• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Dorset, Corfe Castle > Gabinet Amodeusa
Gabinet Amodeusa
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
08-12-2025, 22:21

Gabinet Amodeusa
Gabinet Amodeusa pogrążony jest w miękkim półmroku. Na masywnym biurku piętrzą się księgi, runiczne notatki oraz narzędzia o niejasnym przeznaczeniu. W powietrzu unosi się zapach starego pergaminu, a wysokie regały, sięgające sufitu, uginają się pod ciężarem rękopisów i przeróżnych przedmiotów. Przytulności nadaje mosiężna lampa o ciepłym świetle, zwisająca tuż nad pulpitem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Lydia Travers
Czarodzieje
Możesz już wyjść albo w ciszy postójmy, bo tak mi wstyd że nie dam rady dziś zasnąć
Wiek
26
Zawód
kostiumografka, projektantka i hafciarka
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
9
30
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
5
Brak karty postaci
13-12-2025, 13:09
Skąd właściwie William ma te rękawiczki?
Bardzo dobre pytanie, nad którym Lydia w zasadzie się wcześniej nie zastanawiała. Teraz pomyślała, że powinna.
– Nie wiem. – Przyznała szczerze. – Nie podzielił się tym ze mną, pojawiły się razem ze stertą innych rzeczy. – Założyła, że były to po prostu artefakty sprowadzone z któregoś zakątka świata. William kontaktów miał sporo, które utrzymywał od lat. Być może teraz, kiedy coraz częściej bywał w domu zamiast wyruszać na wyprawy osobiście, jego partnerzy biznesowi uznali, że to odpowiedni moment, żeby ze starego Traversa zrobić jelenia?
Pomijając, że wcale stary nie był, ale nie dało się ukryć, że się starzał. A co za tym idzie – tracił czujność.
– I myślę, że trochę o nich zapomniał, szczerze mówiąc ja przejęłam się ich stanem bardziej niż ojciec. – Zachowała dla siebie dlaczego dopiero teraz zwraca się z tym do Amodeusa. Kilka miesięcy temu była zbyt zestresowana na samą myśl o spotkaniu z Nottem, ale minęło już sporo czasu od rozmowy rodziców i nauczyła się żyć we względnym spokoju z tym wspomnieniem.
Z kolejnym łykiem herbaty poczuła, jak powoli rozluźniają się jej mięśnie, o wiele bardziej spięte niż dotychczas przypuszczała. A wraz z odpuszczającym napięciem zaczęły rozmywać się słowa Amodeusa, chociaż z początku naprawdę starała się na nich skupiać.
Ale im szerszą wiedzą i wnioskami się z nią dzielił, tym trudniej było jej nadążać za tematem, na którym nie znała się przecież absolutnie. Druga sprawa, że – o ile rozkojarzenie nie przysłaniało jej oceny – wprawiona była w odczytywaniu ludzkich emocji.
Targające Amodeusem emocje byłoby jej łatwiej rozgryźć, gdyby nie szły w parze z intencjami, a tych chyba jeszcze nigdy nie odgadła prawidłowo.
Poczuł się swobodniej. Nietrudno było to zauważyć. Widać to było w sposobie, w jaki zagłębił się w temat, w spojrzeniu skupionym, delikatnej gestykulacji dłoni, od których przez chwilę nie mogła oderwać wzroku, splatając to wspomnienie na zawsze z zapachem parującego tuż przy jej wargach naparu z lawendy.
Skinęła lekko głową, machinalnie, jak robią to ludzie, którzy podświadomie nie chcą dać się złapać na ignorowaniu słów rozmówcy, a do jej uszu dotarł wyrwany strzępek zdania, przechowuje moment.
To zupełnie tak, jak ona teraz.
Niechętnie przeniosła wzrok na powierzchnię wypitego już do połowy naparu, dochodząc do wniosku, że powinna zamówić takiego suszu z lawendy więcej. Pierwszy raz od dłuższego czasu temat jej zamążpójścia dryfował między jej myślami lekko, po prostu zaznaczając swoją obecność, a nie ciążąc, niemalże rozbijając się o czaszkę, zostawiając ślady w pamięci, które być może nigdy się nie zabliźnią. Może powinna przestać martwić się rzeczami, na które nie miała wpływu? Inna sprawa, że świadomość, że na tak ważną decyzję dotyczącą swojego życia wpływu nie miała była kolejną bolączką.
Ostatni łyk. Ostatni dla niej, bo w filiżance została jeszcze odrobina, ale Lydia nigdy niczego nie dopijała. Kiedy odłożyła filiżankę ze spodkiem na parapet, dotarło do niej, że od kilku sekund w gabinecie nastała cisza i Amodeus zapewne oczekiwał odpowiedzi.
Tylko na co?
Nie słuchała go przecież kompletnie, a powinna, bo odpowiadał na sprawę, z którą tutaj przyszła.
Ale kiedy w końcu zdołała się skupić, to zrobiła to na nim, podziwiając w ciszy poziom jego wiedzy i zamiłowanie do tematu.
Jak bardzo bezczelne będzie, jeśli poprosi go teraz, aby powtórzył?
– Rozumiem. – Wybrała, swoim zdaniem, najbardziej neutralną odpowiedź, na chwilę splatając dłonie przed sobą.
Niczego nie zrozumiała.
Dała sobie chwilę, stojąc tak i przyglądając się mężczyźnie, usilnie usiłując przypomnieć sobie jakiekolwiek zdanie, którego mogłaby się złapać, ale przecież poza przechowywaniem momentu nie wychwyciła nic. W jakikolwiek inny dzień zapewne udałoby jej się to.
– W takim razie… – Odbiła się od parapetu delikatnie, grając na zwłokę i ruszyła w stronę biurka, wracając na swoje miejsce obok fotela Amodeusa. Nie zamierzała się przyznać, z szacunku do niego (chociaż czy na to już nie było za późno?), że go w ogóle nie słuchała.
Uroki? Chyba mówił coś o urokach. Ale to za mało.
Wbiła wzrok w rękawiczki, dłoń kładąc delikatnym, niewymuszonym gestem na barku Amodeusa.
Zupełnie swobodnie, przecież znali się nie od wczoraj. Chciałaby powiedzieć, że z roku na rok znali się coraz lepiej, ale to nieprawda. Z roku na rok było między nimi coraz więcej niedopowiedzeń.
Wolną dłonią sięgnęła po jedną z rękawiczek, unosząc ją wyżej, żeby lepiej się przyjrzeć, jakby ciemne żyłkowanie miało jej podpowiedzieć, czy jej własna teoria była słuszna i czy Amodeus ją poparł. Ale przyglądała się uszkodzonemu materiałowi przez ostatnie kilka dni już tyle razy, że niemożliwym było, żeby bez czyjegoś świeżego spojrzenia dojrzała coś więcej.
– W takim razie… – Powtórzyła, dłoń, która spoczywała swobodnie na barku Amodeusa przesuwając w kierunku karku mężczyzny gestem tak naturalnym, jakby robiła tak od lat. Opuszki palców na moment zahaczyły nieśmiało o krótkie kosmyki, po czym zagłębiły się w nie delikatniej, muskając skórę lekko, kreśląc subtelne ruchy, bardziej uspokajające niż śmiałe.
