• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Walia > Statek “Złota Łania”
Statek “Złota Łania”
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
04-08-2025, 16:11

Statek “Złota Łania”
„Złota Łania” to trójmasztowy smukły kliper o zdobieniach ze złoconego drewna, które połyskują w słońcu niczym drogocenny klejnot. Na dziobie widnieje kunsztownie wyrzeźbiona figura łani w skoku, stanowiąca znak rozpoznawczy jednostki. Pokład z ciemnego drewna jest solidny i zadbany, a maszty wznoszą się wysoko, podtrzymując rozległe żagle uszyte z grubego, jasnego płótna. Wnętrze statku to plątanina wąskich korytarzy, schodów i kajut, wypełnionych skrzyniami, linami i morskimi narzędziami. Kliper wyposażony jest w liczne działa burtowe, świadczące o jego bojowym charakterze pomimo, że oficjalnie to statek handlowy. Nawet na spokojnych wodach „Złota Łania” emanuje gotowością do starcia i dalekich wypraw.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (5): « Wstecz 1 2 3 … 5 Dalej
 
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Mitch Macnair
Śmierciożercy
Wiek
27
Zawód
Architekt i budowniczy
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
8
10
Brak karty postaci
22-10-2025, 18:05
Doskonale zdawał sobie sprawę, że przyjeciel kocha ten statek nad życie. Czasami zastanawiał się czy nie bardziej niż te wszystkie panny, które wzdychały do niego w portach, a tych z całą pewnością było wiele. Czasami jednak bał się, że ta miłość doprowadzi do jego zguby. Oczywiście zawsze był gotowy mu pomóc, naprawić łajbę, spełnić jego prośbę. Jednak Kenneth musiał mieć świadomość, że w końcu nadejdzie ten dzień, że Łania nie wytrzyma. Zbudować statek nie było łatwo, Macnair raczej by się tego jak na razie nie podjął, jako, że jeszcze nie miał aż takiej wiedzy na ich temat, ale wszystko miało swój limit. Dopóki pokład pozwoli, dopóki on będzie w stanie podołać wyzwaniu będzie naprawiał Łanie.
- Chyba żartujesz, w życiu. - pokręcił głową powstrzymując się od splunięcia z obrzydzeniem - Ale zawsze się znajdą magiczne statki do naprawiania, wystarczy się odpowiednio zakręcić.
Gardził mugolami, gardził ich społeczeństwem i tym co sobą reprezentowali. Nigdy nie ukrywał się specjalnie ze swoimi poglądami, z resztą jego rodzina miała je jasno przedstawione. Każdy z nich popierał tego samego człowieka, który wskazał im drogę, którą mieli już kroczyć zawsze.
- No w twoim przypadku to też wygląda inaczej niż w moim. Ja przeważnie rozważam przyjęcie każdego zlecenia, o ile oczywiście mieści się w zakresie moim umiejętności. Ślub się za darmo nie wyprawi. - zaśmiał się kręcąc głową - A jesteś na niego zaproszony kiedy w końcu uzgodnimy datę. - dodał z uśmiechem, by po chwili skupić się na bosmanie, który praktycznie zmaterializował się obok nich.
Nie miał zamiaru stać z założonymi rękami, im szybciej się z tym wszystkim uporają tym szybciej będą mogli wziąć się do roboty. W tym przypadku naprawdę czas to pieniądz i dla niego i dla Kenneth’a. Dlatego też wziął się do roboty. Zszedł pod podkład i zarówno za pomocą magii jak i siły własnych mięśni zaczął wynosić na pokład wszystko razem z resztą załogi. Dobrze, że jednak nie świeciło słońce, bo zdecydowanie bardziej pot by im się po tyłkach lał. Mimo wszystko znaleźli w tym wszystkim czas na rozmowy i żarty.
- No i super. To teraz czas na cięższą część. - odparł ocierając pot z czoła, po czym odpalił jeszcze jednego papierosa - Potrzebuje na dół jakiś piętnastu desek, smołę i naturalnie gwoździe. - zaciągnął się i po chwili już z różdżką zszedł na nowo pod podkład by zabrać się za powolne, ale dokładne nakładanie zabezpieczeń.

zt Mitch
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Kenneth Fernsby
Czarodzieje
Wiek
31
Zawód
Kapitan "Złotej Łani", przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
11
12
Brak karty postaci
27-10-2025, 15:41
Z dziennika kapitańskiego Złotej Łani

17.03, dzień pierwszy, port przy Cardiff, godzina czwarta po zmierzchu
Kenneth Fernsby, kapitan Złotej Łani, przestudiował raz jeszcze pieczętowaną kartę kursową z Departamentu Transportu Magicznego i zanotował suchym piórem: „Wypłynięcie o północy. Pasażerka jedna. Kierunek: Oslo. Dystans mierzony na kompasie szlakowym. Pogoda: mgły.” Stalowe pióro brzdęknęło o rant pulpitowego mapnika, kiedy światło latarni na nabrzeżu drgnęło od przeciągu. Nad czarodziejskim portem, ukrytym przez liczne zaklęcia, snuła się cicha pieśń jednej z dziewcząt portwoych. Miała iście syreni głos, choć nie zwodziła statki na ostre skały. Za to serce nie jednego marynarza już tak. Uwiodła paru jego chłopców. Podejrzewał, że ma w sobie krew willi.
Riven Thorne oddała mu pakunek jakiś czas temu. Tajemnicza przesyłka. Nie przenosił cudzych sekretów, a już na pewno nie takich, za które odpowiadałyby potem nocne patrole Ministerstwa. Ale nie odmówił. Nie Riven.

17.03, dzień pierwszy, północ
We mgle, gęstej jak krótki sen marynarza, Złota Łania odbiła od nabrzeża, cicho i dyskretnie. Pod zaczarowanym ożaglowaniem skrzypiała tylko główna reja. Kenneth uniósł dłoń, mruknął zaklęcie, a bukszpryt posłusznie wskazał ku północy, jakby słyszał cichy rozkaz. Na pokładzie oprócz niego cała załoga i pasażerka: kobieta w ciemnym płaszczu, z kapturem na włosach, które mogły być siwe, a mogły być po prostu białe. Nie podała nazwiska. On nie miał zadawać pytań. Nie kwestionował zleceń od Burke, póki dobrze płacił i potencjalne szkody miał z czego naprawić, a potem zostawało jeszcze na wypłatę dla chłopców.
Jego kompas szlakowy, srebrne pudełko ze szklistym okiem, wskazywało kierunek. Wydał odpowiednie rozkazy. Koło sterowe zaskrzypiało pod naciskiem silnych mięśni marynarza, a kapitan sprawdził wyznaczony szlak na mapach. Punkty wskazywały miejsca gdzie mugole mieli swoje szlaki handlowe, a niebieska linia ich trasę, aby skutecznie omijać patrole magiczne. Te, które wiedział, że lepiej unikać. Nie mógł wszystkich. Musiał mieć porządek w papierach.

18.03, dzień drugi, czuwanie pierwsze, między Dogger Bank a Skagerrakiem
Mgła nabrała masy. Właziła pod kołnierze. Na linach osiadały krople tak ciężkie, że zdawały się być paciorkami z ołowiu. Pasażerka trzymała się rufy, a Kenneth, miarowo kreśląc wpisy w dzienniku, odnotowywał: Cisza, żadnych patroli. Marynarze cicho nucili starą marynarską pieśń.
-Wiesz, co śpiewają? - zapytał cicho bosman, opierając się o reling. Kenneth wiedział. Skinął nieznacznie głową i przez chwilę milczał nim odpowiedział.
-Pieśń miłosna marynarza do syreny - mówił to bez ironii czy złośliwości. Brzmiało banalnie, ale czy życie nie składało się z emocji? I tęsknoty. On to wiedział, ponieważ liczyli się z tym, że nie mogą nie wrócić. Wtedy pod nosem dziobu coś się wydarzyło. Usłyszeli ciche drapanie. Tak dobrze im znane. Kobieta na rufie zapytała cicho czy to syreny. Bosman pokręcił głową.
-To nie syreny. To selkie. Wzywają.
Słowo „wzywają” w dzienniku zostało ozdobione plamą atramentu.

