• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, 72A Sandringham Rd > Weranda
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
03-11-2025, 22:20

Weranda
Znajdująca się na tyłach domu weranda jest centrum spotkań, wypoczynku i aktywności. Najważniejszym elementem jest drewniany stolik znajdujący się na niskim podeście wraz ze trzema kolorowymi krzesłami. Do każdego krzesła dołączona jest poduszka oraz kocyk, który ma chronić przez wieczornym chłodem. Światło zapewniają liczne świece umieszczone w lampionach, a w wystroju dominują rośliny doniczkowe. Ściana znajdująca się za stolikiem udekorowana jest bluszczem, który z każdym latem pnie się w górę.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Francesca Goldsmith
Zwolennicy Dumbledore’a
As I watched them I knew I'd probably never be like that
Wiek
25
Zawód
Auror
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
20
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
10
11
Brak karty postaci
10-03-2026, 21:21
1 maja 1962 roku

Wypuściła na głośno powietrze, nikt jednak tego nie usłyszał.
Siedziała sama w salonie, pierwszy raz w samotności i spokoju od momentu sięgnięcia po triumf. Szereg atrakcji dnia wczorajszego oraz zobowiązań dzisiejszego spowodowały, że nie miała możliwości, by przez chwile odpocząć. Pomilczeć, głęboko oddychać i oddać się tej podróży w głąb siebie z zapytaniem – co się właściwie stało?
Było to niesamowite uczucie, zdawało się ją przepełniać i prawie dusić jej klatkę piersiową. Duma z własnych osiągnieć, niedowierzenie z ostatecznego sukcesu, samozadowolenie, które pielęgnowało pewną dozę arogancji, która zawsze w niej była. W czasie pojedynków miała swoje wątpliwości, momenty słabości, które czasem kosztowały ją zbyt wiele. Nie było to jednak w tym momencie istotne, na analizę każdego przypadku i czaru przyjdzie jeszcze czas. Dzisiaj mogła dalej smakować zwycięstwa, nacieszyć się nim, gdyż zaraz jego woń się ulotni.
Uśmiechnęła się, nie mogła tego powstrzymać.
Jedynym świadkiem tych wszystkich scen Theseus, który w tym momencie nie zwracał na nią uwagi, jakby wiedział, że ta chwila należała tylko do niej. Zaraz przybędą goście, sama ich przecież zaprosiła – chciała z nimi świętować to zwycięstwo. Morty była pewna, że się spóźni, lecz nie mogła tego samego oczekiwać od Leonie. Właściwie, to sama nie wiedziała czego się po niej spodziewać. To była Nowa Leoni, a więc nowe zasady. Nie była przygotowana, potrzebowała jeszcze chwili. Jej mięśnie odmawiały pełni współpracy, oznaki zmęczenia fizycznego zaczynały do niej docierać. Wczoraj jeszcze nie odczuwała tego otulającego przemęczenia, lecz dzisiaj powoli pukało do jej ciała.
Koniec, czas było na przygotowanie.
Nigdzie nie wychodzili, zostaną w ich ulubionym miejscu spotkań. Nie zmieniało to jednak, że porzuciła czarodziejskie szaty na rzecz sukienki w ciemnym granacie, która sięgała do połowy uda. Zamówiła jedzenie ze swojej ulubionej restauracji i była pewna, że Złota Krewetka i tym razem nie zawiedzie ich oczekiwań. Na tarasie wyłożyła koce oraz poduszki, jako jawne otworzenie sezonu letniego. W oddali słyszała telewizor sąsiadów, którzy oglądali popularny serial. Rozpoznałaby to nieszczęsne Coronation Street nawet będąc w połowie głucha. Czarodzieje pokochaliby ten tasiemiec, patrząc na popularność magazynu Czarownica. Nawet nie wiedzieli ileż emocji ich omijało.
Usłyszała dźwięk dzwonka, szczęknięcia psa i wiedziała, że nastała godzina. Było w niej trochę niepewności, jak przebiegnie jej spotkanie z Leonie, a może nawet jak będzie wyglądać dynamika ich trójki na nowo. Było to ich pierwsze spotkanie w tym gronie od lat. Była jednak taka szczęśliwa, nie chciałaby z nikim innym świętować tego momentu. Po tylu latach to właśni stanowili rdzeń jej życia, oni i praca. Wpuściła Figg do środka domu, ponownie wprowadziła ją na stare włości.
