Chociaż wiedział, ze nie była osobą z jego snu, podskórnie czuł, że potrzebował tej rozmowy, inaczej droga wybrukowana przeznaczeniem nie wepchnęłaby go w trzewia tego lokalu, inaczej ich oczy nie spotkałyby się na jednej wysokości i w jednym punkcie.
Wiedział już, że nie był marą senną. Nie był powidokiem kolejnej wizji. Kolejnym okruchem losu, którego nie mógłby scalić z teraźniejsza i uchwycić w dłonie w obawie, że rozpadnie się pod zakleszczającym się naporem palców.
Był bliski uwierzenia, że Palatium Librae to nie tyle, co budynek, a żywy świadek przemijającego czasu. Jakże tego Nathanielowi zazdrościł. Przeszłości, którą mógł pielęgnować.
Dunham przez blisko trzydzieści uderzeń serca wybrał milczenia. Obracał w głowie to jedno zdanie Danny'ego przerwanego wpół słowa, nie zdając sobie nawet sprawę z tego, że na krawędzi jego źrenic zapłonęła iskra złości,
I nagle go dostrzegł. Ten uśmiech, innych od tych, które widywał na wargach Prince'a. Zupełnie inny.Taki, który odbierał kilka lat. Taki, który rozpalał w spojrzeniu wesołe iskry. I taki, który nasuwał skojarzenie z zauroczeniem.
W dniu, w którym odważy się przyłożyć nóż do klatki piersiowej i otworzyć ją, by rozsunąć żebra niczym zasłonę i wyciąć sobie serce, doświadczy straty, poczuje ból, taki, że rozedrze go od środka, wywoła zawrót głowy i oszołomienie, czy raczej ogarnie go lodowata pustka, echo po czymś, co kiedyś było wszystkim - tej przepaści po utraconym sercu, które kiedyś kochało tak mocno, lecz teraz było zbyt wynędzniałe, by je komuś oddać?