• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Wschodni Londyn > Portowy pub "Sól i Mgła" > Stoliki na uboczu
Strony (2): 1 2 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
01-11-2025, 14:12

Stoliki na uboczu
W ciemniejszym, oddalonym kącie tawerny panuje półmrok, w którym ledwie migocze światło kilku świec. To spokojniejsze miejsce, oddalone od głównego zgiełku i krzyków dochodzących z głównej sali. Powietrze przesycone jest zapachem dymu, który zdaje się nigdy nie opuszczać tego zakątka. Często można spotkać tutaj stałych bywalców tawerny, którzy nie lubią, gdy się im przeszkadza. Jednocześnie jest to też jedna z miejscówek, gdzie dość często można zastać chrapiących marynarzy, którzy nieco przesadzili z ilością wlanego w siebie trunku.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Amodeus Nott
Czarodzieje
well fed devils behave better than famished saints
Wiek
32
Zawód
Łamacz klątw; badacz run i artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
22
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
9
8
Brak karty postaci
14-12-2025, 17:12
11 marca 1962



Półmrok w bocznym zakątku tawerny był gęsty, niemal lepki, jakby powietrze zgęstniało od dymu, zapachów i niedopowiedzianych rozmów. Amodeus siedział przy jednym z masywnych stołów, nadgryzionych zębem czasu, z przedramionami opartymi o szorstkie, nierówne drewno. Świece paliły się nisko, ich płomienie drżały przy każdym przeciągu, rzucając na kamienne ściany cienie poruszające się z opóźnieniem — jakby świat nie do końca nadążał dziś za własnym rytmem.
Gdzieś w głębi sali brzęknęła łyżka o cynowy kubek, ktoś parsknął śmiechem, a potem znów wrócił jednostajny szum rozmów. Dźwięki układały się w tło zbyt głośne, by o nim zapomnieć, i zbyt monotonne, by się do niego przyzwyczaić. Nott miał wrażenie, że nawet jego oddech brzmi tu obco.
Czas rozciągał się nieprzyjemnie. Miał wrażenie, że od chwili, gdy umówili się w tym miejscu, minęła cała wieczność. Co chwilę zerkał w stronę wejścia do bocznej sali, spodziewając się zobaczyć znajomą sylwetkę wyłaniającą się z dymu i gwaru. Zamiast tego dostrzegał jedynie śpiącego marynarza przy sąsiednim stole oraz karczmarkę, która przechodziła obok z obojętnością kogoś, kto widział już wszystko i nic nie było w stanie go zaskoczyć. Tutaj czas naprawdę zdawał się stać w miejscu.
Nie potrafił jednak skupić się wyłącznie na oczekiwaniu. Pod skórą wciąż pulsował obraz snu — wyśnionego kilka dni temu, a jednak niepokojąco żywego, zbyt obecnego jak na coś, co powinno rozpłynąć się wraz z porankiem. Nie był to zwykły koszmar ani chaotyczna wizja, tylko doświadczenie pozostawiające po sobie stan: napięcie, czujność, gotowość do ruchu.
Czuł, jak jego ciało pamięta tamto uczucie. Jakby był jedynie luźnym zbiorem cząstek, gotowych w każdej chwili rozsypać się i ułożyć na nowo. Przez krótką, niepokojącą chwilę był czymś innym — drzewem zapuszczającym korzenie głęboko w ziemię, burzą, która nie pyta o zgodę, tylko nadciąga, motylem kruchym i wolnym jednocześnie. Ta wielość form nie przerażała go tak bardzo, jak powinna. Przerażało go raczej to, jak naturalna się wydawała, jakby była częścią niego od dawna, tylko dotąd szczelnie zamkniętą.
Przesunął dłonią po karku, jakby chciał upewnić się, że nadal jest sobą. Skórą, kośćmi, oddechem. A jednak coś się zmieniło. To nie była iluzja ani efekt zmęczenia — raczej ciche przesunięcie wewnętrznych granic, poluzowanie tego, co dotąd trzymało go w znanej formie.
Zauważył, że od kilku dni myśli inaczej. Śmielej. Z niepokojącą lekkością rozważał rzeczy, które jeszcze niedawno uznałby za nierozsądne. Był bardziej otwarty na bodźce — na ludzi, na emocje, na to, co nieprzewidywalne. Jednocześnie drażniły go drobiazgi: skrzypienie stołka, zbyt głośny oddech marynarza, zapach starego dymu. Sen nie zostawił po sobie jednego obrazu, lecz ciągły nacisk gdzieś pod myślami.
Westchnął cicho i sięgnął po szkło, choć trunek dawno stracił świeżość. Zbyt długo stał nietknięty, podobnie jak on sam — jakby coś w nim odstało, czekając na ruch, impuls, rozmowę, która nada temu sens.
Naturalnym było, że to właśnie z Billym miał się spotkać. Jeśli ktoś potrafił rozumieć sny, znaki i przemiany, to on. Potrzebował tej obecności bardziej, niż chciałby przyznać — nie po to, by znaleźć odpowiedzi, lecz by upewnić się, że nie traci gruntu pod nogami. Że ta zmiana nie jest początkiem rozpadu, lecz przejściem.
Znów spojrzał w stronę wejścia, palcami bębniąc cicho o blat stołu. Cierpliwość nigdy nie była jego najmocniejszą stroną, a dziś nerwowość wybrzmiewała wyraźniej niż zwykle. Sen wciąż szeptał gdzieś na obrzeżach myśli, podpowiadając, że nie wszystko musi pozostać takie, jakie było. Że może nawet nie powinno.
Gdy w oddali poruszył się cień — tym razem wyraźniejszy, bardziej ludzki — Amodeus wyprostował się odruchowo. Jakby sama możliwość nadejścia przyjaciela była kotwicą, która na chwilę przytrzymuje go w tej wersji siebie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
William Travers
Śmierciożercy
Freedom isn’t enough. What I desire doesn’t have a name yet―
Wiek
32
Zawód
Żeglarz-przemytnik, handlarz i łowca
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
6
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
15
10
Brak karty postaci
18-12-2025, 23:02
Port w Londynie pachniał głównie wilgocią, jakby miasto powoli gniło od strony rzeki. Billy wziął głębszy oddech i cisnął na chodnik wciąż żarzącego się półtrupa Dunhavena, którego niepotrzebnie zadusił podeszwą ciężkiego buta ― tu wszystko było mokre, nawet kamień przed pubem. Jeszcze chwila i sam zacznie gnić, mimo skórzanego płaszcza, który nieźle chronił przed brytyjską aurą ― konkurentką dementorów.