– Miałam ostatnio bardzo ciekawą konsultacje jednej sprawy z toksykologiem, nie uwierzysz jaki ten świat mały – rzuciła przez plecy, posyłając Leonie uśmiech, by zaraz potem kontynuować podróż do kuchni. – Gdzie byłaś w czasie zjazdu? Szukałam Cię, ale nie mogłam Cię znaleźć.
Wzrokiem i słuchem, lecz zdawało się jakby nigdy jej nie mogła odnaleźć. Nie udała się do Hogwartu? Byłaby zdziwiona, lecz zmieniło się tak wiele, może również sentyment, który drzemał w Leonie Figg.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Leonie Figg
Akolici
i dug my heels into the gravel as evidence for you to unravel. can you find me?
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
11-03-2026, 12:37
Mimo że w głębi duszy ufała im obojgu, nadal czuła rozprzestrzeniające się po żołądku iskierki skurczu, niepewności, obawy. Trójpodział przyjacielskiej władzy rozsypał się w proch wraz z jej porwaniem, z tym, jak nie mogła spojrzeć na Fran bez wyrzutu, zszywając jej osobę z płótnem swojej tragedii, z bólem, strachem, samotnością i rozpaczą tak dogłębną, że zdolną zniszczyć fundament dawnej Leonie. Morty akceptował jej opory, nie napierał, choć nie była pewna, czy je rozumiał - a ona nie zdziwiłaby się, gdyby nie rozumiał. W poczuciu krzywdy obarczała odpowiedzialnością wszystkich naokoło, bo śmierć Colina odebrała jej prawdziwego winowajcę, kogoś, kto poniósłby jej nienawiść i pragnienie sprawiedliwości na ramionach w przyszłość. Zamiast niego jednak... Odcięła się od najbliższej przyjaciółki, bez której wcześniej nie wyobrażała sobie życia. I jedynie kaprys losu znów je ze sobą zespolił, pchając młode kobiety na niepewny grunt, przypominający lód, który w każdej chwili mógł załamać się pod ciężarem kroków. Od wtedy próbowały to zmienić. Wraz z przeprosinami nadeszło katharsis, ono zaś otworzyło je na to, co nowe. Na nowe zasady relacji, na nowe elementy osobowości, na nowe doświadczenia, którymi mogły się ze sobą podzielić. A Morty mógł im w tym pomóc, stać się spoiwem, które poskleja rozbitą porcelanę filiżanki. Wierzyła w jego charyzmę i swobodę, w to, że będzie umiał zarazić je swoją lekkością i dzięki temu wszystkie skrupuły, opory i niepewności opadną jak kurtyna domykająca sztukę dawnego dramatu.
Przed kamienicą Fran zjawiła się punktualnie. Błękitny sweter przykrywał jasnobeżowy golf, nachodząc na sięgającą kolan spódnicę w ciemnym kolorze; na dłoniach miała cienkie rękawiczki, które chowały ślady niepowodzenia, jakie dopisała do swojego konta na Gumochłonku, zawodząc mimbulus mimbletonię swoją głupotą i roztrzepaniem. Przy jej nodze cierpliwie wędrowała Helga, ubrana w swoją najlepszą obrożę, bo ona także przybyła świętować zwycięstwo Goldsmith w turnieju; natomiast w dłoniach Leonie oczekiwał prezent, który wybrała dla (dawnej? obecnej?) przyjaciółki - doniczka ze średnio rozwiniętym fruwokwiatem, metaforycznym nastolatkiem. Nie chciała wybierać dojrzałej rośliny, bo zależało jej, żeby ta oswoiła się z przestrzenią domową gospodyni i dorosła już pod jej dachem, stając się niemal członkiem rodziny, który z ciekawością będzie rozpuszczał swoje pędy po różnych kątach. Tymczasem godzina na ręcznym zegarku wskazywała, że nadszedł czas, dlatego Figg łokciem nacisnęła na dzwonek i uśmiechnęła się lekko, kiedy drzwi stanęły otworem. Uchylająca je Francesca zdawała się promienieć: granatowa sukienka przywodziła na myśl krukońskie czasy, a w oczach kryły się ogniki zasłużonego zadowolenia.
