• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Essex, Chelmsford, Dworek Ollivanderów > Salon
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
24-11-2025, 19:05

Salon
Przestronne pomieszczenie pełni rolę salonu reprezentacyjnego. Wysokie okna, osnute zielonkawymi kotarami, wpuszczają blask dnia, tworząc na posadzce mozaikę płożących się plam światła. Na środku leży rozłożysty dywan o złożonym wzorze, magicznie chroniony przed zużyciem, dzięki czemu sprawia wrażenie nienaruszonego już od kilkunastu dekad. Wzdłuż ścian ustawiono starannie dobrane meble, od lekkich krzeseł po masywniejsze sofy, a każdy fragment tapicerki wygląda na pieczołowicie utrzymany. W rogu stoją harfa oraz pianino, nadając pokojowi wrażenie stałej obecności sztuki i skupienia. Kryształowy żyrandol odbija skromne światło lamp, a misternie zdobiony stolik kawowy jest miejscem, przy którym można wygodnie prowadzić rozmowy z gośćmi lub domownikami.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Odille Ollivander
Czarodzieje
And if you'd never come for me, I might've drowned in the melancholy.
Wiek
26
Zawód
projektantka różdżek, artystka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
13
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
27-11-2025, 13:43
27 marca 1962

Salon tonął, oblewany gęstym syropem niekończących się dźwięków. Dławił się nimi, ronił łzy, jakby w głębiny jego gardła Odille bezlitośnie wpychała kolejne nuty, dociskając je opuszkami palców bębniących o monochromatyczną klawiaturę; czerwień z wolna zachodzącego słońca nadawała chwili niemal niepokojącego charakteru. Tak jak niepokojącą była symfonia, po którą sięgnęła - wymagająca poznanej na własnej skórze żałoby, żywiąca się sercem rozdartym strachem i rozpaczą, zrodzona w trzewiach bezsennych nocy, gdy ze zwierciadła spoglądała na nią ubrana we własne szaty klątwa. Przez moment istniała tylko ona i korytarz czarnych myśli, labirynt zamkniętych na klucz drzwi, ślepa uliczka, w której utknąć miała na wieki. Sonata Beethovena nie była oczywistym wyborem dla instrumentu, którym władała Odille, oryginalnie skomponowana z myślą o fortepianie, jednak nic nie stało na przeszkodzie, by jego utwory odtwarzać także na pianinie - a to w nich Ollivanderówna znajdowała pokrewną gorycz, znajomą samotność i bezkres niesprawiedliwości ciągnącej się za duszą niczym drugi cień. Zamykała więc te emocje w muzyce, w sztuce wszelkiego rodzaju, próbując powstrzymać ich potworność przed wsączeniem się do świata codziennego. Przekuła swoje ciało w ostatnią barierę, w mur przytrzymujący wszystkie nieodpowiednie uczucia w środku, zaś krewni mieszkający w dworku dawno już przywykli do drapieżnych melodii wygrywanych przez Odille. Doceniali ich kunszt, nie wiedząc, ile tak naprawdę dla niej znaczyły.
Nie zamierzała tego popołudnia siadać do instrumentu. Oczekując w salonie na wprowadzenie umówionego gościa, wręcz bezrefleksyjnie zbliżyła się do niego i musnęła opuszkami klawisze, a potem wszystko wydarzyło się tak szybko, jak gdyby była marionetką, za której sznurki właśnie ktoś szarpnął. Kiedy zatem służąca prowadziła Lorettę Krueger do salonu reprezentacyjnego, w korytarzach wiło się echo muzyki, przerwanej raptownie, gdy do Odille dotarł dźwięk pukania do drzwi. Wtedy dopiero zdała sobie sprawę ze swojego impulsywnego pragnienia i wstała od pianina, wygładzając poły sukienki o barwie głębokiej purpury, pokrytej nieco ciemniejszą koronką, tkaną w kształty konstelacji gwiazd. Odchrząknąwszy, przygładziła jeszcze kasztanowe pukle okalające twarz i zaprosiła do środka swojego gościa. Złotowłosą kobietę o ślicznie skrojonym uśmiechu i przenikliwych oczach, barwą przywodzących na myśl zieleń lasu. Poznały się niedawno, gdy Odille zdecydowała się odwiedzić aptekę Kruegerów, poszukując eliksirów, których akurat jej zabrakło. Uzupełniwszy najpilniejszy brak, zdecydowała się zamówić u alchemiczki jeszcze kilka mikstur wzmacniających, zaprosiwszy ją do dworku Ollivanderów, kiedy ta obiecała, że dostarczy je pod wskazany adres. Zapewne dzięki nazwisku. Sowia przesyłka przecież mogła zapodziać się w trakcie transportu, natomiast mało kto decydował się zaproponować, by Odille odebrała swoje zakupy samodzielnie - jakby narodziny w takiej a nie innej rodzinie pozbawić ją miały talentu do stawiania prostych kroków. Czasem tak było, ale, cóż, raczej nie przez to. 
- Panno Krueger, Loretto - zwróciła się do niej na powitanie, obdarzając czarownicę uśmiechem. Filigranowa dłoń wskazała na sofę w zaproszeniu do rozgoszczenia się: nie zamierzała po prostu pozwolić jej czmychnąć, jeśli blondynka nie miała innych niecierpiących zwłoki spraw. Ollivanderówna doceniała jej fatygę. - Bardzo dziękuję, że przyszłaś. Tym bardziej, że termin, na który się zdecydowałyśmy, wcale nie był długi - dodała, samej zająwszy miejsce w fotelu. Pozostawało jej żywić nadzieję, że sprostanie jej oczekiwaniom nie skazało innych klientów na dłuższe oczekiwanie - wówczas na pewno miałaby do siebie pretensje. - To będzie moje pierwsze zetknięcie z eliksirem słodkiego snu - przyznała, lekko ściągając jasne brwi. Była coraz bardziej zmęczona. Coraz bardziej udręczona, przykładając głowę do poduszki. Coraz bardziej bezradna, gdy pod oczami pyszniły się smugi fioletu, a siły, które powinny wracać dzięki niedawnej diagnozie Moiry, znów ją opuszczały, tym razem jedynie z innego powodu. - Pokażesz mi, w jaki sposób powinnam go dawkować? - poprosiła, po chwili zaś na stole pojawił się imbryk z herbatą; naczynie uniosło się samoistnie ku górze i z magiczną wprawą napełniło dwie eleganckie, porcelanowe filiżanki.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Loretta Krueger
Czarodzieje
I am mine before I am ever anyone else's.
Wiek
20
Zawód
alchemiczka, pracuje w aptece ojca
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
5
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
20
Siła
Wyt.
