• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Szkocja > Hogsmeade i okolice > Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie > Składzik na miotły
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
13-10-2025, 07:55

Składzik na miotły
Niewielkie pomieszczenie w murach zamku mieści szereg stojaków z miotłami przeznaczonymi do szkolenia uczniów. Część z nich to modele wysłużone, pamiętające poprzednie dekady, inne są nowsze i dobrze utrzymane. Półki uginają się od zestawów do pielęgnacji drewna, szczotek do polerowania i środków konserwujących. Pachnie tu kurzem, żywicą i świeżo naoliwionym drewnem. Drzwi zwykle są zamknięte, dostęp mają nauczyciele i prefekci, ale skrzypiące zawiasy świadczą o tym, że nikt nie pozostaje tu długo nieproszony.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
25-11-2025, 20:58
Buchające ze szczytów kamiennych słupów płomienie malowały cieniste wzory na starych ścianach w zamkowym korytarzu, opowiadając dzięki nim to, co dopiero miało się wydarzyć. Tego dnia zawiłe labirynty Hogwartu niemal wszędzie wypełnione pozostawały młodszymi i starszymi sylwetkami czarodziejów gotowych zanurzyć się w toni nastoletnich sentymentów. Malowane oczy dostojników sprzed wieków nierzadko pełne pogardy podglądały z pozłacanej ramy nastroje niby radosne i dumne z powrotów w te mury. Kamienne ucha rzeźb bezwstydnie szukały sensacji, czasem ciężko obracając twarde głowy w kierunku potencjalnego skandalu. Zaklęta w starej budowli magia zdawała się dreptać po piętach zbyt nieobyczajnym i rozbrykanym absolwentom, którzy pochowali się w cichych zakątkach. Lecz tamtego dnia wyjątkowo żywa moc zamku trwała zupełnie nieprzewidywalna i to wcale nie ten lewitujący między piętrami Irytek stanowił obietnicę najbardziej żałosnej udręki dla wszystkich ogarniętych nostalgią absolwentów. Hogwart się zbudził, a pod iluzją zimnych ścian tliła się iskra nieodgadnionych zaklęć.
Najpierw przeszła tamtędy dziewczyna. Włos jej jaśniał mocniej niż rozlany po marmurowych misach ogień, a lekki krok nie uszedł uwadze milczących duchów. Zaskrzypiały drzwiczki dawno zapomnianej kanciapy. Gdy się uchyliły, niewidoczny język złapał pannę i w nieodgadnionym kaprysie wciągnął ją do zakurzonej krypty, uprzednio wytrzepując różdżkę z zakamarków strojnej kreacji. Drewno upadło na posadzkę niedaleko wejścia. Trzasnęły mocno wrota, lecz nikt prócz drzemiącego w drugim końcu korytarza popiersia Armando Dippeta nie mógł być świadkiem zdarzenia. Wątpliwe również, by zmęczony entuzjazmem absolwentów staruszek zechciał przerywać zasłużony sen. Spał więc nieprzerwanie i może dopiero po dwóch tuzinach niesionych echem chrapnięć w przejściu na trzecim piętrze pojawił się ktoś jeszcze. Młodzieniec w eleganckiej szacie. I on mknął korytarzem, zapewne nieświadomy niedoli popiskującej bezgłośnie w miotlarskim schowku. Po kilku krokach on również znalazł zbyt blisko ciasnego pomieszczenia. Czy dojrzał porzuconą różdżkę? A może usłyszał dziewczęcy głos? Nie zdążył poczynić zbyt wiele, albowiem magia zamku ponownie się przebudziła, wyciągając niewidzialną dłoń i po niego. Nie mógł się obronić i również utracił swoje drewno. Tym razem drzwi zamknęły się z bardziej triumfalnym łomotem, a tkwiący w nich mechanizm melodią przyrdzewiałego metalu opadł ciężko, blokując na wieki drogę ucieczki.
Ona i on znaleźli się w okowach totalnego mroku. Niewielka i nieznana im przestrzeń najwyraźniej postanowiła uczynić ze zwaśnionej pary ofiarę. Czy wiedzieli, że od wielu lat nikt nie pamiętał o biednym i tak bardzo osamotnionym składziku? Czy wiedzieli, że nikt nie zaglądał do zapajęczonych półek i nikt nie polerował osadzonych na rdzawych hakach mioteł? Przeterminowane pasty, wyschnięte pojemniki z olejem, a do tego wszystkiego cała sterta nikomu niepotrzebnych bibelotów, których absolutnie nie spodziewaliby się odnaleźć w takim miejscu. Jakie tajemnice przechowywały te kąty? Dlaczego rozpuszczona w kurzu magia postanowiła ich tutaj zwabić?