- Cześć - przywitała się jeszcze nieśmiało, niepewnie, jak gdyby stawiała pierwszą stopę na lodzie i sprawdzała, czy ten wyda chrzęst łamanej kry. - Wielki magu roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego drugiego - dodała zaraz, nabrawszy nieco rezonu. Od teraz należało tytułować Fran odpowiednio, nie mogli z Morty'm o tym zapomnieć! Toteż dygnęła przed nią w dworskim ukłonie i wyciągnęła prezent w jej kierunku. - Przyjmij moje skromne dary w wyrazie uznania dla twoich osiągnięć - rzuciła teatralnie, oferując Goldsmith fruwokwiata. Skoro Morty załatwiał alkohol, ona także nie mogła przyjść z pustymi rękami. W mieszkaniu Fran kryło się zresztą tak wiele śladów dawnej Leonie... Chyba podświadomie chciała zastąpić je czymś nowym, aktualnym. Czymś, co należało do niej, nie do niedoścignionego ducha przeszłości. Do nich.
Wspomnienie toksykologicznej zagwozdki momentalnie przywołało rumieńce na jej policzki; odchrząknęła cicho, puściwszy Helgę przodem, bo wprost nie mogła doczekać się towarzystwa Theseusa, po czym splotła urękawiczone dłonie za plecami. - Tak, cóż... W temacie toksykologii chyba mam ci coś do powiedzenia, ale to może, jak Morty też będzie - zaczęła z błąkającym się po ustach uśmiechem, czułym, oczarowanym, podszytym ekscytacją i blednącym dopiero na wspomnienie zjazdu. Wtedy pobladła i wygięła splecione z tyłu palce, wzdychając ciężko. - Nie poradziłam sobie na Gumochłonku, wiesz. Na zielarstwie. Na moim zielarstwie. Powinnam była rozpoznać infekcję mimbletonii, ale zamiast używać mózgu, zdecydowałam, że będę kretynką i ją zabiję - wymamrotała ze wstydem, pełna wyrzutów sumienia i złości na samą siebie. Nie chciała jednak skażać spotkania i sukcesu Fran swoją historią, nie dzisiaj. - Potem... uciekłam. Poszłam do domu. Dlatego nie widziałam twojego popisu - i Merlinie, jak żałuję - przyznała szczerze, patrząc na nią spod rzęs; wzrost Goldsmith zawsze na to pozwalał. - A Mort? Znowu przyjdzie modnie spóźniony? - spytała proforma, znały go zbyt dobrze, by tego nie przewidzieć.

przekazuję Fran fruwokwiat z mojego ekwipunku
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
15-03-2026, 14:31
Przez cały dzień towarzyszyło mu roztargnienie sprowokowane dzisiejszym porankiem,. Wracało do niego ilekroć w głowie zjawiły się znajome, nieco przytłumione akordy Apres un revere, jakie teraz nieodłącznie będą budzić w nim skojarzenia ze słowami, które, w gorączce emocji, wyrzekł tuż przed północą, czując na karku ciepło pozornie obcych warg.
Przez cały dzień nie mógł się na niczym skupić, błądził po korytarzach własnego umysłu, które dzisiaj układy się w najprawdziwszy labirynt; gubił oddech w płucach za każdym razem, gdy konfrontował się ze wspomnieniami, wciąż żywymi nawracającymi do niego niczym echo, któremu wtórowało mocniejsze bicie organu uwięzionego w klatce żeber. Obraz zeszłej nocy prześladowały go jak sen, jaki zjawił się pod powiekami kilka nocy z rzędu i nie chce odpuścić, a na skórze wciąż czuł przyjemny oddech pożądania, którego nie mógł się wyzbyć, był namacalnie obecny zwłaszcza tam, gdzie niecierpliwie palce pozostawiły ognistą ścieżkę swojej obecności na jego ciele. Podobnego charakteru była krwawa plama ulokowana nieco poniżej grdyki, którą wypatrzył podczas porannej toalety, myjąc zęby w zadziwiającym skupieniu - jakby pominięcie tego rytuału mógł zaburzyć cały, ustalony z góry rytm dnia. Sięgnął do niej palcami, badając jej strukturę pod opuszkami i mimowolnie z lekko uchylonych, poplamionych pastą do zębów warg wydobyło się ciche, wymieszane z oddechem westchnienie, które pozostawiło na lustrze wilgotną mgiełką - jedno z tych, jakie oddał poprzedniej nocy i jakie chciał przechowywać jak najdłuższej w pamięci.
