It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
36
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
16-01-2026, 00:17
Wpadł do szatni późno, bo spektakularnie wygrali ze Ślizgonami dzięki temu, że w odpowiednim momencie posłał tłuczka w ich szukającego. W głowie odliczał sekundy, choć tłuczki i znicze nie zawsze słuchały jego odliczania, ale dzisiaj wszystko się zgrało i już w momencie uderzenia pałką wiedział, że wcale nie rozciągnie tej gry w czasie tylko ją wygra.
Był z siebie szaleńczo dumny, zwłaszcza, że pierwszy trener powiedział mu, że liczenie sekund nie działa (więc potem nie przyznał się już nikomu poza Titusem). Gdy był w tak dobrym humorze, ludzie mu nie przeszkadzali, więc po meczu ściskał jeszcze ręce kolegów (powoli się do niego przekonywali) i przyjmował gratulacje młodszych Gryfonów, a potem Allie rzuciła mu się na szyję, więc wziął ją na ręce i okręcił ich dookoła własnej osi—cały czas utrzymując kontakt wzrokowy ze Ślizgonem, któremu ją odbił. Mrugnął do niego ponad ramieniem dziewczyny, a wszyscy myśleli, że dureń rzuca się za przegraną, a nie za Allie. Na pierwszym roku typ ciągle wyzywał Titusa od szlam, ale dopiero teraz Ambrose znalazł sposób żeby się odegrać (niestety dla winnego to chyba nie wydawało się oczywiste).
Zdjęcie z siebie trajkoczącej Allie zajęło mu trochę czasu, więc w szatni nie było już prawie nikogo poza Titusem. Powinien się zjawić jeszcze ścigający (tak, Ambrose pamięta gdzie jest każdy z nich), który debatował jeszcze o czymś ze swoją dziewczyną. Widać była bardziej interesująca od Allie, ale ścigający nigdy nie wyzwał Titusa od szlam (tylko ukradł mu miejsce w drużynie, ale to raczej wina trenera), więc Ambrose zostawił ją w spokoju.
Na widok przyjaciela odetchnął głęboko, a sztuczny uśmiech przeznaczony dla Allie spełzł wreszcie z jego twarzy. Wreszcie spokój. - Widziałeś finał? - nigdy nie widział sensu w pytaniach retorycznych, ale mama kazała mu się ich nauczyć, aż stały się nawykiem równie nonsensownym jak odwzajemnianie kontaktu wzrokowego. Zresztą, istniała realna możliwość, że Titus skupił się akurat na szukającym Ślizgonów, a nie na nim. - Mogłem zamachnąć się pół sekundy wcześniej, ale wyliczyłem, że z lekkim opóźnieniem skończę grę i się opłaciło. - paplał, nie utrzymując kontaktu wzrokowego. Nie zauważył miny Titusa, z lekkim obrzydzeniem przesuwając palcami po spodenkach. Allie chyba je pomięła. - Myślisz, że skrzaty się obrażą jeśli rzucę tu zaklęcie od prasowania? - skrzywił się lekko i przeczesał włosy palcami po raz dziesiąty. Fryzurę Allie też mu zburzyła, nie sądził, że posiadanie dziewczyny może być tak problematyczne—ale dodawało mu respektu w oczach kolegów, więc chyba będzie musiał się przyzwyczaić.
Zdjął przepoconą koszulkę i—chociaż zaraz i tak trafi do prania—zaczął składać ją w pedantyczny kwadrat, wciąż na stojąco. Wtedy mięły się mniej.
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
16-01-2026, 00:22
Oczywiście, że widział finał. Z ławki rezerwowych, zaciskając kciuki mocno do samej, ostatniej chwili. Krzyczał głośno po zwycięstwie, uściskał mocno innych, chwilowo nie odnajdujących miejsca na boisku i zawahał się w pół kroku przed wbiegnięciem na boisko byle wyściskać tych, którym szczęście dopisało. I chociaż próbuje tłumaczyć sobie, że w tym wszystkim najbardziej irytują go niekwestionowane umiejętności drużynowego konkurenta na pozycji ścigającego… Zazdrość przybiera dziś naprawdę konkretne kształty, kolory i rozmiary. Rozmiar jest niewielki, kształt kobiecy, a kolor blond. Wstydzi się tej myśli, a wstyd ten przeradza się w gniew. Zawsze w gniew. Jakby każda silna emocja musiała skończyć nazywana gniewem.