– Mogę ci je zostawić? Do zbadania? – Przeniosła spojrzenie jasnych oczu z rękawiczki na twarz Amo. Z jednej strony nie chciała go obarczać posiadaniem artefaktu, który, mimo, że nie był już zaklęty, wciąż mógł ściągać na właściciela niebezpieczeństwo za samo posiadanie.
Z drugiej strony Nott lepiej od niej czy Williama będzie wiedział jak się pozbyć tych rękawiczek, na wypadek, gdyby okazały się zbyt uciążliwe.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Amodeus Nott
Czarodzieje
well fed devils behave better than famished saints
Wiek
32
Zawód
Łamacz klątw; badacz run i artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
22
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
9
8
Brak karty postaci
13-12-2025, 16:56
Świat nie zawęził się od razu.
Najpierw był ruch — ledwie uchwytny, niemal niedostrzegalny dla kogoś, kto nie znał jej tak długo jak on. Subtelna zmiana ciężaru ciała, sposób, w jaki Lydia stała przy oknie, jakby nie była pewna, czy parapet jest dla niej oparciem, czy tylko pretekstem, by się zatrzymać. Filiżanka trzymana zbyt blisko ust, palce zaciśnięte na porcelanie mocniej, niż wymagała tego temperatura naparu. Wzrok utkwiony gdzieś poza linią ogrodu, w przestrzeni, która nie należała ani do Corfe, ani do tej rozmowy — w miejscu, którego nie potrafiłby wskazać nawet wtedy, gdyby zapytała.
Amodeus obserwował to w milczeniu. Ogień w kominku dogasał powoli, drewno trzaskało cicho, jakby zamek oddychał własnym, spokojnym rytmem, zupełnie nieprzystającym do napięcia w pomieszczeniu. Artefakt na biurku znów przesunął się gdzieś na margines jego świadomości — widoczny, obecny, ale pozbawiony znaczenia.
W tym stanie Lydia była najtrudniejsza do uchwycenia — obecna ciałem, z precyzyjną kontrolą gestów i mimiki, a jednak myślami kilka kroków dalej. Jakby balansowała na granicy snu, wspomnienia i czegoś, czego jeszcze sama nie nazwała, choć czuła to wyraźnie pod skórą. Zastanawiał się, gdzie błądzi tym razem. Co dokładnie odciąga jej uwagę od tej chwili — i dlaczego właśnie teraz. Czy chodziło o coś banalnego, czy może o coś cięższego, głębiej osadzonego; coś, co od tygodni unosiło się między nimi niewypowiedziane, gęste jak mgła nad dziedzińcem o świcie.
I wtedy przyszła myśl, której nie chciał dopuścić do głosu.
Czy William… mógł jej powiedzieć?
Pojawiła się nagle, bez zapowiedzi, i natychmiast rozgościła się w jego umyśle z nieprzyjemną pewnością. Czy podzielił się z nią tą rozmową — tak samo, jak ojciec Amodeusa podzielił się nią z nim? Rzeczowo, niemal sucho, tonem pozbawionym emocji, jakby chodziło o ustalenie warunków transakcji, a nie o ludzi. Nie o ich przyszłość. Nie o nią.
Czy Lydia wiedziała, że gdzieś ponad ich głowami zapadły już decyzje, które nie brały pod uwagę jej spojrzeń, jej milczeń, jej obecności w jego gabinecie w błękicie, który burzył mu koncentrację bardziej niż jakakolwiek magia?
Nie zapytał.
Nie mógł.
Zamiast tego obserwował, jak się odwraca. Jak odstawia filiżankę, jak powoli wraca w stronę biurka — już spokojniejsza, jakby udało jej się na chwilę zebrać myśli, ale wciąż nie do końca obecna. Jakby jej głowa nadal nie należała wyłącznie do niej. Dopiero kiedy znalazła się znowu obok niego, kiedy dzieliło ich już tylko kilka centymetrów, poczuł wyraźnie zmianę. Znowu. Subtelną, lecz wystarczającą, by dystans przestał go chronić.
Jej dłoń spoczęła na jego barku.
Lekko. Naturalnie. Tak, jak robi się to przy kimś znanym od lat, bez zastanawiania się nad znaczeniem gestu, nad tym, co może uruchomić. Przez krótką chwilę była to jedynie obecność — ciepło dłoni, cichy punkt podparcia, coś, co nie domagało się uwagi. Dopiero potem palce przesunęły się w stronę karku, wolno, muskając skórę z tym uspokajającym zamiarem, który nie miał w sobie prowokacji, a mimo to działał na niego z niepokojącą siłą.
Nie był zaskoczony.
Rozpoznał ten moment natychmiast — chwilę, w której kontrola zaczyna się rozszczelniać. Ciało zareagowało szybciej niż myśl: ramiona napięły się ledwie zauważalnie, oddech zwolnił, pogłębił się, jakby organizm instynktownie przygotowywał się na coś, czego nie chciał jeszcze nazywać. Dotyk pozostawał miękki, pozornie niewinny, a jednak odbierał mu zdolność skupienia i rozmywał granice.
Zamknął oczy.
Na ułamek sekundy wszystko stało się zbyt wyraźne — zapach jaśminu, ciepło jej palców, pamięć innego półmroku, innego momentu, w którym również powinien był się zatrzymać.
Kiedy je otworzył, uniósł dłoń i ujął jej nadgarstek. Delikatnie, ale zdecydowanie. Odsunął jej palce od karku tylko na tyle, by przerwać kontakt — i zatrzymał jej rękę w swojej.
— Lydio… — odezwał się cicho.
Jej imię zabrzmiało jak ostrzeżenie, lecz nie dla niej — dla niego samego.
— Jeśli nie przestaniesz… — urwał na moment, dobierając słowa z ostrożnością, której rzadko potrzebował. — …to nie skończy się dobrze.
Spojrzał na nią wprost, bez ucieczki.
— I nie mówię tego w kontekście artefaktów.
Nie było w tym groźby. Była szczerość — surowa, niewygodna, obnażająca coś, czego od miesięcy pilnował z żelazną dyscypliną.
Wypuścił jej dłoń z objęć, po czym podniósł się z fotela nieśpiesznie, choć dość zdecydowanie, jakby dalsze trwanie w tej pozycji było zbyt ryzykowne. Obszedł biurko; ruch miał płynny, wyuczony, ale podszyty koniecznością. Stanął po drugiej stronie, opierając dłonie o chłodne drewno pulpitu. Ten prosty kontakt z czymś martwym, nieruchomym, był jedyną rzeczą, która jeszcze trzymała go w ryzach.
Nie mógł sobie pozwolić na utratę kontroli. Nie tutaj, nie teraz — kiedy mieszkańcy Corfe Castle nie byli pogrążeni we śnie ani zamroczeni winem. Choć pokusa była silna, a Lydia pozostawała na wyciągnięcie dłoni.