Ognista wypita z kontrahentem powoli rozpuszczała sztywność karku towarzyszącą Traversowi od samego rana, a perspektywa spotkania z Nottem skutecznie przepędzała zmęczenie, które jeszcze godzinę temu zajadle podgryzało co drugi nerw w jego ciele.
Mieli co celebrować, a że byli poważnymi ludźmi ― znali na to jeden sposób. Zdruzgotać się alkoholem. Opcjonalnie zaruchać i zrzygać się w pobliskim zaułku. Ciężka praca wymagała nagrody, a Billy zamierzał odebrać ją w całości.
Sól i mgła była wyborem bezpiecznym.
Przede wszystkim znanym Amodeusowi.
Krótkie spojrzenie na tarczę zegarka wyłowionego z kieszeni płaszcza wystarcza, aby Billy wiedział, że jest spóźniony mniej więcej o kolejkę albo dwie. To prawie nic ― szczególnie w perspektywie wieczności ― i mógłby to powiedzieć Amodeusowi, gdyby ten nie był już przyzwyczajony do tego, że czas jest tylko konstruktem, wobec którego Travers prywatnie jest dość sceptyczny.
Wnętrze pubu wita go ciepłem i gwarem; zaduchem, wobec którego nie zostaje mu nic innego niż przepchnąć się w kolejce do dębowego baru, za którego ladą widzi barmana. Nie musi wysilać się na uśmiech ― ten rozgaszcza się na twarzy jeszcze zanim Billy zamawia dwa kufle piwa i szoty czegoś, czym równie dobrze można było odkazić pokład po Kasztanie.
Ewentualnie duszę.
Gwar narasta.
Maleje irytacja, mimo że musi odpędzać się od uwagi, którą wywołuje za każdym razem, kiedy Cnota zawija do portu po miesiącach nieobecności. Opowieści nie opowiedzą się same. Galeony nie zmienią właścicieli bez pomocy, a przysługi nie wymienią się bez słowa wyjaśnienia ― porozmawiamy później staje się więc póki co najczęściej składaną obietnicą wieczoru.
Dotrzymanie jej nie jest teraz istotne.
Ważniejsze jest znalezienie w tej dusznej gęstwinie Amodeusa i podlanie go alkoholem, zanim zacznie więdnąć i schnąć ― z tęsknoty, oczywiście. Billy chwyta między palce szkło i wyjątkowo zręcznie lawiruje w ścisku ― nie ulewając ani kropli — aż jego spojrzenie pada na bardzo znajome plecy i ramiona pochylone nad jednym ze stołów tkwiących na ścisłym uboczu pomieszczenia.
― Długo czekasz? ― ostatnio widzieli się na święta, więc oczywiście. Uśmiech tym razem nie zatrzymuje się w kącikach ust, dosięga jeszcze trzeźwego spojrzenia i ogniskuje się w nim na dłużej. Dwa kufle z piwem lądują bezpiecznie na stole — mniejsze kieliszki podążają ich śladem. Billy zrzuca płaszcz z ramion i przewiesza go przez oparcie krzesła, na które zaraz opada, aż drewniane nogi skrzypią w cichym proteście. Pochrapywania sąsiada to cicha symfonia, na którą nawet nie zwraca uwagi ― koncentrując się na Amodeusie. ― Przemarzłem na kość w porcie. Ktoś zgubił dokument potrzebny do―
― ktoś, czyli prawdopodobnie on sam.
Głupi błąd skorygowany łapówką.
Można zapomnieć.
― A zresztą nieważne ― niecierpliwie potrząsnął głową i chwycił za kieliszek. ― Straszny syf z tego wyszedł, ale już załatwione. To co, za spotkanie?
Wynalazek spod lady był dokładnie tak obrzydliwy, jak się spodziewał. Tylko, że gorsze rzeczy miewał już w ustach, więc tylko przepił paskudztwo dwoma łykami piwa, patrząc, jak Nott radzi sobie z tym gównem w płynie.

piję: k68 - 15 = 53
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Amodeus Nott
Czarodzieje
well fed devils behave better than famished saints
Wiek
32
Zawód
Łamacz klątw; badacz run i artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
22
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
9
8
Brak karty postaci
20-12-2025, 23:41
Dźwięk stawianego szkła przeciął gwar skuteczniej niż podniesiony głos. Amodeus uniósł wzrok w chwili, gdy dwa kufle wylądowały przed nim z charakterystyczną pewnością Traversa — bez pytania, bez wahania, jakby ten stół należał do nich od zawsze. Przez ułamek sekundy patrzył tylko na jego ręce, na sposób, w jaki odstawił szkło: ruch wyuczony do perfekcji, pozbawiony niepotrzebnej ostrożności, jakby każde zawahanie było stratą czasu.
Billy pachniał portem. Solą, wilgocią, alkoholem i czymś jeszcze — metalicznym, trudnym do uchwycenia, jak echo długiego przebywania w miejscach, gdzie nic nie jest do końca czyste ani bezpieczne. Amodeus zarejestrował to odruchowo, podobnie jak napięcie w jego ramionach i ślad zmęczenia w spojrzeniu, które znikało szybciej, niż powinno. Travers zrzucił płaszcz i opadł na krzesło, rozpychając przestrzeń samą obecnością, jakby pub musiał się do niego dostosować.
— Długo czekasz?
Amodeus zerknął na zegarek tylko po to, by go zignorować. Czas był dziś pojęciem umownym, a poza tym Billy nigdy nie traktował go poważnie.
— W sam raz, żeby się rozmyślić — odparł, unosząc kącik ust w czymś, co ledwie zahaczało o uśmiech.