Wraca do szatni. Ściskając w dłoniach miotłę rozgląda się po pomieszczeniu, a potem w porywie nagłego impulsu – rzuca nią o ławkę z głośnym rąbnięciem, nim jeszcze ktokolwiek zdecyduje się na powrót w te miejsce, nim ktoś wpadnie na pomysł, by przerwać świętowanie i udać się w swoją stronę.
O wyszczerieniu w drewnie miotły orientuje się dopiero podnosząc ją z ziemi. Dopiero wtedy, kiedy nagle podrywa się z ławki i łapie ją w dłonie, nie chcąc prowokować pytań zbierających się tu Gryfonów. Wzrokiem mimo woli poszukuje wśród nich wysokiego blondyna. Niemal kończy już olejować drewno w okolicy uszczerbienia, kiedy na horyzoncie pojawia się Ambrose.
Spędził ze swoją dziewczyną tak dużo czasu, by w szatni nie pozostał już nikt. Już nikt poza kimś, kto zaczekał, chociaż w głowie zapierał się, że wcale czekać nie chciał.
Harrison krzywi się, bo nie umie bez grymasu zapanować nad gorącem wypełniającym mu brzuch i czaszkę. Spojrzeniem wielkich oczu śledzi każdy ruch snującego się po szatni Day’a. Złości się jeszcze mocniej na to, jak nonszalancki się obecnie wydaje. Wygrany na boisku, wyściskany mocno przez Allie – jedną z najładniejszych dziewczyn z ich rocznika. Rozbierający się tu, tak po prostu. Do tej pory Titus milczał obrażony – teraz zaś nabrał ochoty by krzyczeć. Ale nie krzyczy, bo głos wydaje się zbyt słaby. Spojrzenie wbija w plecy przyjaciela.
– A finałem jest co? – docieka durno. Gdyby pomyślał – gdyby znalazł chociaż cień rozsądku – pewnie wiedziałby, że Rosie nie odpowie inaczej niż jeszcze chwilę temu. – Bo chyba widok zasłoniło mi podskakujące dupsko Sally – prycha, rzucając miotłę na podłogę, jakby hałas wywołany przez drewno uderzające o kafle szatni miał sprowadzić go na ziemię. Nie sprowadził. – Taka z was piękna para. Widać, że myślisz o niej poważnie – rozsiada się szerzej, chociaż ma ochotę jedynie poderwać się do pozycji siedzącej i rozładować emocje w sposób bardziej wydajny niż… Rozmowa. Kłótnia? Może i kłótnia. – Szkoda, że ona i tak wieczorem przejdzie się na spacer z tym cholernym ślizgonem – zazdrosny blef wyrywa się z ust Harrisona, kiedy przechyla się do przodu, szeroko otwartymi oczami obserwując sylwetkę pałkarza.
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
36
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
16-01-2026, 15:30
Czyli Titus skupił się na szukającym Ślizgonów, bo inaczej by nie pytał. Ambrose powinien był to przewidzieć i to całkowicie rozsądne. Wszyscy powinni skupiać wzrok na szukającym, to on był o krok od złapania znicza. Więc dlaczego poczuł się irracjonalnie zawiedziony? Wziął głęboki oddech i przełknął prędko ślinę, nie rozumiejąc ani nie potrafiąc nazwać nagłego rozgoryczenia. - To, że w odpowiednim momencie posłałem w niego tłuczka. - odpowiedział spokojnie i cierpliwie, bo to przecież nie tak, że mu zależało. - O sekundę wcześniej, a tylko bym go rozkojarzył, a o sekundę później byłoby za późno… - wyjaśnił, tak jak próbował wyjaśnić na boisku Allie, ale nagle się zreflektował i zmrużył oczy. -Ale przecież to wiesz. - Titus grał równie długo i prawie równie dobrze jak on, bez sensu mu tłumaczyć jak działa Quidditch. -Ros— poprawił go odruchowo, bo może i przyjaciel wiedział jak działa Quidditch, ale nie wiedział jak miała na imię… zresztą, nieważne. Jej imię brzmiało zbyt podobnie do ksywki, jaką jemu samemu nadał Titus, więc Ambrose złamał