• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Wschodni Londyn > Portowy pub "Sól i Mgła" > Stoliki na uboczu
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
01-11-2025, 14:12

Stoliki na uboczu
W ciemniejszym, oddalonym kącie tawerny panuje półmrok, w którym ledwie migocze światło kilku świec. To spokojniejsze miejsce, oddalone od głównego zgiełku i krzyków dochodzących z głównej sali. Powietrze przesycone jest zapachem dymu, który zdaje się nigdy nie opuszczać tego zakątka. Często można spotkać tutaj stałych bywalców tawerny, którzy nie lubią, gdy się im przeszkadza. Jednocześnie jest to też jedna z miejscówek, gdzie dość często można zastać chrapiących marynarzy, którzy nieco przesadzili z ilością wlanego w siebie trunku.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Amodeus Nott
Czarodzieje
well fed devils behave better than famished saints
Wiek
32
Zawód
Łamacz klątw; badacz run i artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
22
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
9
8
Brak karty postaci
14-12-2025, 17:12
11 marca 1962



Półmrok w bocznym zakątku tawerny był gęsty, niemal lepki, jakby powietrze zgęstniało od dymu, zapachów i niedopowiedzianych rozmów. Amodeus siedział przy jednym z masywnych stołów, nadgryzionych zębem czasu, z przedramionami opartymi o szorstkie, nierówne drewno. Świece paliły się nisko, ich płomienie drżały przy każdym przeciągu, rzucając na kamienne ściany cienie poruszające się z opóźnieniem — jakby świat nie do końca nadążał dziś za własnym rytmem.
Gdzieś w głębi sali brzęknęła łyżka o cynowy kubek, ktoś parsknął śmiechem, a potem znów wrócił jednostajny szum rozmów. Dźwięki układały się w tło zbyt głośne, by o nim zapomnieć, i zbyt monotonne, by się do niego przyzwyczaić. Nott miał wrażenie, że nawet jego oddech brzmi tu obco.
Czas rozciągał się nieprzyjemnie. Miał wrażenie, że od chwili, gdy umówili się w tym miejscu, minęła cała wieczność. Co chwilę zerkał w stronę wejścia do bocznej sali, spodziewając się zobaczyć znajomą sylwetkę wyłaniającą się z dymu i gwaru. Zamiast tego dostrzegał jedynie śpiącego marynarza przy sąsiednim stole oraz karczmarkę, która przechodziła obok z obojętnością kogoś, kto widział już wszystko i nic nie było w stanie go zaskoczyć. Tutaj czas naprawdę zdawał się stać w miejscu.
Nie potrafił jednak skupić się wyłącznie na oczekiwaniu. Pod skórą wciąż pulsował obraz snu — wyśnionego kilka dni temu, a jednak niepokojąco żywego, zbyt obecnego jak na coś, co powinno rozpłynąć się wraz z porankiem. Nie był to zwykły koszmar ani chaotyczna wizja, tylko doświadczenie pozostawiające po sobie stan: napięcie, czujność, gotowość do ruchu.
Czuł, jak jego ciało pamięta tamto uczucie. Jakby był jedynie luźnym zbiorem cząstek, gotowych w każdej chwili rozsypać się i ułożyć na nowo. Przez krótką, niepokojącą chwilę był czymś innym — drzewem zapuszczającym korzenie głęboko w ziemię, burzą, która nie pyta o zgodę, tylko nadciąga, motylem kruchym i wolnym jednocześnie. Ta wielość form nie przerażała go tak bardzo, jak powinna. Przerażało go raczej to, jak naturalna się wydawała, jakby była częścią niego od dawna, tylko dotąd szczelnie zamkniętą.
Przesunął dłonią po karku, jakby chciał upewnić się, że nadal jest sobą. Skórą, kośćmi, oddechem. A jednak coś się zmieniło. To nie była iluzja ani efekt zmęczenia — raczej ciche przesunięcie wewnętrznych granic, poluzowanie tego, co dotąd trzymało go w znanej formie.
Zauważył, że od kilku dni myśli inaczej. Śmielej. Z niepokojącą lekkością rozważał rzeczy, które jeszcze niedawno uznałby za nierozsądne. Był bardziej otwarty na bodźce — na ludzi, na emocje, na to, co nieprzewidywalne. Jednocześnie drażniły go drobiazgi: skrzypienie stołka, zbyt głośny oddech marynarza, zapach starego dymu. Sen nie zostawił po sobie jednego obrazu, lecz ciągły nacisk gdzieś pod myślami.
