• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Pokątna > Eliksiry J. Pippina
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
10-07-2025, 18:10

Eliksiry J. Pippina
Wnętrze sklepu, należącego do mistrza eliksirów, pana Pippina jest ciemne i klimatyczne, pełne regałów z fiolkami w najróżniejszych kolorach – od głębokiej czerni po neonową zieleń. Każda butelka błyszczy delikatnie, opatrzona jest ręcznie pisaną etykietą i zabezpieczona magiczną plombą. W powietrzu unosi się intensywny zapach ziół, korzeni i suszonych kwiatów, a także odrobina dymu z bulgoczących kociołków. W centralnej części sklepu znajduje się wielka drewniana lada z wtopionym blatem ze szkła, pod którym widać delikatnie poruszające się opary. Właściciel – starszy czarodziej o łagodnym spojrzeniu – przemieszcza się między półkami, co rusz wyciągając flaszeczki i oferując klientom próbki w specjalnych próbnikach. Niektóre eliksiry świecą wewnętrznym światłem, inne wydają subtelne dźwięki, jakby chciały szeptem opowiedzieć o swoim działaniu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
30-12-2025, 14:23
17 kwietnia

Kilka tygodni obserwuję pana J. Pippina - i choć wyrwany w środku nocy bez zająknięcia wyrecytuję plan jego dnia z zatrważajacą dokładnością, wciąż nie wiem, czy nazywa się James, Jacob, Jonas czy może raczej Jeffrey. Jest bardzo punktualny: w sklepie pojawia się osobiście kwadrans do dwunastu minut wcześniej i otwiera jak w zegarku: o siódmej rano. Zwykle potem parzy kawę, czarną, z jedną kostką cukru, a w międzyczasie obsługuje klientów z migrenami, którzy zapomnieli lekarstw w biegu do pracy. Na zapominalskich kręci niezły biznes; doraźne lekarstewka idą jak świeże bułeczki w sąsiedniej piekarni. Dwa dni w tygodniu pracuje sam: w środy, piątki i soboty towarzyszy mu dwójka subiektów przyuczanych do fachu. Starszy, o bujnych czarnych włosach, bywa niezdarny i zapominalski. Czasem coś upuści, czasem nie zmieni metki z ceną, przez co inkasujący należność za eliksiry J. Pippin naraża się na nieprzyjemności. Młodszy jest bardziej sumienny i uważny, ambitny, tak, jakby widział już samego siebie w skórzanym fartuchu wymieniającego szyld na drzwiach na własne nazwisko. Kasa oczywiście opróżniana jest codziennie, lecz złoto nie ląduje od razu w banku lub w inwestycjach, a w malutkim sejfie na zapleczu. Rankiem muszą mieć z czego wydać, bo nie brakuje gagatków płacących galeonem za prosty eliksir pieprzowy, kiedy dowiadują się, że tam się nie rozmienia.
Tym razem Sandy zostaje w domu - po pierwsze, muszę zadbać o alibi. Jeszcze zanim wyjdę z domu pokazujemy się na ulicy, wspólne zakupy na ostatnią chwilę przed zamknięciem spożywczaka. Ja płacę, ja dygam na piętro ciężkie siaty pełne sprawunków, ja rozpakowuję torby - święto - a mała szykuje kolację dla dwojga. Jemy, nawet zapalam świece, na wypadek gdyby to miał być nasz ostatni wspólny posiłek i raczę ją wykładem, co ma mówić i co robić, gdybym wpadł na gorącym. Pokrzepiająca jest myśl, że wykorzystywałaby każde widzenie, że odciskałaby swoje uszminkowane usta na szybie, w dupie mając zarazki wszystkich żoneczek, które siedziały tam przed nią. Kładziemy się jeszcze na moment, na te parę godzin, bo w piątki na Pokątnej jednak bywa tłoczno. Dla wiarygodności wmieszam się w te niedobitki szukających otwartego fish & chips po tym, jak wypili za dużo na puste żołądki, a obsługa po pierwszej zlekceważyła chęć na kolejną rundę, wyprosiła wszystkich na zewnątrz i zamknęła bary w okolicy na cztery spusty. Niezauważony wymykam się z mieszkania, Sandy obdarowując soczystym buziakiem i przykazaniem, by tak za dwadzieścia minut odtworzyła taśmę. Dysponujemy kilkoma kasetami z naszymi miłosnymi ekscesami, które czasami puszczamy w tle dla podgrzania atmosfery lub częściej, które oglądam sam, gdy nie chce mi dać. Sąsiedzi parę razy zostawiali nam kartki z upomnieniami, strasząc, grożąc i żaląc się, że budzimy im dzieci.