Między trzecią wypitą kawą tego dnia, a kolejnym wypalonym papierosem, nakreślił krótki list do Franceski, chociaż nie spodziewał się,że odpowiedź nadejdzie tak szybko; nie spodziewał się też, że Goldsmith przystanie na jego zaproszenia, ani - że kilka godzin później, sowa Leonie ukaże się w oknie jego salonu, bijąc rytmicznie dziobem o szybę.
Promienie słoneczne wyglądały przez okno, gdy przed wybiciem południa wszedł do pracowni. Duchota panująca w pomieszczeniu na moment zabrała mu dech w piersi, podobnie jak wgryzający w nozdrza zapach farb olejnych, lecz jedno i drugie szybko zostało przegonione przez wiosenne powietrze wpadające przez okno, które uchylił chwile później, nie mogło jednak załagodzić ból, jaki podgryzł jego skronie. Rozmasował je pod opuszkami palców, ale spodziewane ukojenie nie nadeszło.
Chłodna kąpiel, jaką sobie zafundował w środku dnia, nie sprowadziła na niego otrzeźwienia, bowiem wciąż tkwił w objęciach zamroczenia, które owinęło się wokół jego ciało równie skutecznie co warkocze chłodnej, przenikającej chłodem pod skórę wody, a gdy w końcu wybiła szósta, na wpół przytomnym spojrzeniem omiótł spojrzeniem tarcze zegarek, gdzie wskazówki poruszały się po jego tarczy z wyraźnym ożywieniem.
Na Pokątnej dominował półmrok, gdy budynek kamienicy wypluł go na ulice. W pierwszej kolejności zaopatrzył się we wszystko, co niezbędne, aby uczcić sukces Goldsmith, w drugiej teleportował się na Sandringham Rd. Mugolska część Lodynu od zawsze sprawiała, że po jego karku wspinał się pająk niepokoju, lecz tym razem zacisnął się także na jego żołądku. Przed znajomymi drzwiami nie zacisnął dłoni w pieść, by zadeklarować swoją obecnością uderzeniem w nie knykciami. Złapał za klamkę i pociągną za nią, wchodząc do środka znajomego mieszkania, jak do siebie.Z głębi domu usłyszał szelest rozmowy; wydawało mu się, że pośród słów wyłapał swoje imię, lecz nie zadał sobie zbyt wielkiego trudu, aby pojąć ich sens.
Przekręcił klucz w zamku, który Francesca zostawiła w drzwiach. Jeszcze będąc w holu psy zareagowały na jego obecność - pierwsza z mroku wynurzyła się z cichym, radosnym ujadaniem Helga. Instynktownie odłożył torbę z zakupami i przywitał się z nią, niemal z takim samym entuzjazmem, jaka biła od jej ufnego, psiego oblicza. Co tam maleńka?, zapytał, zatapiając w dłoń w jej miękkiej sierści. Theseus pozostał nieco z tyłu, lecz po chwili zameldował się tuż przy nim, gdy Helga próbowała musnąć go swoimi długim, nienaturalnie fioletowym językiem w policzek, a on skutecznie odebrał jej taką możliwość. Komitet powitalny złożony z dwóch psów trwał dłuższą chwile, w końcu jednak udało mu się wyswobodzić spod zwierzęcego podekscytowania.
-To chyba pierwszy raz, gdy ktoś ucieszył się tak bardzo na mój widok - odezwał się, przekraczając próg pomieszczenia, w którym ukryła się Fran i Leonie. Objął spojrzeniem najpierw jedną, potem drugą z kobiet, odnotowując, że policzki Figg zapłonęły rumieńcem, najprawdopodobniej zawstydzenia. – Co mnie ominęło? - zapytał, kącik ust unosząc ku górze. Odstawszy torbę z butelkami na blat, podszedł najpierw do pani domu. Przyjrzał się jej uważnie, jakby oceniająco, a w jej spojrzeniu zapłonęła zadziorna iskra złośliwości. – Zawsze miałaś taka głęboką bruzdą na czole, czy pojawiła się w momencie, w którym wywalczyłaś tytuł Maga Roku? - zapytał odrobine uszczypliwie, ostatecznie obejmując ją lekko i pozostawiając na jej policzkach wilgotny ślad pocałunku. – Kibicowałem z zapartym tchem. I zdecydowanie nigdy nie chciałbym znaleźć się na trajektorii lotu twoich zaklęć - wyrzekł symulując śmiertelną powagę, jaka sprawiała, że chwilowo uśmiech wygasł z jego warg. Leonie objął jednym ramieniem, przyciągnął ją do siebie i musnął ją na powitanie w czoło. – Jest ci zimno w dłonie? – zapytał, a tym razem z jego słów nie wydzierało rozbawienie obleczone nicią drwiny, lecz troska w najczystszej postaci, gdy dostrzegł jej dłonie skryte pod materiałem rękawiczek. Dopiero teraz przypomniał sobie, że obiecali sobie taniec podczas balu absolwentów, ale był tak pochłonięty najpierw wygraną Fran, potem innymi, rodzącymi się pod wpływem chwili okolicznościami, że całkowicie wyleciało mu to z głowy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Francesca Goldsmith
Zwolennicy Dumbledore’a
As I watched them I knew I'd probably never be like that
Wiek
25
Zawód
Auror
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
20
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
10
11
Brak karty postaci
21-03-2026, 18:57
Czuła się jakby cofnęła się w czasie do tamtych lat.