Westchnął cicho i sięgnął po szkło, choć trunek dawno stracił świeżość. Zbyt długo stał nietknięty, podobnie jak on sam — jakby coś w nim odstało, czekając na ruch, impuls, rozmowę, która nada temu sens.
Naturalnym było, że to właśnie z Billym miał się spotkać. Jeśli ktoś potrafił rozumieć sny, znaki i przemiany, to on. Potrzebował tej obecności bardziej, niż chciałby przyznać — nie po to, by znaleźć odpowiedzi, lecz by upewnić się, że nie traci gruntu pod nogami. Że ta zmiana nie jest początkiem rozpadu, lecz przejściem.
Znów spojrzał w stronę wejścia, palcami bębniąc cicho o blat stołu. Cierpliwość nigdy nie była jego najmocniejszą stroną, a dziś nerwowość wybrzmiewała wyraźniej niż zwykle. Sen wciąż szeptał gdzieś na obrzeżach myśli, podpowiadając, że nie wszystko musi pozostać takie, jakie było. Że może nawet nie powinno.
Gdy w oddali poruszył się cień — tym razem wyraźniejszy, bardziej ludzki — Amodeus wyprostował się odruchowo. Jakby sama możliwość nadejścia przyjaciela była kotwicą, która na chwilę przytrzymuje go w tej wersji siebie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
William Travers
Śmierciożercy
Freedom isn’t enough. What I desire doesn’t have a name yet―
Wiek
32
Zawód
Żeglarz-przemytnik, handlarz i łowca
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
6
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
15
10
Brak karty postaci
18-12-2025, 23:02
Port w Londynie pachniał głównie wilgocią, jakby miasto powoli gniło od strony rzeki. Billy wziął głębszy oddech i cisnął na chodnik wciąż żarzącego się półtrupa Dunhavena, którego niepotrzebnie zadusił podeszwą ciężkiego buta ― tu wszystko było mokre, nawet kamień przed pubem. Jeszcze chwila i sam zacznie gnić, mimo skórzanego płaszcza, który nieźle chronił przed brytyjską aurą ― konkurentką dementorów.
Ognista wypita z kontrahentem powoli rozpuszczała sztywność karku towarzyszącą Traversowi od samego rana, a perspektywa spotkania z Nottem skutecznie przepędzała zmęczenie, które jeszcze godzinę temu zajadle podgryzało co drugi nerw w jego ciele.
Mieli co celebrować, a że byli poważnymi ludźmi ― znali na to jeden sposób. Zdruzgotać się alkoholem. Opcjonalnie zaruchać i zrzygać się w pobliskim zaułku. Ciężka praca wymagała nagrody, a Billy zamierzał odebrać ją w całości.
Sól i mgła była wyborem bezpiecznym.
Przede wszystkim znanym Amodeusowi.
Krótkie spojrzenie na tarczę zegarka wyłowionego z kieszeni płaszcza wystarcza, aby Billy wiedział, że jest spóźniony mniej więcej o kolejkę albo dwie. To prawie nic ― szczególnie w perspektywie wieczności ― i mógłby to powiedzieć Amodeusowi, gdyby ten nie był już przyzwyczajony do tego, że czas jest tylko konstruktem, wobec którego Travers prywatnie jest dość sceptyczny.
Wnętrze pubu wita go ciepłem i gwarem; zaduchem, wobec którego nie zostaje mu nic innego niż przepchnąć się w kolejce do dębowego baru, za którego ladą widzi barmana. Nie musi wysilać się na uśmiech ― ten rozgaszcza się na twarzy jeszcze zanim Billy zamawia dwa kufle piwa i szoty czegoś, czym równie dobrze można było odkazić pokład po Kasztanie.
Ewentualnie duszę.
Gwar narasta.
Maleje irytacja, mimo że musi odpędzać się od uwagi, którą wywołuje za każdym razem, kiedy Cnota zawija do portu po miesiącach nieobecności. Opowieści nie opowiedzą się same. Galeony nie zmienią właścicieli bez pomocy, a przysługi nie wymienią się bez słowa wyjaśnienia ― porozmawiamy później staje się więc póki co najczęściej składaną obietnicą wieczoru.
Dotrzymanie jej nie jest teraz istotne.