— Jeśli mi je zostawisz — podjął w końcu, wracając do tematu spokojnym, rzeczowym tonem, który przez chwilę mógł brzmieć tak, jakby znów należał do Amodeusa Notta — wezmę pełną odpowiedzialność za ich dalszy los.
Słowa padły gładko. Jak formuła, którą znał na pamięć.
Wzrok jednak go zdradzał.
Nie potrafił oderwać go od Lydii i dopiero po chwili zrozumiał, że patrzy na nią zbyt długo. Że myśl, której przed chwilą odmówił głosu, wraca — prostsza, bardziej bezwstydna, pozbawiona wszelkich osłon.
Chciał ją pocałować.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Lydia Travers
Czarodzieje
Możesz już wyjść albo w ciszy postójmy, bo tak mi wstyd że nie dam rady dziś zasnąć
Wiek
26
Zawód
kostiumografka, projektantka i hafciarka
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
9
30
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
5
Brak karty postaci
13-12-2025, 18:25
Mógłby nie mówić nic. Mógłby po prostu cofnąć jej dłoń, przełknęłaby to. Z goryczą, ale poradziłby sobie z tym wstydem, przeprosiła nawet za ten gest.
Ale mówił. I tym razem Lydia uważnie go słuchała.
Poczuła, jak gorąc rozlewa się jej po klatce piersiowej, wcale nie w przyjemny sposób, a w taki, który zwiastuje nową falę nerwowości.
Wzięła głębszy oddech, jakby powietrze w płucach mogło jej pomóc rozwiać tę nagłę reakcję i cofnęła dłoń, milcząc chwilę, kiedy obchodził biurko, żeby wyznaczyć między nimi granicę.
– Nie dałeś mi za bardzo wyboru. – Podjęła w końcu, podnosząc przytomny wzrok na Amodeusa.
Zawiódł ją. Nie swoim życzeniem, absolutnie, miał przecież pełne prawo chcieć odsunąć się od jej dotyku.
– Czy chcę przestać czy nie. – Po prostu podjął tę decyzję za nią. Odetchnęła ciężej, próbując kolejnym głębszym oddechem pozbyć się gorącego ciężaru z klatki piersiowej. Oderwała wzrok od mężczyzny, przenosząc go na wnętrze gabinetu, nie potrafiąc i chyba nie chcąc nawet uwiesić się na żadnym konkretnym elemencie tej przestrzeni.
– W zasadzie nie powinnam być zaskoczona, mężczyźni w moim otoczeniu słyną z podejmowania decyzji za mnie. Szczególnie tych dotyczących mojego życia uczuciowego. – Wzruszyła ramionami z lekką rezygnacją, czując jak gorzkość tej sytuacji wkrada się pomiędzy wspomnienie smaku lawendy.
Lekkim gestem rzuciła rękawiczkę z powrotem na biurko, co mogło być, ale nie było, symbolicznym gestem.
Wstyd próbował przedrzeć się do jej głowy przez zawód, ale nie pozwoliła mu na to, może jeszcze, może nie pozwoli wcale, chociaż parę lat temu z pewnością katowałaby się za samą zuchwałość.
Ale kiedyś musiała zacząć stawać po swojej stronie.
Skinęła głową, powoli, w tym samym tempie wracając na tory rozmowy o artefakcie.
– Dziękuję.
Widziała, jak na nią spoglądał. Znała ten wzrok doskonale, chociaż zwykle bardziej był zamglony, zamroczony alkoholem, a mimo to zawsze pewny, jak teraz. Pozostała na niego niewzruszona, w końcu sam oświadczył, że jeden krok dalej nie skończy się dobrze.
– Proszę, daj mi znać kiedy ustalisz… cokolwiek. – Umilkła na chwilę, obejmując się ramionami i przyglądając mężczyźnie, od którego wzroku oderwać nie zamierzała, znosząc ciężar tej sytuacji z dumą, chociaż nadgarstek, za który ją złapał zaczął ją mrowić nieprzyjemnie, jakby Amodeus pozostawił swoim delikatnym dotykiem ślad. I trochę tak było.
– Cóż… w takim razie… Powodzenia. I spokojnego wieczoru. – Skinęła głową, w końcu ruszając zza biurka w stronę drzwi, niepewna nawet kiedy znowu się zobaczą, bo ich spotkania zawsze były wynikiem przypadku. To jedno było wyjątkiem i chociaż dzień był jej rozchwiany od samego początku, to nie mogła się pozbyć wrażenia, że los chętniej splatał ich ścieżki w przestrzeni, która im tego nie ułatwiała, a w tej, w której byli w końcu sami nie potrafili się odnaleźć.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Amodeus Nott
Czarodzieje
well fed devils behave better than famished saints
Wiek
32
Zawód
Łamacz klątw; badacz run i artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
22
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
9
8
Brak karty postaci
13-12-2025, 23:37
Nie odezwał się od razu.
Słowa Lydii nie rozbiły się o ciszę, lecz w niej osiadły — ciężkie, spokojne, z tą szczególną stanowczością, jaką mają rzeczy wypowiedziane bez gniewu. Nie było w nich oskarżenia, nie było dramatyzmu. Była pewność, która nie potrzebowała podniesionego głosu ani ostrych krawędzi. Amodeus stał po drugiej stronie biurka i po raz pierwszy od dawna poczuł, że nie potrafi znaleźć dla siebie właściwego miejsca w tym pokoju. Jakby przestrzeń, którą znał na pamięć, nagle przestała być neutralna. Jakby każdy krok, każdy ruch ramion czy dłoni był nieadekwatny wobec tego, co właśnie się między nimi wydarzyło.
Patrzył na nią, nie szukając odpowiedzi — raczej potwierdzenia czegoś, co już wiedział, ale czemu dotąd nie pozwalał wybrzmieć w pełni.
Zawiódł ją.
Nie intencją, lecz sposobem. Przerwał coś, co było dla niej naturalne, i nadał temu znaczenie, którego ona wcale nie musiała chcieć. Dopiero teraz, z opóźnieniem, zrozumiał, że jej dotyk nie był pytaniem ani próbą przesunięcia granicy. Nie był prowokacją. Był prosty. Cichy. Był obecnością — taką, która nie domaga się odpowiedzi, bo sama w sobie jest wystarczająca. A on odpowiedział na nią lękiem. Nie przed nią, lecz przed tym, jak łatwo ten gest dotknął czegoś, co od dawna próbował trzymać w ryzach.
To, co ich łączyło, nigdy nie dawało się zamknąć w jednym obrazie ani jednym wspomnieniu. Nie było historią z wyraźnym początkiem i logicznym ciągiem zdarzeń. Składało się raczej z drobnych momentów: rozmów urywanych w pół zdania, spojrzeń, które zatrzymywały się o ułamek sekundy za długo, z ciszy, która nie ciążyła i nie wymagała wypełnienia. Z tej szczególnej swobody, w której potrafili być wobec siebie szczerzy, nie nazywając rzeczy po imieniu — jakby oboje intuicyjnie wiedzieli, że słowa mogłyby odebrać temu coś istotnego.
Każde spotkanie zostawiało w nim ślad. Nie myśl, nie wspomnienie, które dałoby się uporządkować i odłożyć na właściwe miejsce, lecz wrażenie — subtelne, trudne do zatarcia, powracające w najmniej oczekiwanych momentach.
