• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Walia > Statek “Złota Łania”
Statek “Złota Łania”
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
04-08-2025, 16:11

Statek “Złota Łania”
„Złota Łania” to trójmasztowy smukły kliper o zdobieniach ze złoconego drewna, które połyskują w słońcu niczym drogocenny klejnot. Na dziobie widnieje kunsztownie wyrzeźbiona figura łani w skoku, stanowiąca znak rozpoznawczy jednostki. Pokład z ciemnego drewna jest solidny i zadbany, a maszty wznoszą się wysoko, podtrzymując rozległe żagle uszyte z grubego, jasnego płótna. Wnętrze statku to plątanina wąskich korytarzy, schodów i kajut, wypełnionych skrzyniami, linami i morskimi narzędziami. Kliper wyposażony jest w liczne działa burtowe, świadczące o jego bojowym charakterze pomimo, że oficjalnie to statek handlowy. Nawet na spokojnych wodach „Złota Łania” emanuje gotowością do starcia i dalekich wypraw.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (5): « Wstecz 1 … 3 4 5
 
Odpowiedz
Odpowiedz
#41
Kenneth Fernsby
Czarodzieje
Wiek
31
Zawód
Kapitan "Złotej Łani", przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
11
12
Brak karty postaci
02-01-2026, 01:15
Zamarł na moment, naprawdę zaskoczony. Jej słowa trafiły w sedno z precyzją, której się nie spodziewał jakby zobaczyła coś, czego on sam rzadko pozwalał sobie dotknąć myślą. Przestał całować jej obojczyk tylko na ułamek sekundy, wystarczająco długo, by unieść głowę i spojrzeć na nią uważniej, jakby chciał się upewnić, że dobrze usłyszał. Był zachwycony. Zrozumiała rytuał dokładnie tak, jak on go pojmował jako świadomą akceptację podziału, który był wpisany w jego życie. Morze nie było rywalką. Było częścią niego. I ona to pojęła, bez zazdrości, bez próby zawłaszczenia go dla siebie, bez złudzeń. Poczuł, jak coś w nim mięknie, a jednocześnie napina się z nową siłą. Jej interpretacja nie odebrała mu wolności. Przeciwnie, sprawiła, że chciał wracać. Chciał być obok niej dlatego, że wybrała dokładnie to miejsce: nie zamiast, nie ponad, lecz na równi.
Uśmiechnął się niebezpiecznie kiedy się z nim drażniła, kiedy podjęła inną grę. W odpowiedzi skubnął zębami naprężone szczyty piersi. Kolejne wyznania sprawiały, że miękł jeszcze bardziej, że chciał ją mieć wyłącznie na własność, by nikt inny jej nie oglądał. Zaborczość wobec skarbu, który należał wyłącznie do niego. Naszyjnik pysznił się pomiędzy nabrzmiałymi piersiami, jej widok ubranej wyłącznie w biżuterię, którą jej darował sprawiał, że nie miał zamiaru jej wypuścić aż do rana z koi. Marynarze wiedzieli, że nie należy przeszkadzać swojemu kapitanowi. Nikt nie będzie śmiał zachodzić do jego kajuty.-Zostań ze mną do rana, moja syreno. - Wychrypiał. Gdy rozchyliła uda i przysunęła się bliżej, jego ciało odpowiedziało natychmiast, jakby czekało tylko na ten znak. Kiedy uniosła się i znów odnaleźli wspólny rytm, z jego gardła wyrwał się niski, niepowstrzymany dźwięk; ulga i zachwyt w jednym. Była blisko, tak bardzo, że świat zwęził się do jej twarzy, do ciepła, do tego jednego punktu, w którym znów stanowili jedność. Jej ruchy były spokojne, uważne; czuł, jak kontroluje tempo, jak prowadzi ich oboje z wyczuciem. I to go rozpalało jeszcze bardziej. Oddychał głęboko, wsłuchując się w nią, pozwalając, by chwila rozciągała się miękko, bez presji. Byli tu dla siebie, zmęczeni, spełnieni, a jednocześnie głodni tej bliskości, gnani pragnieniem, które nigdy nie miało być w pełni ugaszone. W tej ciszy, przerywanej tylko oddechem, jej śpiewem i drobnymi ruchami, wiedział, że niczego nie musi przyspieszać.
Poruszyła w nim struny, o których istnieniu nie wiedział. Emocje, które wywołała, nie były jednorazowym uniesieniem; miały w sobie obietnicę ciągu dalszego. Złapał się na tym, że myśli o tym, co będzie potem; o kolejnych spotkaniach, o rozmowach, o chwilach, które dopiero miały się wydarzyć. Ta myśl nie niepokoiła go. Przeciwnie, chciał ją śledzić, zobaczyć, dokąd go zaprowadzi. Teraz cieszył się jej bliskością. Jej obecnością, ciepłem, gotowością, by wejść w jego świat. Widząc to pragnienie w jej oczach, chciał ją zamknąć w swoich dłoniach i nigdy nie wypuścić. W jego myślach stała się jego. Znak, który nosiła był jasnym symbolem i znakiem. Czymś, co mówiło światu, że jest z nim związana, i że nie jest to przestrzeń dla przypadkowych rąk ani nieuważnych spojrzeń. Była jego. To uczucie sprawiło, że zatracił się w bliskości jaką teraz dzielili, w rytmie oddechów, w cichym skrzypieniu koi kiedy oddawali się zapomieniu.
Mieli przed sobą całą noc, w trakcie której miał się nią nasycić.