Zamek Hogwart wita Was w schowku na miotły. Wasze różdżki pozostały po drugiej stronie drzwi, ale wciąż możecie rozejrzeć się tu (wykonać rzut na czujność) i sprawdzić, co znajduje się w środku. Mistrz Gry obserwuje wątek i może się pojawić w dowolnym momencie. Phlippa Moss
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Igor Karkaroff
Śmierciożercy
his eyes are like angels
but his heart is cold
Wiek
24
Zawód
przedsiębiorca, zaklinacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
25
OPCM
Transmutacja
14
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
14
15
4
Brak karty postaci
10-12-2025, 23:08
Cudze rozbawienie dobiegało uszu, drażniąc je odczuciem jakiegoś bliżej nienazwanego zawodu; ten przylepił się do jego ciała i ducha od czasu tamtej ostatniej, dość mętnej i kapryśnej, rozmowy, więc z beznamiętnością przyglądał się murom angielskiej szkoły, w umyśle formułując już niemo plan jakiejś żałosnej kapitulacji.
Bo w rzeczywistości nie bawiły go tutejsze tańce, ni wykwintna uczta, ani żadna z poprzednich i możliwie dostępnych jeszcze wkrótce zabaw; bo w rzeczywistości przytłaczająca większość twarzy jawiła się nieznajomością, drażniąco izolując go od tego miejsca i majaczących wzdłuż jego majestatu sylwetek; bo w rzeczywistości dopadło go chyba coś na wzór konsternacji i niepewności, smutku oraz rozgoryczenia ― emocji innych od dobrze znanego strachu, dobrze przyswojonej złości.
I mógłby szachować nimi z wyrachowaniem, w ramach rekompensaty oddając się nonszalanckim i ― z pozoru tylko dżentelmeńskim ― podbojom dziewczęcych serc, dostępnych jakby na wyciągnięcie ręki; i mógłby tymże właśnie nakarmić swoje ego, w tłumie znajdując taką, która zechciałaby z nim zatańczyć, po wszystkim poznając wspólnie sekrety zamku ― zarówno Hogwartu, jak i tego, który wszyty był u szczytu jego ciemnych spodni.
Mógłby, mógłby, mógłby ― ale z jakiegoś powodu bynajmniej nie chciał. Najpewniej dlatego, że w nadziei na jakiś fikuśny poncz, w szklanym kieliszku ściskanym pomiędzy palcami zamajaczył zastanawiający w tych okolicznościach napar z lawendy. Najpewniej dlatego, że wciąż dudniła w nim niechlubność tamtej wymiany zdań, w toku której nienormalnie stracił głowę, pozwalając sobie na parszywą bezpośredniość. Najpewniej dlatego, że zastygła w powietrzu sprawa wciąż nosiła status nierozwiązanej, po części przez obydwojga zignorowanej, po części zaś porzuconej, ocenionej krytycznie wartkim nonsensem. Różniły się ich punkty widzenia, ich spostrzeżenia i oczekiwania, a zdjęcie z twarzy fałszujących percepcję, balowych masek, wcale nie okazało się pomocne; a z chwilą, gdy każde objęło własną ścieżkę, rozstając się w napięciu, porzucił chyba doszczętnie tę naiwną myśl, że znajomość z nią kiedykolwiek nosiła się jakimś pokrzepiającym potencjałem.
Być może skreślił ją za szybko, zbyt pochopnie, niesiony frustracją; być może jednak w decyzji tej tliła się bliżej niedookreślona zasadność, koncentrująca się w kilku, co najmniej, niuansach całej tej sytuacji.
Bo przecież była siostrą jego serdecznego kolegi, który jako jedyny w tym zepsutym świecie nie znał smaku zazdrości, zawiści ani nawet złośliwości; bo przecież od początku nie wypadało myśleć o niej jakkolwiek ― ani to poważnie, wszakże jej pochodzenie mogło budzić wątpliwości, ani to zupełnie lekceważąco, z uwagi na te inne, blokujące instynkty, relacje rodzinne. Podobno był tego tak piekielnie świadomy, podobno głosy zdrowego rozsądku nie odstępowały go nigdy na krok ― a jednak czekał na jej wiadomość, czekał na inicjatywę i aprobatę, samemu pozwalając sobie bodaj przedwczorajszej nocy na zburzenie murów formalności, rysując ich wreszcie kreską czegoś wyrazistszego.
I nie żałował tego wcale, po czasie jedynie strofując się za to, że oddawał się temu zbyt mocno, w formule zdecydowanie zbyt oczywistej, jakby winien był wstydzić się, że tak po ludzku go pociągała; i nie żałował tego wcale, po czasie jedynie postanawiając niemo, że przefiltruje całość przez pryzmat zdrowego dystansu, umożliwiającego bardziej wyważoną ocenę ― jak widać tylko po to, by przyrzeczenie złamał jeden walc i tania ozdoba, wymuszająca na nim intymną szczerość.