Billy wtrącił coś o porcie, o dokumentach, o drobnym błędzie, który — Amodeus byłby gotów się o to założyć — udało się naprawić pieniędzmi i tupetem. Przytaknął, bardziej z przyzwyczajenia niż z rzeczywistej potrzeby. Znał ten schemat aż za dobrze. Travers rzadko kiedy miał pamięć do tak prozaicznych rzeczy jak pozwolenia zapisane na kawałku pergaminu, co — trzeba było przyznać — w jego przypadku miało pewien sens. Z charyzmą Billy’ego drzwi zwykle otwierały się same, zanim ktokolwiek zdążył zapytać o formalności.
Zauważył, że dziś reaguje na jego obecność szybciej niż zwykle. Jakby Billy ostrzej zaznaczał się w przestrzeni: dźwięk głosu, ruchy, nawet drobne gesty przyciągały uwagę z niepokojącą intensywnością. Granica między nim a resztą świata wydawała się cieńsza, mniej stabilna. Alkohol stał na stole, a Amodeus był niemal pewien, że zadziała szybciej, niż powinien — jakby organizm już wcześniej był w stanie podwyższonej gotowości.
Kieliszki, które Billy dołożył do zestawu, wyglądały podejrzanie. Zbyt małe, by były niewinne.
Chwycił jeden z nich i uniósł w geście toastu, choć nie podniósł go od razu do ust. Zapach uderzył natychmiast — ostry, agresywny, wwiercający się w nozdrza jak ostrzeżenie, którego nikt nie zamierza respektować. Przez krótką chwilę coś w nim kalkulowało konsekwencje, ale ta myśl rozpłynęła się równie szybko, jak się pojawiła.
Wypił jednym haustem.
Smak był brutalny, wręcz brudny, a mimo to dziwnie znajomy. Może smakował jak wszystkie szoty w podobnych miejscach, do których Billy ciągał go przez lata — bez nazwy, bez składu, bez obietnicy czegokolwiek poza chwilowym zapomnieniem. Przez moment milczał, pozwalając ciału zdecydować, czy to już kara, czy dopiero zapowiedź. Gardło zapiekło, żołądek zaprotestował leniwie, ale nic więcej się nie wydarzyło.
— Smakuje jak gówno — stwierdził w końcu.
Popił piwem, które przywróciło świat do bardziej akceptowalnych proporcji. Oparł się wygodniej, ramiona rozluźniły się nieznacznie. Spojrzenie wróciło do Billy’ego — uważne, pozbawione ceremonialności, jaką zwykle rezerwował dla ludzi spoza bliskiego kręgu.
— Koniec końców ani woda, ani porty cię nie zabiły — rzucił. — A to już coś.
Amodeus zatrzymał na nim spojrzenie na ułamek sekundy dłużej, niż wymagała uprzejmość. Wcześniejszy powrót mógł oznaczać wszystko i nic. Czasem pieniądze, czasem kłopoty, czasem decyzje podjęte zbyt szybko, by można je było jeszcze odkręcić.
— Wróciłeś wcześniej — zauważył spokojnie. — To albo wyjątkowo dobry interes, albo wyjątkowo zły powód.
Sięgnął po kolejny łyk piwa. Zaczęcie od najmocniejszego alkoholu nie było rozsądne, ale dziś rozsądek nie miał zbyt wiele do powiedzenia. Alkohol rozlewał się w nim szybciej, niż się spodziewał, potęgując wrażenie czujności, jakby każdy bodziec był minimalnie podkręcony. Gwar pubu stał się bardziej natarczywy, zapachy intensywniejsze, a obecność Billy’ego — wyraźniejsza, cięższa.
Odstawił ogrzaną whisky bez żalu. Nie miał dziś cierpliwości do rzeczy, które wymagają czasu, by nabrać sensu.
— Więc? — zapytał w końcu. — Świętujemy czy topimy coś, czego nie da się już odratować?
Uniósł kufel minimalnie, gestem pozbawionym teatralności. Jeśli wieczór miał pójść w stronę, z której trudno się wraca, nie widział powodu, by stawiać opór.

też pije: k24- 9 = 15
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
William Travers
Śmierciożercy
Freedom isn’t enough. What I desire doesn’t have a name yet―
Wiek
32
Zawód
Żeglarz-przemytnik, handlarz i łowca
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
6
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
15
10
Brak karty postaci
02-01-2026, 16:05
Zmarszczka na ogorzałym czole nabrała głębi, kiedy Billy uniósł brwi, patrząc na Amodeusa dłużej, niż miał w zwyczaju. Spojrzenie wyjątkowo nie uciekało w bok, nie śledziło kątów sali i załamań cieni na ścianach, nie przyklejało się do obcych pleców i jeszcze bliżej nieznanych kobiecych nóg ― tych ostatnich zresztą nie było w zasięgu wzroku, ale nie to było powodem zaangażowania rozmówcą. Chyba chciał mieć pewność, że podczas jego nieobecności niewiele się zmieniło w życiu Notta, a żadna z potencjalnych zmian nie odcisnęła piętna na znajomej twarzy ― nie osadziła się w głosie ani spojrzeniu, na którego dnie dopatrzył się uśmiechu, więc i on uśmiechnął się nieco szerzej. Szorstkie palce prawej dłoni zacisnął na zimnym kuflu z piwem, kciukiem kreśląc kręgi na wilgotnej kamionce.
― Nie dramatyzuj.
Dwa magiczne słowa ― z repertuaru tych zakazanych ― których Billy nie odważyłby się wypowiedzieć do żony idealnie pasowały do Amodeusa. Pięć minut więcej czy mniej ― co za różnica. Obydwaj wiedzieli, że żadna. I tylko zabawnie patrzyło się na Notta samotnie siedzącego w tej portowej dziurze. Na tle innych gości wyróżniał się, jak samorodek złota wrzucony w gówno. Sztywny w ramionach, z głową uniesioną nieco za wysoko, z płaszczem wartym tyle, co miesięczny marynarski zarobek ― wprawne oko nawet nie musiało być trzeźwe, żeby to wszystko wychwycić. Kiedyś, kiedy byli nieco młodsi, Travers specjalnie wynajdywał co obskurniejsze lokale, takie gdzie człowiek oprócz wszystkich pieniędzy mógł stracić też zęby i bardzo szeroko pojętą niewinność, a smród nocy w nich spędzonych ciężko było wypłukać z włosów i skóry dłoni. Obecnie bardziej cenił wygodę, a Sól i mgła w porównaniu do rozmazanych wspomnień wypadała wręcz luksusowo.