|zt x 2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#42
Kenneth Fernsby
Czarodzieje
Wiek
31
Zawód
Kapitan "Złotej Łani", przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
11
12
Brak karty postaci
02-01-2026, 10:55
Dziennik Kapitański - Rejs Cardiff - Sentosa

09.04.1962, godzina 12.00

Południe zastało nas jeszcze przy kei, w powietrzu ciężkim od soli i mokrego drewna. Zapisałem te słowa, stojąc przy relingu, z kubkiem gorzkiej kawy stygnącej w dłoniach, obserwując, jak załoga krząta się po pokładzie. Liny skrzypiały, gdy bosman sprawdzał ich napięcie, żagle leżały jeszcze zwinięte, ciężkie i posłuszne, lecz już czuło się w nich uśpiony wiatr. Pachniało smołą, liną i świeżo ciosanym drewnem Marynarze pracowali w ciszy przerywanej krótkimi komendami; każdy wiedział, co do niego należy, jakby ruchy te ćwiczył nie raz, lecz przez całe życie.
Na rufie cieśla dobijał ostatnie kliny, mrucząc pod nosem coś, co mogło być błaganiem o zlitowanie albo przekleństwem, u nas jedno i drugie często znaczy to samo. W ładowni kończono sztauowanie zapasów: beczki z wodą i solonym mięsem toczyły się po deskach z głuchym dudnieniem, skrzynie z sucharami znikały w półmroku wnętrza statku. Każdy dźwięk odbijał się echem, jakby kadłub zapamiętywał je na później, na długie dni ciszy pośrodku morza. Zszedłem na chwilę na pokład główny. Pod stopami czułem lekkie drżenie spowodowane codzienną krzątaniną. W porcie rozlegały się pożegnania, gdzieś na kei kobiecy głos śmiał się zbyt głośno, jakby śmiechem chciał zagłuszyć lęk.

Gdy podałem komendę przygotowania do odejścia z portu, zapadła krótka, napięta cisza. Potem wszystko ruszyło naraz: liny poszły w górę, żagle zaczęły rozwijać się z ciężkim westchnieniem płótna. Szara wrona przez jakiś czas nam towarzyszyła przy wypłynięciu z portu.
Zamykam ten pierwszy wpis z myślą, że zostawiamy za sobą bezpieczny brzeg. Kierujemy się do portu Lagos.

10.04.1962, godzina 13.00, port w Lagos

Zeszliśmy na ląd jeszcze przed południem, gdy słońce zaczynało już bezlitośnie odbijać się od białych murów portowych magazynów. Lagos przyjęło nas hałasem; krzykiem tragarzy, zgrzytem wózków i zapachem przypraw mieszającym się z wonią wilgotnego drewna. Zabrałem ze sobą tylko najbardziej zaufanych ludzi. Szliśmy wąską drogą między składami, gdzie cień dawał chwilową ulgę od żaru dnia. Magazyny wznosiły się ciężkie i masywne, ich drzwi nosiły ślady wielu lat pracy. Zarządca portowy skinął mi głową bez zbędnych słów. W środku panował półmrok. Rzędy skrzyń piętrzyły się pod belkowanym stropem, każda oznaczona znakami kredy, pieczęciami i nazwami portów, które dla postronnego byłyby tylko literami. Dla mnie były trasami, zobowiązaniami i zawartymi kontraktami. Sprawdziłem pierwsze listy: towar przeznaczony do Londynu był solidnie zapakowany, zaplombowany zgodnie z umową. Dalej skrzynie oznaczone dłuższą drogą, tą przez oceany, aż do Singapur. Te zawsze oglądałem uważniej. Przechodziłem między nimi powoli, dotykając dłonią chropowatych desek szukając odpowiednich zabezpieczeń, które miały sprawić, że nie wybuchną nam w ładowni. Wtedy ją dostrzegłem tę skrzynię stojącą nieco z boku, oznaczoną inaczej niż pozostałe. Znak był dyskretny, lecz jednoznaczny; taki, który widzą tylko ci, którzy wiedzą, czego szukać. Ta skrzynia miała trafić bezpośrednio do Traversów. Poleciłem, by została załadowana jako ostatnia i umieszczona tam, gdzie tylko ja i pierwszy oficer będziemy mieli do niej dostęp. Gdy wychodziliśmy z magazynu, podpisałem ostatnie dokumenty i zarządziłam ładowanie łajby. Mieliśmy już opóźnienie. Magia sprawiała, że płyneliśmy szybciej niż typowe żaglowce, ale to wykańczało moich ludzi. Normalnie taki rejs trwał dwa tygodnie, my mieliśmy ledwie tydzień. Po powrocie na statek, godzinę później “Złota Łania” ruszyła w dalszy rejs.