18.03, dzień drugi, południe, morze północne
Ministerialna sowa dogoniła ich na szerokim morzu: śnieżnobiała, ze szmaragdową tuleją. Rozwinął się wydruk z Departamentu Magicznego Transportu: „Wzmożone kontrole na trasie: nielegalne transfery zaklętych artefaktów. Zauważono anomalie w strefie latarni Hirtshals. Proszę zatrzymać się w punkcie kontrolnym.” Poniżej pieczęć odpowiedniego biura. Kenneth, krótko zanotował: „Kontrola w zasięgu. Morze Północne, latarnia Hirtshals”. Paczkę obejrzał spojrzeniem.
Nie drgnęła.

18.03, dzień drugi, zmierzch, pas burzowy na wysokości Kristiansand
Chmury kłębiły się nad ich głowami jak stary kurz pod kanapą. Pierwszy raz od lat, zanim huragan otworzył drzwi, Kenneth poczuł w zakamarkach statku stary lęk. Głos dał o sobie znać poprzez pokład: trzask, jakby ktoś złamał kość. Bosman pobiegł do want. Kenneth wsparł dłonie na sterze, a kadłub odpowiedział mu niskim pomrukiem. Z mgły wynurzyła się łódź kontrolna. Czarna, niewielka, okuta zaklęciami, które paliły oczodoły jak cierpliwe spojrzenie doświadczonego Aurora. Na dziobie wysoki mężczyzna w pelerynie Ministerstwa. Uniósł różdżkę, rzucił sonorus -Złota Łania, tu Inspektor Hallgrim z Departamentu Transportu Magicznego -krzyknął.- Zatrzymać się na lewą burtę. Rutynowa inspekcja.
Słowo „rutynowa” w ustach urzędników znaczy zwykle, że ktoś ich postraszył. Kapitan nakazał opuścić żagle o jeden ref. Gdy łódź podpłynęła, zorientował się, że inspektor ma oczy jak grudniowe niebo i ślad po starym oparzeniu na dłoni. Spojrzał na pokład.
-Co wieziecie?
-Zwykły kurs, mam listy z Departamentu Transportu - odparł Kenneth, przekazując pergamin. Hallgrim skinął; pergamin wypluł z siebie złotą iskrę potwierdzenia. - A towar? - zapytał lekko, obojętnie, jak człowiek, który zbyt często słyszy: „tylko żywność”.
-Transport handlowy do Oslo, drewno na różdżki oraz ich rdzenie. -Odparł gładko gestem dłoni zapraszając inspektora, aby zajrzał pod pokład. Pasażerka została ukryta w kajucie kapitańskiej. Gdyby pytali, była kochanką kapitana. Nawet jak się jej to nie podobało musiała grać swoją rolę. Paczka od Riven została ukryta w sekretarzyku, a kluczyk spoczywał w kieszeni kurty marynarskiej. Inspektor zatrzymał wzrok na jego twarzy o sekundę za długo. Potem odwrócił się półprofilem, jakby słuchał czegoś, co przyszło do niego od wody.
-Słyszeliście? - wyszeptał.
-Selkie - odpowiedział ze spokojem bosman, który stał za Kapitanem niczym jego cień.
-Płyną z nami od Dogger Bank - dodał Kenneth.
Hallgrim zmrużył oczy. Był urzędnikiem, ale miał ten rzadki rodzaj odwagi, który rodzi się z wiedzy, jak łatwo morze pożera ludzi i statki. Sięgnął do dokumentacji, odhaczył odpowiednie rubryczki, podał dokument Kennethowi.
-Pomyślnych wiatrów - z tymi słowami opuścił pokład.

18.03, dzień drugi, noc, w sercu sztormu
Niebo pękło tej nocy jak stary czarodziejski kielich, z trzaskiem, błyskiem i tą przerażającą świadomością, że nic już nie da się skleić. Burza uderzyła w Złotą Łanię znienacka, choć barometr na mostku od godzin ostrzegał przed zmianą. Wysokie, sinoszare chmury zlewały się z linią morza, jakby sam ocean chciał wspiąć się ku niebu i zetrzeć je z powierzchni świata. Wiatr rozszarpywał żagle mimo zaklęć wzmacniających. Magiczne liny, utkane z pomocą włosia kelpii przez czarodziei z Kornwalii, skrzypiały jak żywe, próbując utrzymać maszt. Fale unosiły statek wysoko, by zaraz cisnąć nim w dół jak zabawką. Woda biła w pokład z taką siłą, że zaklęcia osłonowe, które postawili wokół kadłuba, zaczęły migotać. Niektóre runy obronne wypalone na burcie gasły jedna po drugiej, a błękitne znaki zamieniały się w czarne blizny. Na mostku czuć było ozon, sól i coś jeszcze, ten zapach palonej magii, kiedy zaklęcia walczą z żywiołem i przegrywają. Pasażerka, siedziała skulona w rogu kapitańskiej kajuty. Włosy miała przyklejone do twarzy, dłonie zaciśnięte na oparciu koi. Próbowała mówić, coś szeptała pod nosem, ale każde słowo ginęło w ryku wichury. Jej różdżka leżała na stole, bezsilna wobec siły morza.
-Kapitanie, widmo po lewej burcie! – krzyknął bosman, wskazując na ciemność. Między falami coś mignęło, zarys drugiego statku, bez świateł, bez żagli, ledwie widoczny w błyskach piorunów. Zniknął, zanim Kenneth zdążył sięgnąć po lornetkę. Na morzu pełnym mugoli to byłoby nic niezwykłego, złudzenie, cień, fantom. Ale oni płynęli wzdłuż Zaklętego Szlaku Północnego, tam gdzie magiczne statki wymijają mugolskie trasy. Tak powstawały mugolskie legendy i opowieści o statkach widmo. Ten jednak był zupełnie inny.
Zszedł do kajuty, by sprawdzić co z pasażerkę. Zimna, blada jak pergamin, patrzyła na niego oczami rozszerzonymi od strachu.
– Czy to oni? – spytała, głosem, który ledwie przebijał się przez huk fal.
– Kto? – odparł, choć wiedział, że nie dostanę odpowiedzi, bo Burke skrupulatnie pilnował swoich interesów. Psia jego mać.
– Ci, co nie powinni nas znaleźć…
Wtedy coś uderzyło w kadłub od spodu. Cały statek zadrżał, jakby coś wielkiego owinęło się wokół niego i ścisnęło. Usłyszał trzask drewna i świst, jakby ogromny oddech przeszył powietrze pod pokładem. Załoga zaczęła krzyczeć, jeden z czarodziejów rzucił Lumos Maxima, rozświetlając fale po lewej burcie i wtedy to zobaczył. Ogromne oko, zielone jak butelka po eliksirze, patrzące prosto na nich spod wody. Pasażerka zsunęła się z koi na podłogę i zaczęła trząść głową.
– To przez nią, – syknął marynarz, który wbiegł do kajuty. – Przeklęta kobieta, panie kapitanie, morze nas karze!
Zignorował go. Wiedział, że w takich chwilach strach lubi znaleźć ofiarę. Ale nie mógł pozbyć się myśli, że może miał rację. Wybiegł na pokład. Złapał się relingu, próbując utrzymać równowagę.
– Panie Simmons! – krzyknął. – Zmień kurs na północny wschód, w stronę fiordów!
Ale zanim czarodziej zareagował, piorun uderzył w grotmaszt. Zaklęcia ochronne wybuchły. Jasny błysk oślepił nas wszystkich, potem zapadła ciemność i głuchy dźwięk, jakby statek sam jęknął z bólu. Burza szalała do świtu. Złota Łania utrzymała się na powierzchni tylko dzięki czarom sterującym, które podtrzymywał niemal siłą woli. Kiedy w końcu morze wypuściło ich ze swojego uścisku, statek wyglądał jak cień samego siebie – poszarpane żagle, spalony maszt, pokład pełen morskiej piany i fragmentów glonów. O poranku mgła zasnuła horyzont.