Nawet jeśli trunek spod lady smakował jak gówno.
Co to w ogóle było?
Chyba bezpieczniej będzie nie dociekać.
― A to dopiero początek jego zalet ― uśmiechnął się niemal pewien, że ciężko będzie pozbyć się tego smaku z końca języka. ― Pamiętasz te truskawkowe szoty, po których młody rzygał na różowo?
Tego widoku nie dałoby się wymazać z pamięci żadną ilością bimbru pędzonego na szczurzych bobkach. Constance była wściekła, kiedy podczas porannego spaceru odkryła, że w ich ogrodzie zalęgły się pawie ― z ornitologią nie mające wiele wspólnego, za to prezentujące imponującą paletę barw na jej różanych krzakach.
― Woda nie utopi ryby ― krótkiemu parsknięciu śmiechu towarzyszyło odchylenie się na krześle, którego dwie przednie nogi znalazły się w powietrzu. Niezbyt roztropne, ale konieczne, żeby złowić spojrzeniem jedną z kelnerek krzątających się po sali. ― Ogień nie zabije smoka.
Ale butelka tego, co kobieta przyniosła na stół potencjalnie mogła.
Billy podziękował, spoglądając na etykietę. Elfia wódka niosła ze sobą obietnicę przepłukania gardła i zatarcia wspomnienia pierwszego brudnego szota, który oprócz niesmaku pozostawił po sobie ciepło uderzające w twarz ― miłą odmianę po chłodzie i wilgoci portu.
― To wyjątkowo dobry interes ― przytaknął, rozlewając wódkę do kieliszków. To nie skromność nakazywała wstrzemięźliwość z entuzjazmem ― kontrakt może i był lukratywny, ale oprócz galeonów nie brzęczało w nim nic interesującego. Oczywiście, Billy mógłby ubarwić opowieść, wspomóc się wyobraźnią i z trzech raczej nudnych miesięcy na morzu zrobić historię życia, tylko po co? Amodeusowi nie musiał imponować. ― Za nas.
Uniósł kieliszek w górę i opróżnił go jednym haustem.
Zapiekło w gardle, ale tym razem obeszło się bez smaku szamba.
Przyjemna odmiana.
― Nie myślałeś, żeby rozejrzeć się za jakimiś artefaktami poza Wielką Brytanią? ― zapytał, pochylając się do kieszeni płaszcza i wyciągając z niej zmiętą paczkę papierosów. Odpalił Dunhavena od świeczki stojącej na stole i zaciągnął się głęboko gryzącym płuca dymem. Do połowy pełną paczkę rzucił na lekko lepiący się blat. ― Przydałoby ci się trochę słońca, blado wyglądasz. Na Haiti pewnie dałoby się znaleźć coś ciekawego.
Coś ciekawego w ustach Billy'ego mogło być zarówno artefaktem z voodoo w tle, jak i hebanowymi udami, a ogólnie rzecz biorąc ― jedno nie wykluczało drugiego.
Jeszcze dobrze nie osiadł w Europie, a myślami już z niej wypływał.

piję: 53 + (67 - 15) = 105
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Amodeus Nott
Czarodzieje
well fed devils behave better than famished saints
Wiek
32
Zawód
Łamacz klątw; badacz run i artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
22
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
9
8
Brak karty postaci
14-01-2026, 14:58
Amodeus odpowiedział na to dłuższe spojrzenie bez słów. Uśmiech pojawił się sam — krótki, niemal leniwy — i osiadł na jego twarzy naturalnie, bez wysiłku. Nie był zapraszający ani ciepły; raczej podszyty myślą, że Billy wciąż ma ten sam zwyczaj sprawdzania, czy świat nie przesunął się za bardzo podczas jego nieobecności. Na komentarz Traversa pokręcił jedynie głową, z lekkim rozbawieniem, jakby pół godziny w tę czy w tamtą stronę naprawdę nie było warte uwagi. Pod względem punktualności jego przyjaciel pozostawał dokładnie taki sam.
Gdy padło wspomnienie truskawkowych szotów, skrzywił się odruchowo, jakby smak wrócił do ust bez zaproszenia. Tamten obraz był zbyt wyraźny, by dało się go zbyć śmiechem — ogród Traversów rozjechany jak po nieudanym festynie, trawnik pocięty rzygami, a jego brat pochylony dalej, konsekwentny aż do przesady. Alkohol, który Billy przytargał niewiadomo skąd, wchodził podejrzanie gładko — niemal niewinnie — zanim organizm zorientował się, że popełnił błąd. Skutki przyszły później, ciężkie i bezlitosne, rozciągnięte na kolejne dwa dni pulsującego bólu w skroniach.
— Nie mogłem patrzeć na truskawki przez następny rok — rzucił sucho, z wyraźnym skrzywieniem, po czym zawiesił głos na moment. — Constance do dziś pewnie uważa to za akt sabotażu.
Na myśl o tamtym wieczorze przed oczami stanęła mu jej mina — napięta, chłodna, jakby coś pękło, choć nikt nie nazwał tego wprost. Miał wrażenie, że od tamtej nocy nie patrzyła na nich już tak samo.
Przez następny tydzień nie wchodziła do ogrodu.
Gdy Billy przeszedł do swoich wywodów o wodzie i smoku, Amodeus uniósł brew. Ta retoryka była stara jak ich znajomość — znoszona, ale wciąż skuteczna. Obserwował, jak Travers sięga po elfiją wódkę i rozlewa ją do kieliszków pewnym, oszczędnym ruchem. Szkło cicho stuknęło o blat. Ten dźwięk zawsze oznaczał to samo: koniec gadania, początek wieczoru.
Uniósł swój kieliszek.
— Za nas.
Wypił.
Smak był wyraźniejszy, czystszy. Ostry, ale uczciwy. Ogień przeszedł przez gardło gładko, rozlewając się po ciele ciepłem, które nie budziło sprzeciwu. Skinął głową, jakby odnotował fakt.
— W końcu — mruknął. — Coś, co nie próbuje zabić człowieka przy pierwszym łyku.