Mieszkanie pozostawało prawie niezmienione, nietknięte mijającymi dniami. Małe dodatki w postaci nowych książek, których wtedy jeszcze nie było, nowe wydanie płyt, które zmieniły bieg muzyki w latach 60. Plakaty filmów, które niedawno ujrzały premierę znalazły się na jej ścianie. Centralnie usytuowany był plakat filmu Wyrok w Norymberdze, zaraz obok West Side Story – diametralnie różne w tematach, które poruszały. Były to elementy, które sprawiały, że to mieszkanie stawało się jej, a nie tylko pomnikiem jej babci. Naznaczała je również wspomnieniami z nimi, zdjęciem, które nadal dumnie trwało na swym miejscu. Niezależnie od zmiennych w ich relacji ruchoma fotografia przedstawiająca ich trójkę w Hogwarcie nie nigdy nie została zdjęta.
Kiedy raz ostatnio widzieli się w tym gronie? Ile lat upłynęło? Cztery? Próbuję sięgnąć pamięcią do tamtego spotkania, była jeszcze w czasie szkolenia. Czy Morty był już wtedy na stałe w kraju? Mieli dwadzieścia jeden lat i Leonie nadał łamała serca swoim uśmiechem, dumnie parła do przodu. Zapewne umawiały się na kolejne wyjście, możliwe, że któryś z koncertów w Liverpoolu, gdyż wszystko co muzyczne i wielkie zdawało się tam dziać. Czy Dunham by wtedy do nich dołączył? Zdawał się wtedy o wiele bardziej zagubiony, jakby śledzony przez własny los i wybory i pochodzenia i wszystko to, co go stworzyło.
W 1962 roku zdawali się w zupełnie innym miejscu i czasie.
Przyjmuję fruwokwiata z uśmiechem, przyglądając mu się z niepewnością, jakby dostała we swe dłonie nowonarodzone dziecko. Posiadała liczne roślinne zasoby, każde z nich śpiewało jednak inną melodię – Leonie potrafiła rozmawiała zrozumieć śpiew każdego z nich. Czasem Fran zastanawiała się, co też nucą w nocy drzewa.
– Będziesz musiała przekazać mi do niego instrukcje obsługi – gdyż nawet jeśli nie znała ich języka, to potrafiła z aurorską dyscypliną przestrzegać zasad, których wymagały. Nim odłożyła roślinę na nowo wytypowane dla niej miejsce, zauważyła rumienieć, który ujawnił się na policzkach Figg. Uśmiechnęła się szerzej, była tam opowieść, która miała zostać opowiedziana. Czuła, że była ona w przygotowaniu w puchońskiej głowie.
– Nic Ci się nie stało? – gdyż urażona duma była srogim uczuciem, wstyd okrutnym towarzyszem, lecz wszystko to pozostawało drobnym uszczerbkiem w porównaniu do możliwości roślin. Zwróciła uwagę na jej dłonie, które nienaturalnie w pomieszczeniu nadal były otulone materiałem. Powinna spytać, lecz czasem nadal odczuwała bariery – co było dopuszczalne, a co zakazane. Co było jej powinnością, a co lepiej było przemilczeć. Wtedy zjawił się ostatni element układanki, psy szybko zauważyły nową zmienną. Obydwa skierowały się w stronę drzwi, przywitać intruza, obdarować miłością przyjaciela. Musiała przyznać, że słabe były z nich psy stróżujące, zdecydowanie nie nadawały się do tej roli. Zamiast tego dzieliły się miłością i entuzjazmem ze spotkania, jakby Morty był ich ulubieńcem. Przewróciła oczami słysząc jego komentarz, a przy pierwszej sposobności, gdy zbliżył się na powitanie, zapodała mu łokciem w brzuch. Nie za mocno, z pewną dozą czułości i szorstkiej miłości. Wydawało mu się, że był zabawniejszy niż naprawdę było.
