• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Inne miejsca > Glastonbury Tor (Somerset)
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
11-07-2025, 00:10

Glastonbury Tor (Somerset)
Pośród rozległych pól Somerset, ponad mgłami nisko snującymi się o poranku, wyrasta Glastonbury Tor: samotne, porośnięte trawą wzgórze, którego kształt rozpoznaje się z daleka. Na szczycie, jak cichy stoi kamienna wieża św. Michała, która jest pusta w środku, lecz jednak pełna historii. Ci, którzy wyruszają na Tor pieszo, mówią, że w drodze na szczyt można usłyszeć dźwięki ziemi i natury. Z każdego boku wzgórza rozciąga się inny krajobraz: pola, sad, mokradła i dalekie wzgórza. Gdy wieje wiatr, trawa faluje jak morze. Ludzie przynoszą tu koce, gitary, zeszyty. Siedzą godzinami, patrząc przed siebie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
26-02-2026, 18:54
7.05?

Dzień wolny spędzał u matki, co w praktyce oznaczało, że jego znaczną część spędził na miotle. Nie był w stanie wysiedzieć u Dolores zbyt długo, zwłaszcza po tym gdy dociekliwość Titusa i ciągnąca się sprawa zaginionego dziecka Maelle rozjątrzyły jego wątpliwości w sprawie własnego pochodzenia.
- Ależ czemu się tak forsujesz, skoro nie latasz już zawodowo w drużynie? - spytała, gdy wychodził z domu. Cierpliwie odpowiedział, że przecież w magipolicji też musi ćwiczyć formę i że ostatnio latali nawet w zgranej formacji zwanej Pikujące Licho i że złapali trzech przestępców i że jednego próbował zrzucić z miotły, ale gnój się zaparł, więc następnym razem musi wykonać manewr skuteczniej; ale spojrzenie mamy podczas tej historii o triumfie i planach na przyszłość było (jak zwykle) nieobecne. Wyostrzało się dopiero, gdy czegoś chciała; więc wzrokiem ostrym jak nóż przyszpiliła go przy samych drzwiach i zapytała czy pamiętał o przetkaniu rur w łazience. Pamiętał, ale gdy tylko wzniósł się w powietrze—spróbował zapomnieć.
Chyba tylko w przestworzach udawało mu się zostawić natrętne myśli za sobą. I tylko tutaj—będący dla ludzi na dole jedynie małą kropką, z rozwianymi włosami, skupiony jedynie na pędzie i prędkości miotły oraz kierunku wiatru—czuł się prawdziwie wolny.
Zadziwiające, że nie czuł się tak gdy grał zawodowo. Sama gra była w porządku i nadal pałał do niej miłością, obsesyjnie analizując mecze podczas każdego sezonu i przewidując faworytów Mistrzostw Świata (choć kilka lat temu Titus—nie fatygując się nawet by zapamiętać, kto jest z kim w grupie—przewidział wszystko całkowicie odwrotnie i skubany miał rację!). Schodząc na boisko, oślepiony blaskiem fleszy i atakowany gradem głupich pytań (czy myślałeś o innej fryzurze?) czuł się jednak niezręcznie, zupełnie inaczej niż w Hogwarcie. To mecze o Puchar Domów, choć mniej poważne, wspominał z największym sentymentem.
Zniżył lot gdy gdy dojrzał znajome wzgórze i wieżę. Lubił to miejsce, nawet jeśli zawiłości historyczne z nim związane mu umykały. Mógł tutaj prędko dolecieć z domu matki, a w sprzyjające dni mógł tutaj być sam.
Dzisiaj nie zapowiadało się na to, by był sam, choć na szczęście w zasięgu wzroku nie było widać kocy z podpitą albo nabuzowaną hormonami gówniarzerią (kiedyś, również z miotły, dojrzał tutaj swoją córkę z chłopakiem i nie skończyło się to dobrze dla chłopaka). Dojrzał za to samotną, męską sylwetkę i w pierwszej chwili zamierzał intruza (no dobrze, intruz był tu pierwszy, ale Ambrose czuł się związany z tym miejscem) zignorować, ale nagle zmrużył oczy...
Były osoby, których linię barków zapamiętał w życiu bardzo dobrze—bo musiał wyliczyć jak prędko taka osoba skręci na miotle i jak najcelniej walnąć w nią tłuczkiem.
Przyśpieszył i podleciał bliżej i z tej odległości mógł już zobaczyć znajomy profil.