Szybkość
7
11
13
Brak karty postaci
08-12-2025, 22:41
Może smykałkę do dbania o własne interesy rzeczywiście wyniosła z domu - w końcu od najmłodszych lat przygotowywano ją jak narzędzie, jak przyszłą strażniczkę rodzinnego biznesu, którą trzeba naoliwić, wyregulować i wypuścić dalej. Ale wolała myśleć, że była to jej zasługa. Jej ambicji, jej samozaparcia, jej nieprzeciętnych umiejętności, których nie musiała nawet kompensować, żeby zdawać sobie sprawę z ich wartości. Bo wciąż majaczyło jej przed oczami widmo tych wszystkich kobiet, których życie zaczynało się i kończyło na czystej prozie - na domu, dzieciach, na mężu i jego interesach, o których można było mówić, o których można było myśleć i którymi należało żyć. Kobiet, które bały się sięgnąć po więcej, choć w głębi duszy pragnęły właśnie tego albo i takich, którym świat łaskawie podstawiał możliwości pod nos, ale one i tak nie potrafiły ich unieść. Bo znały swoją rolę do bólu, odgrywały ją wzorowo aż po ostatni oddech, a w chwilach poprzedzających śmierć może rozpaczliwie wodząc, a może kompletnie pogodzonym spojrzeniem wspominały dokładnie to samo: dzieci, męża, jego interesy.
Zapominały o najważniejszym - o ja.
Loretta nigdy o sobie nie zapominała. O swoich emocjach, swoich chęciach, swoich możliwościach. O powinnościach, które nakładała na siebie sama - nie te, które ktoś próbował jej narzucić. Każdego dnia świat podsuwał jej okazje, a ona brała je bez większego wahania. Raz po raz. Niczym ktoś, kto doskonale wie, że jeśli nie sięgnie, to zrobi to za nią ktoś inny. A ona nie była jedną z tych kobiet, które stoją z boku i patrzą, jak życie przechodzi obok. Kobiet, których się żałuje.
Apteka nie należała do niej, ale już od dawna traktowała ją tak, jakby była jej własnością - ojca spychając w pamięci do głębokich, zasypanych kurzem dołów, z których najlepiej, żeby nigdy nie wychodził. Dbała o interes z zaangażowaniem graniczącym z obsesją, a kiedy trzeba było, sypała głowę popiołem i przygryzała zęby mocniej, aż czuła je w dziąsłach, tylko po to, by nie powiedzieć o dwa słowa za dużo i nie pozbawić się kilku klientów. Bo każdy wydawał się wiedzieć lepiej. Każdy znał się na alchemii lepiej od alchemika. Bo zamiast trzech kropel - wzięłam dwie, bojąc się, że będzie gorzej. Bo zamiast rozcieńczyć - wypiłam w stężeniu, które mogłoby powalić hipogryfa, a teraz nie wiem, czemu czuję się jak trup. Bo to na pewno twoja wina.Czasami zaciskała zęby tak mocno, że czuła na języku metaliczny posmak krwi, czasami chciało jej się zwyczajnie krzyczeć, ale odkładała to na później - na noc, na poranek, na nigdy.
Nie wiedziała, czy to wyłącznie chęć dbania o własny interes przywiodła ją pod posiadłość Ollivanderów, czy po prostu miała nastrój do kapryśnego altruizmu, a klientka zrobiła na niej na tyle dobre wrażenie, że postanowiła pofatygować się osobiście. Może chciała na własne oczy zobaczyć te strojne wnętrza, te polerowane panele i obrazy, które wisiały tu pewnie dłużej, niż żyli członkowie tej rodziny. Zobaczyć, jak mieszkają ci, którzy od pokoleń rodzą się z błękitną krwią - bogatsi, lepsi, spokojniejsi o wszystko. Może chciała sama poczuć to na skórze, dać się temu przepychowi uwieść. Może nawet - choć nie przyznałaby tego głośno - zachwycić się.
Prowadzona przez zawiłe korytarze przypatrywała się wszystkiemu uważnie, choć nie zdradzała po sobie żadnych emocji. Dźwięki muzyki docierały do niej falami, jakby palce uderzające w klawisze przebijały się przez mury zachęcającym gestem. Potrafiła to docenić. Miała w sobie ten pierwiastek artystycznej duszy - ten fragment siebie, który, gdyby los nie popchnął jej ku alchemii, odnalazłby dom w malarstwie. Oddałaby mu się wtedy w pełni, bez reszty. Los jednak postanowił inaczej. I wcale tego nie żałowała.
Drzwi do przestronnego salonu otworzyły się, a blondynka od razu dostrzegła znajomą już sylwetkę. Uśmiechnęła się z uprzejmością. - Panno Ollivander - przywitała się podchodząc do wskazanej sofy. Gdy usiadła jej dłoń mimowolnie pomknęła do torby z eliksirami. - Wiem, jak trudno znaleźć natchnienie, gdy ktoś przeszkodzi - z wyczuciem nawiązała do muzyki, która jeszcze przed momentem wypełniała dom. - Dlatego postaram się nie zabierać zbyt wiele czasu. - dodała wykładając fiolki na drewnianym blacie przed sobą.
Ostatni czas wielu osobom zabierał sen z powiek. Może przez sposób życia, może przez ten ciągły pęd i codzienne zmartwienia, a może przez tę społeczną intrygę, która powoli zdawała się wykraczać poza ramy tych najważniejszych osobistości i zaczynała dotykać wszystkich. Nie wiedziała tego. A jednak z tym eliksirem spotykała się ostatnio nad wyraz często. - Fiolka zawiera dość wysokie stężenie eliksiru, dlatego na początek zalecałabym dwie krople do wieczornej herbaty lub gorącej wody - zaczęła spokojnie tłumacząc. - Tak naprawdę na każdego może on działać inaczej i z czasem organizm może się przyzwyczaić do dawki. Wtedy będziemy ją zwiększać albo zmieniać stężenie. Nie jest pani uczulona na lawendę lub mak? - zapytała, unosząc brew lekko ku górze, szukając jedynie potwierdzenia. Była po prostu czujna - przecież wszyscy na alchemii znali się lepiej od samego alchemika.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Odille Ollivander
Czarodzieje
And if you'd never come for me, I might've drowned in the melancholy.
Wiek
26
Zawód
projektantka różdżek, artystka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
13
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
13-12-2025, 12:52
Zakrzywiona ku górze brew zdradziła zaintrygowanie, słowo wiem niosło w sobie bowiem powiew bliźniaczych inklinacji, zainteresowań, pasji, obsesji, bo chyba nie chodziło jedynie o natchnienie w warzelnictwie mikstur. Mylnie założyła, że młoda dziewczyna otoczona wianuszkami ziół i oparów z kociołka nie lgnęła do szeroko pojętej sztuki, a przecież jedyne, czego Odille zabraniała sobie względem innych ludzi, to właśnie założenia. To jedno zdanie okazało się więc przyjemnym zaskoczeniem, rozbudzającym domysły i płynącym przez pajęczynę nerwów jak impuls, który momentalnie przyciągał ku sobie całą uwagę. Eliksiry słodkiego snu? Niemal o tym zapomniała, gotowa zagłębić się w inny temat, ciekawa tajemnicy skrywanej pod skórą Loretty Krueger.
- Zostałaś usidlona przez inną dziedzinę, niż alchemia? - zapytała z uśmiechem, dłonie splatając na podołku. Nie uważała, jakoby człowiek sam decydował o tym, w której odnodze sztuki uwije swoje gniazdo, Ollivanderówna zamiast tego wychodziła z założenia, że byli jedynie pionkami na szachownicy twórczości, poruszającymi się zgodnie z jej życzeniami. Narzędziami przekazującymi jej wolę. Ktoś maszerował dalej, błogosławiony talentem i ciężką pracą, a ktoś posuwał się naprzód zaledwie o jedno pole, nieskory do pielęgnowania wylosowanych kart.