swoje własne zasady i zaakceptował zdrobnienie tego imienia. Zresztą, Titus i tak nie pojmie kim jest Rosalie, bo nikt, zupełnie nikt (nawet Ambrose) jej tak nie nazywał. -Allie. - wytłumaczył, ale jego głos zniknął w dźwięku miotły uderzającej o podłogę. Drgnął lekko, bo nie lubił nagłych hałasów, zwłaszcza gdy mama się o coś gniewała, ale prędko wypuścił z płuc oddech, bo przecież nie byli w domu. Dokończył składać koszulkę i rozluźnił się nieco. - Tak, piękna. - potwierdził obojętnie. Może Titus wychwyciłby zawartą w tym słowie ironię, gdyby Ambrose ironizował częściej, ale chwilowo nie było na to szans. Chwilowo nawet Ambrose nie wiedział, co tak uwiera go w tym słowie. Powoli odłożył koszulkę na ławkę. - Dlatego ją poderwałem. - skinął głową, zsuwając z bioder spodenki. Przepocone, do tego przywykł, ale również pomięte w miejscu, gdzie Allie zaciskała uda. Westchnął. Głęboko. Odwrócił się do Titusa, machając spodenkami oskarżycielsko. - Miałeś kiedyś - pożalił się i urwał. Ubrania Titusa zawsze były pomięte, to będzie pytanie retoryczne. Ale z drugiej strony nigdy nie pomięła ich siedząca okrakiem na przyjacielu dziewczyna (chyba. Ale Ambrose by o tym wiedział, prawda?), a wtedy mięły się w specyficzny sposób. No dobrze, to nie będzie pytanie retoryczne. - tak pomięte spodenki? - dokończył po chwili niezręcznej pauzy. - Rzucę to zaklęcie. - postanowił, choć z wahaniem, bo naprawdę nie był pewien czy to wbrew regułom. Dlaczego Titus mu nie odpowiedział tylko gadał coś o spacerze? Zmrużył oczy, zastanawiając się czy przyjaciel sugeruje, że upokorzył Ślizgona niedostatecznie. - Nie przejdzie. - obiecał, wiedząc już jak zabronić Allie tego spaceru. Albo… - Albo może niech się przejdzie? - wzruszył ramionami. - Myślisz, że byłoby zabawne gdyby na spacerze nazwała Ślizgona… wiesz, słowem na sz? - zainteresował się, zarówno poglądem na sprawę Titusa, jak i granicami własnej magii.
Umknęło mu, że Ślizgon jest czystej krwi i ta obelga nie ma sensu.
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
16-01-2026, 16:06
Ależ Titus wychwytywał w słowach Ambrose ironię… Szkoda, że widział ją tam, gdzie jej nie było. Na przykład uroił sobie właśnie, że przyjaciel nabija się z niego – może dając sygnał o tym, że za bardzo się różnią, by wciąż się trzymać? – nawiązując tak intensywnie do tematu Allie? Day doskonale wiedział, że Harrison nie przepada za zawstydzającym towarzystwem dziewczyn. Że może i na rękę mu było, że to Ambrose działał na nie jak lep.
Poczuł się gorzej dopiero gdy jedna z nich dokleiła się do pałkarza na dłużej. Czy to było na dłużej? Nie umiał zadać tego pytania, myśląc niezwykle chaotycznie. Myślał, że zadał je przez chwilą, a potem… Potem zagubił się we wspomnieniu momentu odmierzanego kilkoma uderzeniami wyjątkowo żwawego obecnie serca.
– Pocz… – ekaj? Prychnął na samego siebie. Na co ma czekać? – Może miałem, co ma piernik do wiatraka? – oburza się.
Nie obchodziły go te całe spodenki. To, że zniknęły z bioder blondyna też zupełnie go nie obchodziło. Zarumienił się – oczywiście we wściekłości – i poderwał się z ławki zwinnie i dynamicznie. Chociaż nagość nie
była niczym nadzwyczajnym w sportowej szatni, Titus poczuł nagłą potrzebę ustawienia się pomiędzy drzwiami wejściowymi, a sylwetką Day’a. Rozglądając się przez ramię poprawił niesforne kudły. Efekt – jak zwykle – pozostawał niezadowalający.