Och, ale mi przykro. Tej nocy oseski też sobie nie pośpią.
Tuż przed Pokątną rzucam na siebie zaklęcie kameleona - lepiej nie kusić losu. Ulicą co chwilę ktoś przemyka, a ja trzymam się bocznych ścieżek, unikając rozchlapanych kałuż, drżących żółtych świateł z latarni i nieobliczalnych przechodniów o chwiejnym kroku. Sklep pana J. Pippina otwieram za to pewnie i z łatwością - kluczem, zwiniętym niepostrzeżenie z kieszeni starszego uczniaka, który tego dnia pełnił wartę i miał zamknąć sklep. To oszczędza wiele trudu - włamania nie ma, bo wchodzę jak do siebie, na wszelki wypadek mamrocząc jednak Homenum Revelio. Zaklęcie szepcze mi, że dookoła nie ma żywej duszy, zatem już pewniej przekręcam gałkę drzwi, wciąż niewidoczny dla otoczenia. Ponawiam zaklęcie kameleona, gotowy by uwinąć się w kwadrans - im szybciej, tym lepiej. Liczę skrzypiące deski, ostrożnie stawiam stopy, aż w końcu osuwam się na kolana przed sejfem pana Pippina. Na chłodny metal nie zadziała oczywiście żadna Alohomora, nawet nie próbuję - przykładam dłoń do błyszczącej powierzchni, by wyczuć ciężar i wyważenie mechanizmu, dopiero później decydując się na pierwszy obrót pokrętłem. Lekki, a mimo to i tak przygryzam język i ocieram pojedyncze krople potu z czoła. Stres może mnie pogrzebać. Stres może mnie wydać. Stres może być moim sprzymierzeńcem, jeśli tylko narzuci właściwe tempo i nakaże podejmować decyzje. Drugi obrót - mamy opór. Złoto chce zostać w swojej kryjówce, spokojnie pod tym smoczym skrzydłem, być funduszem emerytalnym dla dziadka, a nie materacem dla dwudziestoletniej blond szprychy i jej gacha. Bo wiecie, ja jestem tylko dodatkiem.
Klik. Trzeci obrót, rozczarowujący. Zwyczajny. Pufff, brakuje dymu, żeby było jak z filmu, drzwiczki rozwierają się nieznacznie, niechętnie jak uda dziewicy przerażone tym, co będzie później. Czyjeś wnuki nie pójdą na studia. Ktoś nie zapłaci raty kredytu za świeżo postawiony dom w Bath. Ponownie: bardzo, bardzo mi przykro. Japa mi się cieszy, ale za wcześnie jeszcze na fajerwerki: zgarniam co nieco do przygotowanej torby i teraz posłuchajcie. W sejfie: utarg z pięciu dni. Dużo. Mi wystarczy no, czwarta część z tego.  I tak ciężko w chuj. Mugole to jednak wymyślili, papier i wartość umowna, nie musiałbym dodatkowo kombinować z transmutacją, z której zresztą jestem kiepski - by tymczasowo monety zakląć w guziki. I teraz tak: żadnych śladów włamania. Pieniędzy - na pierwszy rzut oka nie brakuje. Kiedy ginęły? Czy ktoś podbierał je po trochu? Wszystkie ślady jeden po drugim będą prowadzić do dzieciaka - który dziś zamykał, a jutro będzie otwierał sklep. Klucz znajdzie w drzwiach i nie przyzna się, że zapomniał zamknąć, oczywiście że nie. A nawet jeśli: kto mu uwierzy. Brakuje wyłącznie części kasy, a prawdziwe złoto znajduje się na półkach: tak, mlaskam zachłannie, kuszony przez szklane fiolki, które opyliłbym na czarnym rynku za pięciokrotność tego, co mam w monetach. Żaden szanujący się złodziej tak by tego nie zostawił. Z tym że… To nie napad. To czysta robota. Bez ryzyka. Bez wpadek. No i muszę przyznać, obserwując tego Pippina, całkiem go polubiłem. W przerwie na lunch wychodzi przed sklep i karmi gołębie resztkami kanapek. Miły gość.
Tacy nie mają łatwo w życiu.
Sejf zamykam. Oczyszczam go różdżką, a także dodatkowo manualnie, zwykłą bawełnianą szmatką - pójdzie do spalenia. Cofam się po swoich śladach, równomiernie rozdmuchując kurz. Wychodzę, głównymi drzwiami, wciąż pod osłoną zaklęcia, klucz umieszczam w dziurce. Nie chciałbym być w skórze Pippinowskiego czeladnika, ale ktoś musi za to beknąć. W drodze do domu zachodzę jeszcze po piwo do całodobowego. Na kasie stoi Judy, nawet nie pyta, tylko od razu kasuje sześciopak. Jej to nie dziwi. Mam to w zwyczaju.

zt
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 11-01-2026, 00:54 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.