- W moim przypadku to malarstwo, rzeźba i muzyka, dokładnie pianino, co musiałaś usłyszeć. Czasem sam widok instrumentu sprawia, że muszę dotknąć klawiszy - westchnęła, posyłając mu krótkie spojrzenie, zanim wzrok wrócił do ślicznej twarzy blondynki. - I proszę, mów mi Odille - dodała, kierowana poczuciem wspólnoty, które zasznurowało się wokół serca na myśl, iż być może miała przed sobą drugą artystkę, a jeśli nie, to kogoś, kto znajdował w warzeniu pokrewną inspirację. Właściwie alchemia mogła przypominać grę na pianinie. Instrukcje warzenia stawały się zbiorem nut, każdy ruch wokół kociołka przypominał wywieranie presji na klawiaturze i budzenie odpowiedniej melodii. Jeden błąd mógł też zniweczyć całą kompozycję, zmusić do zaczęcia od nowa. Do tej pory nie postrzegała tego w taki sposób, jednak teraz, sprowokowana profesją Krueger, dopisała sobie scenariusz, który mógł nieco je zbliżyć.
Błękitne oczy zatrzymały się potem na fiolkach ułożonych na stole. Ciecz zatrzymana w szkle mieniła się perłowym połyskiem, przywodząc na myśl rękojeść różdżki Odille; macica perłowa opalizowała jednak mnogością kolorów, podczas gdy barwa eliksiru pozostawała wierna małżowym skarbom. Ułamek sekundy wystarczył, by zapragnęła sięgnąć po szkicownik i na podstawie mikstury zaprojektować artefakt hołdujący samym perłom, takiego jeszcze nie stworzyła, ale zamiast tego pozostała przytomnie w tu i teraz, skupiając uwagę na słowach Loretty, gdy ta znów się odezwała.
W międzyczasie sięgnęła po jedną z fiolek i ostrożnie ujęła ją między palce, unosząc szkło nad blat stołu, na wysokość swojego wzroku. Zakołysała eliksirem delikatnie, wprawiając go w łagodny, niemal ospały ruch.
- O ile mi wiadomo: nie - odpowiedziała, odkładając wywar z powrotem na stół i zamieniając go w swoich dłoniach na filiżankę parującej herbaty, cieszącej nozdrza bogatym zapachem owoców, ulubionym smakiem Odille. - Czy powinnam spodziewać się jakichś efektów ubocznych? - zapytała niepewnie, nie pamiętając ze szkoły za wiele informacji o tym konkretnym specyfiku, a powinna, przecież swego czasu przykładała się do wszystkich zajęć. Na szczęście wiedza Loretty była świeższa, a jej doświadczenie w alchemii niepomiernie większe, godne zaufania. - I czy... istnieje jakakolwiek możliwość, że z takiego snu nie będę mogła się wybudzić? - ściągnęła brwi, pozwalając sobie na zadanie być może niemądrego pytania, które jednak w jakimś stopniu ciążyło jej na żołądku, szturchając zmysły igiełkami niepokoju. Rzadko korzystała z eliksirów o innym przeznaczeniu, niż wzmocnienie organizmu, a chociaż podręcznikowe formułki mogły twierdzić swoje, zdanie kogoś, kto spędził nad kociołkiem ogrom godzin, uzbrajając się w segmenty biegłości, było dla niej istotniejsze.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Loretta Krueger
Czarodzieje
I am mine before I am ever anyone else's.
Wiek
20
Zawód
alchemiczka, pracuje w aptece ojca
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
5
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
20
Siła
Wyt.
Szybkość
7
11
13
Brak karty postaci
27-12-2025, 17:23
Nigdy nie mówiła o swojej pasji do malarstwa. Właściwie nikomu. Nie potrafiła nawet jasno określić dlaczego; po prostu czuła, że to jest jej. Wyłącznie jej. Coś, czego nie należy nazywać, bo nazwane mogłoby zostać zabrane, ocenione, naruszone.
Jako dziecko próbowała wielu rzeczy. Rodzice reagowali na każdą nową zachciankę z niemal gorliwym zaangażowaniem, jakby bardzo chcieli, by wśród nich znalazła się ta jedna - prawdziwa. Może dlatego, że od początku wiedzieli, iż w kwestii swojego głównego zajęcia nie będzie miała zbyt wiele do powiedzenia. A może dlatego, że w ten sposób próbowali zrekompensować to, co ostatecznie odebrali Fredowi. Jazda konna, pływanie, malarstwo, rzeźbiarstwo - sztuka, ruch, podróże. Karmili tym jej małe ciało i umysł, zanim była w stanie zrozumieć, co tak naprawdę ma dla niej znaczenie.
Pracownia. Jedno niewielkie okno, przez które wpadało zaskakująco dużo światła, padającego wprost na stojącą pośrodku sztalugę. Farby zamknięte w małych słoiczkach, pędzle pobrudzone pigmentem, które z niemal nabożną starannością doprowadzała do porządku. Płótna - te już zamalowane i te wciąż czyste. Te, które uważała za stracone i te, które podobały jej się tak bardzo, że za każdym razem, gdy wchodziła do pomieszczenia, jej wzrok wracał do nich mimowolnie, jak do punktu odniesienia.
Nic z tych wszystkich zainteresowań nie wzbudzało w niej takiej pasji jak malarstwo. Z pozostałymi nie miała problemu, by się dzielić. O pływaniu mogła rozmawiać godzinami, o jeździe konnej - równie długo. Mogła instruować, poprawiać, pomagać innym stawać się lepszymi. We wszystkim - poza malarstwem.
Bo jej prac nie widział nikt. Bo gdy zamykała się w pracowni, nikt nie miał tam wstępu. Bo było to jedyne miejsce, w którym nie musiała niczego tłumaczyć. Traktowała to jak pobożną tajemnicę. Coś, co istnieje tylko tak długo, jak długo pozostaje niewypowiedziane.
Słysząc pytanie czarownicy, nie odpowiedziała od razu. Pozwoliła jej mówić - o pasjach, o rzeczach, które ją określają. Pozwoliła też, by słowa same zrobiły to, czego ona nie miała w zwyczaju przyspieszać - skróciły powstały naturalnie dystans. - Loretta - przedstawiła się raz jeszcze, tym razem ciszej, w tonie, który miał odsuwać granice.
Gdy padły słowa o instrumencie, o potrzebie dotknięcia klawiszy, pomyślała, że przecież zna to aż za dobrze. Że czasem wystarczy jeden kadr z życia - światło padające pod odpowiednim kątem, ruch dłoni, cień na ścianie - by w niej samej obudziła się potrzeba sięgnięcia po pędzel, dobrania barw, zbudowania światła i cienia od nowa. - Usidlona głównie przez alchemię - zaczęła z lekkim uśmiechem, pilnując, by wahanie, które poczuła w sobie, nie przedostało się do głosu. - Czasem maluję - dodała pewnie, delikatnie zmiękczając prawdę. Bo to czasem bywało częstsze, zbyt częste, by nazywać je jedynie zachcianką. Uśmiechnęła się nieco szerzej. - Choć zwykle zostawiam to tylko dla siebie. Na pewno mnie rozumiesz. - czy rzeczywiście mogła być tego pewna - nie wiedziała. Ale znała moc tych słów. Wiedziała, że często skutecznie zamykały temat, który stawał się dla niej zbyt osobisty.