Tamten wieczór powrócił nagle, nieproszony. Jej śmiech, zbyt bliski. Ciepło, którego nie dało się przypisać wyłącznie winu ani okolicznościom. Jej usta — i to krótkie, niepokojące wrażenie, że świat na moment stracił ostrość, a on wcale nie chciał jej odzyskiwać. Zostało pytanie, którego wtedy sobie nie zadał, a które teraz wróciło z pełną wyrazistością: czy ona w ogóle widziała to tak jak on? Czy dla niej miało to jakąkolwiek ciągłość, czy tylko tyle znaczenia, ile była gotowa temu nadać w danej chwili?
Nie była jego żoną.
Nie była jego narzeczoną.
Nie była nawet jego.
I właśnie ta świadomość czyniła wszystko tak kruche, tak niejednoznaczne. Sprawiała, że każdy gest niósł ze sobą ciężar, którego nie dało się zignorować.
Wiedział, że nie chciał jej zranić — a jednocześnie musiał przyznać przed samym sobą, że cofając jej dłoń, nie kierował się wyłącznie troską. Był w tym strach. Przed tym, jak naturalnie jego ciało zareagowało, zanim zdążył pomyśleć. Przed tym, jak cienkie okazały się granice, które uważał za oczywiste i trwałe. Przed tym, jak niewiele potrzeba było, by poczuł, że traci kontrolę nad czymś, co od dawna traktował jak fundament własnej równowagi.
Nie był to jeden impuls ani jeden błąd. Raczej ciąg drobnych przesunięć: rozmów przeciągających się zbyt długo, chwil, które zostawały z nim dłużej, niż powinny. Jej obecność, jej sposób bycia, czas spędzany razem — wszystko to miało dla niego wartość, której nie potrafił ani nazwać, ani uporządkować. Wiedział tylko, że była realna.
A dziś?
Dwa listy. Dwa różne tony. Oficjalność, która pojawiła się nagle, a potem zniknęła równie szybko, jakby nigdy nie istniała.
Nie nadążał za tym. I po raz pierwszy nie wiedział, czy w ogóle powinien próbować.
Zrozumiał, że cofając jej dłoń, nie tylko zatrzymał gest — zatrzymał możliwość. A ona miała prawo poczuć się pozbawiona wyboru.
Usłyszał jej słowa. Wszystkie.
I właśnie dlatego nie odpowiedział od razu — wiedział, że każde kolejne zdanie było już spóźnione, zbyt łatwe. Patrzył, jak obejmuje się ramionami, jak nie odrywa od niego wzroku, jakby chciała upewnić się, że to, co właśnie między nimi zapadło, naprawdę istnieje. Zauważył drobne napięcie w jej dłoni — niemal niedostrzegalne, a jednak wymowne, zdradzające więcej, niż pozwalały słowa.
Wziął powolny oddech, jakby dopiero teraz mógł sobie na niego pozwolić.
— Lydio… — odezwał się w końcu.
Głos miał cichy, niemal ostrożny, pozbawiony tej pewności, którą zwykle się posługiwał.
— Nie to miałem na myśli...
Nie dodał nic więcej. Każde kolejne słowo byłoby spłyceniem sprawy, próbą zamknięcia czegoś, co nie chciało się domknąć. A ona zasługiwała na coś więcej niż łatwą odpowiedź.
Patrzył na nią, jak zamyka za sobą drzwi, świadomy, że ta chwila już ich zmieniła. Że od teraz żadne spotkanie nie będzie takie jak wcześniej.

zt x2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#15
Primrose Burke
Czarodzieje
Wiek
25
Zawód
Badaczka artefaktów i run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
12
9
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
8
Brak karty postaci
07-01-2026, 20:52
|22.04.1962

Biegła, choć nie powinna. Biegła trzymając w dłoni tłumaczony ostatnio manuskrypt. Praca nad nim od początku była walką z chaosem, Łacina, którą znała doskonale, tutaj zdawała się celowo wypaczona, pełna archaicznych konstrukcji, skrótów myślowych i regionalnych naleciałości, które nie przystawały do żadnej znanej jej szkoły. Zdania urywały się nagle, sens rozpadał się przy próbie dosłownego przekładu, a każde kolejne tłumaczenie na angielski rodziło więcej pytań niż odpowiedzi. Autor manuskryptu zdawał się pisać dla kogoś, kto już wiedział, o co chodzi; dla wtajemniczonego, nie dla czytelnika szukającego logiki i ciągłości. Próbowała analizować tekst warstwa po warstwie, rozpisywała alternatywne znaczenia, porównywała z innymi traktatami, ale wszystko grzęzło w półsłówkach i aluzjach. W końcu zwróciła się po pomoc do Amodeusa Notta, licząc na jego doświadczenie i chłodny umysł, lecz nawet wspólna praca nie przyniosła przełomu. Spędzali długie godziny nad jednym akapitem, spierając się o znaczenie pojedynczego czasownika, o to, czy chodzi o proces, rytuał czy jedynie metaforę. Nott sugerował, że tekst może być celowo szyfrowany, ona zaś upierała się, że to raczej zapis eksperymentu prowadzonego w pośpiechu. Mimo notatek, zaklęć pomocniczych i prób odczytu magicznych resztek atramentu nadal tkwili w miejscu, jakby manuskrypt bronił się przed zrozumieniem. Biegła teraz, bo kiedy znów pochylała się nad zapisami uparcie chcąc je odczytać nagle zrozumiała, że źle do tego podchodzili. Zapomnieli o kontekście historycznym do zrozumienia artefaktu.
Posiadłość Nottów nie była jej obca. Jako panna z rodu Burke bywała w tej rezydencji, jak w każdej innej kiedy rodziny się spotykały, kiedy organizowane były większe lub mniejsze przyjęcia. Nie czekając, aż skrzat zaprowadzi ją do gabinetu Amodeusa gnała przed siebie jakby bała się, że zaraz wszystko zapomni. -Wszystko źle zrozumieliśmy! - Zawołała od progu gubiąc gdzieś po drodze spokój i wyważenie rodziny Burke. Nie było normalnym to, że zachowywali się jak chmura burzowa, ale w tym przypadku było zbyt wiele emocji, aby trzymała je na wodzy. Nadal pozostawała młodą kobietą, która uczyła się świata i jej pasja oraz zaangażowanie zderzały się ze stoickim spokojem Notta, a wręcz jego niechęcią do obcowania z ludźmi. Pomimo tego, że od jakiegoś czasu pracowali ze sobą, to nadal budował wokół siebie pewien mur, który panna Burke starała się rozbić. I to z czystej ciekawości, ponieważ mrukliwy charakter czarodzieja zupełnie jej nie przeszkadzał. Pomimo tego, że pędziła po schodach do jego gabinetu nadal prezentowała się nienaganniem nadal w ubiorze swoim stawiając wygodę ponad bycie modną czy uwodzicielską. Jasna bluzka z miękkiego materiału miała drobny, niemal niezauważalny deseń, który ożywiał stonowaną całość. Pod szyją wiązała się w starannie ułożoną kokardę, nadając sylwetce lekkości, a rękawy zakończone mankietami delikatnie marszczyły się przy nadgarstkach. Talia była wyraźnie podkreślona cienkim paskiem z metalową klamrą, który porządkował proporcje i dodawał strojowi zdecydowanego charakteru. Spodnie o szerokich nogawkach, sięgające tuż nad kostki, układały się w cięższe, płynne linie, kontrastując z lekkością góry. Ich ciemny kolor nadawał całości powagi. Dopełnieniem były klasyczne czółenka na niewysokim obcasie. Całość zamykał beret, noszony pewnie i z wyczuciem, ozdobiony małą broszką i przypiętym przez nią piórkiem , który przyciągał wzrok.