19.03, dzień trzeci, ponury świt, przejście przez Nordhvelv
Nordhvelv nie istnieje na mapach Ministerstwa. Za to istnieje w pamięci marynarzy i tych, którzy wiedzą jak tam się dostać.
Bosman pierwszy usłyszał głosy. Trytony. Nie takie, jakie widują przedstawiciele Ministerstwa podczas spisów magicznych gatunków. Trytony z Nordhvelv były starsze, szorstkie od soli, skórę miały jak miedź patynowana przez wieki. Zbliżały się w kręgu, z włóczniami z korala i oczami, w których pływały odległe błyskawice. Kenneth wrzucił pozłacaną monetę z grawerunkiem – stary gest żeglarskiej prośby o rozmowę. Wtedy wynurzył się ich przywódca, stary tryton, którego ciało opinał pancerz z pękniętych muszli. Znał go. To był Tirios, Strażnik Przejścia. Ministerialne raporty wspominały o nim jako o „elemencie lokalnych wierzeń”, ale był znacznie kimś więcej niż tylko legendą.
-Widzimy, że wozisz w sobie obce serce, kapitanie. Nie to w piersi, lecz to w skrzyni.
-Musi trafić do Oslo.
-Słuchaj ciszy, kapitanie. Tam, gdzie burza cichnie, słychać, jak samo morze oddycha. Tam znajdziesz wejście do głębi.
Zniknął w głębinach. Przepuszczając ich dalej. Kiedy przepływali przez ostatni próg Nordhvelv, woda zaczęła świecić od spodu, jakby rozjarzały ją setki lampionów. Nie było już wiatru. Nie było fal. Tylko powolne kołysanie i oddech oceanu, który zdawał się dochodzić ze wszystkich stron. A potem, na moment, poczuł, jak coś dotknęło kilu statku. Nie uderzenie, a przyjazne muśnięcie. Z dna rozległo się pomruknięcie, ciężkie jak grzmot pod wodą. Fale uniosły się, choć nie było wiatru. Żagle zatrzeszczały.

20.03, dzień czwarty, port w Oslo
Statek przybił do doku późną porą. Musieli już oświetlać trap, aby pomóc w przywiązaniu lin. Tajemnicza pasażerka w pomroku marynarzy zeszła z pokładu. Wtedy atmosfera zelżała, jakby ktoś z ich barków zdjął ogromny ciężar. Kobieta zniknęłą zapewniając, że poinformuje Burke o tym, że dotarła bezpiecznie. Paczka od Riven ciążyła mu w kieszeni. Nie musiał długo czekać na jej odbiorcę. Wziął ją bez słowa. Skinął w podzięce głową Kapitanowi - praca została wykonana. Choć nadal miał przeczucie, że cokolwiek było w paczce utwierdziło Ministerstwo, że przemycane są tajemnicze artefakty.
Wysłał sowę do Riven, tak samo do Burke. Zawsze informował, że dokonał zalecenia. Mógł wreszcie odpocząć.

|zt, 1584 słów
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Kenneth Fernsby
Czarodzieje
Wiek
31
Zawód
Kapitan "Złotej Łani", przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
11
12
Brak karty postaci
28-12-2025, 22:21
|08.04.1962, przychodzimy z stąd