Nieważne jednak, jak bardzo miłowałaby sztukę - jej przyszłością była alchemia. To jej oddawała cały swój czas. Całą uwagę. Tak jak Odille mogła oddawać się tworzeniu, tak ona wybierała precyzję, formuły, konsekwencję. - Dla mnie to jednak tylko pasja. A czym jest dla ciebie? - zapytała, bo znała zbyt wiele osób, które całe życie poświęcały pracy, której nienawidziły, odkładając na bok to, co naprawdę kochały. Znała zbyt wiele takich kobiet.
Jej spojrzenie wróciło do fiolek rozłożonych na stole. Wraz z nim wrócił też ton profesjonalisty - spokojny, rzeczowy, pozbawiony niedopowiedzeń. W alchemii nie było miejsca na domysły; domysły kończyły się tragedią. Albo wielkim odkryciem. Dziś nie miała zamiaru testować ani jednego, ani drugiego. - Dobrze, że pytasz - zaczęła, a kącik ust drgnął jej w uśmiechu. Ludzie rzadko pytali. Jeszcze rzadziej słuchali, przekonani, że wiedzą lepiej. - Na początku twój organizm może potrzebować czasu, by przyzwyczaić się do tak długiego snu, do pełnej regeneracji. Do wszystkiego można się przyzwyczaić - do zmęczenia też. Dlatego przez pierwsze dni możesz czuć się nieco ospała. To minie, gdy ciało uzna to za nową normę. - spojrzała na płyn spływający po ściankach fiolki, gdy kobieta uniosła jedną z nich. - Zaczynamy od niższych dawek. I nie - dodała spokojnie - wbrew pozorom, to nie jest najsilniejszy eliksir nasenny. Jeśli będziesz trzymać się zaleceń, wszystko będzie w jak najlepszym porządku. - rozumiała ten lęk. Spotykała wielu ludzi, którzy bali się samego snu, a co dopiero wspomagania go eliksirami. Nie mogła decydować o tym, co przygotowała dla nich kostucha, ale mogła być pewna tego, co sama im podaje. - Działa dość szybko - dodała na koniec. - Więc najlepiej wypić go tuż przed snem. Większym zagrożeniem będzie to, że przewrócisz się w drodze do łóżka.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Odille Ollivander
Czarodzieje
And if you'd never come for me, I might've drowned in the melancholy.
Wiek
26
Zawód
projektantka różdżek, artystka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
13
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
03-01-2026, 22:15
Odille uniosła filiżankę z herbatą nieco wyżej w ramach powitalnego toastu, pozbawionego form grzecznościowych. Zapewne żadna z nich nie zakładała, że dzisiejsze spotkanie splecie ich losy tak ciasno, by mogły widzieć w siebie nawzajem przyjaciółki, nie były tak naiwne, lecz widząc przed sobą osobę tak młodą, na dodatek posągowo urodziwą, tytuł "panna Krueger" niechętnie przechodził przez gardło; poza tym jasnowłosa czarownica wyświadczyła jej przysługę, przygotowując eliksiry w tak ekspresowym tempie, toteż Ollivanderówna nie czuła oporów przed forsowaniem pewnych granic. Tym bardziej, że jak miało się okazać - łączyło je więcej, niż się spodziewała. Odpowiedź rozpoczynająca się od alchemii była zrozumiała, przewidywalna, skwitowana uprzejmym skinięciem, lecz to to, co Loretta dodała potem wzbudziło największą ciekawość. Malarstwo. Wychowana w takiej, a nie innej rodzinie nauczyła się, że kreatywność nie jest czymś, co przychodzi bez bólu. Co można wziąć za pewnik, od czego można czegokolwiek oczekiwać. Obie były marionetkami na sznureczkach weny, poruszały się pod wpływem fal i odpływów natchnienia, wodzone za nos przez kapryśną muzę. Było to życie wymagające, złożone z drobnych igiełek frustracji, niekończących się prób, poszukiwania i głodu, raz na jakiś czas konkludowane euforią ukończonego dzieła - ale i wtedy niektórym artystom brakowało wiary w samego siebie, by docenić twór swoich rąk.
- Oczywiście. Zawsze brałam sztukę za coś intymnego - zgodziła się, nie napierając na Lorettę, by ta teleportowała się do domu po kilka ulubionych dzieł i wróciła z nimi do Chelmsford, uchylając rąbka tajemnicy przed zbyt świeżo poznaną kobietą. Niektóre krewniaczki nie rozumiały, że pewne płótna wolała zostawić dla siebie, dlatego na przestrzeni upływających lat sama Odille nauczyła się po prostu o nich nie wspominać, nie ryzykować, nie wystawiać się na potencjał uwagi samozwańczych krytyków. - Powinna być ukazywana drugiej osobie albo całemu światu jedynie w momencie zgody z własną wolą, z gotowością na dzielenie się czymś tak delikatnym i osobistym. Sama nie wszystkie dzieła zostawiam w rodzinnym archiwum - przyznała, delikatnie uśmiechnięta. Część z nich próbowała ukryć nawet przed ukochaną kuzynką. Portrety olejne przedstawiające Flaviusa, szybkie szkice jego oczu i niedokończonej twarzy, Wulfric uchwycany z okna pokoju, gdy spędzał czas w ogrodach razem z jej bratem, Romulusem. Zmuszona do wielokrotnego zmieniania miejsc kryjówek, w końcu zaczęła magią pomniejszać obrazy i chować je w maleńkich sakiewkach niewzbudzających podejrzeń. - Dla mnie... - urwała i na moment zapatrzyła się na okno, na rysujące się za szybą niebo, szarawe, zapowiadające ulewę, jedną z wielu tego dnia. - To przede wszystkim sposób na wyrażenie tego, czego nigdy nie wyraziłabym głośno. Emocje, do których nie mogę wyraźnie się przyznać, myśli, których nie wypada mi mieć. Piękno, które dostrzegam w nieodpowiednich rzeczach, zbyt ciężkich i smolistych, zbyt odrzucających. Jednym słowem nazwałabym to wolnością - zsumowała melancholijnie, wróciwszy wzrokiem do Loretty. Rozumiała to? Na dobrą sprawę postrzeganie Odille mogło znaleźć swe odzwierciedlenie również w alchemii, w świecie klarownych podziałów między typami ingrediencji i przeznaczeniem mikstur, od łagodnych specyfików przeciwkaszlowych do trucizn ucztujących na wnętrznościach.
Z uwagą słuchała wyjaśnień młodszej czarownicy, gdy ta zaczęła opowiadać o szczegółach eliksiru. Pozwalała sobie jedynie na skinięcia głową, nie wchodząc jej w słowo, podczas gdy umysł chłonął każdą informację z determinacją, by niczego nie pominąć. Wiele baśni mówiło o księżniczkach, którym nie dane było zbudzić się ze snu, ona zaś nie miała ochoty dołączyć do ich grona. Na szczęście kwestia nie zdawała się zbyt skomplikowana, a gdy głos alchemiczki rozmył się w ciszy salonu, Odille podsunęła się na siedzisku, odłożywszy filiżankę na stół, by unieść w palce jedną z fiolek.