– Rosie – zaczyna, kiedy stali bliżej. Titus nie zezuje już w kierunku pomiętych spodenek czy innych elementów tak zbezczeszczonych przez obecność Allie. No chyba, że jego własny spokój również zaliczał się do tego niezwykle szlachetnego grona… – W co ty kurwa grasz? – klnie, pewnie ktoś z kadry mógłby zwrócić mu za to uwagę. Ale może właśnie o to chodzi w tej całej słownej zabawie? O upokorzenie Harrisona – prostego dzieciaka z mugolskiej rodziny, bez dziewczyny, bez kultury, bez wyprasowanych portek i kiblującego cały, zajebisty mecz na ławeczce rezerwowych? Może dlatego też Rosie wyskakuje teraz z koszulki i portek, prowokując Titusa, świadom czegoś, czego Harrison świadomy jest jedynie podskórnie? To ma go sprowokować? – Dla mnie to nie jest zabawne! – cieszy się, że słowo na “sz” nie ucieka z ust przyjaciela. Żyje w paranoicznym przekonaniu, że to wszystko, te wszystkie wyrzucane przez Ambrose słowa mają na celu tylko go upodlić. I tak właśnie się czuje. Z emocjach nie zauważa jednak, że już wyciąga ramiona by z impetem popchnąć zmęczonego meczem blondyna. Mocno, w złości i wszelkich emocjach, których nazywania zwykle nie uczy się młodych chłopców.
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
36
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
16-01-2026, 20:32
Logicznie i spokojnie wyjaśnił Titusowi, dlaczego poderwał Allie i jak miała na imię (nie mógł go winić za to, że nie pamiętał; do niedawna samemu nie pamiętał) i uznał temat za zamknięty. Zapytany o więcej, wyjaśniłby zresztą więcej, ale mama wpoiła mu by nie paplać bez końca. Wolał słuchać, na przykład jak Titus papla o swoich snach. - Miałeś? - zdziwił się, przechylając lekko głowę i obrzucając Titusa przenikliwym spojrzeniem. - W sensie pomięte, czy tak pomięte? - dopytał, bo nie rozumiał i poczuł trochę irytacji, bo przecież Titus wiedział doskonale, że wolał bezpośrednie komunikaty. Ale Titus wcale mu nie odpowiadał tylko zadawał pytania chyba-retoryczne i się rumienił, a rumienili się ludzie, którym podobała się jakaś dziewczyna (to wyjaśniła mu inna dziewczyna). Już miał o to spytać, ale moment wydawał się jakiś dziwny (nawet jemu), więc ograniczył się do odpowiedzi na pytanie-być-może-nieretoryczne. - Pytam, bo nie wiem jak je wyprasować, skrzaty zrobią to - zniżył głos, bo skrzaty zawsze słuchały - ź l e . - wyartykułował bezgłośnie. - Co to ma do pierników? - z ponurą rezygnacją otrzepał spodenki. - Posiadanie dziewczyny to strasznie dużo pracy. - pożalił się Titusowi, będąc o krok od zastanowienia się czy powinien po prostu z Allie zerwać. Może mógłby go o to spytać, ale wtedy rozproszyło go coś jeszcze bardziej niesymetrycznego niż niewyprasowane spodnie. - Tylko je zmierzwiłeś. - westchnął, ze szczerym współczuciem oceniając efekt poprawy fryzury przez Titusa. Jego kudły nadal okropnie go drażniły, ale w ciągu prawie sześciu lat znajomości Ambrose dokonał heroicznej pracy nad samym sobą i przeszedł od irytacji do prób empatyzowania (nie wyobrażał sobie jaki to ciężar, żyć z taką fryzurą) i łagodnej akceptacji. Zresztą, mama zawsze mówiła mu, że jeśli coś kogoś irytuje to trzeba naprawić to samemu, więc — naprawiał. Od sześciu lat. Nie był w stanie osiągnąć efektu zadowalającego, ale z całą pewnością potrafił poprawić fryzurę Titusa lepiej niż robił to sam Titus; może dlatego, że ją widział, a może dlatego, że z ich dwójki jedynie Ambrose próbował osiągnąć symetryczny efekt.