Nie zapowiedziała swojej wizyty. Nie poinformowała o tym, że ma zamiar się zjawić. Zwyczajnie się aportowała i pognała do gabinetu. Dopiero teraz do niej doszło, że w tym całym amoku zapomniała o dobrych manierach. -Dzień dobry. - Powiedziała po chwili jak już stała w gabinecie i położyła tłumaczony manuskrypt na blacie biurka. -Tłumaczyliśmy wszystko dosłownie. Braliśmy krew jako płyn, a nie jako symbolikę rodziny. Krew z krwi, rodzina, w rozumieniu społeczności. I zapomnieliśmy, że ten tekst był tłumaczony ze staroangielskiego na łacinę więc nosi w sobie znamiona błędu. - Zaczęła pospiesznie tłumaczyć. -Chociażby panna, to nie tylko kobieta nietknięta, ale po prostu niezamężna. Tak samo mamy tłumaczenie “manus” czyli “ręka”, ale w staroangielskim ręka, dłoń to również zawarcie umowy i porozumienie. Co po dziś zostało, uścisk dłoni jako zatwierdzenie porozumienia. - Podniosła rozgorączkowane spojrzenie na czarodzieja. -Ten dokument może dotyczyć pierwowzoru Ręki Glorii. I wtedy znaczenie tych wszystkich run zaczyna nabierać sensu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#16
Amodeus Nott
Czarodzieje
well fed devils behave better than famished saints
Wiek
32
Zawód
Łamacz klątw; badacz run i artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
22
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
9
8
Brak karty postaci
14-01-2026, 23:37
Gabinet o tej porze dnia był miejscem, w którym czas tracił swoją oczywistość. Ciężkie, ciemnooliwkowe zasłony tłumiły popołudniowe światło, przepuszczając je jedynie w wąskich smugach osiadających na krawędziach mebli i grzbietach ksiąg. Powietrze pachniało starym papierem, politurowanym drewnem i herbatą — bergamotka była wyczuwalna, lecz pozbawiona świeżości, jakby zdążyła już stać się częścią tego miejsca. Nad wszystkim unosił się ledwie uchwytny ślad tytoniu, pozostałość po papierosie zgaszonym zbyt wcześnie, bardziej z irytacji niż z braku czasu.
Amodeus siedział głęboko w fotelu za biurkiem, w ciemnej koszuli o miękkim splocie, rozpiętej pod szyją na tyle, by nie krępowała ruchów. Mankiety miał niedbale odwinięte, jakby zrobił to odruchowo wiele godzin wcześniej i nie wrócił już do porządku. Materiał był lekko pognieciony tam, gdzie opierał się o oparcie fotela. Sylwetka pozostawała napięta nie wysiłkiem, lecz długim bezruchem. Jedna noga spoczywała założona na drugą; stopa kołysała się powoli, niemal bezwiednie.
Ciemne, gęste włosy opadały mu na czoło w sposób, który zwykle poprawiał pierwszym, niecierpliwym gestem. Teraz tego nie zrobił. Pasmo rzucało cień na skroń, podkreślając zmęczenie wynikające nie z braku snu, lecz z nadmiaru spraw pozostawionych w zawieszeniu.
Pracował nad dokumentami, które nie domagały się pełnej uwagi — decyzjami odłożonymi, korespondencją wymagającą jedynie potwierdzenia, notatkami, które można było zamknąć jednym ruchem pióra. Ręka poruszała się spokojnie, mechanicznie, wykonując znane czynności, podczas gdy myśli krążyły gdzie indziej — wokół rozmów urwanych w pół zdania, spraw pozostawionych w zawieszeniu, tematów odsuniętych na później, bez poczucia pilności. Coś ciążyło, ale nie miało formy. Raczej nacisk niż konkret.
Podniósł filiżankę. Porcelana była ciepła tylko przy rancie; herbata zdążyła już ostygnąć. Upił łyk. Bergamotka była wyraźna, lekko cierpka, zostawiała na języku cienką warstwę goryczy. Odstawił filiżankę na spodek bez grymasu, z jasną świadomością, że to nie ten moment dnia, w którym smak ma znaczenie.
Wzrok przesunął się po notatkach zapisanych drobnym, równym pismem. Marginesy były gęste od uwag, strzałek i przekreśleń — śladów pracy wykonanej poprawnie, lecz bez poczucia domknięcia. Na krótką chwilę zatrzymał spojrzenie na jednym zdaniu zapisanym poprzedniego wieczoru, niemal mimochodem: symbol nie poprzedza znaczenia, lecz je zastępuje. Zostawił je tam, gdzie było. Jeszcze bez potrzeby wracania.
Ciszę przeciął dźwięk kroków.
Zatrzymał się w pół ruchu. Nie należały do skrzata — były zbyt szybkie, zbyt zdecydowane. Przez ułamek sekundy próbował je przypisać, jeszcze zanim uniósł głowę. Ktoś, kto znał dom. Ktoś, kto nie potrzebował zaproszenia.
Drzwi do gabinetu otworzyły się bez pukania.
— Lyd...
Imię urwało się w pół oddechu. Dopiero wtedy zobaczył ją w całości: rozpędzoną, z manuskryptem zaciśniętym w dłoni, jakby trzymała nie papier, lecz dowód. Różnica między tym, kogo się spodziewał, a tym, kto rzeczywiście stanął w progu, była wyraźna i natychmiast przywróciła mu czujność.
— Panna Burke.
Ton opadł na swoje miejsce.
Jej głos wypełnił przestrzeń gabinetu energią, która nie pasowała do jego rytmu. Słowa padały szybko; pergamin poruszał się wraz z jej gestami, szeleszcząc cicho przy każdym mocniejszym akcencie. Amodeus słuchał nieruchomo, dłonie spoczywały na poręczach fotela, a uwaga — dotąd rozproszona — zaczęła się zbierać, jakby ktoś stopniowo zawężał pole widzenia.
Krew — nie jako substancja, lecz więź.
Rodzina — nie jako linia, lecz wspólnota.
Manus — nie ręka, lecz gest uznania i potwierdzenia.
Znał te pojęcia. Każde z osobna. I właśnie to było najbardziej niewygodne. Tekst nie został zlekceważony; został odsunięty. Czytany fragmentami, odkładany w chwilach, gdy uwaga była już gdzie indziej. Pozostawiony w stanie prowizorycznym, jak coś, do czego zawsze można wrócić później.