- Mam nadzieję, że moje ciało nie będzie grymasić, gdy czar tego flakonu się skończy i będę musiała znów zacząć sobie radzić bez eliksirów - westchnęła w zamyśleniu. Kiedy Moira Sanderson diagnozowała jej niedokrwistość na początku marca, ostatecznie nie zdecydowała się na przyjęcie żadnej z dawek usypiających specyfików, a choć czuła się dziś o niebo lepiej, coraz częściej zaczynała dostrzegać w sobie potrzebę faktycznego odpoczynku. Właśnie stąd zwrócenie się o pomoc do Loretty i apteki, w której pracowała. - Jeśli pozwolisz, chciałabym zamówić u ciebie jeszcze kilka specyfików. Na prezent dla kogoś, kogo wolałabym nie widzieć w szponach krzywdy - zapowiedziała, sięgnąwszy do kieszeni w spódnicy, z której wydostała mały zwitek z odczytywanymi nazwami. Kruegerowie udowodnili, że w kwestii terminowości można na nich liczyć i Odille przeczuwała, że nie inaczej okaże się z jakością ich produktów. - Konkretnie balsam z płonącej lewizji, eliksir gotowości, eliksir siły, wywar wzmacniający i eliksir przeciwbólowy. Czy jesteście w stanie przygotować po cztery lub pięć sztuk do końca maja? W czerwcu mój brat obchodzi urodziny - na powrót złożyła pergamin i położyła go na stole, na wypadek gdyby Loretta chciała wziąć go ze sobą.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Loretta Krueger
Czarodzieje
I am mine before I am ever anyone else's.
Wiek
20
Zawód
alchemiczka, pracuje w aptece ojca
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
5
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
20
Siła
Wyt.
Szybkość
7
11
13
Brak karty postaci
15-01-2026, 21:55
Zwykle nie miała trudności z dzieleniem się tym, co uznawała za swój atut. Powiedzieć, że lubiła, gdy inni chwalili jej pracę, to powiedzieć naprawdę niewiele. Skromność nigdy nie była jej naturalnym odruchem, choć na pierwszy rzut oka mogła sprawiać zupełnie inne wrażenie. Chętnie opowiadała o własnych sukcesach, o przebytych drogach, a szczególnie o tych najbardziej wyboistych i trudnych, bo właśnie w nich najłatwiej było dostrzec cechy, które imponowały ludziom najbardziej. Może wynikało to z obrazu samej siebie, jaki nosiła w głowie i który co jakiś czas domagał się potwierdzenia w cudzych oczach. A może było jedynie formą kompensacji - próbą zagłuszenia własnych wątpliwości i szukania wzmocnień, które pozwalały jej złapać oddech. Nie analizowała tego przesadnie; szkoda jej było czasu na rozbieranie na części czegoś, co tak dobrze spełniało swoją rolę w życiu, jakie prowadziła. Nie sięgała też po podobne rozważania, bo wymagałyby dopuszczenia krytyki - a tę odrzucała bez wahania, jak sukienkę zbyt luźną, by móc czuć się w niej swobodnie, albo zbyt ciasną, by w ogóle dało się oddychać. Był zresztą jeszcze jeden powód, dla którego nie wierzyła w pokorę i altruizm jako drogę przez świat. Nie ufała ludziom cichym, zamkniętym w sobie, wycofanym - nie wierzyła, że to oni zostawiają po sobie ślad. Że mogą coś zmienić. Może kryła się w tym surowa ocena. Może gdyby wypowiedziała to na głos, znów usłyszałaby, że zadziera nosa. Ale czy nie było w tym odrobiny prawdy? Jeśli chciało się zaznaczyć swoje miejsce w świecie, jeśli miało się w nim naprawdę zaistnieć, trzeba było wyjść poza przeraźliwą pokorę. I może właśnie dlatego tak bardzo zależało jej na tym by poza pokorę wyszedł jej brat. I może dlatego teraz w obrazie siedzącej obok kobiety dopatrywać się pragnęła cech, które o tej pokorze nie stanowią.
Wsłuchała się w słowa kobiety, odnajdując w nich tożsame z własną wizją postulaty. I było to miłe, osiadające gdzieś w niej uczucie, że ktoś rozumie tę skrywaną przed światem część. Bo czasem pragnęła wyrzucić z głowy swoje największe lęki, swoje zmartwienia, swoje przeżycia - te, którymi nie chciała dzielić się z nikim innym. Bo poprzez ocenianie jej prac ludzie mogliby oceniać też jej życie. Ją samą. Nie wyobrażała sobie tego - nie dopuszczała do siebie takiej myśli - by zawiesić swoje prace w jednej z londyńskich galerii i patrzeć, jak ludzie mijają kawałki jej życia, przyglądając się im z obojętnością albo nawet z krytyką. Oceniając nacisk pędzla na płótno, jakość dobranych barw czy ilość cieni. Wątpiła, by artystom z łatwością przychodziło oddzielanie się grubą kreską od tego, co przeżywali podczas malowania. Kącik jej ust drgnął w uśmiechu, bo choć to spotkanie miało mieć całkowicie inny charakter, to poczucie zrozumienia miało pozostać z nią jeszcze długo po jego zakończeniu. - Och, dokładnie tak - przyznała, bo były to słowa wyrwane wprost z jej własnych przekonań i poglądów. - Czy umiesz więc to oddzielić? Czy potrafisz pozbyć się tej emocjonalności, by stworzyć coś, co później bez wyrzutów sumienia oddasz spojrzeniom innych? - zapytała, gdy ta wspomniała o rodzinnym archiwum. - Z dwojga złego chyba wolałabym, aby te prace oglądał ktoś obcy. Kto nic o mnie nie wie, kto nie może w ruchach mojego pędzla odkryć mnie całej, a jedynie ocenić to, co widoczne na płótnie. - dodała, odstawiając kubek z wciąż parującym naparem na spodek. Podejrzewała, że czarownica miała znacznie większą styczność z tą częścią swojej osobowości. Oddawała jej więcej czasu i przestrzeni, była ona częścią jej codziennej ścieżki. Blondynka nie mogła w tej dziedzinie uchodzić za specjalistkę, nawet jeśli czuła się w niej nadzwyczaj pewnie.
Z tematów bardziej błahych, choć wciąż angażujących, przechodziły do tych znacznie istotniejszych w kontekście tego spotkania. Nie było w tym jednak tej sztywności, którą mogłaby odczuwać, biorąc pod uwagę miejsce, w jakim się znajdowały. Może to zasługa jej pewności, a może uprzejmego usposobienia kobiety. Skinęła głową na jej słowa. - Opowiedz mi o swoich dolegliwościach nieco bardziej - zaczęła, spoglądając na nią zachęcająco. - Może uda mi się dopasować coś jeszcze, co wzmocniłoby ten efekt. - dodała, okraszając spojrzenie równie ciepłym uśmiechem. Odille mogła znajdować się pod opieką uzdrowiciela i blondynka nie miała zamiaru wchodzić mu w kompetencje, ale z eliksirami i maściami obcowała na co dzień. Zmieniały się one na przestrzeni lat, czasem nawet miesięcy; bywało, że przełom gonił przełom. Może właśnie dlatego z taką lekkością i pewnością co do własnego fachu zaproponowała kobiecie dodatkową pomoc. Nie był to zresztą pierwszy raz, gdy dawała z siebie więcej niż tego oczekiwano, lecz to przecież mówiło o niej zarówno jako o alchemiku, jakim była, jak i o tym, jakim pragnęła być.