– Słyszałem Twoje okrzyki, w najgorszych momentach były nawet pomocne. Powiedz, który pojedynek podobał Ci się najbardziej? – zostawiła go z pytaniem, by zaraz sięgnąć po przyniesioną przez niego torbę z butelkami i skierować się w stronę werandy, które czekała na ich przybycie. Przekąski ułożone były na dodatkowym stoliku, który przeniesiony został z salonu. Miejsce spoczynku psów usytuowane blisko ich krzeseł. –  Nie widziałam Cię jednak później po pojedynku.
Nie była to skarga, raczej obserwacja, którą właśnie sobie uświadomiła. Spodziewała się go zastać na tańcach, lecz zdawał rozpłynąć się w powietrzu. Znała już historie Leonie, nie spodziewała się jednak, że Morty również miał nieszczęsne spotkanie z roślinami.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Leonie Figg
Akolici
i dug my heels into the gravel as evidence for you to unravel. can you find me?
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
29-03-2026, 10:10
Czasem wystarczył mały gest, żeby namacalnie przypieczętować nowy początek. Przyjęty przez Fran fruwokwiat miał im to zapewnić: mogły doglądać go razem, dzielić się wiedzą jak za dawnych czasów, pielęgnować go przy winie i plotkach, budować od nowa to, co zostało pogruchotane. Nie były już dziewczętami ubranymi w szkolne mundurki, przekonanymi, że los szykuje dla nich same miłe niespodzianki; dziś obie były innymi wersjami siebie, dojrzalszymi, pokrytymi śladami różowawych blizn i znającymi skalę cierpienia, które kryło się w tych niegdyś wyczekiwanych niespodziankach. Leonie uśmiechnęła się z cieniem ulgi, kiedy Francesca odebrała od niej doniczkę, i w porę powstrzymała się przed rozejrzeniem po mieszkaniu w poszukiwaniu dobrego dla niej miejsca. Mugolskie przedmioty wypełniające przestrzeń wciąż ją odrzucały, straszyły. Mieszkały w nich same złe wspomnienia, nie jednak przez Goldsmith i jej babcię, a przez Colina, który namiętnie opowiadał jej o wspaniałości jego świata, którego stanie się częścią. Krzywdził ją i jednocześnie wychwalał mugolstwo. To musiało w końcu wywołać w niej odruch traumy, dyktujący trud, z jakim poruszała się obecnie po kawalerce na Sandringham Road. Na szczęście Fran zdawała się to rozumieć - nie napierała, nie postępowała jak on, wychwalając pod niebiosa nowinki, które ominęły ją w czasie izolacji od niemagicznej części rzeczywistości. Była jej za to wdzięczna.
- Niezbyt, nie - odpowiedziała wymijająco. Dłonie pokrywały czerwone plamy, natomiast pod odpowiednio zaczesaną grzywką, nieopodal lewej skroni, schowała kilka małych plamek, które trysnęły sokiem z mimbletonii. Między innymi dlatego musiała uciec z Hogwartu: poczuła się brzydka, skażona i odpychająca. Znowu. - Poza zdeptaną dumą - dodała ze smętnym uśmiechem. Rozczarowanym samą sobą i żenującym popisem, przez który profesor zielarstwa na pewno straciłby w nią wiarę. Ale może to dobrze, z nich dwóch to Fran zawsze zależało na jego zdaniu bardziej, niż Leonie, pewnie dlatego, że, cóż, czarodziejowi nie można było odmówić urody.