Koc opadł na chodnik kiedy wylądowali z głuchym trzaskiem w Cardiff, tuż obok “Złotej Łani”. Marynarz pełniący wartę na statku wychylił się przez burtę i nie krył zdumienia kiedy zobaczył swojego kapitana w samych gaciach i do tego przemoczonych. Zaraz jednak odzyskał rezon i zasalutował kiedy ten prowadząc Riven za rękę wkroczył na trap, a potem na sam pokład. -Witam na Złotej Łani. - Zwrócił się do czarownicy, a olinowanie łajby zaskrzypiało cicho jakby na potwierdzenie słów kapitana. Na statku nie było nikogo innego poza wartownikiem na wachcie. Załoga miała wolne aż do kolejnego rejsu, a Łania została już poskładana i czekała gotowa do pracy.
Deski, gładkie od lat szorowania i słonej wody, połyskiwały delikatnie. W szczelinach między nimi krył się ciemniejszy cień, ślad smoły, podkreślający solidność konstrukcji. Każdy krok brzmiał tu pewnie i głucho, obiecując stabilność nawet przy wzburzonym morzu. Relingi z ciemnego drewna opasywały pokład jak ramiona, a grube liny, starannie zwinięte przy knagach, rzucały na deski miękkie, splątane cienie. Wanty i olinowanie wspinały się ku górze w skomplikowanej pajęczynie, przecinając światło w ostrych liniach. Słońce prześlizgiwało się po nich, zapalając włókna na chwilowe złoto, zanim zniknęły w cieniu masztów. Trzy potężne maszty wznosiły się wysoko, dumne i proste, a ich jasne, płócienne żagle, częściowo zrefowane. łagodnie poruszały się na wietrze, szeleszcząc cicho. Na rufie pokład wznosił się nieco wyżej, prowadząc ku sterowi i nadbudówce, gdzie mosiężne elementy lśniły w słońcu jak świeżo wypolerowane monety. Koło sterowe, masywne i gładkie od dłoni kolejnych kapitanów, rzucało długi cień, który powoli przesuwał się po deskach wraz z opadającym światłem. Powietrze było nasycone zapachem drewna, soli i rozgrzanego metalu. Marynarz ruszył na obchód statku nie zwracając uwagi na to co czyni kapitan. Nie jego to była sprawa, ale już czekał na swoją zmianę, aby przekazać informację, że oto została sprowadzona na pokład barmanka, którą większość z nich kojarzyła. Przemoczona do suchej nitki podobnie jak sam kapitan. Kenneth nie puszczając dłoni Riven skierował się w stronę kajuty.
Zejście do niej zaczynało się wąskimi schodami opadającymi z rufy, gdzie światło dnia stopniowo traciło swoją ostrość. Każdy stopień był wygładzony przez lata użytkowania, ciemniejszy na krawędziach, jakby wchłonął w siebie ciężar setek zejść i powrotów. Światło wpadało tu już tylko pośrednio, filtrowane przez małe okienka rufowe i odbite od mosiężnych okuć. Sama kajuta kapitańska była przestrzenią zaskakująco jasną i uporządkowaną. Ściany wyłożone ciemnym, polerowanym drewnem łagodnie odbijały światło, nadając wnętrzu ciepłe, bursztynowe tony. Promienie popołudniowego słońca wpadały przez rufowe okna, układając się w długie, spokojne pasma na podłodze i blacie biurka. Wraz z delikatnym kołysaniem statku światło przesuwało się powoli, jak wskazówka zegara odmierzająca czas innym rytmem niż na lądzie. Centralnym punktem kajuty było solidne biurko przytwierdzone do podłogi, pokryte mapami, notatkami i przyrządami nawigacyjnymi. Mosiężne elementy takie jak kompas, kałamarz, okucia szuflad, lśniły miękko, bez ostentacji. Przy jednej ze ścian stała koja, schludnie zasłana, z ciężkim kocem w stonowanych barwach granatu i szarości. Nad nią wisiała latarnia olejna, gotowa rozproszyć mrok, gdy dzień ostatecznie ustąpi nocy. Obok niej potężna skrzynia, również przymocowana na stałe do podłogi. Całość sprawiała wrażenie miejsca, w którym chaos świata zewnętrznego zostaje zatrzymany za drzwiami. Kenneth zamknął za nimi drzwi i skierował swoje kroki do skrzyni, którą od razu otworzył i zaczął wyciągać ubranie na zmianę. Obejrzał się przez ramię i spojrzał na czarownicę. -Rozgość się. - Wskazał krzesło oraz koję. Następnie podszedł do szafki na jednej ze ścian i wyciągnął z niej butelkę rumu oraz dwie szklanki. Rozlał trunek do ich wnętrz i podał jedną Riven. -Wypij, rozgrzeje cię. - Polecił miękkim tonem głosu, okraszonym nutą przejęcia. -Cała się trzęsiesz. - Położył dłonie na jej ramionach i mocniej potarł, aby pobudzić krążenie w tym drobnym ciele. Obserwował ją powoli. Jego spojrzenie nie było nachalne, raczej uważne, jakby badał zmiany, jakie przeszła od chwili, gdy wyszli z jeziora. Krople wody spływały jej po włosach i szyi, a on odnotował to mimowolnie, z tym niebezpiecznym skupieniem malującym się w spojrzeniu. Jego wzrok na moment zawisł tam, gdzie zaczynał się materiał koszuli, a gdzie wcześniej była apaszka skrywająca zaróżowienia skóry, teraz tak wyraźnie widoczne, choć już lekko przyblakłe - zapewne z powodu zima jakim objęły ich wody jeziora. Cofnął się o krok, dając jej przestrzeń na możliwe wycofanie się, zbudowanie bezpiecznego dystansu, choć walczył ze sobą mocno, aby jednym gestem nie zgarnąć jej ku sobie i zamknąć w ramionach nie zważając na mokre ubrania. Ciepło kajuty obejmowało powoli ich obydwoje.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Riven Thorne
Akolici
Feel the rain on your skin. No one else can feel it for you. Only you can let it in. No one else.
Wiek
23
Zawód
Barmanka, kochanka kapitana Fernsby
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
10
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
11
Brak karty postaci
28-12-2025, 23:01
Byłam w stanie wyobrazić sobie dzisiaj chyba wszystko, tylko nie to, że tak wcześnie znajdziemy się z powrotem w Cardiff. Gdy moje bose stopy dotknęły kamiennego chodnika, a przed oczyma ujrzałam “Złotą Łanię”, uniosłam wysoko brwi. Koc opadł, i nim ja zdążyłam pozbyć się szoku, już byłam ciągnięta w stronę statku. Chciałam zaprotestować, przecież nie mogłam wejść tak po prostu na pokład, ale ucisk Kennetha był silny, szedł szybkim krokiem, nie bacząc na to, że ktoś może nas zauważyć. Albo może wręcz przeciwnie, dlatego właśnie szedł tak szybko, aby nikt nas nie dostrzegł? Plan licho strzelił, bo nawinął się jeden z marynarzy. Złapałam jego spojrzenie, gdy salutował swojemu kapitanowi, a potem witał mnie na pokładzie. Rozpoznał mnie, widziałam to w jego wyrazie twarzy, a ja się jedynie zarumieniłam. Przemoczona, nie było żadnej suchej nitki. Boso, włosy kleiły mi się do czoła. Mokre ubranie przylegało dokładnie do ciała. Przemknęłam obok niego odwracając spojrzenie, bardziej skupiając się na uczuciu ciepłego drewna pod stopami. Dokładnie przyglądałam się, na tyle na ile zdążyłam, pokładowi. Z bliska “Złota Łania” prezentowała się lepiej niż to sobie wyobrażałam. Zwróciłam uwagę na odznaczające się kolorem, z pewnością nowe, deski. Zawiesiłam wzrok na sterze, spojrzałam na masztach… nie znałam nazw większości z tych wszystkich elementów, które budowały statek. Nigdy na żadnym nie byłam, nigdy nikt mi o nich tak dokładnie nie opowiadał. Pachniało drewnem, rozgrzanym od słońca, a także solą z dalekich morskich wypraw. Zaczęliśmy schodzić po schodach. Światło słoneczne zostawiliśmy za sobą, zanurzyliśmy się w półmroku pomieszczeń pod pokładem. Widziałam unoszące się w powietrzu drobiny kurzu, wzbudzone do ruchu przez nasze pojawienie się tu. Promienie delikatnie przeciskało się przez każdą szparę, każde małe okienko, jakkolwiek, byle tylko dostać się do środka. Weszliśmy do pomieszczenia, za mną zamknęły się drzwi, a ja stanęłam na środku. Trochę bezradnie. Kenneth zaczął krzątać się po, jak się domyślałam, jego kajucie. Gdy do mnie dotarło, że jestem w kapitańskiej kajucie, jedynie rozchyliłam usta w zdziwieniu. Połączyłam wargi dopiero wtedy, gdy dotarł do mnie głos mężczyzny. Miałam się rozgościć, ale jak? Byłam przemoczona i zmarznięta. Rozglądałam się uważnie, ściągając z ramienia swoją torbę. Jakim cudem nie spadła z mojego ciała podczas tej całej szamotaniny pod wodą? Nie miałam pojęcia. Obserwowałam dokładnie pomieszczenie. Patrzyłam na ściany, które nadawały pomieszczeniu przyjemnego ciepła. Na środku stało biurko, na nim jakieś notatki, mapy. Nie przyglądałam się aż tak uważnie. Kufer. Koja. Zarumieniłam się, odstawiając przemoczoną torbę na podłogę. Nawet nie zaglądałam do środka, byłam przekonana, że cała zawartość również była przemoczona. Zadrżałam w tej samej chwili, gdy Kenneth znienacka pojawił się tuż obok. Z dwoma szklankami i rumem. Sięgnęłam po szklankę i za jego poradą, wypiłam wszystko od razu. Gardo wypaliło niemiłosiernie, ale faktycznie, już po chwili czułam jak moje ciało się rozgrzewa. Odstawiłam pustą szklankę.