Odstawił kieliszek, ale gdy Billy wspomniał o Haiti i rzucił mimochodem, że przydałaby mu się przerwa, Amodeus nie odpowiedział od razu. Odwrócił wzrok od stołu, jakby potrzebował chwili, by myśl mogła się ułożyć bez pośpiechu. Alkohol rozszedł się szybciej, niż się spodziewał — nie uderzył, raczej rozplótł napięcie w karku i ramionach. Oparł łokieć o blat i pozwolił spojrzeniu odpłynąć w głąb tawerny.
Światło świec łamało się na zadymionym powietrzu, rysując na ścianach cienie zbyt długie i zbyt powolne, by wyglądały naturalnie. Ktoś roześmiał się głośniej przy sąsiednim stole, ktoś inny uderzył kuflem o drewno; w kącie marynarz osunął się ciężej na ławę, a karczmarka przecisnęła się między stolikami z tacą, która zadźwięczała szkłem. Zapach wilgoci z portu mieszał się z alkoholem i dymem, osiadając na skórze jak coś, czego nie da się strząsnąć.
Anglia zawsze taka była — nawet latem. Kamień, wilgoć, to samo światło i te same rozmowy, powtarzane w różnych wariantach, ale brzmiące identycznie. Myśl o drodze, o zmianie miejsca, o słońcu zamiast tego ciężaru układała się zaskakująco naturalnie — zbyt gładko, by była jedynie chwilowym kaprysem. Nie była nagła. Raczej wypłynęła z miejsca, które od jakiegoś czasu było w nim poruszone, choć dotąd pozostawało bez nazwy.
To nie musiała być rewolucja. Wystarczyłby ruch — niewielki, pozornie nieistotny krok w bok, taki, który nie burzy wszystkiego naraz, ale zmienia perspektywę. Jakby świat dawał mu do zrozumienia, że forma, w której tkwił, nie jest jedyną możliwą, a zmiana nie zawsze zaczyna się od ucieczki.
Dopiero wtedy sięgnął po papierosa z paczki leżącej na stole. Wziął go bez pytania, potoczył chwilę między palcami, pochylił się i odpalił od świeczki. Płomień zatańczył krótko, rozjaśniając na moment rysy jego twarzy. Zaciągnął się powoli. Dym wypełnił płuca ciężko, gryząco, po czym opadł leniwie, mieszając się z resztą powietrza.
— Haiti — odezwał się w końcu, wracając spojrzeniem do Billy’ego. — Brzmi jak miejsce, w którym rozsądek zostawia się na brzegu razem z butami.
Wypuścił dym bokiem.
— Artefakty poza Wielką Brytanią zawsze wydawały mi się ciekawsze — dodał po chwili. — Może przy następnej okazji mógłbym się z Tobą zabrać. Anglia nie ucieknie.
Sięgnął po butelkę elfiej wódki i napełnił kieliszki ponownie. Tym razem to on uniósł swój.
— Skoro już o tym mówimy — powiedział lekko — to wypadałoby wznieść toast za próbowanie nowych rzeczy.
Uśmiechnął się krzywo.
— Albo przynajmniej za to, żeby nie uciekać przed nimi odruchowo.
Wypił, czując znajome pieczenie, które jednak nie budziło sprzeciwu. Alkohol osiadł w nim miękko, jakby dokładnie wiedział, gdzie się zatrzymać. Oparł się wygodniej na krześle, pozwalając ramionom opaść, jakby napięcie, które trzymało je dotąd w ryzach, przestało być potrzebne.



piję: 15 + (39 - 9) = 45 + (36- 9) = 72
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
William Travers
Śmierciożercy
Freedom isn’t enough. What I desire doesn’t have a name yet―
Wiek
32
Zawód
Żeglarz-przemytnik, handlarz i łowca
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
6
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
15
10
Brak karty postaci
18-02-2026, 10:48
Zaiste truskawki zniknęły z menu ― musiało upłynąć sporo wody w Tamizie, zanim ich widok i zapach przestał Billy'emu przywodzić na myśl tamtego potwornego kaca, po którym obiecał sobie większą wstrzemięźliwość. Słowa dotrzymał, aż do następnej wyjątkowej okazji ― tydzień później zdechł ulubiony mastiff dziadka Traversa i ktoś musiał wykopać mu grób pod starym dębem na uboczu posiadłości, a robota szła znacznie sprawniej, kiedy można było podreperować upadłe morale ćwiartką albo trzema. Elfia wódka pasowała do wspomnienia, które Billy gładko przełknął, odstawiając z cichym łoskotem kieliszek na stół. Jedno szybkie mrugnięcie przegnało niewyraźną, łzawą mgłę z jasnobłękitnego spojrzenia utkwionego w Amodeusu. Przez moment przyglądał mu się bez słowa, rozżarzając końcówkę papierosa głębszym wdechem, aż chmura dymu wokół stała się nieznośnie gryząca w zbyt dusznym pomieszczeniu, więc rozegnał ją niecierpliwym gestem dłoni.
Rzucona mimochodem uwaga ― bardziej żart, niż faktyczna propozycja ― nie rozbiła się o burtę humoru, a Amodeus przez chwilę sprawiał wrażenie, jakby rzeczywiście rozważał otrząśnięcie się z kurzu i wyjście poza starannie poczyniony harmonogram i plan pięcioletni Augustusa Notta. Billy mógłby założyć się o dziesięć galeonów, że w tym planie nie było podróży nie tylko na Haiti, ale nawet i do Hull. Ćwierć―trzeźwe przypuszczenie musiałoby zaczekać na ewolucję w stronę wpół―trzeźwego, żeby spłynęło z języka i odnalazło ujście wśród nasilającego się gwaru. W głębi sali głosy już zaczynały na siebie nachodzić, jakby nikt nie zamierzał czekać na swoją kolej. Nie była to jeszcze ta głośna i swobodna bełkotliwość, ale stali bywalcy nie próżnowali. Za godzinę ― może dwie ― powietrze w środku nabierze gęstości, w której funkcjonować będzie można wyłącznie po kolejnym kielichu wódy.
I dobrze.
Taki był plan.