Prawdę, która uderzyła w nią na tyle, by i ona odwdzięczyła się tym samym; prawdę, która dewastowała pewność siebie i niedosłownie wzmacniała drzemiące weń kompleksy.
Może zabudowa tego miejsca nie pozwalała na taki obrót spraw, może magiczna aura zjazdu ― lansująca jedność i solidarność ― nakazywała jednak osiągnięcie czegoś podobnego chociaż do zgody, bo gdy wąskim korytarzem zmierzał wreszcie ku wyjściu, wytrącona zza pazuchy jego marynarki różdżka spadła na posadzkę, a wnętrze ciasnego składzika na miotły nagle wciągnęło go do środka, szczelnie zaryglowując za nim drzwi.
W mroku dłonie mimowolnie wyczuły już czyjeś ramię, oddech odbił się o ten drugi, usta wymamrotały krótkie:
― Lora? ― Bo poznał ją po perfumach i wybijającej się w ogólnej szarości jasności włosów; nie zwlekając zanadto zaraz po omacku szukał klamki, po omacku, choć nienachalnie, badał też milcząco otaczającą go przestrzeń.
1x k100 (czujność):
52
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Loretta Krueger
Czarodzieje
I am mine before I am ever anyone else's.
Wiek
20
Zawód
alchemiczka, pracuje w aptece ojca
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
5
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
20
Siła
Wyt.
Szybkość
7
11
13
Brak karty postaci
14-12-2025, 17:47
Brzmienie tej upiornej legendy nie odstępowało jej na krok. Przez lata pozwalała, by kilka zdań wymyślonych przez ludzi powoli wplatało się w jej codzienność, podporządkowując ją wierze w los, przeznaczenie i drogę zapisaną w gwiazdach - silniejszej niż zaufanie do tego, co logiczne, racjonalne i namacalne. Zwykle to odrzucała. Zwykle nie pozwalała sobie na podobne myśli. A jednak w chwilach takich jak ta zaczynała się wahać. Zastanawiała się, czy ta niesforna etykieta - kobiety urodzonej pod złą albo po prostu niepewną gwiazdą - nie przylgnęła do niej zbyt trwale, by dało się ją całkiem zignorować. Nie dlatego, że w nią wierzyła, ale dlatego, że powtarzano ją wystarczająco często.
Bo bywało, że jej obecność przynosiła innym szczęście, albo przynajmniej to w niej pragnęli tego szczęścia upatrywać. Bywało też odwrotnie - kiedy wszystko rozsypywało się nagle, gwałtownie, bez ostrzeżenia, jak lawina pochłaniająca to, co jeszcze chwilę wcześniej wydawało się stabilne. W takich momentach trudno było nie myśleć o winie, nawet jeśli nie potrafiło się jej nazwać. Może łatwiej było uwierzyć, że to noc jej narodzin niesie ze sobą ciężar, którego nie musi dźwigać świadomie. Może przyjemniej było pozwolić sobie na myśl, że niektóre porażki mają źródło gdzieś poza nią - w czymś magicznym, nieracjonalnym, a przez to bezpiecznie nieosobistym. W czymś, co zwalniało z konieczności doszukiwania się w sobie skaz. Rys na idealnie wypolerowanym szkle.
Może zrobiła dokładnie to samo - zdystansowała się od tego, co wydarzyło się podczas walca, a obiecaną rozmowę i wyjaśnienie zamieniła w pretekst do zgrabnej ucieczki. Złość opuściła ją w chwili, gdy maska opadła na drewniany parkiet, ale wszystko inne pozostało. Rozgoryczenie, żal i zmęczenie osiadły na jej ramionach jak ciężar, którego nie potrafiła z siebie strząsnąć, nawet jeśli bardzo tego chciała. Bo choć ta rozmowa mogła im pomóc - mogła doprowadzić do kompromisu, do zrozumienia - nie była już pewna, czy naprawdę jej zależy. Czy chodzi jej o zgodę samą w sobie, czy raczej o spokój, który dawało unikanie tematów zbyt niewygodnych. O ciszę, w której nie trzeba było wracać do tych kilku słów wypowiedzianych zbyt szybko, a jednak trafiających dokładnie tam, gdzie zwykle nie pozwalała nikomu sięgać.
Dotknęły jej świadomości, jej własnych kompleksów, tej wewnętrznej krytyki, którą konsekwentnie trzymała na dystans - pod kontrolą, pod kluczem. Bo była ładną dziewczyną, która z czasem stała się piękną kobietą. A świat, w którym żyli, nagradzał urodę na wielu poziomach, czyniąc z niej walutę równie skuteczną jak talent czy pozycja. Ludzie byli próżni, zachłanni, skłonni wielbić to, co estetyczne - ładne obrazy, ładne rzeczy, ładnych ludzi.