Patrzyłam na niego, gdy pocierał moje ramiona swoimi dłońmi. Patrzyłam, gdy zawiesił zawiesił wzrok na mojej szyi. Westchnęłam cicho.
- Wypadek przy pracy - mruknęłam tylko. - Byłam w klubie, spotkałam tam.. ah, nie znasz nawet. Dosypali nam czegoś do drinków i tak jakoś… to nic znaczącego - odwróciłam wzrok. - Nie wiem czemu ci to mówię.
Zacisnęłam mocno usta, na tyle, że aż pobladły. Zrobiło mi się głupio, myślami wróciłam do tamtego poranka. To naprawdę nie było nic znaczącego, więc czym ja się przejmowałam? I dlaczego właściwie myślałam o tym, co Kenneth sobie o mnie pomyślał widząc te znaki na mojej szyi, wskazujące na niedawno przeżytą upojną noc. Przecież to tutaj, dzisiaj, też było nic nie znaczące, prawda?
- Nalej mi jeszcze - zażądałam, wyciągając szklankę w jego kierunku. Gdy w mojej szklance znalazł się trunek, od razu wypiłam całą jego zawartość.
Chciałam się rozebrać, pozbyć tych mokrych ubrań. Nie miałam jednak nic, co byłoby suche i mogłabym na siebie założyć. Odstawiając ponownie szklankę, spojrzałam na Kennetha poważnie. Moje usta, mimowolnie, ułożyły się w dzióbek. Intensywnie nad czymś myślałam.
- Po pierwsze, nim nastanie wieczór cały statek i cała tawerna będzie wiedziała, że wylądowałam w twojej kajucie - parsknęłam śmiechem. - Po drugie, wyglądamy jak siedem nieszczęść.
Sięgnęłam dłonią do spódnicy i złapałam kawałek materiału, jakby chcąc udowodnić swoje słowa, wycisnęłam trochę wody bezpośrednio na podłogę.
- Przemoczeni jak psy - wyszczerzyłam zęby.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#15
Kenneth Fernsby
Czarodzieje
Wiek
31
Zawód
Kapitan "Złotej Łani", przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
11
12
Brak karty postaci
28-12-2025, 23:29
-Nie musisz mi się tłumaczyć.- Odparał jedynie widząc jej zmieszanie. Ucieczka wzrokiem, mruknięcia pod nosem. To mogło świadczyć o wstydzie, którego podłoże mogło być bardzo różne. Nie miał zamiaru jej oceniać, bo samemu było mu daleko do świętości. Odczekał aż wypije całą zawartość szklanki i dolał jej rumu. On również opróżnił swoją do dna. Zerknął po chwili na torbę, która z głuchym plaśnięciem wylądowała na deskach jego kajuty. I dotarło do niego, że dziewczyna jest tutaj pierwszy raz. Uśmiechnął się krzywo pod nosem.
Wokół marynarzy i braku kobiet na pokładach nagromadziło się wiele legend i mitów. Nie prostował ich, wręcz przeciwnie sam nakręcał nie raz te bajania tylko po to, aby ludzie byli jeszcze bardziej ciekawi tego co też statki skrywają. -Wyciągnij mokre rzeczy z torby, zaraz zaczniemy osuszanie. - Zalecił jej kolejną czynność. Z taką prostą rzeczą magia nie powinna ich zawieść. Wrócił do skrzyni, z której wyciągnął wysokie buty, koszulę oraz kurtkę marynarską. -Lubiłem tamten płaszcz… - mruknął pod nosem zrezygnowany i zatrzasnął wieko skrzyni. Obejrzał się przez ramię na czarownicę słysząc jej słowa o tym, że zaraz pół portu będzie gadać o tym, że była widziana w jego kajucie. -Jak bardzo bolą cię plotki, które powstaną? - Zapytał z powagą w głosie i wyciągnął różdżkę. Skierował ją w stronę kobiety. -Sicco - Z końcu różdżki wydobył się ciepły podmuch powietrza, który powoli osuszał jej ubranie, a następnie włosy. Wykonał ruch dłonią, aby się obróciła do niego tyłem, gdzie mógł dalej kierować ciepłym powietrzem i tym samym upewnić się, że wszystko zostało dokładnie osuszone. Resztą swoich ubrań mogła zająć się sama, a wtedy on mógł osuszyć swoje spodnie i naciągnąć na grzbiet koszulę. Przeczesał wilgotne już włosy palcami i przysiadł na koi celem włożenia butów. -W ramach zadośćuczynienia oferuję wycieczkę po Złotej Łani oraz ciepły posiłek. Planowałem jeszcze tańce, ale na dziś chyba wystarczy ekscytacji i ruchu. - Ostatnie słowa okrasił cichym, trochę ponurym śmiechem, następnie wstał z koi i podszedł do dziewczyny nachylając się w jej stronę nieznacznie. -Chyba, że wolisz zejść z Łani w obawie przed plotkami. - Dodał z pewną zadziorną nutą w głosie, gotów przyjąć odmowę, ale liczył na to, że panna Thorne jednak podejmie wyzwanie, jak wszystkie poprzednie tego dnia i z typową dla siebie śmiałością podejdzie do kolejnego pomysłu kapitana. To w niej cenił i to polubił, że nie bała się działać. Dzisiaj tym bardziej pokazała, że miała w sobie siłę oraz hart ducha, a to sprawiło, że zyskała jeszcze więcej w jego oczach. I choć był skłonny puścić ją już teraz, bez konieczności spędzania w jego towarzystwie kolejnych godzin, tak bardzo nie chciał tego robić, łknąc wciąż jej towarzystwa.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#16
Riven Thorne
Akolici
Feel the rain on your skin. No one else can feel it for you. Only you can let it in. No one else.
Wiek
23
Zawód
Barmanka, kochanka kapitana Fernsby
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
10
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
11
Brak karty postaci
28-12-2025, 23:56
Odetchnęłam z ulgą. Nie pytał o więcej, nie musiałam się tłumaczyć, sam chyba nawet nie chciał słuchać. To po co patrzył, po co prowokował? Nie chciałam więcej wracać do tego tematu, było minęło, czekałam teraz aż zniknie. Ale z jakiegoś głupiego powodu chciałam, aby Kenneth wiedział, że to nic ważnego. Nic istotnego. Byłam głupia.
Słysząc kolejne polecenie przystąpiłam do jego wypełniania. Zaczęłam wyciągać wszystko to co miałam w środku. Torba powiększona zaklęciem powiększającym zmieściła w sobie wiele. Najpierw woreczek z bursztynami, mój dzisiejszy skarb. Buty na obcasie. Podrapałam się po głowie. Jak wyschną, to będzie jak znalazł, aby je ubrać. Przemoczona sukienka na zmianę, którą przewiesiłam przez krzesło. Woreczek z paroma kosmetykami, ale równie dobrze, akurat to mogłam wywalić do śmieci. Cienie namokły, do szminki przyczepiły się jakieś glony. Słysząc jego słowa, że lubił tamten płaszcz, bardzo się zmartwiłam. Spojrzałam na niego, robiąc parę kroków.
- Przepraszam - zaczęłam skruszona. - Gdybym go nie ściągnęła… odkupię ci, znajdę taki sam albo każę uszyć… znam krawcową.
Naprawdę zrobiło mi się przykro. Usta wygięłam delikatnie w podkówkę, bardzo żałowałam, że przez swoją głupotę sprawiłam, że jego cenna rzecz została na zawsze utracona. I tam były też bursztyny. Część z tych, co dzisiaj znaleźliśmy. Jęknęłam cicho, podeszłam do krzesła gdzie odłożyłam swój woreczek, sięgnęłam po niego.
- Oddam ci swoje bursztyny, twoje były w płaszczu, już ich nie ma… - wyciągnęłam w jego kierunku rękę z woreczkiem.
Posłusznie obracałam się wokół własnej osi pozwalając, aby ciepłe powietrze z jego różdżki osuszyło moje ciało. Przyjemne uczucie, gdy ubrania były suche, a z włosów nie kapały krople wody. Słysząc jego pytanie i tę powagę w głosie, uniosłam brew ku górze?
