne, tylko właśnie takie, które udają, że żyją, bo są wieloma ujęciami następującymi bardzo szybko po sobie. Sól oblepiałaby jej palce i usta, przyjemnie, drażniąc język smakiem tak charakterystycznym dla kina. Potem najpewniej siłowałaby się z łuskami kukurydzy, które utknęły między szóstą a siódemką i za nic nie chciałyby opuścić tego apartamentu jamy ustnej. Musiała jednak mierzyć się z gorzkim posmakiem wielce szanownego kuzyna wychwalanego przez mamę i tym jego panoszącym się po przestrzeni spojrzeniem, jakby wszystko było jego. Właściwie w tej sytuacji, faktycznie było to jego – rodzinny cmentarz Flintów, był również jego własnością. Niemniej poza tym miejscem też udało jej się parę razy dostrzec tę wyższość. Wgapiała się, więc w najbardziej przyjemny obraz w tym całym miejscu – karą klacz, dostojnie czekającą w niedużej odległości przy wejściu na cmentarz. W Devon nie mieli takich koni, wręcz epatujących kosztami poniesionymi w genach, czy drogiej stajni, która chroniła błyszczącą sierść przed podmuchami deszczu. U nich na wsi były konie krwi mieszanej, często biegające luzem po padokach, ciężkie i wielkie, przeznaczone do pracy na roli i ciągnięcia pługa, a nie noszenia ludzkiego balastu. Zdarzało się, że były też te przeznaczone do jazdy, jednak wciąż, były to raczej „burki”, stosując nomenklaturę psią. Parę razy przyszło jej się przejechać konno, ale było jej szkoda męczenia zwierzęcia sobą, gdy miała od tego miotłę, by na niej się poruszać. Przytulała konie z ziemi, zaplatała im grzywy albo ogon, wsadzała kwiatki w takie warkoczyki i widziała ten błysk radości, gdy podawała tę trawę rosnącą za ogrodzeniem – bo wiadomo, że była zieleńsza, smaczniejsza i jakościowo bogatsza w różne przysmaki z mlecza lub innego ziela.
Widok samego konia jej nie zdziwił, skoro miała przed sobą wschodzącą gwiazdę sportu, o której piszczały nastolatki na Pokątnej, podrzucając się najnowszym numerem Czarownicy. Na pewno to nie był jedyny koń, którego posiadał, ale pytanie, czy był to może ten ulubiony? Nigdy nie wchodziła w myślenie takiego sportowca, który de facto powinien traktować zwierzę jak narzędzie do sukcesu, czyż nie? A może jednak miał w sobie tę delikatną stronę, która pieściła uczucia do zwierząt?
Oderwała wzrok od konia, gdy czarodziej zwrócił się do niej. Zmarszczyła lekko brwi, a potem przybrała raczej neutralny wyraz twarzy, choć w głowie zastanawiała się o czym Leopold mówił. Jakie do cholery zaproszenia? Czyżby sowa nie dorzuciła czegoś na jej parapet? A może coś przypadkiem wyrzuciła do kosza, sądząc, że był to kolejny spam z Esów i Floresów informujący o obniżkach na stare wydania książek z urokami. Może w przemęczeniu odpisała na jakiś jego list, że nie ma czasu: obowiązki, zobaczymy się najpewniej nigdy, żegnam? Komuś tak chyba faktycznie odpisała ostatnio, ale czy był to Leopold?