Teraz to później właśnie nadeszło.
Gdy skończyła mówić, cisza wróciła ze zdwojoną siłą. Tykanie zegara stało się wyraźniejsze. Amodeus nie spojrzał na nią od razu. Jego wzrok zatrzymał się na manuskrypcie w jej dłoniach — jakby dopiero teraz pozwalał sobie zobaczyć go w całości.
— Usiądź, proszę — powiedział spokojnie, wskazując fotel naprzeciwko.
Machnął dłonią w stronę drzwi. Skrzat pojawił się bezszelestnie; powietrze poruszyło się ledwie zauważalnie. Napełnił filiżankę świeżą herbatą. Para uniosła się leniwie, niosąc intensywniejszy zapach bergamotki — czystszy, ostrzejszy. Postawił ją na blacie w zasięgu jej ręki i zniknął równie cicho, jak się pojawił.
Amodeus wyciągnął rękę po pergamin. Dłoń zatrzymała się między nimi, otwarta — w geście zawieszonym, który nie był ani żądaniem, ani pośpiechem.
— Jesteś pewna?
Pytanie padło cicho. Bez nacisku. Jakby dotyczyło nie samego wniosku, lecz gruntu, na którym został postawiony.
Myśl przyszła zaraz potem.
Nie interesował go rezultat, lecz droga. Punkt, w którym coś pozornie drugorzędnego zaczęło się porządkować, układając w całość. To, co dla niego pozostawało tłem, dla niej stało się osią.
Jeśli miała rację, nie była to drobna korekta ani przesunięcie na marginesie. Zmieniało się pole widzenia. Tekst przestawał być zapisem czynności, a zaczynał funkcjonować jak świadectwo — zakładające wspólny kontekst, niewymagające instrukcji.
To nie była drobnostka.
To było coś znacznie większego.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#17
Primrose Burke
Czarodzieje
Wiek
25
Zawód
Badaczka artefaktów i run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
12
9
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
8
Brak karty postaci
22-01-2026, 12:42
Kobiecy głos odbijał się od ścian gabinetu, zupełnie nie pasując do jego atmosfery, którą stworzył właściciel tego miejsca. Stanowiła burzę na spokojnym tle pana Notta starającego się pojąć co właśnie się dzieje. Wydźwięk słów opadał na biurko znaczeniem odkrycia jakiego dokonała, zupełnym przypadkiem, gdy zrezygnowała miała już porzucić dalszą pracę tego dnia. Niemal godziła się z tym, że trafiła na ślepy trop, że musi porzucić te badania i postarać się znaleźć inną drogę do prawdy, a być może nigdy jej nie odkryć. Pozostając nadal młodą czarownicą ciężko jej było przełknąć gorycz porażki. Chciała coś osiągnąć, pragnęła zaistnieć w świecie naukowym, napisać w końcu swoją pierwszą pracę opartą na własnych badaniach. Każde z rodzeństwa Burke znalazło swoje miejsce w ich świecie i najmłodsza latorośl też chciała to osiągnąć, dążąc do sukcesów rodzeństwa. Tym bardziej teraz, kiedy swoje losy związała z rodem Bulstrode, który cieszył się opinią jednych z większych i bardziej szanowanych znawców magicznych stworzeń. Ambicje panny Burke mogły budzić podziw ale również pewne obawy, że gdy się jej nie uda ich w pełni spełnić, to pogrąży się ona w zniechęceniu, jak wielu przed nią.
Teraz jednak była przekonana, że dokonali jednak odkrycia, że te godziny spędzone, długie dyskusje doprowadziły właśnie do tego, że spojrzała na treść manuskryptu od strony, której nawet wcześniej nie wzięli pod uwagę. Cichy i spokojny ton głosu sprawił, że usiadła bez mrugnięcia okiem, zaskoczona własnym wybuchem i reakcją. Najwidoczniej frustracja i złość na sama siebie musiały w niej kotłować się od bardzo dawna. Tykanie zegara, cichy dźwięk świata za oknem, przyjemny zapach bergamotki osadzały ją w rzeczywistości uspokajając oddech i myśli niebezpiecznie rozbiegane. Sięgnęła dłonią po filiżankę, w międzyczasie podając zwój w stronę wyciągniętej dłonie. Kiwnęła nieznacznie głową upijając łyk herbaty. Znajomy smak rozlał się po ciele wraz z ciepłem napoju. -Na tyle, aby przyjść bez uprzedzenia. - Odpowiedziała bez wahania i spojrzała na zwój. -Jeżeli zastanowimy się po została stworzona ręka Glorii będziemy mieli możliwość zrozumienia jaki był pierwotny zamysł. Od czego się to wszystko wzięło. - Trzymając filiżankę w dłoniach uspokajała również swoje ciało, które wciąż czuło ekscytację odkryciem, jakim chciała się od razu podzielić. Dostrzegła teraz zmęczenie jakie malowało się na twarzy czarodzieja, poczucie winy przyszło ze zdwojoną siłą. -Przepraszam za najście. - Dodała po chwili walcząc z odruchem chowania kosmyków za ucho w geście zakłopotania. Nie było kosmyków do schowania. Włosy pomimo biegu nadal tworzyły idealną fryzurę pod beretem. Upiła znów łyk herbaty tym samym nie wstając ze swojego miejsca, choć bardzo chciała podejść i wskazać akapity na manuskrypcie. Wiedziała też, że Amodeus doskonale wie, o które chodzi bo sam spędził nad nim wiele godzin.-Wsparcie, więź krwi… Ręka Glorii oświetla drogę temu, kto ją trzyma. Potrafi opierać drzwi, trzymać też inne przedmioty. Jeżeli założymy, że takie artefakty kiedyś były robione z dłoni zmarłych przodków? - Śmiała teza, jednocześnie jak najbardziej pasująca do tego czym zajmowała się rodzina Burke i z jakimi przedmiotami, można było się spotkać w ich sklepie.
Artefakty powiązane z czarną magią nie były jej obce. Primrose nie była biegła w tej dziedzinie magii, ale miała z nią styczność, wiedziała jakie są efekty korzystania z niej i rozumiała zależności z tym się wiążące. To właśnie zrozumienie pchnęło ją do to tego, aby badać artefakty, szukać ich i klasyfikować. Potrafiła spędza długie godziny nad jednym przedmiotem, poznawać jego historię lub szukać początków jego powstania. Tak jak właśnie czyniła teraz siedząc jak na szpilkach w oczekiwaniu na wyrok ze strony Amodeusa.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#18
Amodeus Nott
Czarodzieje
well fed devils behave better than famished saints
Wiek
32
Zawód
Łamacz klątw; badacz run i artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
22
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
9
8
Brak karty postaci
27-01-2026, 15:30
Amodeus przejął manuskrypt w chwili, gdy Primrose cofnęła dłoń. Pergamin był chłodny, sztywny, jakby nie zdążył jeszcze przyjąć ciepła jej palców. Zatrzymał go między nimi na ułamek sekundy, zanim opuścił wzrok — nie z ostrożności, lecz z przyzwyczajenia. Zanim czytał, zawsze pozwalał przedmiotowi zaistnieć. Ciężar. Zapach. Sposób, w jaki krawędzie lekko się wykrzywiały, zdradzając wiek i liczbę rąk, które wcześniej próbowały go ujarzmić.