11.04 - 13.04, rejs przez Ocean Atlantycki

Dni mijały w rytmie wacht. Nocą zaś gwiazdy zdawały się wisieć niżej, jakby chciały podsłuchać nasze rozmowy. Statek niósł się pewnie, żagle pełne, a kadłub pracował miarowo. To było wczesnym rankiem, gdy morze było niemal nienaturalnie spokojne. Stałem na rufie, gdy padł okrzyk z bocianiego gniazda. Wskazano na wodę po lewej burcie i wtedy je zobaczyliśmy. Hipokampy wynurzały się na krótkie chwile, ich sylwetki połyskiwały w słońcu jak żywe rzeźby z mosiądzu i pereł. Końskie łby, smukłe rybie ciała, grzywy falujące w wodzie poruszały się z gracją, której nie potrafiłby oddać żaden malarz. Załoga zamilkła; nawet najbardziej wygadani marynarze ucichli chcąc podziwiać te niesamowite stworzenia. Nie trwało to długo. Zniknęły tak nagle, jak się pojawiły, pozostawiając po sobie tylko kręgi na wodzie. Kilka dni później morze pokazało nam inne oblicze. Fale pociemniały, a prąd stał się zdradliwy. O zmierzchu, gdy słońce konało na horyzoncie, dostrzegliśmy długie, wijące się kształty sunące równolegle do statku. Węże ogromne węże morskie, o łuskach ciemnych jak mokry obsydian, wynurzały się i znikały, jakby badały naszą obecność. Jeden z nich uniósł łeb ponad wodę, a jego oczy błysnęły zimnym, inteligentnym światłem. Nie zaatakowały. Towarzyszyły nam przez długie godziny, aż w końcu odpłynęły w głąb oceanu. Załoga szeptała o omenach, jedni widzieli w tym dobrą wróżbę, inni ostrzeżenie.
Węże morskie jeżeli nie były niepokojone nie atakowały, choć nie miałem ochoty sprawać tej teorii i kazałem załodze zająć się robotą.
Musieliśmy przyspieszyć, magia ponownie przyszła nam z pomocą. Wraz z nawigatorem określimy szlaki, w których mogliśmy omijać mugolskie statki, a tym samym korzystać z tego, że statek znikał z radarów.


13.04, godzina 5.00, port w Sentosa

O świcie dostrzegliśmy zieloną linię lądu, wynurzającą się z porannej mgły jak obietnica końca długiej drogi. Widok palm i niskich wzgórz Sentosa działał na załogę niczym łyk świeżej wody. Wiatr sprzyjał, a żagle prowadziły nas spokojnie ku wejściu do portu, gdzie woda zmieniała kolor na mętną zieleń, niosąc zapach wilgotnej ziemi i przypraw. Łajba sunęła wolno, na redzie panował ruch: dżonki o wysokich burtach, smukłe statki handlowe i mniejsze łodzie krążące jak ryby wokół większych drapieżników. Rzucono cumy, a kadłub jęknął cicho, gdy po raz pierwszy od dawna dotknął stałego punktu. Rejs dobiegł końca. Nie pozwoliłem jednak załodze na pełne rozluźnienie. Singapur był portem, w którym interesy zawierano szybciej niż przyjaźnie, a zaufanie miało krótką datę ważności. Zostawiwszy pierwszego oficera na pokładzie, zszedłem na ląd z bosmanem i starszym marynarzem, z którymi pływałem jeszcze za czasów Brzasku.