Skrócił dzielącą ich odległość i—tak jak robił to setki razy—spróbował odgarnąć (udało się, jak zwykle) i wygładzić (nie udało się, jak zwykle) włosy Titusa; zupełnie nieświadom, że automatyczny i niewinny gest może dziś mieć odwrotny efekt.
Goryczy ukrytej w słowach przyjaciela też nie zauważył, choć słowo kurwa powinno zapalić mu lampkę ostrzegawczą. Ale nie zapaliło, bo skupił się na czymś innym. - Gra. - powtórzył za Titusem, otwierając szeroko oczy. Tego słowa szukał, ono pasowało do odgrywania się na Ślizgonie. Właśnie dlatego dobrze czuł się z Titusem, Harrison zawsze potrafił nazwać to, co Ambrose’owi się wymykało. Gry mają zasady i reguły, a w tej grze mógł ustalić je samodzielnie. Kąciki ust drgnęły mu w cieniu uśmiechu. - Zawsze był dla - ciebie, ale Ambrose wystarczająco dużo czasu grał już w drużynie by przyswoił przynajmniej lekcję o tym, że nikt nie lubi być upokarzany w pojedynkę - nas wredny, więc zabrałem mu kogoś, kto był jego. - wyjaśnił zasady gry. - Ale teraz nie wiem, czy lepiej żeby już z nim nie poszła czy żeby to ona była dla niego wredna, jak myślisz? Mogę jej to podsunąć, posłucha mnie, bo,,, - na fali emocji meczu i niezrozumiałych emocji Titusa i ekscytacji nową grą zbliżył się o krok do wyznania albo przynajmniej zasugerowania Titusowi czegoś bardzo ważnego. Szatnia była pusta, to dobry moment—
—który minął bezpowrotnie, bo Titus go popchnął. - Ej! - o co ci chodzi? zdziwił się Ambrose, zataczając się do tyłu — nie zwerbalizował jednak pytania, bo odruchowo wyciągnął rękę żeby złapać Titusa za łokieć i mocno pociągnąć go za sobą. Na ławkę, na którą klapnęli mnąc pedantycznie złożoną koszulkę, a potem na podłogę.
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
16-01-2026, 20:34
Przyzwyczaiwszy się nieco do tego, że przyjaciel nie radzi sobie z częścią metafor czy nie zna większości niedosłownych zwrotów – zwykle śmiał się jedynie i tłumaczył cierpliwie. Ambrose słuchał przecież Harrisona od zawsze, a w relacji wydawali się dla siebie przedziwnie wyrozumiali – wbrew komentarzom innych chłopców, często nazywających Day’a dziwnym. Więc co się zmieniło? Co sprawiło, że wraz z upływającym czasem, poszerzającymi się barkami i młodzieńczym trądzikiem Harrison irytował się coraz częściej? Czemu odczuwali to mocniej dopiero wtedy, kiedy w orbicie męskiego towarzystwa pojawiła się Allie – dziewczyna jednego z nich, rzecz nieunikniona w nastoletnim świecie.
Czemu Titus czuł, że coś mu się wymyka? Czemu na karku czuł ciężar straty?
Słowa Ambrose dobijały się do chłopaka z pewnym opóźnieniem. Nie poczuł od razu drażniącego przeświadczenia, jakby obecnie nie ratował sytuacji, a jedynie ją pogarszał. Czuł za to przeraźliwie silny, nienazwany żal, który przekształcając się w gniew pozostawał niemal nie do okiełznania, niczym szarża byka.
Dłoń Day’a na jego włosach mieszała mu w głowie, a nawet troska przemawiająca przez jego gest nie była w stanie uciszyć głosu sabotażysty znajdującego się w głowie Harrisona. Sabotażysty sugerującego, że gest do tej pory kojarzący się jedynie z ciepłem wzajemnej opieki… Był tak naprawdę drwiną. Z Titusa, ale i z ich wspólnej znajomości. Z relacji, jaką nawiązali i którą nazwać można było prawdziwą przyjaźnią.
Gdy blondyn uśmiechnął się – Harrison utwierdził się w błędnym przekonaniu, że wszystko to jest jedynie teatrzykiem. I że gra stawia go na wyłącznie przegranej pozycji.