― Z butami, gaciami ― dym powoli sączy się nozdrzami, kiedy Billy potrząsa głową i obraca w niecierpliwych dłoniach kufel z piwem, obserwując, jak piana powoli osiada na ściankach. ― Zobowiązaniami.
To pułapka małych, biednych i gorących wysp. Łatwo traci się poczucie czasu i obowiązku, zupełnie inaczej, niż w przypadku ich lodowato zimnych odpowiedników, gdzie człowiek szybko zaczyna tęsknić za mglistą Brytanią ― najczęściej już przy pierwszej próbie wyszczania się na zewnątrz, kiedy palce tracą czucie z odrętwienia, a kutas kurczy się i grozi odpadnięciem. Paskudna sprawa ― szczęśliwie w wilgotnym klimacie Haiti całkowicie obca, ale tę myśl Billy chwilowo zostawia dla siebie.
Przygląda się Amodeusowi, ważąc kolejne słowa na pijanej szali entuzjazmu.
Ta przechyla się w stronę przeciwną zdroworozsądkowi.
Wieczór wytrzyma jeszcze jeden lub dwa nigdy niespełnione scenariusze. Młoda noc natchnie świeżością wszystkie nakreślone alkoholem przedsięwzięcia.
Świt wymaże je z pamięci.
― A co poza Wielką Brytanią nie wydaje się ciekawsze? ― malkontenci, sprawiedliwie dzieląc uwagę między kuflem z piwem, a powoli dopalanym papierosem. Każdy w obrębie mili od doków zna dowcip―zapalnik, że za najlepszymi żeglarzami świata stoi brytyjskie żarcie i uroda brytyjskich kobiet. Jest w tym ziarno prawdy, choć on osobiście dodałby jeszcze pogodę, a całość doprawił konwenansami, które na drugim krańcu świata zdają się dla niego nie istnieć i wreszcie może swobodnie oddychać.
Billy uśmiecha się do własnych myśli i wspiera mocniej plecy w oparcie drewnianego krzesła, którego skrzypiący protest ginie w szumie rozmów, trzasku odstawianych kufli i śmiechu. Pociętymi bliznami palcami przesuwa po blacie stołu, podążając mokrym śladem pozostawionym przez kufel. Amodeus nie marnuje czasu i chwili, reaguje na smutną pustkę kieliszków i uzupełnia je wódką.
― Oho!
Kolejny toast jest czymś, za co naprawdę warto wypić i Billy robi to, nie krzywiąc się choćby w duchu. Może pomysł rozpoczęcia wieczoru od ścieku pędzonego przez kogoś, kto lata temu stracił węch i smak, nie był wcale tak złym wyborem.
Po tamtym pierwszym szocie wszystkie następne smakowały jak ambrozja.
― Masz coś konkretnego na myśli? ― zapytał, zduszając Dunhavena w jeszcze w miarę pustej popielniczce, która za godzinę lub trzy zamieni się w prawdziwe cmentarzysko niedopałków. Ile w tym było prawdziwych planów, a ile myślenia życzeniowego. Od grudnia Billy własne plany zmieniał przynajmniej pięciokrotnie, ale nie spodziewał się tego samego po przyjacielu, w którym spontaniczności było tyle, co ognia z mokrych desek. Ta stateczność miała swój urok, jeśli miałby być szczery, acz wersja Amodeusa syto podlewanego wódką tego jednego wieczoru podobała mu się jeszcze bardziej.

już po ptakach, procenty procentują
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Amodeus Nott
Czarodzieje
well fed devils behave better than famished saints
Wiek
32
Zawód
Łamacz klątw; badacz run i artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
22
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
9
8
Brak karty postaci
18-02-2026, 14:58
Billy obracał kufel w dłoniach, a piana osiadała powoli na szkle jak coś, co straciło impet. Tawerna zaczynała oddychać ciężej. Głosy nachodziły na siebie, dym wisiał niżej niż przed chwilą, światło świec miało w sobie ten matowy poblask, który pojawia się zawsze, gdy alkohol zaczyna działać szybciej niż rozsądek.
Amodeus obserwował to z półprzymkniętymi powiekami. Wódka rozchodziła się w nim szerzej, miękko, nie atakowała — raczej przesuwała granice. Gwar przestał być zbiorem pojedynczych dźwięków; stał się jedną falą, która podnosiła się i opadała bez wyraźnego rytmu. W tej fali było coś znajomego. Coś powtarzalnego.
Tak jak w całej reszcie.
Billy wspomniał mimochodem, że razem z butami można zostawić zobowiązania. Rzucone półżartem, a jednak słowo zawisło ciężej, niż powinno. Jakby ktoś na moment uchylił drzwi, których nikt dotąd nie próbował otwierać.
Amodeus przesunął spojrzeniem po blacie, zatrzymując je na mokrym śladzie, który Billy przed chwilą kreślił palcem wokół kufla. Piana opadła, szkło zostawiło po sobie nierówny krąg wilgoci — ślad obecności, który za chwilę wyschnie, jakby nigdy go nie było. Przyglądał się temu uważniej, niż wymagałoby tego zwykłe spojrzenie.
Wziął butelkę i dolał do kieliszków, zanim ktokolwiek zdążył coś zasugerować. Szkło zadźwięczało krótko. Ruch był pewny, ale już nie tak chłodny jak na początku wieczoru. Alkohol pracował — nie odbierał kontroli, tylko rozluźniał ją na tyle, by myśl mogła się wyślizgnąć bez oporu.
Zaciągnął się papierosem i pozwolił dymowi opaść między nimi. Dopiero wtedy spojrzał na Billy’ego, nie jak na kompana do kolejnego szota, ale jak na jedynego człowieka, któremu mógł powiedzieć coś więcej niż żart.
Uniósł lekko rękę, w pół-żartobliwym geście kapitulacji.
— Ostatnio mam wrażenie, że kręcę się jak gówno w przeręblu — powiedział spokojnie, bez podnoszenia głosu, jakby relacjonował cudzą historię. — Ten sam lód, ta sama woda, te same ruchy. Wszystko wygląda na postęp, a w gruncie rzeczy stoję w miejscu. A mój ojciec… — urwał na moment, jakby szukał właściwego słowa — ma osobliwy talent do planowania mojego życia tak, jakby było kolejną inwestycją, którą należy utrzymać w ryzach.