Wsłuchała się w kolejne słowa kobiety, kierując wzrok ku kartce trzymanej w jej dłoniach. - To duże zamówienie - zaczęła, gdy czarownica wspomniała o ilościach potrzebnych eliksirów. - Ale to bardzo dobry pomysł na prezent urodzinowy. - dodała, a jej uśmiech poszerzył się nieco. - Chciałabyś, abym wysłała je sową, czy ktoś mógłby odebrać je z apteki? - brew uniosła się ku górze w pytającym geście. Choć dzisiejsza wizyta miała charakter domowy, nie mogła pozwalać sobie na to zbyt często. I nawet nie chciała. Praca w aptece zajmowała ją aż nadto, a na pomoc ojca nie liczyła - i nie zamierzała.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Odille Ollivander
Czarodzieje
And if you'd never come for me, I might've drowned in the melancholy.
Wiek
26
Zawód
projektantka różdżek, artystka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
13
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
18-01-2026, 22:01
Należało przyznać, że kwestia wspólnego zainteresowania malarstwem sprawiła Odille większą przyjemność, niż bardziej oficjalny charakter powodu, dla którego miały dziś spotkać się w dworku Ollivanderów; rozmowy o sztuce pokrzepiały ją i podnosiły na duchu, odwracały uwagę od nadal nieidealnego zdrowia, posyłały przez żyły płynne impulsy ekscytacji przepływającej przez każdy zakamarek ciała. Co takiego na swoich płótnach uwieczniała Loretta Krueger, że była gotowa bronić ich przed światem z zacięciem lwicy? Doświadczenie różdżkarki podpowiadało, że wcale nie musiały być to motywy oczywiste, że czarownica przemycała ważne dla siebie szczegóły w symbolach, w nastroju, we wzbudzanych u widza emocjach, zamiast bezpośrednich komunikatach. W nie tak dawnych latach Odille postępowała tak samo, ale im starsza się stawała i im większe przyzwolenie ojciec dawał jej na staropanieństwo po dwóch nieudanych próbach mariażu, tym bardziej otwarcie przedstawiała mrok zalęgnięty w głowie i sercu. A tym samym częściej zachowywała obrazy dla siebie, kurcząc je zaklęciem, upychając w małych sakiewkach i chowając je w miejscach, gdzie najbliższej kuzynce i przyjaciółce nie przyszłoby do głowy ich szukać.
- Umiem - zaczęła otwarcie i delikatnie skinęła głową. - Ale czy znajduję w tym tę samą przyjemność, jak w dziełach, które powstają z pragnień i ciągot duszy? Nie, zdecydowanie nie. Kiedy maluję ku uciesze rodziny lub klientów, którzy zamawiają u mnie portrety i pejzaże, przypomina to zakładanie maski. Zamknięcie prawdziwej siebie w pokoju na piętrze, podczas gdy gości przyjmuje się na parterze - wyjaśniła z odrobinę krzywym uśmiechem. Oddzielenie tych sfer nie od zawsze przychodziło jej bez trudu, wypracowała to na przestrzeni lat, potrafiąc zupełnie wygasić podszepty skrzywionej groteską duszy i stworzyć coś idealnie wpasowanego w oczekiwania odbiorcy, ale nie widziała w tym nic, co poruszałoby nuty jej serca. Na płótnach wciąż kłębiły się emocje, lecz takie, które wzniecić chcieli zleceniodawcy, nie ona. Czy i tym razem mogła założyć, że Loretta zrozumie, co miała na myśli? Że się z tym zidentyfikuje? - To brzmi jak swego rodzaju zapewnienie sobie bezpieczeństwa, prawda? - zauważyła na kolejne wyznanie blondynki, a łagodny łuk uśmiechu znów wytyczył swój ścieg nićmi ust.
Zachęcenie do podzielenia się z aptekarką kwestią niedawnych - oraz trwających - dolegliwości przyjęła za przejaw życzliwości z jej strony i skinęła głową. W porównaniu do uwrażliwionego artyzmu to nie stanowiło tajemnicy, nie musiała ukrywać przed nikim słabowitości, jaka niedawno położyła na niej swoje szpony. - Miewałam długie napady zawrotów głowy i poczucia... Mogłabym to opisać jako ciało wypełnione watą. Bez kości, bez mięśni. W najgorszym apogeum z trudem wstawałam przez to z łóżka. Drobne skaleczenia obfitowały w krwawienie, łatwo nabawiałam się siniaków nawet bez uderzeń. Magomedyczka Moira Sanderson zdiagnozowała u mnie niedokrwistość. Niegroźną w tym stadium, lecz uciążliwą chorobę, która teraz jest znacznie mniej dokuczliwa niż wcześniej - zrelacjonowała, zwilżając potem gardło łykiem herbaty. Na początku września czuła się tak źle, że przyjęła uzdrowicielkę w swoim pokoju, w szlafroku i koszuli nocnej zamiast elegantszej codziennej sukienki - a to oznaczało, że Odille rzeczywiście była słaba. Stroje były jej formą ekspresji, jedną z pasji, więc jeśli rezygnowała z nich na rzecz buduarowych wariantów, można było mówić o dramatycznym upadku człowieka. - Miałam też spore problemy z bezsennością. Właściwie mam je nadal. Doktor Sanderson przepisała mi eliksiry, które powinnam była na to stosować, ale... Cóż, w tamtym czasie się na nie nie zdecydowałam - i dlatego jej rekonwalescencja przebiegała wolniej niż powinna. Koszmary albo spędzane mizernie noce uważała za swoją karę za klątwę sprowadzoną na Flaviusa i Ambrose'a. Dopiero teraz, kiedy miała ochotę wyzwolić się z kajdan, poszukała pomocy u Loretty.
Twarz Odille rozpromieniła się na komentarz o sensowności prezentu zaplanowanego dla brata. Może nie powinna, lecz i tak poszukiwała potwierdzenia, że kuferek eliksirów w formie podręcznej apteczki mógłby okazać się bardziej przydatny, niż tysięczny bibelot, księga lub nowa rękojeść różdżki, jedna z wielu, które wcześniej wykonała dla Romulusa. - Mogę odwiedzić waszą aptekę, by je odebrać - zadeklarowała, w końcu i tak bywała na Pokątnej bardzo często, zachodząc do sklepu Ollivanderów. - Twoja pomoc jest nieoceniona, Loretto. Nie obrazisz się, mam nadzieję, jeśli wyrażę swoją wdzięczność bonusem galeonowym - stwierdziła, bez przekoloryzowanego fałszu. Gotowość do sprostania krótkiemu terminowi zamówienia - znowu - okazywała się imponująca, budowała wiarę w profesjonalizm alchemików, a wszystko wskazywało na to, że Odille będzie zmuszona regularnie zaopatrywać się u kogoś w mikstury. To pewnie z racji wieku, wzdychała w duchu; czarodzieje cieszyli się znacznie dłuższym życiem niż przeciętni mugole, ale staropanieństwo - i sama jego nazwa - odciskało na niej coraz mocniejszy ślad, trudniejszy do zniesienia.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Loretta Krueger
Czarodzieje
I am mine before I am ever anyone else's.