Ważniejsze jest znalezienie w tej dusznej gęstwinie Amodeusa i podlanie go alkoholem, zanim zacznie więdnąć i schnąć ― z tęsknoty, oczywiście. Billy chwyta między palce szkło i wyjątkowo zręcznie lawiruje w ścisku ― nie ulewając ani kropli — aż jego spojrzenie pada na bardzo znajome plecy i ramiona pochylone nad jednym ze stołów tkwiących na ścisłym uboczu pomieszczenia.
― Długo czekasz? ― ostatnio widzieli się na święta, więc oczywiście. Uśmiech tym razem nie zatrzymuje się w kącikach ust, dosięga jeszcze trzeźwego spojrzenia i ogniskuje się w nim na dłużej. Dwa kufle z piwem lądują bezpiecznie na stole — mniejsze kieliszki podążają ich śladem. Billy zrzuca płaszcz z ramion i przewiesza go przez oparcie krzesła, na które zaraz opada, aż drewniane nogi skrzypią w cichym proteście. Pochrapywania sąsiada to cicha symfonia, na którą nawet nie zwraca uwagi ― koncentrując się na Amodeusie. ― Przemarzłem na kość w porcie. Ktoś zgubił dokument potrzebny do―
― ktoś, czyli prawdopodobnie on sam.
Głupi błąd skorygowany łapówką.
Można zapomnieć.
― A zresztą nieważne ― niecierpliwie potrząsnął głową i chwycił za kieliszek. ― Straszny syf z tego wyszedł, ale już załatwione. To co, za spotkanie?
Wynalazek spod lady był dokładnie tak obrzydliwy, jak się spodziewał. Tylko, że gorsze rzeczy miewał już w ustach, więc tylko przepił paskudztwo dwoma łykami piwa, patrząc, jak Nott radzi sobie z tym gównem w płynie.

piję: k68 - 15 = 53
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Amodeus Nott
Czarodzieje
well fed devils behave better than famished saints
Wiek
32
Zawód
Łamacz klątw; badacz run i artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
22
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
9
8
Brak karty postaci
20-12-2025, 23:41
Dźwięk stawianego szkła przeciął gwar skuteczniej niż podniesiony głos. Amodeus uniósł wzrok w chwili, gdy dwa kufle wylądowały przed nim z charakterystyczną pewnością Traversa — bez pytania, bez wahania, jakby ten stół należał do nich od zawsze. Przez ułamek sekundy patrzył tylko na jego ręce, na sposób, w jaki odstawił szkło: ruch wyuczony do perfekcji, pozbawiony niepotrzebnej ostrożności, jakby każde zawahanie było stratą czasu.
Billy pachniał portem. Solą, wilgocią, alkoholem i czymś jeszcze — metalicznym, trudnym do uchwycenia, jak echo długiego przebywania w miejscach, gdzie nic nie jest do końca czyste ani bezpieczne. Amodeus zarejestrował to odruchowo, podobnie jak napięcie w jego ramionach i ślad zmęczenia w spojrzeniu, które znikało szybciej, niż powinno. Travers zrzucił płaszcz i opadł na krzesło, rozpychając przestrzeń samą obecnością, jakby pub musiał się do niego dostosować.
— Długo czekasz?
Amodeus zerknął na zegarek tylko po to, by go zignorować. Czas był dziś pojęciem umownym, a poza tym Billy nigdy nie traktował go poważnie.
— W sam raz, żeby się rozmyślić — odparł, unosząc kącik ust w czymś, co ledwie zahaczało o uśmiech.
Billy wtrącił coś o porcie, o dokumentach, o drobnym błędzie, który — Amodeus byłby gotów się o to założyć — udało się naprawić pieniędzmi i tupetem. Przytaknął, bardziej z przyzwyczajenia niż z rzeczywistej potrzeby. Znał ten schemat aż za dobrze. Travers rzadko kiedy miał pamięć do tak prozaicznych rzeczy jak pozwolenia zapisane na kawałku pergaminu, co — trzeba było przyznać — w jego przypadku miało pewien sens. Z charyzmą Billy’ego drzwi zwykle otwierały się same, zanim ktokolwiek zdążył zapytać o formalności.
Zauważył, że dziś reaguje na jego obecność szybciej niż zwykle. Jakby Billy ostrzej zaznaczał się w przestrzeni: dźwięk głosu, ruchy, nawet drobne gesty przyciągały uwagę z niepokojącą intensywnością. Granica między nim a resztą świata wydawała się cieńsza, mniej stabilna. Alkohol stał na stole, a Amodeus był niemal pewien, że zadziała szybciej, niż powinien — jakby organizm już wcześniej był w stanie podwyższonej gotowości.