Lorcan Lestrange był jedną z takich osób. Rywalem, Ślizgonem, dobrym zawodnikiem, którego metodę grania Ambrose obsesyjnie jeszcze w szkole. Muszę go pokonać - marudził Titusowi, choć wcześniej to było musimy i sluchający tego wszystkiego z ławki rezerwowych Harrison musiał wykazać się nieskończoną cierpliwością. Ślizgoni byli największymi rywalami Gryfonów, bo Puchoni grali za grzecznie, a Krukoni-kujoni nie umieli grać o ile nie trafił się wśród nich rzadki talent (ale nawet jeden dobry zawodnk nie uratuje całej drużyny, o ile nie jest szukającym, a i tak to archaiczna strategia). Lestrange był zaś naprawdę niezły, więc Ambrose poświęcał mu sporo uwagi na boisku i poza nim.
Gdy był daleko, Day zrzędził do Titusa o tym, jak ciężko trafić tłuczkiem w tego konkretnego ścigającego i jak zwinnie lawiruje miotłą i jak silny zrobił się po wakacjach i jakie to niesprawiedliwe, że błękitnokrwiści mogą w lecie ćwiczyć na najdroższych miotłach...
Gdy byli w cztery oczy, wymieniali podszyte gniewem i zarazem szacunkiem komentarze odnośnie gry. Albo wymieniali ciosy. Ambrose najczęściej bił się z Titusem, ale lubił też pobić się czasem z Lestrange'm.
Ktoś inny mógłby uznać, że po wielu, wielu latach takie emocje ostygły, ale niezupełnie. Gdy Ambrose otrzymał od Lorcana niepodpisany list oraz pokaźną kwotę pieniędzy... nie myślał o rozpaczy wdowca ani o tym, że wściekłość nieszczęśliwego mężczyzny mogła zachwiać procesem sprawiedliwości gdyby Lestrange wymierzał ją na własną rękę. Nie, Ambrose myślał wtedy o tym, że to nie tak miało być i że Lorcan założył o nim coś nieprawdziwego i że właśnie po raz kolejny wystrychnął go na dudka.
Pieniądze i tak wydał, ale zadra pozostała. Na tyle silna—bo w obliczu anonimowości listu, nie miał jak go skonfrontować—że nawet po kilku latach wspomnienia odżyły, mimo, że powinny ostygnąć.
Zanim pomyślał, podleciał tuż przed Lestrange'a, ale nieco złośliwie—nie wylądował. Zawisł dwa metry nad ziemią, z nogami zwisającymi prawie do niej.
- Ty. - przywitał się krótko, jak w Hogwarcie. - Wysłałeś mi pieniądze! - fuknął przechodząc do sedna, mimo, że może Lorcan zdążył już zapomnieć, przeżyć żałobę, ożenić się, kto go wie. - Za kogo ty mnie masz, co?! Nie rozwiązuję morderstw dla pieniędzy! - inne kwestie były... do przedyskutowania, ale swój honor miał.

kość Wiosna
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Lorcan Lestrange
Akolici
Grzebiąc w duszy wydobywamy nieraz to, co leżałoby tam niepostrzeżenie.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
05-03-2026, 01:03
Wśród rozległych równin osnutych gęsto mglistym oparem przywodzącym na myśl bitą śmietanę nałożoną na deser przez cukierniczkę, która doszczętnie postradała zmysł estetyki, szczyt samotnej góry dumnie wyrastał ku niebu, co błękitem nieskalanym chmurami jaśniał w blasku wschodzącego nieba. Zieleń traw porastających wzniesienie uderzała w oczy, kontrastując silnie z mlecznym oparem. Wiosna nadeszła w pełnej klasie, niosąc ze sobą nie tylko takie jak ten poranki, lecz również ciepło południowego wiatru. Lubił te momenty, gdy świat jeszcze pogrążony w półśnie, trwał leniwie, wówczas natura, jeszcze pewnie trzymała pieczę nad tą ziemią, wychylała z gęstych mateczników, a ptaki śpiewały swe chorały. Odkąd sięgał pamięcią preferował towarzystwo wilgotnej i zimnej przyrody, nad zadymione i pogrążone w wiecznym harmidrze miasto. Odnajdywał tu spokój, były to miejsca wyjątkowe, gdzie człowiek nie zdołał jeszcze wszystkiego dotknąć i zniszczyć zagłuszając pierwotne piękno, bo nawet wieża wznosząca się na szczycie, chociaż wiekowa, tak nie szpeciła, co mugolskie konstrukcje, wobec jakich miał wyjątkowo pogardliwe myśli.