Nie chciał już słuchać o Rosalie – może i dobrze, że popchnął Ambrose nim ten powiedział więcej.
Szkoda tylko, że spadli razem. Opadł boleśnie na łokieć, przez chwilę czując jedynie dreszcz przebiegający przez całą prawą stronę ciała. Poderwał się jednak na kolana, byle spróbować złapać Day’a za fraki i szarpnąć nim w gniewie… By ponownie zauważyć, że ten nie miał na sobie niemal żadnych łachów. Złapał więc spadającą z nimi koszulkę. Tą i tak wymiętą przez Allie.
Impulsywnie rzucił nią w twarz przyjaciela i z gniewną miną wlepił spojrzenie w niebieskie ślepia.
– Bawisz się mną i już planujesz bawić się nią! – dopiero do niego dotarło. Nie wie, jak bardzo myli się w swoich przypuszczeniach. Nie wie, że wcale nie powinien przyrównywać siebie do Allie. – Zostawisz mnie dla niej! – krzyczy, ponownie łapiąc za koszulkę i ponownie rzucając ją w Day’a, zwiniętą w kulkę i totalnie pomiętą. Chwyta też spodenki, które też czeka podobny, nieunikniony los. Nie do końca rozumie dobór rzuconych przez siebie słów – wie jednak, że to prawda. – A ja zostanę sam – mówi ciszej, nie wiedząc właściwie co przeżywa, jakby część emocji atakowała go z innych wymiarów. Jakby bolało go coś, co dla umysłu było zarazem obrazem przeszłym i przyszłym. – A byliśmy – jesteśmy kumplami.
Zaczyna wycofywać się, zauważając nieskładność swoich myśli. Odsuwa się też od Day’a, łapiąc krawędzi ławki, byle przenieść się na nią. Usiąść w miejscu, w którym chwilę temu leżała ta piekielnie wymięta koszulka. I oczywiście nie przeprosić za ten dziwaczny impuls, bo nie do końca rozumiał… Za co właściwie miałby przeprosić, wciąż czując się w równie dziwaczny sposób skrzywdzony.
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
36
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
16-01-2026, 20:38
Zaczynało do niego docierać, że jest silniejszy—rzecz nieoczywista jeszcze jakiś czas temu, zanim Ambrose wystrzelił przez wakacje w górę, a Titus… nie. Mógłby teraz powalić przyjaciela i przytrzymać go przy ziemi. Ale Titus był szybszy i może Ambrose… wcale nie chciał go powalać na ziemię. Był zmęczony. I chciał zrozumieć.
Tyle, że słowa padające z ust przyjaciela nie miały żadnego sensu, a Titus wiedział, po prostu wiedział jak rozproszyć Ambrose’a i na pewno robił to celowo. - Ej, dopiero co ją składałem! - warknął, gdy dostał koszulką w nos. Teraz zmięła ją już i Allie i Titus i w jakiś sposób było to jeszcze bardziej irytujące, dotyk ich obojga na świętej koszulce z jego nazwiskiem w dumnych barwach Gryffindoru. Już wolałby gdyby uwzięli się na spodenki. Spróbował chwycić koszulkę, ale Titus znowu był szybszy. - Ciebie to bawi? - odciął się, gdy przyjaciel cisnął w niego obydwoma elementami garderoby. Usiadł na podłodze i zaczął demonstracyjnie składać koszulkę od nowa, powoli i dokładnie, wlepiając w Titusa gniewne spojrzenie. - I co w tym złego, że się nią bawię, teraz będziesz bronił jej honoru? Nie powinieneś, zachowuje się jak… - miał na to kilka słów, których nauczyła go mama, ale nagle urwał, atakowany prędko wyrzucanymi słowami, które nie miały żadnego sensu. Sam, Allie, i ten rumieniec. Zmrużył lekko oczy, patrząc na Titusa z niedowierzaniem. - Podoba ci się Allie? - wypalił, zastanawiając się czy dla wszystkich poza nim było to oczywiste. Westchnął. Ciężko. - Muszę mieć dziewczynę, jestem pałkarzem. A wszyscy mówią, że ona jest najładniejsza. - przygryzł lekko wnętrze policzka, zastanawiając się czy Titusowi udałoby się poderwać Allie. Coś mówiło mu, że nie był w jej typie. Coś w myśli, że dziewczyna złamie mu serce bardzo go drażniło; a choć mógłby umówić ich na randkę to nie mógł jej przecież kazać jej zakochać się w Titusie… prawda? - Ale odstąpię ci ją, trzeba było tak od razu. Znajdę inną. - przewrócił oczami. - Jesteśmy kumplami. - czas przeszły bardzo go ubódł, nie rozumiał go, ale w myślach dał sobie medal za pokaz empatii i cierpliwości, pomimo zmiętych ubrań. Mama byłaby z niego dumna.