Kieliszki, które Billy dołożył do zestawu, wyglądały podejrzanie. Zbyt małe, by były niewinne.
Chwycił jeden z nich i uniósł w geście toastu, choć nie podniósł go od razu do ust. Zapach uderzył natychmiast — ostry, agresywny, wwiercający się w nozdrza jak ostrzeżenie, którego nikt nie zamierza respektować. Przez krótką chwilę coś w nim kalkulowało konsekwencje, ale ta myśl rozpłynęła się równie szybko, jak się pojawiła.
Wypił jednym haustem.
Smak był brutalny, wręcz brudny, a mimo to dziwnie znajomy. Może smakował jak wszystkie szoty w podobnych miejscach, do których Billy ciągał go przez lata — bez nazwy, bez składu, bez obietnicy czegokolwiek poza chwilowym zapomnieniem. Przez moment milczał, pozwalając ciału zdecydować, czy to już kara, czy dopiero zapowiedź. Gardło zapiekło, żołądek zaprotestował leniwie, ale nic więcej się nie wydarzyło.
— Smakuje jak gówno — stwierdził w końcu.
Popił piwem, które przywróciło świat do bardziej akceptowalnych proporcji. Oparł się wygodniej, ramiona rozluźniły się nieznacznie. Spojrzenie wróciło do Billy’ego — uważne, pozbawione ceremonialności, jaką zwykle rezerwował dla ludzi spoza bliskiego kręgu.
— Koniec końców ani woda, ani porty cię nie zabiły — rzucił. — A to już coś.
Amodeus zatrzymał na nim spojrzenie na ułamek sekundy dłużej, niż wymagała uprzejmość. Wcześniejszy powrót mógł oznaczać wszystko i nic. Czasem pieniądze, czasem kłopoty, czasem decyzje podjęte zbyt szybko, by można je było jeszcze odkręcić.
— Wróciłeś wcześniej — zauważył spokojnie. — To albo wyjątkowo dobry interes, albo wyjątkowo zły powód.
Sięgnął po kolejny łyk piwa. Zaczęcie od najmocniejszego alkoholu nie było rozsądne, ale dziś rozsądek nie miał zbyt wiele do powiedzenia. Alkohol rozlewał się w nim szybciej, niż się spodziewał, potęgując wrażenie czujności, jakby każdy bodziec był minimalnie podkręcony. Gwar pubu stał się bardziej natarczywy, zapachy intensywniejsze, a obecność Billy’ego — wyraźniejsza, cięższa.
Odstawił ogrzaną whisky bez żalu. Nie miał dziś cierpliwości do rzeczy, które wymagają czasu, by nabrać sensu.
— Więc? — zapytał w końcu. — Świętujemy czy topimy coś, czego nie da się już odratować?
Uniósł kufel minimalnie, gestem pozbawionym teatralności. Jeśli wieczór miał pójść w stronę, z której trudno się wraca, nie widział powodu, by stawiać opór.

też pije: k24- 9 = 15
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
William Travers
Śmierciożercy
Freedom isn’t enough. What I desire doesn’t have a name yet―
Wiek
32
Zawód
Żeglarz-przemytnik, handlarz i łowca
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
6
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
15
10
Brak karty postaci
02-01-2026, 16:05
Zmarszczka na ogorzałym czole nabrała głębi, kiedy Billy uniósł brwi, patrząc na Amodeusa dłużej, niż miał w zwyczaju. Spojrzenie wyjątkowo nie uciekało w bok, nie śledziło kątów sali i załamań cieni na ścianach, nie przyklejało się do obcych pleców i jeszcze bliżej nieznanych kobiecych nóg ― tych ostatnich zresztą nie było w zasięgu wzroku, ale nie to było powodem zaangażowania rozmówcą. Chyba chciał mieć pewność, że podczas jego nieobecności niewiele się zmieniło w życiu Notta, a żadna z potencjalnych zmian nie odcisnęła piętna na znajomej twarzy ― nie osadziła się w głosie ani spojrzeniu, na którego dnie dopatrzył się uśmiechu, więc i on uśmiechnął się nieco szerzej. Szorstkie palce prawej dłoni zacisnął na zimnym kuflu z piwem, kciukiem kreśląc kręgi na wilgotnej kamionce.