- Pierwszy? No wiesz co? - parsknęła, słysząc słowa wchodzącego do środka Morty'ego. Wyglądał zupełnie jak on, pewny siebie, charyzmatyczny, przyciągający wzrok zaraz po przekroczeniu progu, i wydawał się całkiem zadowolony, to dobrze. Obawiała się, że zjazd mógł okazać się dla niego nieprzychylny, ale skoro było inaczej, kamień natychmiast spadł jej z serca. Jej przyjaciele byli cali i zdrowi, Fran została nawet doceniona za swoje zasługi i odznaczona orderem wyższej klasy niż pierwszy Merlin. - Kto jeszcze z naszych znajomych stanął do walki? - spytała w temacie pojedynków, o które zagadnęła gospodyni, a wzrok Leonie przesuwał się z niej na Dunhama i z powrotem. Szybko skryła się pod skrzydłem przyjaciela, wtulając się w jego bok ufnie, jak mała sarna, niepewna swoich pierwszych kroków, i zarumieniła się lekko, kiedy zapytał o jej dłonie. - Nie, to nic takiego... Moja nagroda po Gumochłonku. Niedługo przejdzie - wymamrotała skrępowana, drepcząc wraz z nim za Fran na werandę przygotowaną na dzisiejszą okazję. - Jak się bawiłeś? - zagadnęła, znając losy zwycięstwa Fran, o celebracji Morty'ego nie wiedziała jednak nic.
Kiedy zaś znaleźli się już na dole i odsunęła się od przyjaciela, nerwowo wygięła urękawiczone dłonie, czując, jak napięcie znów zakrada się do ciała, wypełnia je od środka, oplata wokół mięśni jak zbyt ciasno zawiązana wstążka.
- Wiem, że chcemy dziś uczcić zwycięstwo Wielkiego Maga roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego drugiego i broń Merlinie, nie chcę odbierać ci światła reflektorów, Wielki Magu - znów pokłoniła się teatralnie przed Franceską, a serce w jej piersi przyspieszyło, zespolone z rumieńcem rozlanym na policzkach, - ale chciałabym wam coś powiedzieć. Jako pierwszym. Krótka informacja i wracamy do ciebie, Fran - Leonie odetchnęła głęboko. Po nim nigdy nie spodziewała się już przekazać im takich wieści. - Jasper, on... on mi się oświadczył - wykrztusiła nareszcie, kąciki jej ust zadrżały w nieśmiałym uśmiechu. Pełnym rozkwitającego, poruszonego szczęścia. - A ja się zgodziłam...
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
29-03-2026, 23:01
Stan, w jakim się znalazł był dziwny, osobliwy, popadł w kolejną skrajność. Tym razem świat wydawał się być przesączony intensywną paletą barw, taką, jaką czasem przenosił na płótno swoich obrazów, a w powietrzu czuł rozkosznych zapach wiosny, chociaż nie mogł się równać z t, jakiej doświadczył w nocy. Liczył jednak skrycie, że czekające na niego kobiety podzielały jego entuzjazm.
Widząc je znowu razem, rozmawiające, radosne w swoim towarzystwie, poczuł już nie tylko motyle skrzydła w brzuchu, ale też powiew nostalgii.
Było jak dawniej, w latach, gdzie wszystko wydawało się dużo prostsze.
Nie pamiętał już, kiedy ostatni raz spotkali się w tym pełnym składzie. Cztery lata temu? Pięć lat? Wiedział, że osiadł już wtedy na stałe w Anglii i rozpoczynał swoją karierę, czyniąc z towarzyszki swojego życia wiolonczelę, jednak borykał się jeszcze wtedy z przeszłością, która, niczym cichy prześladowca, dreptała mu po piętach.
Dzisiaj, każdy z nich dźwigający własny mniejszy lub większy bagaż doświadczeń, zdawali się być zupełnie w innym miejscu, a rzeczywistości, jaka zastała ich w mieszkaniu Goldsmith miała całkiem nowy wymiar.
- I jak ci się podoba mój talent wokalny? - zapytał zaczepnie, nie mogą zatrzymać uśmiechu, jaki wykształcił się na jego wargach i dosięgnął też oczu. – Myślę, że powinienem jeszcze popracować nad falsetem, ale już poczyniłem pewne, powiedzmy, starania w tym kierunku.
Na jego policzku, pod wpływem tych nieprzemyślanych słów, zakradł się zdradziecki rumieniec, lecz Francesca nie mogła odnotować jego obecności, gdyż w tym samym momencie zabrała torbę z butelkami i skierowała swoje kroki ku werandzie. Podążył za nią, jednocześnie w końcu oddając Leonie zabraną wcześniej przestrzeń, chociaż zatrzymał na moment czujne spojrzenie na jej urękawiczonych dłoniach.