– Wysłałeś jakieś zaproszenie? – przyznała się wreszcie do zdziwienia, lekko zadzierając do góry głowę, gdyż oczywiście, że musiał górować nad nią wzrostem, jakby samo ego nie wystarczało. – Jesteś pewien, że na dobry adres? Nie mieszkam w Devon już od jakiegoś roku – stwierdziła, aktualizując jego stan wiedzy, gdyby o tym nie wiedział, towarzysko będąc niemal tak delikatną jak dwurożec w składzie porcelany. Sowa teoretycznie sama potrafiła trafić do adresata, ale nie pierwszy i nie ostatni raz zderzyłaby się z problemem dostarczania listów, gdy ten nieszczęsny adresat swój adres zmieniał, a nadawca nie miał o tym bladego pojęcia. – Przecież bym niiiiigdy nie odmówiła spotkania z drogim kuzynem – nawet nie próbowała ukryć tej sarkastycznej nuty tańczącej po wzniesionych kącikach ust i przymrużonych powiekach. Chciała już zabierać się za pomaganie Betuli, jednak mama jedynie dała im znak spojrzeniem, że jak najbardziej mogą się oddalić od niej, ona zajmie się swoimi odwiedzinami nad grobem, dając młodym czas na rozmowę. Jasne. Wspaniale. Dziękuję, Mamo. – Oczywiście, kuzynie – odpowiedziała na jego pytanie, czyniąc mu rzecz jasna tę (nie)przyjemność swego towarzystwa. Mogła przecież wspiąć się na wyżyny własnej dyplomacji, ale… po co? Niech ją oprowadzi po cmentarzu, opowie, jaki to jest wspaniały, ile sukcesów osiągnął, ona się pouśmiecha jak tania lalka na wystawie w mugolskim sklepie i mama będzie zadowolona, a potem on zniknie z jej życia na najbliższe parę lat, by pojawić się ponownie w jakiejś sytuacji rodzinno-towarzyskiej. Czasami się zastanawiała, jak to się działo, że z obcymi czarodziejami przychodziło jej nawiązywanie takich eleganckich dyplomatycznych rozmów łatwiej – zwykle pomagał mundur lub chociaż odznaka i poczucie posiadania jakiegoś autorytetu. A tu? Tu czuła się jak Gryfon szczuty Ślizgonem, chociaż Leopold nawet nie był w Hogwarcie!
Gdy oddalili się od grobu, wsunęła dłonie głębiej w kieszenie płaszcza, szukając tam pozostałości ciepła dla ogrzania zmarzniętych czubków palców. Znalazła tam jednak coś innego, bo kawałek jakiegoś papierka po cukierku. Obracając go w palcach, udało jej się wreszcie znaleźć słowa, które przerwały ciszę i zmyły nieco sarkazmu z tonu głosu.
– Jest sporo pracy, od kiedy ta… czarnoksięska żmija w uwłaczający sposób zbezcześciła zaprzysiężenie Ministra – zaczęła, nie przebierając w słowach. Nie trawiła Grindelwalda i podejrzewała, że był to naprawdę punkt zbiegu dla niej, jak i dla Leopolda – dla każdego szanującego się czarodzieja. – Mam wrażenie, że wcześniej był tematem głównie dla aurorów, a teraz jego parszywe nazwisko przewija się niemal codziennie na komisariacie – kopnęła lekko szary kamyk z białą plamką na szczycie, jakby chciała tym kopnąć przebrzydłego czarnoksiężnika. Siły jednak przyłożyła na tyle stosownie mało, aby nie rozwalić czegoś na cmentarzu – trochę szacunku dla spokoju zmarłych. Kawałek granitu potoczył się do przodu, zatrzymując się kilka kroków przed Flintem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Leopold Flint
Śmierciożercy
Wiek
23
Zawód
dżokej - wyścigi na granianach
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
18
20
15
Brak karty postaci
Wczoraj, 19:30
Lubi otaczać się mirażem gestów, bukietem pięknych patetycznych słów i iluzją kogoś, kim się urodził, ale nie jest naprawdę. A czując na sobie wzrok widowni, które przejrzała go już dawno, w tym wypadku Willow, tym większą sprawia mu tą przyjemność. W tle słyszy niecierpliwie prychnięcie klaczy, lecz nie poświęca jej uwagi; rozmowa z ciotką, chociaż jest równie absorbująca, co wpatrywanie się bezczynnie w ścianę, kontynuuje ją tak długo, jak to konieczne, aby zademonstrować kobiecie pakiet swoich nienagannych, wyuczonych manier. I dopiero, gdy rozmowa robi się nużąca, spogląda na fałszywy klejnot w koronie Weasleyów - słodką Willow, która chwilowo weszła w buty statysty. Kątem oka dostrzega, gdzie uciekło jej spojrzenie - do stojąca tuż za cmentarną bramą klaczą. Gdy Betulo chwilowo zamilkła, Leopold wykorzystuje ten moment, by zająć parodią uprzejmej rozmowy kuzynkę.