Spotkanie odbyło się z dala od głównego nabrzeża, w cieniu magazynów pachnących herbatą, pieprzem i wilgotnym drewnem. Moi informatorzy czekali już na miejscu. Wymieniliśmy uprzejmości, po czym przeszliśmy do rzeczy. Listy przewozowe, potwierdzenia, ostatnie ustalenia tras i terminów. Dobicie transakcji nie trwało długo, a gdy padły ostatnie ustalenia, ostatnie papiery przekazane, towar miał zostać przetransportowany przez tragarzy. To był czas, w którym mogłem zająć się innymi sprawami. Zleciłem bosmanowi i starszemu, aby wrócili na Łanie, ja do nich dołączę za dwie godziny. Tyle miałem czasu, aby zająć się prywatnymi sprawami nim ruszymy w drogę powrotną do Cardiff.

14.04 - 17.04, rejs powrotny


Rejs powrotny okazał się cięższy, niż przewidywały mapy i zaklęcia. Morze, które wcześniej pozwalało nam przejść bez większych sprzeciwów, teraz jakby upomniało się o swoje. Dni zlewały się w jeden ciąg zmęczenia, a noce były krótkie i niespokojne. Dobrze, że chociaż wiatr nam sprzyjał. Magia, z której korzystaliśmy, by skrócić drogę i wyprzedzić czas, drenowała załogę do cna. Widziałem to w ich oczach: przekrwionych, matowych, pozbawionych tej iskry, która zwykle trzyma marynarza na nogach podczas długich wacht. Zaklęcia działały, owszem, lecz każda ich godzina odbierała ludziom więcej, niż byli gotowi oddać. Ręce drżały przy linach, kroki stawały się ciężkie, a rozmowy milkły szybciej niż zwykle. Pod koniec rejsu mieli już dość i nie mogłem ich za to winić. Statek płynął dalej, posłuszny rozkazom i runom wypalonym w deskach, lecz załoga poruszała się jak cienie samych siebie. Kilku ludzi zapadło na gorączkę, inni patrzyli w morze z pustym uporem, jakby liczyli fale tylko po to, by nie liczyć dni do końca.
Dziś, zapisując te słowa przy chybotliwym świetle lampy, dochodzę do wniosku, którego wcześniej unikałem. Następnym razem nie przyjmę tak krótkiego zlecenia. Nie było to tego warte. Nawet z pomocą magii rejs powinien trwać tyle, ile mu przeznaczono. Są rzeczy, których nie wolno przyspieszać. Po kolejnym rejsie, planowanym na koniec kwietnia, dam załodze więcej wolnego. Niech zejście na ląd potrwa dłużej. Dopiero potem ruszymy w dłuższą trasę lub przyjmiemy patrolowanie morskich granic jako odmiana od dłuższego rejsu. Czasami codzienna, zwykła praca, która kończy się wieczornym powrotem do domu bywa lepsza niż dłuższy rejs.

18.04, godzina 13.00, port w Cardiff

Cardiff przywitało nas chłodnym powietrzem i niskim niebem, ciężkim od wilgoci. Po upale i zmęczeniu długiego rejsu powrót do tego portu miał w sobie coś kojącego. Wyładunek rozpoczął się zaraz po dobiciu do kei. Skrzynie schodziły z pokładu jedna po drugiej, przekazywane z rąk do rąk z tą samą precyzją, z jaką były wcześniej sztauowane. Magazyny portowe szybko zapełniły się naszym ładunkiem; beczki ustawiano w równych rzędach, skrzynie znakowano na nowo zgodnie z miejscowymi rejestrami. Każdy towar trafił tam, gdzie powinien. Dopilnowałem, by wszystko zostało odnotowane w księgach. Potem przyszła kolej na papiery. Listy do klientów zostały sporządzone i wysłane jeszcze tego samego dnia. Krótkie, rzeczowe zawiadomienia: towar dotarł, jest dostępny do odbioru, magazyny czekają. Załoga, choć wyczerpana, pracowała bez skarg. Widziałem ulgę na ich twarzach, gdy ostatnia skrzynia zniknęła pod dachem magazynu, a pokład wreszcie opustoszał. Zamykam ten wpis z poczuciem porządku. „Złota Łania” spełniła swoje zadanie, a ja swoje obowiązki wobec tych, którzy powierzyli nam ładunek i czas, a my, przynajmniej na chwilę, możemy pozwolić sobie na bezruch, zanim znów przyjdzie dzień, gdy cumy pójdą w górę.

|zt 1350 słów
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (5): « Wstecz 1 … 3 4 5
 


Skocz do:

Aktualny czas: 11-01-2026, 00:40 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.