― Nie dramatyzuj.
Dwa magiczne słowa ― z repertuaru tych zakazanych ― których Billy nie odważyłby się wypowiedzieć do żony idealnie pasowały do Amodeusa. Pięć minut więcej czy mniej ― co za różnica. Obydwaj wiedzieli, że żadna. I tylko zabawnie patrzyło się na Notta samotnie siedzącego w tej portowej dziurze. Na tle innych gości wyróżniał się, jak samorodek złota wrzucony w gówno. Sztywny w ramionach, z głową uniesioną nieco za wysoko, z płaszczem wartym tyle, co miesięczny marynarski zarobek ― wprawne oko nawet nie musiało być trzeźwe, żeby to wszystko wychwycić. Kiedyś, kiedy byli nieco młodsi, Travers specjalnie wynajdywał co obskurniejsze lokale, takie gdzie człowiek oprócz wszystkich pieniędzy mógł stracić też zęby i bardzo szeroko pojętą niewinność, a smród nocy w nich spędzonych ciężko było wypłukać z włosów i skóry dłoni. Obecnie bardziej cenił wygodę, a Sól i mgła w porównaniu do rozmazanych wspomnień wypadała wręcz luksusowo.
Nawet jeśli trunek spod lady smakował jak gówno.
Co to w ogóle było?
Chyba bezpieczniej będzie nie dociekać.
― A to dopiero początek jego zalet ― uśmiechnął się niemal pewien, że ciężko będzie pozbyć się tego smaku z końca języka. ― Pamiętasz te truskawkowe szoty, po których młody rzygał na różowo?
Tego widoku nie dałoby się wymazać z pamięci żadną ilością bimbru pędzonego na szczurzych bobkach. Constance była wściekła, kiedy podczas porannego spaceru odkryła, że w ich ogrodzie zalęgły się pawie ― z ornitologią nie mające wiele wspólnego, za to prezentujące imponującą paletę barw na jej różanych krzakach.
― Woda nie utopi ryby ― krótkiemu parsknięciu śmiechu towarzyszyło odchylenie się na krześle, którego dwie przednie nogi znalazły się w powietrzu. Niezbyt roztropne, ale konieczne, żeby złowić spojrzeniem jedną z kelnerek krzątających się po sali. ― Ogień nie zabije smoka.
Ale butelka tego, co kobieta przyniosła na stół potencjalnie mogła.
Billy podziękował, spoglądając na etykietę. Elfia wódka niosła ze sobą obietnicę przepłukania gardła i zatarcia wspomnienia pierwszego brudnego szota, który oprócz niesmaku pozostawił po sobie ciepło uderzające w twarz ― miłą odmianę po chłodzie i wilgoci portu.
― To wyjątkowo dobry interes ― przytaknął, rozlewając wódkę do kieliszków. To nie skromność nakazywała wstrzemięźliwość z entuzjazmem ― kontrakt może i był lukratywny, ale oprócz galeonów nie brzęczało w nim nic interesującego. Oczywiście, Billy mógłby ubarwić opowieść, wspomóc się wyobraźnią i z trzech raczej nudnych miesięcy na morzu zrobić historię życia, tylko po co? Amodeusowi nie musiał imponować. ― Za nas.
Uniósł kieliszek w górę i opróżnił go jednym haustem.
Zapiekło w gardle, ale tym razem obeszło się bez smaku szamba.
Przyjemna odmiana.
― Nie myślałeś, żeby rozejrzeć się za jakimiś artefaktami poza Wielką Brytanią? ― zapytał, pochylając się do kieszeni płaszcza i wyciągając z niej zmiętą paczkę papierosów. Odpalił Dunhavena od świeczki stojącej na stole i zaciągnął się głęboko gryzącym płuca dymem. Do połowy pełną paczkę rzucił na lekko lepiący się blat. ― Przydałoby ci się trochę słońca, blado wyglądasz. Na Haiti pewnie dałoby się znaleźć coś ciekawego.
Coś ciekawego w ustach Billy'ego mogło być zarówno artefaktem z voodoo w tle, jak i hebanowymi udami, a ogólnie rzecz biorąc ― jedno nie wykluczało drugiego.
Jeszcze dobrze nie osiadł w Europie, a myślami już z niej wypływał.

piję: 53 + (67 - 15) = 105
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 11-01-2026, 17:47 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.