- Mnie plotki nie bolą, a tobie to nie będzie przeszkadzać? - Zapytałam. - Kobieta na pokładzie przynosi pecha - wyrecytowałam. - Marynarze się nie zbuntują, że narażasz Łanie? Dla jakiejś… barmanki?
Zabrałam się za osuszanie swoich rzeczy. Parę machnięć różdżką i torebka, buty, a także sukienka na zmianę, były suche. Cóż, sukienka była trochę czystsza, więc przez chwilę przeszło mi przez myśl, aby się w nią przebrać. Spojrzałam na kapitana. Buszował w swoich rzeczach, również je suszył. Przyglądałam mu się, jak zakłada buty, z dziwną dozą zainteresowania. A gdy nagle znalazł się tak blisko, nachylił się nade mną i zaproponował zejście z pokładu, zmarszczyłam brwi.
- Za kogo ty mnie masz? Myślisz, że odpuszczę wycieczkę po statku z powodu jakiś plotek? - Prychnęłam. - Po za tym, musisz się ze mną męczyć do dziesiątej jutro rano… właściwie, która jest godzina?
Miałam zabrzmieć groźnie, butnie, jakby moja duma została urażona. Ale sama poczułam, że straciłam na wyrazistości pytając o godzinę. Próbowałam ukryć malujące się na twarzy rozbawienie, sięgnęłam więc po drugą kieckę, która sucha wisiała na krześle i buty na obcasie. Minęłam Kennetha, podchodząc do jego koi.
- Czy… mógłbyś nie patrzeć? Przebiorę się w coś czystego - poprosiłam.
Gdy stał do mnie plecami, ja również się od niego odwróciłam. Ściągnęłam z siebie spódnicę, a następnie koszule. Przez krótką chwilę, w samej bieliźnie, walczyłam z założeniem sukienki. Chociaż ubranie było suche, to ciało nabrało sporo wilgoci. Sukienka była krótka, sięgała mi do połowy ud. W brązową pepitkę, na grubych ramiączkach i na zamek na plecach. Założyłam białe podkolanówki, na to buty na lekkim obcasie. Dopiero wtedy podeszłam do mężczyzny, ale gdy odwrócił się w moją stronę, dostrzegł tylko moje plecy.
- Zapniesz mi sukienkę? - Poprosiłam. - I tańców ci nie odpuszczę, specjalnie po to wzięłam buty na obcasie.
Gdybym chciała, to bym sięgnęła i sobie jakoś sama poradziła. Ale czy naprawdę chciałam robić to sama?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#17
Kenneth Fernsby
Czarodzieje
Wiek
31
Zawód
Kapitan "Złotej Łani", przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
11
12
Brak karty postaci
29-12-2025, 10:28
Uniósł brwi, a potem pokręcił głową z rozbawieniem wymalowanym w niebieskim spojrzeniu. Zamknął w swoich dłoniach, tą w której trzymała woreczek z bursztynami. -Są dla ciebie. - oznajmił stanowczo, a następnie wzruszył ramionami. -A o płaszcz się nie martw. Kupię nowy. - Ujął Riven po brodę, by spojrzała mu w oczy. -Nie rób takiej miny, panno Thorne. - Nieznacznie pogładził kciukiem kobiecy policzek. Zdawała się być przejęta, wręcz zmartwiona jakby to ona sama przewróciła łódkę i doprowadziła do tego, że zaatakowały ich druzgotki. Nie raz i nie dwa w ten sposób kończyły się jego poszukiwania, gdy pędził za potencjalnym zyskiem i nieznanym. Taka była już jego natura, załoga doskonale wiedziała, że pływa z szaleńcem, który nie obawia się niczego i wchodzi ze śmiałością w samo centrum sztormu.
Zaśmiał się w głos odrzucając głowę do tyłu szczerze rozbawiony tym co właśnie usłyszał. -Pytasz jakbyś mnie nie znała i nie słyszała tych wszystkich plotek na mój temat. - Sięgnął po butelkę rumu i rozlał kolejną porcję do szklanek. Pociągnął solidny łyk, a potem zaczął szukać paczki papierosów. Poprzednia również była w płaszczu. Szlag by to. -W tawernie nie gadają, że kapitan Fernsby ma w każdym porcie inną pannę, a co wieczór sprowadza do swojej kajuty inną? - Zagadnął wiedząc, że część z tych plotek ma pokrycie w rzeczywistości. -Nikt się nie zbuntuje. - Prędzej spodziewał się, że bosman zapyta jak często będą mieli okazję widywać pannę Thorne na pokładzie i czy zapewnić jej pełen dostęp do statku. -Jakieś barmanki? - Zmarszczył nieznacznie brwi, ale nie pociągnął tematu dalej, ponieważ ta właśnie uniosła się dumą i nie miała zamiaru odpuszczać kolejnych atrakcji. Kiwnął głową z aprobatą okraszając ten gest krzywym uśmiechem. -Szósta po południu. - Odpowiedział sięgając po kieszonkowy zegarek, który miał przyczepiony do kamizelki jaką właśnie zapinał. Ta miała kolor bordowy i uszyta została z materiału zdobionego w roślinne motywy.
Odwrócił się na jej prośbę, a w tym czasie schodzał do kieszeni kamizelki papierośnicę i zapałki, które znalazł wcześniej na swoim biurku. Sięgnął również po naszyjnik w kształcie kotwicy, a gdy go zawiesił na szyi upewnił się, że czarna perła wciąż znajduje się w uchu i nie zgubił tej ozdoby w trakcie szamotaniny z druzgotkami. Niespiesznie odwrócił się kiedy kobieta już się przebrała. Jego palce odnalazły zamek bez trudu. Gdy chwycił go delikatnie, musnął przy tym jej plecy; lekko, niemal przypadkiem, lecz wystarczająco wyraźnie, by poczuła ten dotyk. Skóra pod jego opuszkami była chłodna, wrażliwa, a on przesunął palce powoli, jakby sprawdzał, czy pozwoli mu na więcej. Zamek unosił się centymetr po centymetrze, cicho, niemal bezszelestnie. Na moment zatrzymał się, jego dłoń zawisła tuż przy jej skórze, nie dotykając jej już, lecz wciąż będąc zbyt blisko, by zignorować ten mały dystans. Gdy w końcu zamek znalazł się na swoim miejscu, jego palce nie cofnęły się od razu. Zsunęły się lekko w dół, muskając linię kręgosłupa w przelotnym, niejednoznacznym geście, ale wystarczającym, by wywołać dreszcz, zbyt krótkim, by można było go nazwać czymś więcej. Cofnął rękę dopiero po chwili, zostawiając między nimi przestrzeń naznaczoną cichym, drgającym napięciem. Nachylił się do jej ucha by musnąć oddechem skórę policzka. -Gotowe. Możemy ruszać. - Cofnął się krok do tyłu, wyminął czarownicę by sięgnąć po marynarską kurtkę. Następnie otworzył drzwi do wyjścia z kajuty. -Zapraszam na zwiedzanie. - Wykonał przy tym iście teatralny ukłon. Podobny do tego, który widziała u niego już wcześniej. Zalśniła biel zębów w wilczym uśmiechu.
-Tu trzymamy zapasy na dłuższe trasy - wskazał zejście pod pokład, poprawiając starannie zwiniętą linę, choć nie było takiej potrzeby. -A tam, przy dziobie, magazyn na ładunek wrażliwy. Statek nie lubi, gdy coś się obija- dodał z półuśmiechem, jakby mówił o kaprysach starego przyjaciela. Przystawał co chwilę, objaśniając detale: knagi wypolerowane do połysku, wanty napięte z ogromna dokładnością, żagle zrefowane tak, by ani jeden fałd nie pracował przeciw wiatrowi. Na rufie zatrzymał się dłużej. Położył dłoń na kole sterowym, przesuwając palcami po wygładzonej powierzchni, z czułością niemal intymną. -To serce statku - powiedział ciszej. -Jeśli o nie dbasz, odpłaci się w najgorszą pogodę. - W jego spojrzeniu było coś więcej niż duma; było przywiązanie, odpowiedzialność, troska wypracowana latami.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#18
Riven Thorne
Akolici
Feel the rain on your skin. No one else can feel it for you. Only you can let it in. No one else.
Wiek
23
Zawód
Barmanka, kochanka kapitana Fernsby
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
10
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
11
Brak karty postaci
29-12-2025, 17:35
Poczułam niemałą konsternację gdy na twarzy Kennetha wymalowało się rozbawienie. Ja tu się naprawdę przejęłam, chciałam jakoś zadośćuczynić. Wygięcie ust w podkówkę zniknęło dopiero wtedy, kiedy ujął mój podbródek, a palcem przejechał po policzku, karząc się rozchmurzyć. Patrzyłam mu w oczy, jak zahipnotyzowana i pozwalałam sobie na to, aby wpaść w jego sidła. Znałam tę grę, te gesty, którymi obdarzał mężczyzna wtedy, kiedy chciał zdobyć trofeum. Szłam jak ta głupia łania za nim, prosto w jego zasadzkę. Nawet nie myślałam o tym, że może skończyć się to czymś “więcej” niż tylko przygodą, lub przygodami, jeśli mu się spodobam. Przyszło mi jedynie zagrać w jego grę. Improwizować. Próbować zostawić sobie drabinkę, po której będę mogła z tej dziury wyjść na powierzchnię. Wtedy, kiedy już mu się znudzę, ponieważ nie sądziłam, aby pan Fernsby myślał o mnie w jakiś głębszych kategoriach.