Rozwinął zwój powoli. Szmer pergaminu wypełnił gabinet, cichy, suchy, wyraźny na tle tykania zegara. Światło sączące się spod zasłon osiadało na liniach pisma, wydobywając nieregularność atramentu — miejsca, gdzie ręka autora przyspieszała, i te, w których zawieszała się na moment dłużej. To nie był tekst prowadzony równo. To był zapis myśli, które nie potrzebowały czytelnika, tylko świadka.
Zapach herbaty stał się wyraźniejszy. Bergamotka, jeszcze ciepła, mieszała się z wonią starego papieru i politurowanego drewna. Gabinet trwał w swoim uporządkowanym bezruchu; regały z księgami niezmiennie zamykały przestrzeń, a jednak teraz wydawały się bliższe, jakby wszystko zacieśniało się wokół jednego punktu.
Czytał bez pośpiechu. Nie szukał potwierdzenia. Szukał tonu. Miejsc, w których tekst przestawał prowadzić, a zaczynał zakładać. I właśnie tam — w urwanych zdaniach, w skrótach, w znakach zapisanych niezgodnie z klasyczną łaciną — odnajdywał coś znajomego. Wzorzec, który wcześniej potraktował jak archaiczną manierę, teraz układał się w logiczną całość.
Krew — nie jako substancja, lecz przynależność.
Dłoń — nie jako narzędzie, lecz gest.
To nie było nowe. Było zapamiętane, tylko odłożone zbyt daleko, by od razu po nie sięgnąć.
Uniósł wzrok na Primrose. Siedziała spokojniej niż wcześniej, ale wciąż w gotowości, jak ktoś, kto wie, że przekroczył próg, zza którego nie ma już powrotu do wygodnych uproszczeń. Filiżanka w jej dłoniach parowała lekko. Ciepło napoju zdawało się ją kotwiczyć w miejscu.
— Nie przepraszaj — odezwał się w końcu. Głos miał niski, równy. — Nic się nie stało.
Nie był to gest uprzejmości, raczej stwierdzenie faktu. Złożył manuskrypt i odłożył go na biurko, nie na bok, lecz dokładnie między nimi — jak punkt odniesienia, jak coś, do czego będą wracać. Przez chwilę milczał, pozwalając, by jej ostatnie słowa wybrzmiały we właściwym miejscu.
— Nie musimy zakładać — odpowiedział spokojnie, choć to, co za chwilę miała usłyszeć, mogło wzbudzić różne reakcje. — Artefakty tworzone z przypadkowych ludzkich szczątków istnieją… i są dość niestabilne. Działają gwałtownie, często wbrew temu, kto próbuje je wykorzystać.
Przesunął palcami po krawędzi biurka, jakby porządkował myśl ruchem, nie słowem.
— Istnieją jednak zapisy, w których dłoń nie była traktowana jak materiał, lecz jak przedłużenie relacji — dodał. — Przodek, nie ofiara. W takich przypadkach przedmiot nie działał sam z siebie. Reagował na to, kto i z jakiego miejsca po niego sięgał.
Dopiero wtedy wstał. Przeszedł wzdłuż regałów powoli, palcami sunąc po grzbietach ksiąg, aż zatrzymał się przy jednym z niższych działów. Sięgnął po opasły tom w ciemnej, miejscami wytartej oprawie i położył go na biurku przed Primrose. Otworzył dokładnie tam, gdzie kartki były najbardziej wyślizgane — ślad wielokrotnego powrotu.
— Talizmany pogranicza. Wyspy Brytyjskie, północ Europy, piętnasty i szesnasty wiek — ciągnął, nie podnosząc głosu. — Zbiór praktyk, w których artefakt nigdy nie był ważniejszy od tego, z czego wyrastał.
Pochylił się nad księgą, wskazując fragment palcem, lecz nie czytał go na głos. Zakładał, że Primrose potrafi odczytać sens sama.
— Światło widoczne tylko dla trzymającego. Sen tych, którzy nie należą do kręgu. Przejście dostępne wyłącznie dla tego, komu przysługuje — mówił dalej jednym ciągiem. — To nie są efekty demonstracyjne. To konsekwencje naruszenia granicy. Artefakt działa w obrębie więzi, nie przeciwko światu.
Oparł dłonie o blat biurka, pochylając się nieznacznie. Jego spojrzenie wróciło do manuskryptu, już inne niż wcześniej. Uważne. Skupione.
— Czytałem to jak zapis techniki — powiedział spokojnie, dopiero teraz patrząc na Primrose. — A to nie jest technika. To zapis relacji, która istniała wcześniej niż sam przedmiot.
Cisza, która zapadła, nie była zawieszeniem rozmowy, lecz jej naturalnym pogłębieniem.
— Jeśli masz rację — dodał po chwili, wskazując otwartą księgę — być może właśnie tu zaczniemy rozumieć, jaki był pierwotny zamysł tego typu artefaktów.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#19
Primrose Burke
Czarodzieje
Wiek
25
Zawód
Badaczka artefaktów i run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
12
9
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
8
Brak karty postaci
28-01-2026, 10:43
Siedziała jak na szpilkach. Każda sekunda ciągnęła się w nieskończoność, rozciągała jak zbyt cienka nić, gotowa pęknąć przy najmniejszym ruchu. Nie potrafiła skupić wzroku na niczym innym niż na Amodeusie i manuskrypcie, który trzymał w dłoniach. Śledziła każdy jego krok. To jak zmienił ciężar ciała z jednej nogi na drugą, jak na moment zatrzymał palce na marginesie strony. Każdy gest wydawał się zapowiedzią werdyktu, który wciąż nie nadchodził. Gdy westchnął, serce podeszło jej do gardła. Była wyczulona na każdy dźwięk. Szmer papieru, cichy stuk obcasa o podłogę, nawet jego oddech brzmiał zbyt głośno. Próbowała przekonać samą siebie, że przecież nic się jeszcze nie stało, że to tylko analiza, że opinia przyjdzie za chwilę. A jednak myśli biegły własnym torem. Jeśli się myliła. Jeśli źle zinterpretowała fragment. Jeśli to, co uznała za przełom, okaże się nic nieznaczącą ciekawostką. Czekanie było nieznośne. Czuła napięcie w ramionach, w dłoniach splecionych zbyt mocno na kolanach, w całym ciele, które chciało się zerwać i wyrwać odpowiedź siłą. Każda kolejna chwila pogłębiała to uczucie zawieszenia, w którym nie było już miejsca na spokój, tylko na nerwową nadzieję i strach, że za moment wszystko się rozsypie.