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
16-01-2026, 20:42
Oparł łokcie na kolanach, a w dłoniach schował swoją zmęczoną złością i niepokojem głowę. Zamykał oczy wbrew sobie, odważnie stawiając czoła nieprzyjemnym przeczuciom, chociaż obecnie wolałby nawet nie mrugać, bojąc się wizji, które ujrzeć może pod własnymi powiekami.
Koszmary przychodziły do niego rzadko – gdy jednak się pojawiały, męczyły jego umysł dłużej. Nie mógł jeszcze wiedzieć, że każdy z nich był pewną Strzelbą Czechowa – czekającą tylko na wystrzał w odpowiednim momencie. Titus śnił o odchodzącym jednorożcu, ale nie rozumiał, że sen ten może się spełnić i kiedy właściwie poczuje wstęp do jego spełnienia. Obudził się w strachu, ale ten był niczym do strachu odczuwanego teraz.
Nie czuł niczego podobnego nigdy wcześniej. Nie wiedział jak poradzić sobie z tym uczuciem, a nazywanie go szło mu mozolnie. Był zły na Allie – dziewczynę zabierającą mu przyjaciela. Był zły na siebie – bardziej czującego, niż myślącego. Był zły na Day’a – kogoś, kto nie umiał czytać mu w myślach.
– Rosie! – w głosie nie sposób nie wyczuć pewnego oburzenia, pewnej nagany. Odkrywa czerwoną od wstydu twarz. – Nie, nie podoba mi się ALLIE – wyznanie wypada z jego ust z taką łatwością, z takim naciskiem, by oczywistym była jego szczerość. – Nie rozumiesz! – oskarża go, chociaż nie daje wiele powodów by zostać zrozumianym. Podrywa się na proste nogi, a potem wpatruje się w siedzącego na podłodze przyjaciela. Czuje wyrzuty sumienia związane z tą całą… Koszulką. Widzi Day’a składającego ją ponownie, jakby czynność ta przynosiła mu spokój. Wyrzuty sumienia nie pokonają jednak siły nieuzasadnionego żalu. Zazdrości. – Nie wiem czemu ale kiedy… Widzę was blisko, coś mi nie pasuje, złości mnie, czaisz? – próbuje mówić, ale nie umie tego nazwać. Nie – może i umie to nazwać, jest jednak zbyt nieśmiałym by to wypowiedzieć – że uczucie wydaje się wstydliwe i niewłaściwe, tak kontrastowo odrażające przy parze stworzonej z najładniejszej dziewczyny i najprzystojniejszego chłopaka z rocznika. Że na tym obrazku nie ma miejsca dla Titusa Harrisona – jakby widokiem Day’a tylko dla siebie cieszyć mogły się tylko jedne oczy.
Wbrew pozorom poczuł się lepiej, gdy go popchnął. Nawet jeżeli obecnie czuł się tak okrutnie… Słaby.
– Tak, jesteśmy… – przyznaje się. – Wkurza mnie myśl, że skończymy szkołę i… – i Ambrose pojedzie w swoją stronę, zakładać rodzinę z Allie. Jest pałkarzem, musi mieć dziewczynę – w przyszłości będzie musiał mieć rodzinę. Naturalna kolej rzeczy, a irytowała go bardziej niż cokolwiek innego z nim związanego. – Zapomnimy o sobie – jak wygodnie ubrać to w my. My zapomnimy. Titus krzyczy w środku, bo przecież sam nigdy nie zapomni.