Nie było w tym patosu. Raczej znużenie kimś, kto od lat próbuje przebić się przez cudze oczekiwania i zaczyna mieć dość odbijania się od tej samej ściany.
Przesunął spojrzeniem po tawernie. Światło, dym, mokre drewno, rozgrzane twarze. Anglia. Nawet w środku zimy pachniała tak samo jak w środku lata — ciężarem, który przyklejał się do skóry.
Kilka dni temu obudził się z dziwnym poczuciem, że coś się przesunęło. Nie obraz, nie scena, raczej wrażenie. Świat, który znał, przestał być jedyną możliwą wersją. Sen był chaotyczny, pełen rozmytych kształtów i form, które zmieniały się bez ostrzeżenia — ale zostawił po sobie jedno: przeświadczenie, że tkwi w zbyt ciasnej formie. Od tamtej pory myśl o ruchu wracała uparcie, jak drzazga, której nie da się zignorować.
Zgasił papierosa w popielniczce, przyciskając go mocniej, niż było to konieczne.
— Miałem ostatnio dziwny sen — odezwał się w końcu, spokojnie, bez teatralności. — I od tamtej pory mam wrażenie, że zaczyna mi tu brakować powietrza. Jakbym stał w miejscu zbyt długo. Może potrzebuję czegoś nowego. Czegoś, co nie jest kolejną wersją tego samego scenariusza.
Uniósł spojrzenie znad stołu. Nie szukał współczucia. Raczej potwierdzenia, że ta myśl nie brzmi absurdalnie.
Haiti przestawało być tylko wyspą. Stawało się kierunkiem. Możliwością. Krok w bok nie musiał oznaczać ucieczki — mógł być po prostu zmianą perspektywy. 
W końcu poza przyzwyczajeniem, nic go tu nie trzymało.
Sięgnął po kieliszek i przez moment obracał go w palcach. Alkohol połyskiwał w świetle świecy jak coś niewinnie czystego, choć obaj wiedzieli, że to złudzenie.
Uniósł go wreszcie, zerkając na Billy’ego z cieniem uśmiechu — już nie drwiącym, nie zmęczonym, raczej zdecydowanym.
— Za co pijemy? — zapytał krótko.
Dym zgęstniał między nimi, jakby czekał na odpowiedź.

po tym szocie będę całować Billiego
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
William Travers
Śmierciożercy
Freedom isn’t enough. What I desire doesn’t have a name yet―
Wiek
32
Zawód
Żeglarz-przemytnik, handlarz i łowca
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
6
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
15
10
Brak karty postaci
20-02-2026, 15:39
Drwina zastygła mu na wargach, kiedy na szali zamiast kolejnej uszczypliwości położył lojalność ― być może zbyt lekką, żeby przeważyć pięć uncji kąśliwego humoru kołyszącego się po drugiej stronie. Pozwolił Nottowi mówić, samemu w tym czasie opróżniając kufel z coraz cieplejszym piwem. Nie spodziewał się po Amodeusu podobnych refleksji ― nie pękła jeszcze pierwsza butelka ― ale skoro już zadał pytanie, powinien liczyć się z odpowiedzią i nie przewracać na nią oczami. Najbezpieczniej byłoby po prostu pokiwać głową ze zrozumieniem, domówić następne piwo i gładko zmienić temat na taki, gdzie więcej było nagich biustów, a mniej Augustusa Notta―
― Ile ty masz lat, Amo? ― pokój najwidoczniej nigdy nie był opcją. Billy stracił zainteresowanie pustym kuflem, wyciągnął wygodniej długie nogi pod stołem i spojrzał na Notta uważniej. Lewa brew uniosła się, kiedy pokręcił głową z niedowierzaniem. ― Wystarczająco dużo, żeby mieć w dupie plany ojca.
Łatwo było mówić z perspektywy kogoś, kto dawno przestał rozpatrywać słowa rodzica w kategorii oczekiwań i traktował je wyłącznie jak sugestie, na które mógł ― ale nie musiał ― przystać. Nie był naiwny i dobrze rozumiał, skąd bierze się różnica między nim a Amodeusem.
Sam był mężem i ojcem ― głową własnej rodziny.
To on podejmował decyzje i to jego słowo kończyło dyskusje przy stole. Nie musiał nikogo pytać o pozwolenie ani sprawdzać, czy przypadkiem nie psuje czyjegoś planu. Nikt nie trzymał go już za kark ani nie ustawiał kursu za niego. William senior mógł radzić, mógł się krzywić, mógł się nie zgadzać ― ale nie on wydawał polecenia.
Amodeus wciąż słyszał je zbyt wyraźnie.
Travers mógłby zapytać, co zamierza z tym zrobić. Nie wierzył w proroczość snów, nie był przesądny ― co wśród marynarzy zakrawało niemal na herezję ― ale jeśli to właśnie nocne mary miały wreszcie strząsnąć z Amodeusa kurz, był prawie gotów wysłuchać całej historii. Nawet jeśli uważał, że niewiele rzeczy było nudniejszych od słuchania o cudzych snów ― może poza tymi, o których Teddy na początku ich małżeństwa opowiadała z taką dokładnością, że wyobraźnia szybko przestawała być jedyną przestrzenią, w której się rozgrywały. Nott chyba zdawał sobie z tego sprawę, bo pominął szczegóły i zakręcił się jak to gówno w przeręblu ― Billy zdążył już przyswoić jego potrzebę zmiany.
Oddechu.
Nachylił się nieznacznie nad stołem, łokciem odpychając pusty kufel. Lepki blat przykleił się do rękawa koszuli na ułamek sekundy, zostawiając na nim wilgotną plamę. Travers nie zwrócił na to uwagi. Spojrzał na Amodeusa ponad smugą dymu z Dunhavena ― prosto, bez mrugnięcia― jakby chciał sprawdzić, czy za tym całym gadaniem stoi coś więcej niż chwilowy impuls.
― Za twoje plany.
Tu i teraz było to proste.
Można było za to wypić i udawać, że w butelce naprawdę siedzi dżin, który spełnia życzenia.