Nie sama przyjemność kreśliła z rana samego jego kroki w to wyjątkowe nie tylko przez pryzmat swej urody, miejsce. A praca i prowadzone od kilku tygodni śledztwa, tak wobec legend arturiańskich śladem, których podążając, odkrył stary rękopis w chłodnych murach jaskini, lecz nie tylko to spędzało sen z powiek poszukiwacza i historyka. Od dłuższego czasu, bowiem studiował struktury zakonów rycerskich ich wpływ na mugolską kulturę, ale także mistyczne znaczenie i doszukiwał się w tych elementach, czegoś, co naprowadziłoby go na ślady obecności magów w tych organizacjach, jak na swój czas – niezwykle wpływowych.
Walczyły w nim dwa wilki – a nie mogąc zdecydować, którym tropem zamierza podążyć, postawił na przypadek. Naturalnie pokierowany głosem intuicji, która prowadziła w to miejsce. Bo chociaż prowadził badania na wzgórzu niejednokrotnie, tak nigdy nie szukał, tego, co go w istocie obecnie zajmowało. Czasem powtórne odwiedzenie tego samego miejsca, lecz z innym nastawieniem otwierało drzwi, które pozostawały zamknięte, dlatego w swej upartości próbował. Jednocześnie odpoczywając: od świata, od rodzinnej rezydencji, w jakiej chłód uderzał, teraz bardziej, niż kiedykolwiek przedtem. Próbował odnaleźć balans w życiu zdającym się umykać niczym piasek między dłońmi. Zdefiniować priorytety, wedle jakich powinien patrzeć na otaczającą go rzeczywistość. Bo ilekroć wracał na rodzinne ziemie, zawsze czuł się – obco.
Być może dlatego tak długo bawił w Londynie i nie bez znaczenia, miało to związek z kochanką, ale też najzwyczajniej pragnął nabrać oddechu przed konfrontacją z apodyktycznym, ojcem. Poszukiwanie drogi własnego sukcesu, kreowanie świata, wobec własnego uznania, bywało problematyczne w rodzinie, która wyznawała sztywne ramy i wznosiła nakazy. Czasy się drastycznie zmieniały, a wszystko, co nowe budziło zawsze strach. Należało jednak dostosować się i wybrać adekwatny kierunek, by nurt historii porwał, aby nie przepaść na mieliźnie.
Rodzina bywała prawdziwym utrapieniem, nawet dla człowieka zbliżającego się z wolna do czterdziestych urodzin. A być może, zbyt wiele w nim tej swobody było, a świat zanadto rozpieścił. Wolność stanowiła słodką obietnicę, lecz często wabiła w swe objęcia marzycieli.
Słońce wznosiło się coraz wyżej, nie wiedział, kiedy przeminęło południe, a z mglistej zasłony kryjącej go przed ciekawskim światem wyłoniła się panorama na zielone równiny. Trwał wpatrzony w horyzont, zamyślony, gdy dostrzegł kątem oka cień ruchu przemykający nad głową. Podniósł wzrok niechętnie, mimowolnie zirytowany, że ktoś zakłócił mu spokój.
Ambrose Day – przemknęła myśl, gorzka, niosąca na swych barkach widmo straty, żałoby, złość, ale i dotykająca odleglejszych wspomnień, tych zakopanych głęboko w archiwum umysłu nie chciał ich ruszać, jakby w obawie, że zburzy to zachowany porządek, ale mimowolnie postać gryfona rozbudzała w nim te same emocje, co niegdyś. Jego usta wykrzywiły się w grymasie lodowatej powagi, a oczy zabłysły arogancko, jakby maska, którą zdejmował w chwilach samotności, powracała na swoje miejsce w momencie, gdy sytuacja tego wymagała. Nie zamierzał pokazywać wrażliwości; odsłaniać piętna słabości przed kimś, kto był jego rywalem. Kogo szanował, ale jednocześnie, kto działał mu na nerwy wyjątkowo udatnie. Dlatego grał w tę grę, tak jak został do tego wyszkolony.
Uśmiechnął się kpiąco, a szydercze diabliki błysnęły w czekoladowych, przenikliwych oczach.