- Oczywiście, że znam te wszystkie plotki - założyłam ręce na biodra. - W każdym porcie inna panna, twoi marynarze nie raz i nie dwa opowiadali o podbojach swojego kapitana, o tym ile to panień gościło w tej koi - kiwnęłam głową w tamtym kierunku. - Przez ostatnie dwa miesiące poderwałeś w tawernie dziewięć kobiet. Liczyłam - zaśmiałam się, wywracając oczami.
Odwróciłam wzrok, bo właściwie wcale nie byłam lepsza. Chociaż uważałam, nie szłam do łóżka z byle kim, to wcale nie byłam święta. Nie byłam dziwką, ale swoje za uszami miałam. Chociaż w marynarskiej koi jeszcze nie leżałam. Prychnęłam pod nosem rozbawiona swoją własną myślą. Spojrzałam na niego akurat, gdy marszczył brwi. Trochę mnie to zdziwiło, bo przecież byłam tylko jakąś barmanką. Jedną z wielu. Jak nie w tym porcie, to w jakimkolwiek innym w Walii, Anglii czy Europie. Lekko wzruszyłam ramionami, bagatelizując swoją wartość - dla większości jej przecież nie miałam. Byłam tylko barmanką.
- Szósta po południu? W takim razie mamy jeszcze - szybko się zamyśliłam, unosząc wzrok do sufitu. - Osiemnaście godzin? Musisz się ze mną jeszcze męczyć przez osiemnaście godzin - uśmiechnęłam się do niego szeroko.
Mógł czuć jak zadrżałam, gdy jego palce dotknęły mojej skóry u dołu pleców. Skoro on się mógł ze mną drażnić, jak wtedy, gdy urywał zębami winogrono patrząc mi prosto w oczy, to i ja mogłam go trochę po zaczepiać. Chociażby widokiem moich pleców, jakże intymnym, nie przeznaczonym dla wszystkich. Mógł jednak tylko patrzeć, zapinając niespiesznie zamek muskać palcami, ale nic więcej. Pozwoliłam mu na wiele wiedząc, że przecież tego oczekiwał. Skóra napinała się w miejscu, po którym przejechały jego palce. Mógł delikatnie wyczuć moją reakcję, zobaczyć pojawiającą się gęsią skórkę, jak spowolniłam oddech. Usta zacisnęłam mocno, aby nie wydobyło się z nich najmniejsze westchnienie. Atmosfera zgęstniała, pojawiło się napięcie. Specyficzne, trudne do opisania. Oczekujące kulminacji, ale w tym momencie żadnej kulminacji nie było. Odchyliłam głowę, czując go u swojego boku, nad ramieniem. Delikatny uśmiech wpełzł na moje usta, a na policzkach zawitał delikatny rumieniec. Głupia, po co się tak rumienisz?
- Dziękuję - szepnęłam.
Ale Kenneth już się odsunął. Zaprosił mnie na zwiedzanie. Wyprostowałam plecy, brodę uniosłam ku górze, pierś do przodu i teatralnie dygając, w odpowiedzi na jego ukłon, opuściłam kajutę. Zwiedzaliśmy dokładnie, kapitan pokazywał mi różnego rodzaju zakamarki. Tłumaczył zasady działania niektórych elementów, używał słów, których znaczenia dotychczas nigdy nie poznałam. Słuchałam go uważnie, dokładnie starając się zapamiętać każdy szczegół, chociaż wiedzy było tyle, że już po chwili wszystko zaczęło mi się mieszać. Pod koniec wycieczki znaleźliśmy się na pokładzie, na rufie. Tu było jego miejsce, przy sterze, które dotknął z niemałą czułością. Aż mimowolnie uśmiechnęłam się delikatnie, słysząc ciepło w jego głosie, gdy opowiadał o najważniejszym elemencie statku.
- Zawsze myślałam, że to kapitan jest najważniejszy. Dobrego kapitana każdy ster posłucha. To nieprawda? - Przechyliłam głowę. - Statek jest jak kobieta, zazdrosna o inne. Ma chronić marynarzy, przynosić szczęście. Dlatego inne kobiety nie są na niej mile widziane - dłonią dotknęłam steru, starając się wyczuć fakturę drewna, jego ciepło, a także to co przeszło. - Ale jest też morze, słyszałam, że i ono potrafi być o kobietę zazdrosne. Dlatego kapitan może mieć tylko jedną prawdziwą partnerkę, swój statek… albo morze, w zależności od interpretacji.
Bez słowa stanęłam przy sterze, chwyciłam je jakbym to ja była kapitanem tego statku, ale nie śmiałam go ruszyć. Jedynie wpatrywałam się przed siebie, próbując wyobrazić sobie co widzi i o czym myśli taki kapitan, kierując swoim statkiem przez morze i oceany.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#19
Kenneth Fernsby
Czarodzieje
Wiek
31
Zawód
Kapitan "Złotej Łani", przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
11
12
Brak karty postaci
29-12-2025, 19:01
Śmiał się z samego siebie, że czyni podchody niczym młodzik, który stara się zaimponować pannie. Miał swoją reputację, miał swoja pewność siebie, aby sięgać po to co tylko chciał. Wiedział jak działał na kobiety, wiedział jakie plotki o nim krążą, a on nie zaprzeczał żadnej. Jedne podsycając, a inne zbywając cichym milczeniem, które odbierano jako potwierdzenie. Poddawała się jego grze, podejmowała nawet własne kroki, które miały prowokować go dalej. Jaką strategię odebrała? Czy być może przejrzała jego plan i teraz to ona dyktowała warunki, a on sądził, że dzierży ster przewagi? Miał dość przygodnych nocy i spotkań, jednak czy któraś kobieta zdecyduje się na związanie z kapitanem Złotej Łani licząc się z tym, że nie będzie mógł jej stworzyć prawdziwej rodziny. Starzejesz się, Kenneth - skarcił się w głowie kiedy te myśli znów się pojawiły gdy patrzył w te sarnie oczy. -Uwierzyłaś w każde słowo jakie opowiadali? - Zapytał z miękkim rozbawieniem w głosie, a w duchu przeklinał gadulstwo swoich ludzi. Inna sprawa, że sam dolewał oliwy do ognia swoimi działaniami. Gdy wspomniała o tym, że liczyła przez ostatnie dwa miesiące z iloma kobietami flirtował, spojrzał na nią bacznie, a następnie ujął w palce kosmyk jasnych włosów i zbliżył do swoich ust. Nie odwracając od niej oczu ucałował końcówki. -Aż tak dokładnie liczyłaś, panno Thorne? - Zapytał prawie szeptem przecinającym ciszę kajuty. Jeszcze chwilę trzymał ją w kleszczach swojego wzroku nim pozwolił jej uciec. Zbagatelizować swoje istnienie i byt w Cardiff. Zanotował to w pamięci, nie wiedząc co z tym zrobi, ale mając na względzie jej słowa.Wszystko co mówiła miało jakieś znaczenie i wydźwięk. Każde spojrzenie i gest również. To jak uciekała spojrzeniem, rumieniła się, unosiła dumnie brodę, jak zaznaczała swoją obecność i stawiała pewne ramy zasad, w których teoretycznie powinien się poruszać, ale nie miał zamiaru.
Drażnić. Sprawdzać. Testować. Taki miał styl bycia, czym irytował wielu, ale nie zwykł zmieniać ich tylko dlatego, że ktoś tego oczekiwał. -A być może to ty musisz znieść jeszcze spłacanie długu przez osiemnaście godzin? - Zagadnął swobodnie. -Skąd założenie, że twoje towarzystwo jest dla mnie utrapieniem, co? - Wyszczerzył zęby w wilczym uśmiechu, a potem delektował się ciszą jaka zapadła w kajucie. Gęstością powietrza, napięciem jakie szybko narosło na nowo, a przecież jedynie co musnął miękką skórę, wyczuł jej zapach oraz usłyszał cichy szept. Naciągał strunę cierpliwości, przedłużał i zbaczał nie pozwalając być sobie oczywistym.