Coś jej podpowiadało, że był estetą. Coś jej podpowiadało, że zwracał uwagę na formę, na to, co układało się w spójną i przyjemną całość. I że wiele kobiet takich jak ona - wpisujących się bez wysiłku w tę definicję - znalazło się wcześniej w podobnym położeniu, z tą samą wizją przed sobą. Wizją pięknej, złotej klatki.
Znali się zbyt krótko, by mogła pozwolić sobie na prawdziwe rozczarowanie takim finałem tej znajomości. Zbyt krótko, by oczekiwać czegoś więcej. A jednak właśnie na tym łapała się najmocniej - na tym cichym poczuciu zawodu, którego nie potrafiła do końca uzasadnić. Bo to nie było dla niej nowe. Ta forma uprzedmiotowienia, subtelna i niemal elegancka, w której liczyło się piękne opakowanie, ale już mniej sam środek. Czy był wart uwagi? Wiedziała, że tak. Znała siebie wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że potrafiła dawać więcej - więcej uwagi, więcej obecności, więcej z samego środka.
Wszystko toczyło się podobnym rytmem - przewidywalnym i wygodnym. I może właśnie dlatego nikt nie zadawał sobie trudu, by zajrzeć głębiej - by sprawdzić, czy pod tą estetyczną powierzchnią nie kryje się coś mniej przyjemnego, coś zepsutego do szpiku. To jednak ich nie interesowało. To stawało się zbędne. To rozczarowywało najmocniej.
Ruszyła więc korytarzem zaraz po tym, gdy udało jej się złapać spojrzenie brata i zakomunikować mu swoją potrzebę dystansu – złapania powietrza w płuca, otrzeźwienia, przywrócenia maski spokoju i figlarności na twarz. Krok miała prędki, choć wciąż przyhamowany, jakby nie chciała by ktokolwiek dostrzegł w niej właśnie tą emocjonalną stronę. Mijane po drodze twarze kwitowała ledwie skinieniem lub uśmiechem nawet nie do końca wiedząc do kogo je kieruje.
Zbliżała się do ostatniego korytarza, gdy nagle niewidzialne ramię - siła, język, coś nienazwanego - wciągnęło ją do małego, ciemnego pomieszczenia, zamykając za nią drzwi.
Przez chwilę, w konsternacji, próbowała dostrzec cokolwiek w upartej ciemności, ale nie widziała nic przed sobą ani za sobą - właściwie nie widziała nic. Dopadła do drzwi i spróbowała obrócić klamkę, lecz bez skutku. Instynkt przetrwania przez moment nie dopuszczał do niej myśli, gdzie się znajduje i co właściwie się stało. A gdy drzwi otworzyły się ponownie, światło zamigotało jej przed oczami, a magia tego miejsca wciągnęła kolejną osobę, pozbawiając również ją różdżki. Próbowała - naprawdę próbowała - zrobić krok, by się stąd uwolnić, ale na nic się to zdało. Drzwi zamknęły się po raz drugi.
Wyraz twarzy jej towarzysza mignął jej w świetle, zanim drzwi domknęły się na dobre, lecz to pytanie rzucone chwilę później upewniło ją, z kim przyszło jej dzielić tę przestrzeń. Małą przestrzeń. Małą, ciemną przestrzeń. I wtedy to poczuła…
Najpierw przyszła świadomość ścian. Nie dotykały jej jeszcze, ale były zbyt blisko. Tak blisko, że czuła ich napór z każdej strony, choć nic fizycznie się nie poruszało. Serce przyspieszyło, uderzając w klatkę piersiową z niepotrzebną, niemal bolesną siłą. Wiedziała, że to irracjonalne. Wiedziała, że ściany stoją nieruchomo, że pomieszczenie się nie kurczy - a jednak ciało miało własną wersję prawdy.
Oddech skrócił się niemal od razu. Najpierw nieznacznie, jakby próbowała go kontrolować, spowolnić na siłę, zachować choć odrobinę powietrza na później. A potem przyszła myśl - natrętna, lepka, rozchodząca się po niej jak trucizna - że tego powietrza w końcu zabraknie. Zamknęła oczy. Zobaczyła to wyraźnie: każdy kolejny oddech zmniejszał pulę tych, które jeszcze przyjdzie im wykonać, zanim ciało się podda. Zadrżała. Za mało miejsca. Za mało miejsca. Za mało miejsca.