- Doprawdy? - udaje zdziwienie, chociaż nie poczynił nawet najmniejszych starań, aby zasięgnąć informacji, gdzie obecnie Willow przebywa. - Moje niedopatrzenie, chociaż jestem pewny, że Tajfun odnalazłby cię nawet na krańcu świata - na jego usta rozciąga się jeden z uśmiechów z prywatnego katalogu, numer osiem, pozornie rozbawiony, pozornie, bo rozbawienie nie obejmuje oczu; te nadal szukają kontaktu wzrokowego z rudowłosą istotą, mającą niesamowity dar wzbudzania w nim rozdrażnienia, chociaż w tym wypadku sarkazm, jaki zadomowia się w jej słowach, sprawia, że usta drżąc mu tym razem w nieudawanym, niewymuszonym grymasie rozbawienie. - Zaiste, jestem pewny, że nigdy byś mi nie odmówiła i skoro już to ustaliśmy, musisz koniecznie zdradzić mi pod jaki adres powinien kierować kolejne zaproszenie. Wiesz na pewno, jak ważne jest dla mnie pielęgnowanie więzów rodzinnych.
Nie jest, na pewno nie z nią, ale Willow ma coś, co może mu się przydać, pewne umiejętności, których mogłaby go nauczyć, lecz jak ją do tego zmotywować, jak ją do tego przekonać? Jak wymusić na nią swoją wolę?
Nie pozwala, aby te refleksje zupełnie wytrąciły go z rytmu. Zastanowi się nad tym później, bo póki co między nimi pojawiły się inne kwestie do omówienia.
- Nie dziwię, że ktoś zakłócił spokój tej uroczystości - ostatnie słowo wypowiada, jakby właśnie w jego ustach znalazło się coś obślizgłego; coś wzbudzającego wstręt i obrzydzenie – wszakże nasz obecny - nakreśla w powietrzu cudzysłów – Minister jest personą godną pożałowania - nie zgodzisz się ze mną, prawda, kuzynko? Drwina sięga jego ust. Betulo jest zajęta, nawet nie przysłuchuje się ich rozmowie, bo przecież Leopold to taki czarujący młodzieniec, co może się przytrafić Willow w jego towarzystwie, a odpowiedź może być jedna: absolutnie nic, bo nie ma wobec niej - jeszcze - wrogi zamiarów. – Jednakże ta czarnoksięska żmija już dawno powinna gnić kilka metrów pod ziemią.
Trzy, dwa, jeden, jak myślisz, Willow, czyja nieudolność sprawiła, że pokrywa sarkofagu nie zamknęła się za truchłem tego reliktu przeszłości? Czyżby inny relikt przeszłości, który obecnie umieszcza swoje marionetki na najważniejszych stołkach w Ministerstwie?, prowadzi swój monolog w głowie, patrząc jej w oczy chciałby wiedzieć, co myśli i co czuje; chciałby przedrzeć się do jej umysłu, przespacerować się po jego zakamarkach, zajrzeć w jego ciemne zakątki, lecz to nie legilimencje, a oklumencje studiował, by zamknąć bramy swojego umysłu na wścibskość tego rodzaju, która towarzyszył teraz jemu.
- Trzeba mu przyznać jedno... wie, jak wywołać burzę w szklance wody.
Willow kopie kamień, a Leopold na chwile spuszcza z niej wzrok, tylko w jednym celu, aby zdusić jego obroty pod podeszwą buty, po tym, jak pada mu u stóp.
- Cóż to, droga kuzynko? Przejaw irytacji? Jestem pewny, ze aurorzy dołożą wszelkich starań, by Grindelwalda spotkał taki los, na jaki od dawna zasługuje, choć pocałunek dementora wydaje się zbyt łagodną karą na wagę jego przewinień, nie sądzisz?
Ciekawe, jak bardzo musiałby się wysilić, aby jej włosach zapłonęły refleksji tej samej czerwień, jaka lśniła, pod wpływem zachodzącego słońca, w jej słowach.
- Przejdźmy się kawałek - proponuje, zerkając ukradkiem na ciotkę, która zastygła bez ruchu, stojąc nad grobem swojej krewnej, a jego matki. Wzdycha mentalnie, lecz nie pozwala sobie, aby jakikolwiek dźwięk opuścił jego wargi. – Umiesz jeździć konno, Willow?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 02-02-2026, 14:11 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.