Wiek
20
Zawód
alchemiczka, pracuje w aptece ojca
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
5
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
20
Siła
Wyt.
Szybkość
7
11
13
Brak karty postaci
22-01-2026, 16:25
Nie tak łatwo było jej znaleźć wspólny język z innymi. Choć zwykle była uprzejma, choć nakładanie na twarz maski życzliwości przychodziło jej z wprawą niemal automatyczną, to jednak najczęściej kończyło się to jedynie dobrą prezentacją, nigdy prawdziwą bliskością. W Aptece taka postawa była koniecznością. Po całym dniu spędzonym za ladą rodzinnego biznesu czuła czasem, jak od nadmiaru uśmiechu cierpną jej policzki. Jakby ten nałożony zbyt długo zaczynał ją uwierać. Wiedziała jednak dokładnie, jaką rolę powinna odegrać, by zapisać się w pamięci klientów, jaką troską ich objąć, by wrócili i znów oddali się w jej ręce. Od ojca nauczyła się, że w tym fachu nie wystarcza talent alchemika - równie ważne było to, co dawało się ludziom od siebie - w słowach, w spojrzeniu, w pozornie małych gestach. Tym razem jednak rozmowa nie miała w sobie tej wymuszonej struktury, tego napięcia, które zmusiłoby ją do prędkiego załatwienia sprawy. Nie musiała niczego udawać - albo przynajmniej nie w sposób, do którego była przyzwyczajona. Może dlatego, że siedząca obok kobieta była uważna i otwarta; ciekawa nie tylko eliksirów czy receptur, ale jej samej. Może pomagało to, że dzieliły pasję; blondynce rzadko zdarzało się spotkać kogoś, z kim mogłaby - bez presji i bez oceny - porozmawiać o własnej twórczości, o ogniu rozpalającym nie tylko policzki, ale i całą duszę. Wszystkie te czynniki sprawiały, że mogła poczuć się tu swobodnie, niemal jak w rozmowie z dobrą znajomą czy dawną koleżanką. I wcale nie musiały wiedzieć o sobie wszystkiego, by dzielić się drobinkami charakterów, przeżyć, własnych trosk. To jednak nie zmieniało jej nastawienia. Bo była ostrożna jak zawsze. Nauczona doświadczeniem by dmuchać na zimne, by zawsze spodziewać się niespodziewanego. By być gotową.
Wsłuchała się w słowa arystokratki, bo choć nigdy nie myślała, by z malarstwa uczynić swój zawód, ciekawiło ją, jak ludziom udaje się tak skutecznie odcinać od emocji. A właściwie, czy w ogóle jest to możliwe. Sama była przecież mistrzynią dystansu, odkładania uczuć na bok, wygaszania tego, co niewygodne, a mimo to wiedziała, że własnej sztuki nie potrafiłaby potraktować z podobną obojętnością. Może dlatego zaskoczyło ją wyznanie kobiety, że potrafi to osiągnąć. Bo nic nigdy nie było za darmo - zawsze istniała jakaś cena, a tu zdawała się nią być… autentyczność. Skinęła głową, bo rozumiała to lepiej niż chciałaby przyznać. - Wszystko możemy sprowadzić do miana pracy, zamówienia, klienckiej zachcianki - odezwała się w końcu. - Alchemia również mogłaby być sztuką, gdyby nie to, że stała się tak użyteczna, tak opłacalna. Kiedyś usłyszałam, że najważniejsze w życiu to robić to, co się kocha, bo wtedy w pracy nie spędza się ani jednego dnia. Ale co ze sztuką? Co z faktem, że z każdym obrazem oddajesz część siebie, która już do ciebie nie wróci? - uniosła lekko ramiona. - Dlatego uważam, że nie wszystko jest dla wszystkich. Niektóre pasje, niektóre choroby duszy… powinny zostać tylko dla nas i dla tych, z którymi naprawdę chcemy się nimi podzielić. Oczywiście możesz się ze mną nie zgodzić. - choć mojego zdania nie zmienisz.
Czy zapewniała sobie tym poczucie bezpieczeństwa? Zdecydowanie tak. - Jestem tego świadoma - dodała z lekkim uśmiechem na ustach, bo nie widziała w tym niczego, czego należałoby się wstydzić. Kontrola była jej potrzebna i to nawet tam, gdzie teoretycznie nie powinna mieć do niej prawa. Jak w sztuce. Ta pozostawała nieokrzesana. Nie dawała się podporządkować ani ujarzmić. Skupiała w sobie całą dzikość człowieka - jego potrzeby, jego emocje, wszystko to, co przestało mieścić się w umyśle i musiało znaleźć ujście gdzie indziej.
Wsłuchała się w słowa czarownicy, gdy ta opowiadała o swoich objawach. Znała podobne przypadki - właściwie trudno było wskazać chorobę czy dolegliwość, o których wcześniej by nie słyszała. Ludzie lubili dzielić się własnym bólem, a apteka była do tego miejscem niemal idealnym. Tam czuli się wystarczająco bezpiecznie, by pozwolić sobie na szczerość. Podejrzewała jednak, że Odille nie należała do osób, którym mówienie o własnych objawach przychodziło z łatwością. A jeśli miała jej pomóc, jeśli chciała zaproponować coś więcej niż tylko doraźne rozwiązanie, musiała wiedzieć, z czym ta się mierzy. A może wcale nie miała z tym problemu? Może to Loretta zbyt pochopnie wkładała wszystkich do tej samej szufladki - tej, w której słabość stawała się tematem tabu. - To może oprócz eliksiru słodkiego snu chciałabyś, abym przygotowała dla ciebie wywar wzmacniający? - zaproponowała nieco zamyślona. - Oczywiście nie rozwiąże to problemu na stałe, ale przy takich dolegliwościach warto wzmacniać organizm wszelkimi możliwymi sposobami. Choćby po to, by odzyskać odrobinę wigoru. - dodała unosząc brew w pytającym geście. - Mogę przygotować fiolkę o mocniejszym stężeniu, tak abyś mogła dawkować ją wedle potrzeby. A skoro mówimy o wigorze… przychodzi mi też na myśl eliksir wigoru. - zawahała się na ułamek sekundy. - To jednak specyfik, który powinien być stosowany rzadko, wyłącznie w sytuacjach koniecznych. Jego działanie potrafi uzależniać. Wybór pozostawię tobie. Może pomóc, ale człowiek łatwo przywiązuje się do dobrego samopoczucia. Do siły. Do poczucia, że znów wszystko jest możliwe. A to wymaga sporego samozaparcia. - czy Odille miała go w sobie wystarczająco by nie ulec pokusie jaką daje poczucie zdrowia, siły, czasem bycia niezniszczalną? - Nie musisz odpowiadać dziś - dodała po chwili spokojniej. - Zastanów się.