Ciemność przestała być jedynie brakiem światła - stała się czymś namacalnym, oblepiającym skórę. Czuła ją na karku, na plecach, pod żebrami, jakby wdzierała się pod ubranie. - Igor - zaczęła, gdy on skupiał się na próbach wydostania ich stąd. - Możesz… - urwała. Nacisk w klatce piersiowej, pierwszy zwiastun tego, co z całych sił próbowała jeszcze powstrzymać, zmusił ją do cofnięcia się o krok. Plecami uderzyła w regał, półkę albo szafę - nie była pewna. Coś spadło na podłogę z głośnym, nagłym łoskotem. Dźwięk uderzył w nią jak wspomnienie - jak dłoń waląca w blat stołu, pod którym nie raz przyszło jej się chować.
I wtedy to pękło. - Muszę stąd wyjść - wydusiła pomiędzy urwanymi oddechami. Płytkimi, desperackimi haustami, które jednocześnie ratowały jej życie i odbierały tlen im obojgu. - Uduszę… - wdech - …się - wydech.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
16-12-2025, 14:04
Pierwszy trzask. Drugi trzask. Aż wreszcie nastała cisza poprzecina tylko tym nienormalnym wdechem, postrzępionymi słowami mężczyzny i kobiety. Ci zaś, w brutalnym wstępie usadzeni w ciasnocie kanciastych mebli, niepokojącą aurę połykali wraz ze śladami wyczuwalnego szorstko na języku kurzu. Spowijała ich niezmącona ciemność, błądząc po omacku nie rozpoznawali kształtów, zlepione ze ścianami stare regały i miotlarskie haki dało się poczuć pod poszukującymi palcami, lecz nie przynosiły one uwięzionym żadnej podpowiedzi. Żadnej nadziei. Choć wypity niedawno przez Igora napar z kwiatu lawendy, spokojną falą zdawał się rozchodzić po ciele, ten odgrodzony od wskazówek własnych oczu nie zdołał wymacać niczego, co mogłoby pomóc im wydostać się ze schowka. Uczucie opanowania stopniowo jednak przejmowało kontrolę, choć mnóstwo sygnałów z zewnątrz prowokowało nerwowość i rozgorączkowanie. Zanurzona w lawendowych kroplach magia pozwoliła mu na większą kontrolę, broniła go niemal skutecznie przed groźbą rozdygotania czy paniki.
W zupełnie innej sytuacji znalazła się towarzysząca mu panna Krueger, dla której ciemna ciasnota urastała do najpodlejszego z możliwych widm. Zakleszczona w ramionach największych lęków trwała kompletnie sparaliżowana, niezdolna do choćby najmniejszej, racjonalnej akcji, która otworzyłaby przed nią możliwość skutecznego działania w szponach kryzysu. W tak małej skrytce, gdzie piętrzyły się bibeloty upchane z pasją przez tutejszego woźnego, byle ruch wiązał się z otarciem, niechcianym dotykiem, uczuciem bolesnego wbicia się drewnianego rogu w miękkie, przerażone ciało. Tak też w pierwszych chwilach pozostawała w klatce.
Zamek Hogwart z rozczarowaniem wodził niewidzialnym okiem po sylwetkach zakleszczonych absolwentów, zupełnie nie tak wyobrażając sobie swą grymaśną inicjatywę. Starym duchom tych murów nie w smak było przedstawienie, w którym ktoś umiera ze strachu. Niewiele czasu minęło, być może kilka minut, nim błysnął płomień z przyrdzewiałych, metalowych pochodni wciśniętych w zapajęczone uchwyty tuż przy wolnych kawałkach ścian. Jasność uderzyła w osadzonych mocno, wręcz majestatycznie - jak na wymowny prestiż i urok tego miejsca. Trzy oddechy później magia wpędziła w ruch ściany, rozciągając pomieszczenie o kilka metrów w każdą ze stron i tak ciasny, wstrętny schowek stał się pokaźnym składowiskiem połamanych krzeseł, domem dwustu mioteł i średniowiecznych mebli, które dziś nikomu już do niczego nie były potrzebne. Lorretta i Igor ujrzeli kilka metrów przed sobą wciąż mocno zatrzaśnięte wrota. Widzieli również rzędy półek pełnych kuferków, słoików, książek i zabrudzonych flakonów, które być może nie powinny się tu nigdy znaleźć. Cmentarzysko bibelotów przestało bowiem przypominać już magazyn wyłącznie mioteł: stało się prędzej miejscem, w którym pewien nadgorliwy woźny mógł z powodzeniem schować całą masę skonfiskowanych uczniom przedmiotów zakazanych, podejrzanych i w jego mniemaniu wyjątkowo niestosownych.
Czyżby zamek Hogwart zamierzał jakoś wynagrodzić absolwentom brutalną niespodziankę? I czy (oraz kiedy) zamierzał ich stąd wypuścić?


Lorreto i Igorze, wezwijcie Mistrza Gry, jeśli zdecydujecie się pogrzebać w składziku i podążyć śladami przeszłości.
