Często walczyła z czasem, teraz jednak wyścig nie zależał tylko od niej, jednocześnie stawiając na bardzo duży wysiłek z jej strony. Wiedziała, że była dość sporym idiotą przyjmując do siebie nieznajomą kobietę, ale sytuacja była naprawdę wyjątkowa. W pierwszej chwili myślała, że kobieta po prostu się upiła – to nie byłaby pierwsza sytuacja, w której coś takiego wydarzyło się w Cardiff – ale kiedy ta złapała ją za rękę, Thalia na jej twarzy widziała jedynie przerażenie.
— Ach, witam Thalio — zaczęła, unikając gardłowej chrypy w postaci podwyższenia głosu. Znały się, niejeden raz Thalia dawała jej cierpiące płotki, które czasami dostarczały ciekawych informacji. Na ustach Oriany wykwitł uśmiech, zamrugała kilkukrotnie, w wyuczonej kurtuazji udając tym samym wyjątkową uprzejmość. Nie miała rzucać się w oczy, czarny płaszcz i cygaretki nie emanowały kobiecością. Na nogach zamiast obcasów miała trzewiki, na ramieniu miała rosłą torbę z pustymi kartkami, bo Lara nie potrafiła nawet na chwilę wychylić jęzora w innym temacie, niż własne niedołęstwo.
Zamartwiała się już kolejny dzień, nie mogąc dostrzec jakiegoś wzoru, przyczyny, początku. Aż wreszcie, w głowie zaświtała jej pewna myśl. Musiała to odreagować. W sposób taki, aby nie dowiedział się o tym nikt z kursu, a już na pewno nie aurorzy. Potrzebowała dyskrecji i — na Merlina — doskonale wiedziała, gdzie ją znaleźć. Była bowiem na tym świecie jedna osoba, która by jej nie oceniała, chyba. Której mogła powiedzieć wprost to, co leżało jej na sercu. Która zamiast odwieść jej od tego pomysłu — pójdzie z prądem. Dosłownie.
Kojarzyła to z ogniskami na plaży, kiedy chwila spokoju przeplatała się również z alkoholem, gwiazdami na nocnym niebie i piaskiem który wydawał się miło otulać je twarz. Dni, które wtedy mijały, wydawały się znacznie prostsze – nie, żeby te teraz obfitowały w dramaty i skomplikowane wypadki, ale cała sprawa z przemytem i wspieraniem ważnych figur sprawiały, że życie co raz bardziej przypominało wir morski, który ani nie wciągał jej pod wodę, ani nie pozwalał przerwać nieustannego kręcenia się w koło.
Thalii to nie przeszkadzało. Nie dlatego, że uwielbiała biurokrację, ale jej zwyczaj życia na przekór wszystkiemu sprawiał, że była bardziej niż komfortowa siedzieć długie godziny jeżeli to miało oznaczać, że wykona swoją pracę i pokaże innym, że jest całkiem kompetentna. Nawet jej brak cierpliwości potrafił wycofać się przed chęcią wykazania się i udowodnienia innym, że nie jest życiową porażką.
Ale nim zdążył cokolwiek powiedzieć, rozpoznał w niej tą kobietę, która podała mu monety w czasie występu, a chwile potem ona go juz ciągnęła do wnętrza sklepu. Axel podążył za nią nie poświęcając wiele czasu na rozglądanie się, bo skoro podjęła taka a nie inna decyzje, to znaczy, że mogla cos zauważyć.
Jestem cały i zdrowy. To oczywiste. Cierpliwie jednak znoszę wszystkie te zabiegi, bo inaczej się nie uspokoi i nie uwierzy mi na słowo. Trwa to ledwie kilka chwil, więc to żaden problem. Łapię głęboki oddech, kiedy odsuwa się na moment, a potem mnie przytula. To dziwne uczucie; mam wrażenie, że nadal nie przywykłem do gestów przywiązania oferowanych mi przez przybraną rodzinę.
Thalia Wellers rzadko kiedy oznaczała coś innego, niż chaos ukryty w burzy rudych włosów powiewających za nią jak prywatna marynarska bandera; albo innych, dowolnych, takich, jakie akurat sobie wymarzyła, obdarzona błogosławieństwem kameleona. Żeglarka zbudowana z morskiej soli przynosiła ze sobą albo dobrą zabawę, albo iskry niebezpieczeństwa, nic pomiędzy - i chyba za to Figg tak ją lubiła.
Tego dnia nad Tamizą już od świtu wznosiła się nisko mglista smuga. Przelewała się przez okoliczne ulice, podziurawiona przez latarnie i czerwone budki telefoniczne, rozgaszczała się na placach i nietrudno było przewidzieć, że dotrze także do mieszczących się nieopodal rzeki ogrodów przy Middle Temple. Przysłane z ministerstwa grono techników od rana walczyło z kłopotliwym żywiołem, bo jakże to tak: nie widzieć ministra w dniu jego zaprzysiężenia. Uroczystym planom nie sprzyjała wysoka wilgotność powietrza, nie sprzyjało pochmurne wejrzenie na nieboskłon. Dokładano więc wszelkich starań, aby przywrócić przejrzystość i uprzyjemnić zgromadzonym uczestnictwo w obchodach.
Pukanie do drzwi zaskoczyło ją kiedy akurat postanowiła przestawić kanapę, dlatego Keith zza drzwi mógł usłyszeć dźwięk przesuwanego mebla, upadek na ziemię czegoś ciężkiego i przekleństwo, które poprzedziły dźwięk stóp zbliżających się do drzwi. Kiedy w końcu otworzyła drzwi z białą bluzką z podciągniętymi rękawami, burzą rudych loków otaczających jej głowę w nieładzie i szelmowskim uśmiechem, od razu sięgnęła przez próg, wciskając się w objęcia Keitha, czy tego się spodziewał czy nie.
Łut szczęścia czy zrządzenie losu, chyba jeszcze nigdy nie cieszył się tak bardzo na widok tej nieokiełznanej burzy rudych fal. Było tyle możliwości, tak wiele niewiadomych, a on wpadł przypadkiem właśnie na nią, na Thalię Wellers i to na jej terenie! Cóż to za fart, że wychyliła głowę i ramiona z okna budynku w momencie, gdy przebiegał obok.
Droczyłam się z nią, specjalnie wystosowując zaczepki, jednak podszyte były one prawdziwymi odczuciami. Thalia bywała tutaj ostatnio bardzo rzadko, co lekko mnie smuciło. Lubiłam ją, chociaż dzieliła nas spora różnica wieku. Rozmowa nam się zawsze kleiła, nawiązałam z nią dziwną, przyjacielską relację i gdy długo się nie pojawiała - wręcz martwiłam się o jej bezpieczeństwo.
Spędzili długie godziny na rozmowach, na nocnych spotkaniach, na pakowaniu się w kłopoty i wyciąganiu z nich nawzajem. A potem odeszła. Bez słowa. Bez pożegnania, bez wyjaśnienia. Zniknęła z jego życia jak statek, który nagle zmienia kurs i nie odpowiada na sygnały.