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
36
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
16-01-2026, 20:43
-Nie rozumiem. - przyznał, spoglądając na Titusa wielkimi, poważnymi oczami. Jego twarz nie wyrażała żadnej ekspresji (w przeciwieństwie do nieszczerego uśmiechu, jakim uraczył Allie), ale nie dlatego, że wybuch przyjaciela był mu obojętny. Wręcz przeciwnie, Ambrose potrzebował się… skupić by jakoś spróbować to zrozumieć. Zwykle Titus wyjaśniał mu takie rzeczy, więc gdy zabrakło Titusa żeby wyjaśnić mu zachowanie Titusa (wyczuwał, jak paradoksalnie to brzmiało) poczuł się zupełnie zagubiony. Wygładził nerwowo koszulkę, to trochę pomagało, a potem zaczął od nowa składać spodenki. Strząsnął je i zaczął jeszcze raz od nowa, nie dlatego, że mu nie wychodziło, a dlatego żeby przeciągnąć ten moment w czasie. Czy Titus poskładał już swoje rzeczy? Mógłby zrobić to za niego, nawet jeśli nie zmięły się tak bardzo na ławce rezerwowych… - Skoro nie Allie, to… ktoś inny ci się podoba? - wspinał się na wyżyny emocjonalnej dedukcji, choć jego myśli były zupełnie pragmatyczne. Może chodziło o to, że on miał dziewczynę, a Titus nie? Czaił to na jakimś logicznym poziomie, choć samemu nigdy nie poczułby się w ten sposób. - Chyba czaję. - przyznał z wahaniem, ale uciekając wzrokiem. W wieku nastoletnim nie był dobrym kłamcą. Chwilę temu pochwalenie się Titusowi nowym talentem wydawało się doskonałym pomysłem, teraz… już nie. Nie czaję, bo ja mogę mieć każdą, ale to nie znaczy zupełnie nic i nie wiem jak czaić coś, za czym nigdy nie tęskniłem.
Może pomogłoby, gdyby na Bal Zimowy poszli w czwórkę?
Przygryzł lekko wargę i usiadł na ławce, choć Titus już wstał. Równo ułożył na niej ubrania i zaczął nerwowo je rozprostowywać. - Tite - zdrabniał jego imię tylko jeśli stres ściskał mu gardło -to… nie jest prawdziwe. Ja i Allie. - wymamrotał w końcu, podnosząc wzrok. Chyba miał nadzieję, że reszty przyjaciel domyśli się sam. Jak zwykle, jak zawsze. Albo że nawet nic nie powie, a po prostu przyjmie to do wiadomości; jak każdą z prawd, które Ambrose serwował mu z pokerową twarzą.
Ale Titus zmienił już temat, tak szybko i chaotycznie, że Ambrose był zupełnie skołowany.
Może to wyjaśnił i Allie jednak nie była już problemem? Może nigdy nie była problemem? - Po co się na to wkurzać? - zamrugał i aż wstał z miejsca, by stanąć bliżej Titusa. Górował już nad nim o głowę, ale to nic. Niepewnie wyciągnął rękę by poklepać przyjaciela po ramieniu, choć takie gesty nie przychodziły mu łatwo. - Przecież nie zapomnę. I nie będzie już głupich przedmiotów w szkole. Przeprowadzimy się do jakiegoś fajnego miasta i… - zaczął, ale nagle uderzyła go świadomość własnych planów. Przeprowadzę się tam, gdzie zaoferują mi kontrakt na grę i… i jakie plany miał Titus? Faktycznie, nie będzie grał profesjonalnie, a do tej pory Ambrose go o to nie spytał. Zakładał, że mieli czas. Zacisnął mocniej palce na ramieniu przyjaciela. - …wkurzasz się, bo chodzi o Quidditcha? - wygrany mecz na ławce rezerwowych, brak szans na profesjonalną grę… Ambrose do tej pory nie pomyślał, jak czuje się Titus, ale to też wina Titusa, bo nie powiedział, że coś go męczy, tylko zasłaniał się głupią Allie.
Otworzył usta, by powiedzieć, że na Quidditchu świat się nie kończy, ale nie zdążył—bo drzwi do szatni otworzyły się. Już rejestrując ten dźwięk, Ambrose momentalnie cofnął rękę z ramienia Titusa, choć nie wiedział czemu tak reaguje; jakby w geście było coś niewłaściwego. A w polu ich widzenia pojawił się chłopak, który zabrał Titusowi miejsce w drużynie. Greg Brown.