Marynarz skutecznie ukrył się przed czujnym wzrokiem kapitana wiedząc, że wchodzenie teraz w jego zasięg narazi się na złość, której nie chciał doświadczyć. Liczył tylko czas do tego, aż jego wachta minie albo kapitan nagle ją skróci i powie, że następna ma się zacząć za godzinę lub dwie. Tym czasem Kenneth kiwnął nieznacznie głową na słowa Riven. -Kapitan jest bardzo ważny. Jednak dobry kapitan zna statek. - Uśmiechnął się kiedy pogładził czule koło sterowe. -Musi wiedzieć jak szybki jest statek. Jaką ma wyporność. Jak wytrzymałe ma wanty, jak mocne poszycie. - Przystanął za Riven kiedy ta śmiało pochwyciła ster w swoje dłonie. Ujął jedną z nich i przestawił w odpowiednie miejsce. To samo uczynił z drugą dłonią. Pochylił się nad dziewczyną, tak by muskać oddechem płatek ucha. Zamknął między swoimi ramionami -Czasami morze, tak samo jak statek, akceptują inne kobiety. - Mówił cicho, niemal pomrukując. -Kobieta taka musi jednak być gotowa przeprowadzić pewien rytuał. - Patrzyli w stronę wyjścia z portu, tam gdzie wypływało się na pełne wody. Słońce sunęło po wodzie długą smugą blasku, rozciągniętą niczym pas wypolerowanego mosiądzu. Spokojna tafla niemal nie drżała, tylko lekkie zmarszczki, zostawione przez wolno odpływające jednostki, łamały odbicie światła na tysiące drobnych iskier. Każda z nich zapalała się i gasła, jakby w rytmie oddechu morza. Kamienne falochrony, prowadzące ku otwartym wodom Kanału Bristolskiego, tonęły w złotawym cieniu. Ich krawędzie jaśniały, podkreślone niskim kątem słońca, podczas gdy wnętrze portu pogrążało się już w chłodniejszej, niebieskawej ciszy. Dźwigi i maszty rysowały na niebie cienkie, wydłużone sylwetki, a ich odbicia drżały w wodzie. Światło kładło się na wszystkim bez pośpiechu: na linach zwisających z polerowanych knag, na metalowych obręczach koła sterowego, na ich twarzach, ogrzewając je ostatnim ciepłem dnia. -Zamknij oczy, Riven. - Polecił jej cicho, a kiedy usłuchała mówił dalej. -Marynarze schodzą do małych łodzi i zaczynają wiosłować. Statek powoli rusza, praktycznie tego nie czuć, ale słychać jak odbija od brzegu. Bosman wydaje polecenia, gwiżdże, majtkowie wspinają się po wantach. - Zacisnął mocniej palce na jej dłoniach i poruszył delikatnie sterem, tak jakby właśnie kontrolowali położenie statku. -Rytmiczne uderzenie wioseł, mocniejsze szarpnięcie na przodzie, coraz mniejszy opór wody, która szumi głośniej. - Oparł brodę o jej skroń i kontynuował cichym, miękkim tonem barytonu. -Podmuch wiatru na twarzy, który rozwiewa włosy, kolejny gwizd, a żagle zostają opuszczone. - Znów poruszył sterem. -Wiatr się wzmaga, łodzie przestają wiosłować, żagle się napinają, marynarze wracają na pokład by pochwycić wanty i olinowanie. Wypłynęłaś z portu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#20
Riven Thorne
Akolici
Feel the rain on your skin. No one else can feel it for you. Only you can let it in. No one else.
Wiek
23
Zawód
Barmanka, kochanka kapitana Fernsby
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
10
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
11
Brak karty postaci
29-12-2025, 21:17
Nić która między nami się utworzyła drżała niemiłosiernie. Od napięcia, od emocji, które się wokół nas wytworzyły. Odbijaliśmy sobie piłeczkę, żadne z nas nie chciało tej gry przegrać. Chociaż nie wiedziałam co to za gra, ani o co walczymy. Wiedziałam tylko, że jeśli chciałam stąd odejść z tarczą, a nie na tarczy, to musiałam się zdecydowanie bardziej postarać. Spojrzałam na niego dziarsko, pokazując, że jego miłosne podboje absolutnie mnie nie interesowały. A może tylko udając? Przed sobą. Udając przed nim. Uniosłam podbródek, a następnie lekko kiwnęłam głową.
- W każde jedno - odpowiedziałam równie rozbawiona.
Rozbawienie minęło, gdy ujął kosmyk moich włosów. Obserwowałam jak zbliża je do ust, jak całuje. Przełknęłam ślinę czując, jak robi mi się ciepło. Mógł mnie wziąć. W każdej chwili. Liczyłam się z takim rodzajem spłacenia długu. A on robił zupełnie co innego, kusił, drażnił, przeciągał stunę testując, na jak dużo mu pozwolę. Pozwalałam na wiele, a za każdym razem okazywało się, że jeszcze tej struny nie zerwał. Że mógł napierać na mnie jeszcze mocniej, tym samym mnie do siebie przyciągając. Chciał, abym to ja nie wytrzymała, abym to ja sama przyszła do niego. Był szaleńcem, poszukiwaczem skarbów, delektował się procesem i cieszył się znalezieniem skarbu po tym, jak włożył ogrom energii w jego zdobycie. Dziś ja byłam tym skarbem, a on robił wszystko bym uległa.
Po moim trupie.
- Bardzo dokładnie - mruknęłam.
Jeśli myślał, że tak łatwo się mu poddam, to był w błędzie. Kusił niemiłosiernie, czułam to ciepło rozchodzące się po moim ciele. Pozwalał mi się poznać ze strony, której nigdy nie miałam okazji ujrzeć. Ale jeśli myślał, że pierwsza ulegnę, to się grubo mylił. To on ulegnie mi, już wiedziałam co to za gra i byłam gotowa w nią grać dalej. Wprowadzić także i swoje zasady.
- Skąd założenie, że jest to utrapieniem i dla mnie? Niezwykle dobrze się bawię, panie kapitanie - odpowiedziałam mu równie swobodnie, odwzajemniając uśmiech.
Piłeczka odbita. Gładził skórę moich pleców, myślał że zwodził mnie, a tak naprawdę to był mój ruch. Moja kolej. Przez większość dnia byłam bierna, pozwoliłam mu się zarzucić nowymi doznaniami, omamić, opleść sidłami. Nie byłam głupia, chociaż zorientowanie się mi trochę zajęło. Szczerze darzyłam go sympatią i nie był mi obojętny. Gdyby był, nie liczyłabym z iloma pannami wyszedł z tawerny. Innego mężczyznę miałam w głowie, który mi się podobał i z którym wylądowałam ostatnio w jednym łóżku. Wiedziałam jednak, że nic z tego nie będzie. Doskonale wiedziałam, że musiałam o nim zapomnieć. Tak bym poradziła każdej swojej koleżance.
Zapomnij o nim, jest tylu mężczyzn na wyciągnięcie ręki.
Całe szczęście nie trafiliśmy więcej na marynarza przechadzającego się po statku. Chyba wiedział, że nie należy wchodzić w paradę swojemu kapitanowi, kiedy ten oprowadza jakąś pannę po swoim statku. Staliśmy na rufie, zachodzące słońce oświetlało nas ostatnimi ze swoich promieni. Już niedługo całe Cardiff, w tym i “Złota Łania”, miała skąpać się w ciemności. Staliśmy w tych ostatnich promieniach wspólnie, trzymałam ster, Kenneth za mną prawidłowo ustawiał moje dłonie. Patrzyłam przed siebie, nie ośmieliłam się ruszyć, gdy pochylił się nad moim ramieniem. Czułam go tuż przy swoim uchu, czułam jego oddech, a jego głos, niczym pomruk, wprawiał w wibracje całe moje ciało. Nie mogłam mu pokazać jak na mnie działa. Musiałam ukryć to mocniejsze zaciśnięcie dłoni na sterze, przyspieszony oddech, ciepło rozchodzące się od podbrzusza po całym ciele.
- Jaki rytuał? - Zapytałam cicho, niemal szeptem.
Widok był przepiękny. Zachód słońca, przed nami wejście do portu. Statki na horyzoncie odznaczały się odbijającymi światło masztami na coraz ciemniejszym tle nieba. Nigdy nie byłam dalej niż tu, nigdy nie przekroczyłam portu, nie wpłynęłam do Kanału Bristolskiego. A teraz miałam wrażenie, jakby było to całkowicie możliwe. Jakbym mogła wprawić statek w ruch samą siłą woli.
Zamknęłam posłusznie oczy. Wyczuliłam zmysły. Czułam zapach morskiej fali, delikatne bujanie się statku, ciepło nagrzanego drewna steru pod swoimi dłońmi. Wyobraziłam sobie tych marynarzy schodzących na niewielkie łodzie, widziałam ich jak zaczynają wiosłować. Byłam w stanie usłyszeć dźwięk odbijającego się od brzegu statku, przecież byłam przy tym tyle razy. Tylko tam, na lądzie. Słyszałam szum wiatru, plusk wody, gwizdek bosmana, kroki majtków odbijające się od drewnianego pokładu. Rytmiczne uderzenia wioseł, statek zaczynał płynąć. Mocniejszy wiatr, widziałam rozkładane żagle, w tym samym czasie ustal plusk wioseł. Minęliśmy wejście do portu, przed moimi oczami wielkie otwarte morze.
- Płyniemy - szepnęłam, zaciskając mocniej palce na sterze.
Od wiatru, wody, emocji jedna niewielka łza, zebrała się pod powiekami i spłynęła szybko po policzku, zostawiając po sobie tylko niewielki ślad, który wysechł tak szybko, jak szybko się pojawił.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (5): « Wstecz 1 2 3 … 5 Dalej
 


Skocz do:

Aktualny czas: 11-01-2026, 00:41 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.