W głębi sali ktoś parsknął śmiechem, przy barze podniósł się głos, potem coś zagrzechotało ― może przewrócone krzesło, może czyjaś dłoń za ciężko opadła na blat. Billy odchylił się w tył i uniósł dwa palce w stronę kelnerki, nie ruszając się zza stołu ― wystarczyło spojrzenie. W takich miejscach rozumiano gesty, a jeszcze szybciej pieniądze, które za nimi szły.
Kolejne piwa wylądowały przed nimi z głuchym stuknięciem. Zimna kamionka spociła się niemal natychmiast w dusznym powietrzu, piana znów przelała się przez krawędź i wsiąkła w stare plamy na drewnie. Przy ich stole było ciaśniej od dymu, ale spokojniej niż przy barze ― portowy chaos póki co omijał ich szerokim łukiem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Amodeus Nott
Czarodzieje
well fed devils behave better than famished saints
Wiek
32
Zawód
Łamacz klątw; badacz run i artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
22
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
9
8
Brak karty postaci
21-02-2026, 16:34
Pytanie Billy’ego nie spotkało się z gwałtowną reakcją. Amodeus machnął tylko dłonią, jakby odganiał nadmierną pewność siebie unoszącą się w powietrzu razem z dymem. Lewy kącik ust uniósł się nieznacznie, lecz w spojrzeniu nie było ani skruchy, ani przekonania.
— Wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, że to nie jest takie proste — dodał ciszej, nie rozwijając tematu. Wiedział, że nie powinien wracać do Augustusa. Billy miał rację w teorii. W praktyce świat rzadko reagował tak, jak człowiek by sobie tego życzył.
Nowe piwa wylądowały na stole z głuchym stuknięciem. Zimna kamionka pokryła się rosą niemal natychmiast, jakby szkło oddychało szybciej niż oni. Amodeus przesunął wzrokiem po świeżych kroplach spływających po ściankach kufla. Światło świec rozbijało się na nich w drobne refleksy. Tawerna była już wyraźnie gęstsza; rozmowy przestawały być rozmowami, a zaczynały być falą dźwięku. Twarze przy sąsiednich stołach zlewały się w plamy, a dym nie unosił się już ku górze — wisiał między nimi jak dodatkowa warstwa powietrza.
Pociągnął łyk. Chłód piwa przeciął ciepło wódki, przynosząc krótkie, klarowne otrzeźwienie. Gorzka nuta osiadła na języku — prosta, czysta, bez pretensji. Na moment świat złożył się w czytelną konstrukcję: szkło, dym, drewno, głos Billy’ego naprzeciwko. Uśmiechnął się pod nosem, jakby doceniał tę chwilową przejrzystość.
— Łatwo ci mówić — rzucił bez gniewu, spokojnie, jakby stwierdzał coś oczywistego.
Billy miał dom. Rodzinę. Decyzje, które należały wyłącznie do niego. Słowo, które kończyło dyskusję przy jego stole. Amodeus nawet nie zdążył pomyśleć o czymś podobnym poważnie. Zawsze wydawało mu się, że ma jeszcze czas — że najpierw uporządkuje sprawy, dopnie interesy, ustawi się w świecie, który i tak próbował ustawić jego. Perspektywa własnego domu była czymś odległym, szkicem odkładanym na później. Teraz jednak to później zaczynało brzmieć podejrzanie jak nigdy.
Nie było w tym zazdrości. Raczej świadomość, że stoją w zupełnie innych punktach mapy.
Przez krótką chwilę obracał kufel na wilgotnym blacie, zanurzając się w tej myśli. Ruch był powolny, niespieszny. Perspektywa zaczynała się lekko chwiać — nie w sposób niebezpieczny, lecz przyjemny. Kontury miękły, dźwięki traciły ostrość, myśli przestawały ustawiać się w równym szeregu.
Za twoje plany.
Uśmiech pogłębił się odrobinę. Brzmiało to niemal jak żart. A jednak coś w nim drgnęło. Sen, który jeszcze kilka dni temu był tylko mglistym wrażeniem, teraz wydawał się bardziej realny niż rozmowy przy stole. Zostawił po sobie coś trudnego do zignorowania — poczucie, że jeśli nie zrobi ruchu, zacznie się dusić.
Uniósł kufel.
— Do diabła z Augustusem — odparł spokojnie, ale bez wahania.
Nie było w tym krzyku ani buntu młodzieńca. Raczej cicha decyzja, podlana alkoholem i czymś jeszcze — impulsem, który od kilku dni nie dawał mu spokoju.
Tawerna robiła się coraz mniej interesująca. Twarze czerwieniały, ruchy traciły precyzję, śmiech gęstniał jak powietrze pod sufitem. Za godzinę połowa sali będzie mówiła za głośno, a druga połowa przestanie mówić cokolwiek. Piwo było dobre, wódka czysta — lecz to nie one decydowały o jakości wieczoru.
Amodeus oparł się wygodniej, czując, jak napięcie w ramionach powoli ustępuje. Dym i światło zlewały się w jedną, rozmytą warstwę. Myśl o Haiti przestała być abstrakcją; nabierała kształtu, ciężaru, kierunku.
Sięgnął po kolejnego papierosa. Wsunął go między wargi i pochylił się ku świecy. Płomień drgnął, odbijając się w jego źrenicach, zanim ogień złapał koniec tytoniu. Wziął pierwszy, głębszy wdech. Dym wypełnił płuca ostro, niemal przyjemnie, i opadł między nimi w powolnej smudze.
Spojrzał na Billy’ego uważniej.
— Zakładam, że masz jakiś pomysł na resztę wieczoru — rzucił tonem, który sugerował, że nie chodzi wyłącznie o piwo. — Zostajemy w tym przybytku nadziei, serwującym wątpliwej jakości trunki, czy zamierzasz pokazać mi coś, po czym naprawdę można oślepnąć?
Nie chodziło mu wyłącznie o alkohol — choć jeśli zostaną tu dłużej, ta wersja wydarzeń wcale nie byłaby nierealna.
W kąciku ust znów pojawiła się ta cienka linia rozbawienia. Nowy kufel lśnił świeżością, a wieczór nabierał rozpędu — rozmyty na krawędziach, lecz coraz bardziej obiecujący.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): 1 2 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 02-03-2026, 19:15 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.