Oko Hogwartu obserwuje Was i pojawi się w razie potrzeby. Phlippa Moss
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Igor Karkaroff
Śmierciożercy
his eyes are like angels
but his heart is cold
Wiek
24
Zawód
przedsiębiorca, zaklinacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
25
OPCM
Transmutacja
14
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
14
15
4
Brak karty postaci
19-12-2025, 23:33
Raz, dwa, trzy, cztery ― mniej więcej tyle kroków w walcu wystarczyło, by zburzyć fasadę iluzji, obrzydzając przyjemne dla oka kanty twarzy tą niechlubną prawdą o jego podłym usposobieniu i zakurzonym archaicznością punkcie widzenia.
Podłym, bo nasyconym wieloma jakże nieładnymi cechami, sprytnie dotąd ukrywanymi, celowo dotąd przez nią nienazwanymi; upartość, obcesowość, pewność siebie, arogancja, w końcu też i złość zeżreć miały wszystkie pozostałe, czasem i nawet przecież pozytywne, jakości jego bytu. Bo zawiódł i rozczarował, bo wyszedł poza schemat oczekiwań, który tak niewybrednie uwikłała w własnej głowie, nikogo nie pytając przy tym o zdanie, nijak też podejmując się uprzednio weryfikacji, czy fizycznie zdolny był w ogóle tych zasad przestrzegać. A nawet jeśli był, musiała wreszcie zburzyć to nurtujące uczucie, że jest bezbłędny ― i zdołała przyłapać go na pomyłce w akuratnym do tego momencie, w sprzyjającym okoliczności kostiumie wzorowanym na karnawał, niby to zasłaniającym ich twarze, w rzeczywistości odsłaniającym jednak największe wady własnego ja.
Z niego też wyłaniał się ten konserwatywny ogląd na rzeczywistość, mentalnie cofający go z powrotem na wschód, do ojczyzny, gdzie role kobiety i mężczyzny uwikłane były w zawiłą sieć patriarchatu. Zaledwie dzień wcześniej głośno anonsowała, że tego spojrzenia możliwie najbardziej by dla siebie nie chciała ― a on wtedy lakonicznie przytakiwał jej wizji, pokrzepiając jakąś ogólną konstatacją, nijak zdradzając się jednak z tym, że i w jego zamkniętej, wychowanej w brzmieniu innej mantry, głowie dudnił ten nieaktualny sznyt poddaństwa. Przekonanie, że w starciu dwóch płci pierwszeństwo i ostatnie słowo ma on, nie ona; świadomość, że taki właśnie układ nagradzał go najsilniejszym zastrzykiem satysfakcji. Tak miało być w domu, tak miało być w relacji, tak miało być w życiu jako zlepku różnorakich wyzwań codzienności; mimowolnie miał więc w sobie też coś z tego klasycznego rozumienia dżentelmena, kłaniającego się kobiecie w pas, ją też wylewnie komplementującego i za swe czyny należycie odpowiadającego ― a zarazem z taką łatwością uprzedmiotowiającego, z taką łatwością wpisującego w obraz własnych, perwersyjnych fantazji. Niektóre świetnie odnajdywały się w tej roli, spijając z ust te pochlebstwa, z odwagą rozkładając później nogi, do ucha szepcząc w prośbie o więcej; inne wybierały nieśmiałość, rumieniąc się bodaj to na myśl o wspólnej kolacji, a co dopiero nocy, z tej drugiej rezygnując w imieniu mitycznych cnót wykreowanych przez konwenans.
Ale ona nie była żadną z nich; ona nie chichotała zaczepnie, sygnalizując, że czeka, jednocześnie też nie dawała do zrozumienia, że bynajmniej by tego nie chciała.
Więc pospieszył się, pozwalając sobie na przesadzoną bezpardonowość; więc przez chwilę ― czy to się jej podobało czy nie ― stracił kontrolę nad sobą, ale chyba też i nad nią. Najpewniej głośno zaprzeczyłaby, że tę drugą kiedykolwiek dotąd dzierżył, ale jemu zdawało się, że rozpracował ją już całkiem dobrze. Na tyle, by powiedzieć to, co mogła chcieć usłyszeć; na tyle, by postąpić tak, by się to jej podobało; na tyle, by wreszcie sama, bezwiednie lub samoświadomie, pozwoliła mu na wiele.
Odzyskanie tego z powrotem ― zaufania, dowództwa czy choćby jej życzliwości ― miało go pewnie sporo kosztować i jak na razie nie był pewien, czy gra warta była świeczki, a cel ― podejmowanego ryzyka. Gdzieś na końcu tej parszywej zabawy czyhało bowiem kilka, co najmniej, niebezpieczeństw; jedno nosiło imię Freda, drugie rysowało go kreską wzmocnionego kompleksu i porażki, trzecie groziło utratą zdrowego rozsądku. Teraz dobijały się doń silnie, snując za sylwetą niczym paskudny cień, ale już wkrótce odstąpić go miały chociaż na moment, chociaż na chwilę.