— Doprawdy? — słowo, niczym zdradziecki północy zimny wiatr wypłynęło spomiędzy jego warg. Idealnie wkomponowane w całokształt teatralności rysowanej na potrzeby tego wydarzenia, a drwiący, prowokujący uśmiech nie schodził z ust historyka, którego rozbawiło wypominanie tak starej sprawy. — Ach… wy gryfoni, zawsze byliście wyjątkowo drażliwi na punkcie swojego honoru — patrzył czarodziejowi prosto w oczy, jakby badał jego reakcje niezmiernie ciekaw, czy lata doświadczenia w magipolicji wykształciły w nim, coś na kształt zdrowego rozsądku i cierpliwości.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
11-03-2026, 00:15
Nie widzieli się w cztery oczy tak długo, że Ambrose nawet nie pomyślał, czy szyderczy ton Lorcana jest szczery czy wystudiowany. Bez ostrzeżenia odgrzebał w końcu sprawę krwawą i ponurą, wzbudzającą być może smutek lub żądzę zemsty lub w najlepszym wypadku gorzką satysfakcję ze schwytania złoczyńcy. Przed laty to morderstwo wstrząsnęło nawet nim samym—może dlatego, że dotyczyło kogoś kogo znał i kto z uwagi na swoje nazwisko i fortunę wydawał się stać ponad tak przyziemnymi problemami jak krew na bruku londyńskiej ulicy. Z uwagi na cechy zbrodni—piękna kobieta, prześladowca, szanowana rodzina—Ambrose obawiał się nawet przez chwilę, że gazety podchwycą tą sprawę i że potem stanie się rozdmuchana w plotkach. Chyba współczuł wtedy Lorcanowi, a gdyby morderstwo było głośne współczułby mu na pewno. Wiedział, jak to jest widzieć swoje nazwisko w "Czarownicy" i czytać o sobie nieprawdę i być rozpoznawalnym z niewłaściwych powodów: gracz o najlepszej fryzurze, a nie najlepszy pałkarz. Profesjonalna gra w Quidditcha straciła coś ze szkolnej magii. Gdy byli po prostu Ślizgononami i Gryfonami, Ambrose odnajdywał na boisku wolność i radość. Kariera, która zdawała się spełnieniem marzeń, zaczęła mu jednak niespodziewanie ciążyć. Rywale, których spotykał na boiskach wydawali się bardziej bezosobowi niż ci ze szkolnej ławki. A na trybunach nie było twarzy przyjaciela, który zawsze kibicował mu z ławki rezerwowych, bo Titus zamieszkał w pieprzonej Szkocji i nawet wysyłane mu bilety na każdy mecz nie mogły pokonać problemu tak prozaicznego jak dorosłość i obowiązki i brak czasu.
A nazwisko Lestrangów nie mogło pokonać śmierci. Mogło ją przynajmniej zatuszować i właśnie tak się stało, wbrew intucji Day'a nic nie wyciekło poza komisariat i rodzinną tragedię i Wizengamot. Nawet on sam nie wiedział, co spotkało przestępcę po tym, jak już go ujęto. Wiedział natomiast, na ile Lorcan Lestrange wycenił sobie—właściwie co? Jego profesjonalizm? Starania? Milczenie? Biorąc łapówki wiedział, jak wiele można było kupić i jak płynnie zmieniał się cennik. Anonimowa kwota była spora, ale pozbawiona wyjaśnień i ta niejasność cholernie Day'a frustrowała.
Nie znosił niejasności.
Dlatego zapomniał, że właśnie rozdrapał rany Lorcana. Zapomniał, że Ślizgon wychował się w domu (rodzinnym oraz Hogwarckim), w którym maska nonszalancji jest pewnie codziennością. Zresztą, nawet gdyby nie zapomniał, uwierzyłby pewnie w jego arogancję.
A skoro uwierzył, to ze złością i z impetem wylądował na ziemi. Lorcan był jednym z niewielu (jedynym?) mężczyzn, od których Ambrose nie był wyższy; więc może dlatego rywalizacja przychodziła im tak łatwo. Zawsze mierzyli się wzrokiem z dokładnie tej samej wysokości (czy Lestrange to wyliczył? Ambrose tak.)
- To nie ma nic wspólnego z Hogwartem! - syknął, rozzłoszczony. Nie zrozumiał... metafory. - Co ma mój dom do mojej pracy, co? - może wszystko. Może Gryfon ścigałby przestępców z odwagą, Puchon okazywał lojalność odznace, Krukon uwielbiał zagadki logiczne związane ze scenami zbrodni, a Ślizgon brał łapówki.
Ambrose wziął w życiu wiele łapówek, uwielbiał zagadki logiczne związane ze scenami zbrodni, ale w akcji niejednokrotnie przedkładał nad odwagę bezpieczeństwo Titusa (starając się to robić subtelnie, by Harrison nie zauważył; ale czy cokolwiek w życiu robił subtelnie?), więc porównywanie domów do magipolicji było jedną, wielką bzdurą. Zirytowało go, choć była to irytacja zastępcza: tak naprawdę przekierował własną złość na inny temat. Złościło go, że w ogóle dostał tamte pieniądze. Złościło go, że je wydał. Złościło go, że Lestrange miał go za kogoś takiego.
