Uniósł wzrok znad gazety, koncentrując go na idącej w jego stronę kobiecie. Jej delikatny uśmiech mógł zwiastować wszystko, przygodę albo kłopoty, nie dało się łatwo tego rozczytać. Najczęściej zyskiwało się tę pewność, kiedy było już za późno na ucieczkę.
Teleportował się w zacisznym rogu ulicy, z dala od wścibskich oczu mugoli. Nie zdążył się przebrać w nic bardziej wyjściowego, szedł więc na spotkanie w swoim codziennym stroju, ale może Colette mu to wybaczy w zamian za punktualność. Stanął obok drzwi do lokalu, grzebiąc w przepastnych kieszeniach w poszukiwaniu paczki papierosów. Odznaka, portfel, zmięta chusteczka i kilka luźnych knutów – żadnych innych znalezisk. Przeklął w myślach swoją nieuwagę, chowając się nieco w kołnierzu kurtki, bo na zewnątrz robiło się już chłodno. Coco na szczęście nie kazała długo na siebie czekać, bo już po kilku minutach usłyszał charakterystyczne stukanie obcasów o bruk, a zaraz po nim jego oczom ukazała się dobrze znajoma sylwetka.
Edmund zbystrzał, na wszelki wypadek zbliżając dłoń do kabury z różdżką. Niebo zaszło czerwienią, a ministerialne sztandary przybrały dobrze znany mu symbol. Wtedy zrozumiał. Dosłownie na chwilę przed tym jak na scenie pojawił się Gellert Grindelwald. Zamarł, uważnie przyglądając się starszemu mężczyźnie. W końcu idea, którą niedawno postanowił poprzeć, ożyła.
[1, 2, 3, 4, 5]
Nie wiedział czego się spodziewać po dzisiejszym wieczorze. Dotychczas wspierał Gellerta Grindelwalda jedynie swoją deklaracją, nie było w tym nic namacalnego, momentami wręcz zapominał o podjętej przez siebie decyzji. Dopiero pojawienie się czarodzieja na zaprzysiężeniu sprawiło, że poczuł na sobie ten ciężar odpowiedzialności. Nie towarzyszył temu jednak lęk – przynajmniej nie dzisiaj, nie po ostatnim śnie, który od kilku dni prowadził go przez życie bez żadnych wątpliwości – był przede wszystkim zaintrygowany. Teleportował się do Wiltshire kilka minut przed oficjalnym rozpoczęciem spotkania, dokładnie pod adres, który otrzymał wcześniej od Jaspera. Posiadłość, choć wyraźnie nadszarpnięta zębem czasu, wciąż prezentowała się okazale.
[1, 2, 3, 4, 5]
Wszedł do lokalu przepełniony pewnością siebie, którą niejeden czarodziej pewnie mógłby przypisać do jego zawodu; to prawda, że odznaka aurora potrafiła wystrzelić ego w kosmos, ale tym razem to nie był ten przypadek. Sen tak wyrazisty, jakby przeżyty na jawie – dawno nie przyśniło mu się nic podobnego, ale od kilku dni czuł się dzięki niemu lżejszy, a świat dookoła wydawał się prostszy niż zazwyczaj. Niecodzienne uczucie. [sen]
W byciu aurorem nie było nic przyjemnego, tylko brud, pot, krew i łzy, zmęczenie i stres, duża odpowiedzialność, narażanie własnego życia i zdrowia – niewielu czarodziejów było w stanie tak się poświęcić większej sprawie. Wytropienie przestępcy i obserwowanie jak zamykają go w Azkabanie, satysfakcja z zadbania o choć odrobinę więcej sprawiedliwości na tym ponurym świecie – to chyba był jedyny plus, a przynajmniej jedyny, który na szybko przyszedł Nedowi do głowy. To powołanie, a nie zwykła praca – tak zwykł mawiać jego ojciec, a Ned chyba zaczynał się z nim zgadzać.
Pierwsze wiosenne promienie słońca przedzierały się przez zachmurzone niebo, ocieplając surowy krajobraz Brecon Beacons. Zamiast malowniczego jesiennego fioletu dominowała nieśmiała zieleń budzących się do życia wrzosów, poprzetykana brązem suchych zeszłorocznych gałązek. Ziemia była podmokła, nawodniona deszczem, który ostatnio zdawał się nie przestawać padać. Dzisiaj wyjątkowo zapowiadała się całkiem ładna pogoda, jakby sam Merlin uznał, że w tym spotkaniu nie powinien przeszkadzać.