W drodze do środka mijam urokliwy tarasik i szybkim, krótkim gestem wyciągam z ust gumę, która chwilę później ląduje przyklejona do drewnianej balustrady – niech zostanie po mnie ślad, drobny i skromny manifest, że Sandy tu była. I miała się świetnie.
Rozmazaną akwarelę ktoś skropił kwaśnym deszczem, przepuścił pod żelazkiem, zalaminował niewyraźny nadruk na spranym materiale — wszystko drga w iluzorycznej fatamorganie i traci kontury, spada i znów się wznosi, początkowo rozpycha się w pastelach, później traci nawet jakąkolwiek, najlichszą barwę. Wszystko poza jego twarzą.
Wśród trawników, drzewek, rabatek i krzewów słychać cichy, nadal pamiętający zimę, szum wiatru; złudne słońce każe mi rozpiąć płaszcz bardziej, a wzrok sam wędruje za parkowymi ścieżkami, które dość dobitnie kierują do punktu kulminacyjnego tego zadbanego kącika wielkomiejskiego dobra.
I nie tak daleko mi od tamtych odważnych oktaw, kiedy spotykam się z solenizantem w korytarzu, rozśpiewując soczyste i pełne oddania Sto lat. Z kolejną cyferką na blacie jest jeszcze przystojniejszy.
Syk spalanej bibułki, chwilowo oddziela nas gęsta, szara kurtynka, w szafie grającej ktoś zamawia mugolskie nowinki jazzowe, z drugiego końca sali podstarzała dama z lisem wokół szyi skrzeczy, że jedyna muzyka, która powinna być puszczana w takich miejscach, to tylko i wyłącznie debiutancki album Celestyny Werbeck.
Przechodzimy przez Pokątną jak przez pulsującą arterię miasta tętniącego mało ciekawymi ambicjami; próbuję sobie wmówić, że poszukiwania środka na ślimaki zżerające kapustę jest zadaniem jakkolwiek ciekawym, ale nasza wędrówka za tym co piękne i błyszczące, sprawia, że bez wysiłku wygrywamy nagrodę na główne postaci w tej pospolitej scence.
(1, 2, 3, 4, 5) Wielkie jezioro pod nami, wielkie zamczysko nad nami, półtora promila czystego alkoholu w nas; reszta to kaskada błyszczącego lakieru do włosów, flegma w kolorze baby pink ozdobiona koronką, błyszczącym kryształem — tym razem tym naturalnym, nie chemicznym ciągiem zamkniętym w małej foliówce — i idealną smugą fioletowo—różowego cienia do powiek.
(1, 2, 3, 4, 5) Nie interesują mnie losy świata; słyszałam coś o tym, że jest okrutny i zepsuty, z dnia na dzień coraz gorszy i najlepiej byłoby zostawić całą Anglię daleko w tyle, ale kiedy światełka oświetlają dziedziniec, a przed oczami migają mi ładne sukienki, nie potrzebuję wiele do czegoś potocznie nazywanego szczęściem