Drgnęła gdy przerwał ciszę, a jego głos przeciął powietrze. Skupiła wzrok na manuskrypcie, który znalazł się między nimi. -Połączenie poprzez więzy krwi. Skoro artefakt należał do mojego przodka, to działał wyłącznie wtedy kiedy używały był przez kolejne pokolenie. - Zgodziła się i absolutnie nie była zaskoczona. Tak właśnie sądziła, że stąd się wszystko wzięło. Obcując z przedmiotami czarnomagicznymi nie była ani trochę zszokowana, że ludzki szczątki były wykorzystywane do tworzenia artefaktów. Podążyła za nim wzrokiem kiedy sięgnął po opasły tom, a potem nachyliła się nad księgą i wersami na które wskazał jej uwagę. Zmarszczyła nieznacznie brwi. Słowa jakie czytała brzmiały znów jak zagadka, jak twierdzenia autora, który wiedział do kogo i dla kogo je pisze. -Sen tych, którzy nie należą do kręgu? - Zapytała lekko zmieszana, ale olśnienie przyszło zaraz po tym jak pytanie zawisło w powietrzu. -Koszmary i mary senne. Zagrożenie dla obcego, ochrona dla rodziny. - Powiedziała, a ekscytacja na nowo zaczęła w niej rosnąć, tak bardzo różna od spokoju jakim emanował pan Nott. -Albo po prostu sen, a ci co należą do rodziny w niego nie zapadają. - Odstawiła filiżankę na bok i skupiła się jeszcze bardziej na księdze przed sobą. -Na relacji, powiązaniach rodzinnych budowano pierwsze artefakty, które mogły mieć podwójne działanie. Ochronne dla kręgu, szkodliwe dla obcych, coś co dziś nazywamy klątwami. - Uniosła spojrzenie na czarodzieja, a w jej oczach tliła się iskra euforii odkryciem. Sięgnęła po manuskrypt. -Czyli wcale nie musimy się mylić. Krew może zarówno oznaczać płyn jak i rodzina, powiązanie ludzi.
To oznaczało, że dobrze tłumaczyli, a jedynie nie zrozumieli od samego początku kontekstu i połączeń wynikających z postrzegania i rozumienia świata przez twórcę tego zapisu. Być może właśnie trafili do początków, do tego jak zaczęło się wytwarzanie artefaktów i jaki był ich cel i pierwotne założenie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#20
Amodeus Nott
Czarodzieje
well fed devils behave better than famished saints
Wiek
32
Zawód
Łamacz klątw; badacz run i artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
22
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
9
8
Brak karty postaci
31-01-2026, 09:57
Amodeus stał oparty o krawędź biurka, dłonie spoczywały płasko na blacie, jakby w ten sposób zakotwiczał myśli, które zaczynały poruszać się szybciej, niż zwykł im na to pozwalać. Słuchał uważnie — nie tylko słów, ale pauz między nimi, tego momentu zawahania przy śnie, przy kręgu, przy próbie nazwania czegoś, co jeszcze nie chciało dać się ująć w jedną definicję. Widział, jak jej tok rozumowania sam się domyka, jak nie potrzebuje prowadzenia, a jedynie potwierdzenia, że idzie właściwą ścieżką.
Gdy sięgnęła po manuskrypt, jego spojrzenie na chwilę zatrzymało się na jej dłoniach. Nie z powodu gestu — raczej z uwagi na napięcie, które wciąż w nich tkwiło, mimo że słowa, które wypowiadała, brzmiały coraz pewniej. To nie była euforia wynikająca z triumfu. To było coś bliższego ulgi, że grunt pod nogami wreszcie przestaje się zapadać.
— Dokładnie — odezwał się spokojnie, gdy pozwoliła wybrzmieć ostatniemu zdaniu. Głos miał niski, wyważony, jakby celowo nie chciał przyspieszać tempa, które ona zaczęła narzucać. — To nie jest sprzeczność. To wieloznaczność, której autor nie uznał za konieczne wyjaśniać, bo dla niego była oczywista.
Odwrócił głowę w stronę otwartej księgi, chcąc zaznaczyć punkt odniesienia. Jego palce przesunęły się po marginesie, tam, gdzie dawny właściciel tomu naniósł drobne, niemal niewidoczne notatki.
— Sen rzadko bywał rozumiany dosłownie — ciągnął, splatając ze sobą sensy, które ona dopiero co nazwała. — W zapiskach z tego okresu oznaczał stan wyłączenia, zawieszenia, czasem ochrony, czasem zagrożenia. To, co nazwali koszmarami, pojawia się często jako efekt uboczny naruszenia granicy. Obcy, który wchodził w przestrzeń, do której nie należał, doświadczał tego inaczej niż ten, kto był częścią kręgu.
Podniósł wzrok na Primrose. Jej skupienie było niemal namacalne, jakby każde kolejne zdanie dokładało kolejną warstwę do obrazu, który zaczynała widzieć coraz wyraźniej.
— Dlatego artefakty tego typu nie są jednoznacznie ochronne ani wyłącznie destrukcyjne — dodał. — Ich działanie zależy od relacji. Od tego, kim jest użytkownik wobec tego, co artefakt rozpoznaje jako swoje. Dla jednych są tarczą. Dla innych ostrzeżeniem. Albo karą.
Wyprostował się nieco, odsuwając się od biurka, jakby potrzebował dystansu, by spojrzeć na całość. Przez moment w gabinecie słychać było tylko cichy trzask drewna w kominku i tykanie zegara, które teraz nie drażniło, a porządkowało myśli.
— Jeśli krew w tym tekście funkcjonuje jednocześnie jako substancja i jako więź — mówił dalej, wolniej — to nie dlatego, że autor nie potrafił się zdecydować. Tylko dlatego, że nie widział między nimi różnicy. Dla niego jedno wynikało z drugiego. Płyn był nośnikiem, ale znaczenie leżało w ciągłości.
Zatrzymał spojrzenie na manuskrypcie, który znów znalazł się w jej dłoniach.
— To oznacza, że nie popełniliśmy błędu w tłumaczeniu — powiedział wprost. — Raczej zaczęliśmy od niewłaściwego punktu ciężkości. Czytaliśmy to jak opis działania, nie jak zapis światopoglądu.
Nie było w tym wyrzutu. Raczej spokojne stwierdzenie faktu, które nie odbierało jej odkryciu wagi, a wręcz ją porządkowało.
— Jeśli rzeczywiście trafiliśmy na wczesne formy myślenia o artefaktach — dodał po chwili — to dalsze fragmenty mogą być jeszcze mniej precyzyjne w sensie technicznym, a znacznie bardziej dosadne w warstwie symbolicznej. Trzeba będzie czytać je wolniej. I ostrożniej.
Zamilkł na moment, jakby rozważał, czy wypowiedzieć kolejną myśl na głos. W końcu skinął lekko głową, jakby samemu sobie. Nie sięgnął po manuskrypt. Pozwolił, by pozostał w jej rękach, jakby tym gestem uznawał, że to ona prowadziła tę część drogi. Swoją uwagę skupił na otwartej księdze, przyglądając się widniejącym w niej zapisom.
— No dobrze, zacznijmy jeszcze raz — dodał spokojnie. — Od pierwszego miejsca, w którym autor przestaje tłumaczyć, a zaczyna zakładać. Tam zwykle kryje się to, co najważniejsze.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 02-02-2026, 10:43 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.