Bo zamek wepchnął ich do jednej, ciemnej i ciasnej przestrzeni, pozbawiając różdżek i sposobu na ucieczkę; bo zamek, racząc go wrażeniem stoickiego spokoju, nakazał poszukiwać rozwiązań, gdy ona popadała w bezkres osobistych lęków. W mroku spłynęło kilka raptem głosek oznajmiających o jej obecności, gdzieś pod rękoma wyrosła też klamka od drzwi, choć jej naciśnięcie nie przyniosło żadnych efektów. Parę przydługich sekund obnażyło jego bezsilność, parę następnych ― dręczącą jej ciało panikę. Pragmatyzm ułożył się więc w pierwsze słowa reakcji:
― Nie udusisz, nic się nie dzieje ― stwierdził ot tak, łagodnie, chwilowo zapominając o tym, co wydarzyło się niedawno, chwilowo też skupiając uwagę na tym, by jakkolwiek jej pomóc. ― Złapię cię za rękę i... usiądziemy ― postanowił, już zaraz wyciągając dłoń naprzód, choć wciąż w taki sposób, że mogła ją odtrącić, wcale do niej nie sięgając. ― Oddychaj ze mną, powoli... Wdech ― krótki, subtelny ― i wydech. Powtarzaj ― polecił, w głowie szukając pretekstu do odwrócenia jej uwagi od tego, co wywołało strach ― cokolwiek to było. ― Lora, pamiętasz, jak piliśmy na barce? Albo jak uciekaliśmy przed kontrolerem z autobusu? Przypomnij mi ― a gdy o to poprosił, ściany schowka na miotły magicznie się rozciągnęły, a do oczu dotarła wreszcie smuga światła.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Loretta Krueger
Czarodzieje
I am mine before I am ever anyone else's.
Wiek
20
Zawód
alchemiczka, pracuje w aptece ojca
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
5
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
20
Siła
Wyt.
Szybkość
7
11
13
Brak karty postaci
27-12-2025, 14:23
Autentyczność zdawała się być misternie uknutą intrygą, fasadą, a może po prostu maską; ładniej dopasowaną do tej nocy niż jakiekolwiek inne określenie. Kreacją wypuszczaną w eter, zbudowaną z pożądanych cech osobowości, charakteru i temperamentu. Ale kim właściwie był człowiek autentyczny? Ten wyzbyty konwenansów i granic, jedynie prawdziwy, surowy, prosty? Czy raczej ktoś wyzuty z kultury, z empatii, z potrzeby oglądania się na innych - a może po prostu wyzbyty wszystkiego? Może za tym słowem nie stało nic więcej. Bo autentyczność, choć w swoim brzmieniu ocierała się o coś pożądanego, w istocie była kolejną maską. Nikt przecież naprawdę nie chciałby poznać człowieka w pełni autentycznego. Nikt nie chciałby z nim dzielić przestrzeni ani życia. Ten prawdziwy byłby uosobieniem wszystkiego, czego społeczeństwo nauczyło się nie cenić.
Autentyczność gubiła się w drobnych gestach: gdy życzyłaś miłego dnia sąsiadce, której szczerze nie znosiłaś; gdy w kolejce na targu przepuszczałaś matkę z rozkrzyczanym dzieckiem, współczując jej mimiką, a w środku zastanawiając się, jak mogła je tak wychować. Gubiła się, gdy chwaliłaś sukienkę koleżanki, bo wiedziałaś, że nie stać jej na ładniejszą i nie chciałaś sprawić jej przykrości.
Wszyscy kłamali. Wszyscy oszukiwali, mącili, dopasowywali się. Wszyscy udawali kogoś, kim naprawdę - autentycznie - nie byli. Bo tak było łatwiej. Bo tego uczono ich od dziecka: nie biegaj, nie wierć się, stój prosto, uśmiechnij się do babci, do cioci, podziękuj obcej kobiecie, bo tak wypada. Zdziwienie przychodziło dopiero wtedy, gdy spod tych warstw zaczynały prześwitywać cechy, których w drugim człowieku widzieć nie chciano. Gdy farsie uwierzyło się zbyt mocno - tak bardzo, że zaczynała przypominać autentyczność. I wtedy rozczarowanie bolało najbardziej.