- Co za pytanie? Oczywiście, że ostatni, bo poprowadził cię wprost w ramiona victorii - mruknął, idąc tuż za nią. Jego wiedza dotycząca magicznych pojedynków była stosunkowo skąpa. Przed turniejem na zjeździe absolwentów ograniczała się jedynie do świadomości, że istniały. Dopiero w trakcie potyczek, w jakie zaangażowała się Francesca, dedukował się w kwestii podstawowych zasady, lecz nie skupił się na taktyce kobiety, głównie dlatego,że używany przez nią reperatur zaklęć w lwiej części był mu obcy, chociaż pewnie powinien poświęcić temu nieco więcej czasu, bo przecież to poprowadziło ją wyboistą ścieżką ku zwycięstwu. – Nie? - zapytał i odruchowo chciał dodać "dziwne, podarowałem jeden taniec naszej wspólnej znajomej", lecz podejrzewał, że Goldsmith szybko odkryje jej tożsamość, a obecnie nie bylo przestrzeni na poruszenie drażliwych tematów, które pełniły rolę jabłka niezgody między nimi. Nie przy obecnym, nieco euforycznym stanie,w jakim się znajdował, pod wieloma względami zupełnie mu obcym. – Otóż - zerknął na Leonie, sadowiąc się tuż obok niej – bawiłem się świetnie i ten szampański nastój, jak widać, nadal mnie nie opuszcza - czego świadectwem była krzywizna uśmiechu, która wygięła jego usta w parabolę. – Spotkałem kogoś, kogo poznałem kilka tygodni wcześniej, w dość osobliwych okolicznościach - ponowił swoją opowieść na temat poprzedniego wieczora. – Czuliśmy się na tyle dobrze w swoim towarzystwie, że przenieśliśmy imprezę do mojego mieszkania - wyjaśnił pokrótce, walcząc sam ze sobą, aby nie wpuścić w eter cichego westchnienia rodzącego się w głębi jego gardła.
Siłą przyzwyczajenia sięgnął do kieszeni i wyjął z niej papierośnice. Wsunął do ust papierosa, odkładając ją na stół. Nie miał wątpliwość, że obie przyjaciółki zinterpretują właściwie jego słowa.
- Częstujcie się, jeśli macie ochotę - mruknął tylko, chociaż nie sięgnął po różdżkę, czy nawet zapałki, aby wypełnić płuca znajomymi oparami. – Zanim nie pochłonie nas nostalgiczny nastrój, czas uczcić twój mały sukces toastem.
I zajął się rozlewaniem alkoholu do przygotowanych przez Goldshmit kieliszków, w międzyczasie w końcu zaciągać się papierosem. Zapewne, być może, zaczęłoby podczas wykonywania tej czynności nucić pod nosem, gdyby nie głos Leonie, który wypełnił współdzieloną przestrzeń.
Akurat nalewał dla niej wino, kiedy papieros, którego czuł pod zębami, postanowił przetestować prawo powszechnego ciążenia.
Jasper. Oświadczyny. Jasper i uśmiech, jaki posłał Leonie tamtego dnia, gdy akolici zgromadzili się przy jednym stole. Leonie i jej płochliwe spojrzenie, gdy ku niemu zerknęła, a potem jej wyzwanie w planetarium, oraz blady rumieniec wykwitły na policzkach. Więc te wszystkie obrazy nie podsunęła mu wyłącznie wyobraźnia. Jasper i Leonie nie byli sobie obcy - teraz dowód stanowiły jej słowa.
Poczuł ulgę. Ulgę, że Leonie otworzyła komuś drzwi do swojego życie, do swoich uczuć i do swojego serca. Miał wrażenie, że już nigdy się na to niezdobycie, pozamykana na cztery spusty, tkwiąca w koszmarze, jaki zasłał na nią los.
Nie miał przecież nawet cienia wątpliwości, że Jasper był dobrym człowiekiem. Takim, który się nie zaopiekuje i być może rozświetli cienie, jakie na nią spadły.
- Wow - powiedział w końcu. –Wow, mogłaś poczekać z tą rewelacją, do pierwszego toastu, bo teraz sam nie wiem za co go wznieść - zażartował. – Gratuluję, kochanie - podsunął jej kieliszek z winem. – Jasper... znam go trochę... - kontynuował, lecz kłamał, trochę było sporym niedopowiedzeniem, lecz nie chciał niczego zdradzić, nie w obecności Francesci; im mniej wiesz, tym lepiej śpisz, wolał, aby pozostała nieświadoma ich frakcyjnej przynależności. – Długo to trwa... wasz związek? Jak się poznaliście? Opowiadaj, chcę poznać szczegóły.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 16:33 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.