Uśmiechnęła się, gdy kobieta zaoferowała, że sama zjawi się w aptece, by odebrać zamówienie. A gdy wspomniała o dodatkowej zapłacie, skinęła głową niemal odruchowo, w geście spokojnej uprzejmości. - Nie jest to konieczne, Odille. Właściwie na tym polega moja praca - odparła lekko. - To do ciebie należy ocena, czy jesteś z niej zadowolona. - słowa te nie były ani zaprzeczeniem, ani potwierdzeniem, a raczej pozostawieniem przestrzeni, w której decyzja należała już wyłącznie do rozmówczyni.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Odille Ollivander
Czarodzieje
And if you'd never come for me, I might've drowned in the melancholy.
Wiek
26
Zawód
projektantka różdżek, artystka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
13
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
24-01-2026, 17:30
Loretta miała w swoich słowach dużo racji. Alchemia pierwotnie przesuwała granice tego, co możliwe w magicznym świecie; nagle różdżka nie była jedynym medium przepływu magii, warzone receptury pozwalały na swoiste zamknięcie efektów w fiolce i odroczenie ich w czasie, coś, co w przypadku zaklęć było diabelnie trudne albo wręcz niemożliwe. Nagle można było nosić napary uzdrawiające w ampułkach przytroczonych do pasa, wrogów pozbywać się za pomocą trucizn, dzięki którym trudniej było namierzyć winowajcę, a na polu walki wspomagać się miksturami bojowymi, siejącymi podobne urokom spustoszenie. Właśnie w tej dziedzinie drzemał sekret przedłużanego w nieskończoność życia, albo śmierci tak absolutnej, że nie można było zapobiec jej żadną znaną metodą. Ale czym zajmowała się dziś większość alchemików? Ich codzienność stanowiły maści na poparzenia, eliksiry na dobry sen albo preparaty odpędzające przeziębienie. Dawna wielkość zanikła w pragmatyzmie, a na owe przesuwające się granice mogli pozwolić sobie tylko nieliczni wizjonerzy, znani w świecie naukowym i posiadający zaplecze pozwalające na długie, czasem żmudne badania.
- Och, nigdy nie doradziłabym nikomu przeistoczenia pasji w pracę - zaśmiała się cicho Odille. - Widzę w tym swego rodzaju... recepturę. Dodać do zainteresowań nieco ludzkiego pierwiastka, tym bardziej w sferze handlu, goniące terminy oraz kwestię finansową i pewnego dnia obudzimy się w świecie, w którym przyjemność urasta czasem do rangi obowiązku, który należy, kolokwialnie mówiąc, odhaczyć - znała to z autopsji, tym były dla niej obrazy zamawiane przez krewnych, którzy pragnęli uwiecznienia z okazji ważnych życiowych chwil lub w ramach połechtania próżności. Tym były też zwyczajne pejzaże, pozbawione nuty bezpośredniego realizmu, ukazania niszczycielskiego wpływu ludzkości na otaczające ich piękno. - Mam nadzieję, że tobie to nie doskwiera? - zapytała ze szczerym zainteresowaniem. Loretta wydawała się duszą natchnioną i poszukującą, w krótkim spotkaniu przypominała malowane szkło, które zależnie od kąta padania światła pokazuje inne oblicze. Zainteresowanie Ollivanderówny nie było więc chytrą próbą wybadania, czy ma do czynienia z odpowiednio zaangażowaną alchemiczką, ponieważ terminowość i aktywność Krueger już to udowodniły. - Zgadzam się, to także moje przekonania - przytaknęła. Słowa blondynki rezonowały z jej sercem i dotychczasową ścieżką przez meandry sztuki. - Nie bez powodu wiele obrazów zatrzymuję dla siebie, a wiele utworów gram tylko w wyciszonych magią pokojach - przyznała i uśmiechnęła się lekko, porozumiewawczo.
Odille długo bagatelizowała swoje zdrowie. Rozprzestrzeniająca się w organizmie słabość w pierwszej chwili została przez nią uznana za efekt zbyt intensywnej pracy w pracowniach, nieregularnych przerw i zachwianego rytmu dobowego, dopiero później uznała to za swoją pokutę za dwa niebezpośrednio odebrane życia, jeśli faktycznie ciążyła na niej klątwa godząca w jej narzeczonych. Wtedy pozwoliła chorobie rozrastać się, ignorowała jej objawy, każdy taniec błędnika odbierała za coś, co powinno się wydarzyć, aż jednego poranka nie zdołała bezpiecznie wstać z łóżka. Ciało powiedziało "dość". To samo orzekła Moira Sanderson, wtajemniczona w myśli krążące po głowie Ollivanderówny. Być może Loretta również widziała pokłosie tamtych wniosków w znikającym uśmiechu i ukłuciu goryczy w głosie, kiedy czarownica opowiadała alchemiczce o swoich dolegliwościach.
- Korzystam z niego, ale mój sekretarzyk z miksturami zaczyna świecić pustkami - odpowiedziała, ciągle miło zaskoczona wyjściem przez gościa z inicjatywą. Dokładnie takimi ludźmi chciała się otaczać, na takich rzemieślnikach warto było polegać. Ludziach zaangażowanych w swój zawód, proponujących, choć oczywiście nie był to altruizm, nie uważała, że dobro nowo poznanej czarownicy, nawet błękitnokrwistej, naprawdę leżało na sercu Krueger. A może? W końcu Ollivanderowie szczerze dbali o więź każdego czarodzieja z różdżką, tu mogło być tak samo. - Także jeśli miałabyś chwilę na dodatkowe zamówienie, chętnie je u ciebie złożę - potwierdziła, ani przez chwilę nie dbając o galeonową rozrzutność. Skarbiec rodzinny pozwalał jej na swobodę wydatków tak długo, jak te nie cechowały się ekstrawagancją i nie potrzebowały błogosławieństwa ojca, czy wręcz nestora. Miesięczny przydział, który dostawała do swojej dyspozycji poza zapłatą za pracę w imieniu sklepu i za zlecenia malarskie, pozwalał na komfortowe życie. - Co do eliksiru wigoru, nigdy nie miałam z nim styczności... Domyślam się, że jego użytkowanie powinno przypadać na szczególne okazje? - zastanowiła się, a wspomnienie przez Lorettę o poczuciu niepokonania momentalnie rozgrzało jej zmysły. - Przemyślę to, choć aspekt uzależniający trochę mnie niepokoi. Korzystałaś kiedyś z niego sama? Jeśli tak, jak silnie odczułaś ciągotę do kolejnej dawki? - zapytała bez oceny, a w formie rozeznania. Czasem nie ufała sobie do końca. - Imponuje mi twoja otwartość i zaangażowanie w zlecenie, więc jak najbardziej jestem zadowolona - odpowiedziała, a ułożone na podołku dłonie sięgnęły po maleńki dzwoneczek, który powinien był wydać dźwięk, ale zadzwonił bezgłośnie, kiedy nim potrząsnęła. Na stole w mig zmaterializowała się dostarczona skrzacią magią patera z kruchym ciastem z musem śmietankowym, bezą oraz warstwą agrestową. - Mam nadzieję, że namówię cię na skosztowanie - zaprosiła pogodnie, bo w świecie Odille, o dziwo mimo to bardzo smukłej, nigdy nie odmawiało się słodkości.

zt <3
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 02-02-2026, 12:26 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.