Bo sama pragnęła wyjść z Wielkiej Sali w tej samej chwili, w której z jego ust padły obraźliwe słowa - gdy jej zachowanie sprowadził do dziecięcej fanaberii, do boczenia się i obrażania o nic. Gdy karcił ją jak małe dziecko. Nie wyszła jednak. I nie dlatego, że chciała, by ją zatrzymał, by powiedział coś właściwego w ostatniej chwili. Została, bo ta farsa zdążyła już wejść jej w krew zbyt głęboko, rozlać się po niej od czubka głowy aż po koniuszki palców. Bo nikt nie mógł tego zobaczyć. Jej słabości, jej emocji bijących w niej na alarm. Odwrócenie się na pięcie pośród tych wszystkich ludzi albo zderzenie dłoni z jego policzkiem w geście sprzeciwu zostawiłoby ślad. Brzydki, tłusty ślad na jej honorze - a ten był jedną z nielicznych wartości, których trzymała się kurczowo. Bo nawet jeśli udawała, nawet jeśli pod skórą kryły się w niej cechy wadliwe i niewygodne, żyła według zasady: co z oczu, to z serca. Wierzyć we własną nieomylność było jej łatwo. Nawet wtedy, gdy - jak wszyscy - kłamała.
Zamek zdawał się robić wszystko, by ponownie ich ze sobą zetknąć. Jakby nie przyjmował do wiadomości, że można oszukać się w tak prosty sposób - najpierw obiecując rozmowę, a chwilę później rozchodząc się w przeciwnych kierunkach. Może sam Hogwart miał dość ludzkich kłamstw, a może nie potrafił wyobrazić sobie, że ktoś mógłby opuścić jego mury z niechęcią, z niedomkniętą sprawą ciążącą na barkach. Bez względu na intencję, stało się to zbyt szybko, by zdążyła się na cokolwiek przygotować. W chwili, gdy ciężkie drewniane drzwi zamknęły się za nią, szczelnie więżąc ją w schowku na miotły, wiedziała już, że wszystkie lęki, które na co dzień trzymała w ryzach, dziś wypłyną na powierzchnię. Bez kontroli. Bez jej przyzwolenia.
Urywany oddech wyduszał z niej resztki tlenu, a paraliżujący, irracjonalny w swej naturze strach brał ją całkowicie we władanie. Jedynym punktem odniesienia pozostawał spokojny głos mężczyzny - cichy dowód na to, że nie jest tu sama. Że jeszcze nie wszystko zostało stracone. Chciała mu uwierzyć, ale wypowiedziane z łagodnością nic się nie dzieje stało w brutalnej sprzeczności z chaosem, który rozgrywał się w jej głowie. Pokręciła głową w zaprzeczeniu i sięgnęła po jego dłoń. Pozwoliła się poprowadzić. - Muszę stąd wyjść - powtórzyła, choć mimo wszystko usiadła. Jej palce zacisnęły się mocniej na tych należących do niego. Na słowo wdech próbowała nabrać powietrza więcej, zbyt dużo, ale panika brała górę - zaraz potem zbyt płytki wydech wprawiał jej ciało w drżenie. To się nie skończy. To się nie skończy. Myśl powracała natrętnie, zapętlona.
Wdech.
Wydech.
Pamiętasz, jak piliśmy na barce? Zamknęła oczy. - Zapytałam wtedy, czy nie boisz się, że spalisz Freddiemu dom. Pierwsze pytanie, jakie ci zadałam... - teraz te słowa brzmiały niemal abstrakcyjnie. Kąśliwość, którą wtedy w nie włożyła należała do innej chwili, innej wersji jej samej. Próbowała do niej wrócić. Przenieść myśli tam, gdzie było prościej: do dźwięku szklanek obijających się o siebie, do śmiechu, do gry w butelkę, do rozchwianej przejażdżki autobusem.
Wdech. Wydech.
- Pamięć złotej rybki to dobra wymówka, żeby usłyszeć komplement więcej niż raz - zacytowała jego słowa z tamtej nocy. Wspomnienie zadziałało jak zakotwiczenie; oddech na moment zwolnił, uspokoił się. Więc uczepiła się ich wszystkich. Tych drobnych scen, zdań, obrazów.
A gdy otworzyła oczy i zobaczyła, że wokół rozbłysło światło - gdy dotarło do niej, że nie znajdują się już w tym małym, ciasnym pomieszczeniu - oddech zaczął się powoli uspokajać. Oparła się głową o regał za sobą wciąż kurczowo trzymając jego dłoń. Byli zamknięci. A ta myśl działała jak zapalnik. Serce znów przyspieszyło, choć już nie tak gwałtownie. - Opowiedz mi o czymś - powiedziała w końcu.
W jej głosie brzmiała prośba, czysta i naga, choć słowo proszę nie przeszło jej przez gardło. Nawet teraz. Nawet wtedy, gdy przez ułamek sekundy przemknęła jej myśl, że mogą stąd nie wyjść. A może wcale w to nie wierzyła - może po prostu potrzebowała spokojnego dźwięku jego głosu, czegoś, co wyciągnie ją z własnej głowy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 11-01-2026, 00:41 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.