- Nie jestem żebrakiem, Lestrange, dostaję pensję, pomyślałeś o tym? - warknął, mierząc Lorcana morderczym spojrzeniem. Teraz też chyba nie złościł się do końca na niego. Od lat nosił w sobie złość wobec teściów, którzy uważali go za żebraka, nieodpowiedniego dla ich córeczki. Nawet to, że wtrącił ich do aresztu i że dorobili się bogactwa na oszustwach nie poprawiło mu humoru tak do końca. - Czy może myślisz, że magipolicja działa tak jak te wasze... błękitnokrwiste... bale... - zgubił na moment wątek, wiedział o tradycjach rodów błękitnej krwi... niewiele... - na których trzeba sobie zamówić homara? Niespodzianka, rozwiązalibyśmy tą sprawę tak czy siak, niezależnie jak masz na nazwisko i jaki datek wyślesz nam potem! A jakbyś miał jaja to wysłałbyś go komendantowi. - pouczał, jakby był człowiekiem nieskalanym, wzorem magipolicjanta. Pouczając, poczuł się jeszcze gorzej. Skrzyżował ręce na piersiach i na moment opuścił wzrok. Jego wzrok padł na kamień w trawie, dziwnie przykuwający uwagę. Zmusił się jednak by oderwać od niego spojrzenie i podnieść oczy na Lorcana i westchnąć.
- Tak czy siak, chujowa sprawa. - mruknął, chyba pojednawczo. To chyba miało znaczyć przykro mi. Nie do końca byłoby mu przykro, gdyby to jego żona umarła, ale ze względu na dzieci byłoby mu chyba trochę przykro. Czy Lestrange miał dzieci? - Na co go skazali?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Lorcan Lestrange
Akolici
Grzebiąc w duszy wydobywamy nieraz to, co leżałoby tam niepostrzeżenie.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
15-03-2026, 19:55
Południowy wiatr uderzał przyjemnych chłodem – igrając, wśród intensywnie zielonych traw i kwiecia, burzył chaotyczny porządek na głowach mężczyzn i podsycał zapał w ich sercach, a może gasił go? Trudno jednoznacznie to określić, bo definicja, ta była niezwykle płynna i jak to w ich przypadku mogła ulec zmianie dramatycznie szybko. Lestrange szanował i darzył sympatią, niewielu ludzi w swoim życiu, to było wyjątkowe połączenie, taka domieszka pod fundament dłuższej, znacznie bliższej znajomości, tak jednak nigdy nie przeszli przez te zasieki z Gryfonem, jakby ślad ich życia prowadzący przez tak wiele wspólnych mianowników ulegał, jednak pewnemu oderwaniu i odchodził w zupełnie sprzecznych kierunkach; ten rodzaj rywalizacji, jaki ze sobą wiedli, smakował prawdziwie męską umową, zawartą nieświadomie i realizowaną przez większość szkoły, a wspólne dawanie sobie po mordach, było nieodłącznym elementem tej ich egzystencji, czasem mu tego brakowało, bo tak niezobowiązująco, to można z byle kim, byle jak, a posmak po tym, zostawiał mieszankę wyrzutów sumienia, natomiast z kimś, kogo się znało i lubiło, to zupełnie inny wymiar doznań.
Konfrontacja, choć przedawniona pozostawała wyraźnie w mocy i siedziała magipolicjanotwi na sumieniu, jako coś, co należało rozwiązać, albo poznać powód – motyw. Zabawne w zestawieniu z ogólnym przeświadczeniem społeczeństwa do organów ścigania, które od zawsze posądzało się o łapówkarstwo i inne gorsze przywary. Wątpił w Gryfona, nawet on – upadła gwiazda sportu, musiał kiedyś spotkać się z sytuacją, znacznie mniej komfortową, niż ta, na jaką Lestrage go wystawił. Miał podstawy do twierdzenia, że ludzie w określonych warunkach dostosowują się do realiów i tak też, mogło być i z nim. Dostosował się do tego, co uchodziło pod płaszczykiem niewiedzy przełożonego.
— Wiele, zastanów się i pomyśl przez moment, chyba że nasze cnoty jednak nie są takie prawdziwe, jak nam wmawiano przez pryzmat przynależności do domów? — pouczył, jak niesfornego dzieciaka, który pcha się z odpowiedzią, zamiast chwilę poczekać i wyciągnąć wnioski. Patrzył mu w oczy na równi, zawsze ten drobiazg był zauważalny, nigdy nienadmiernie analizowany, a raczej uchodził za pewną styczną łączącą ich osoby.
Czuł, że nie ucieknie od rzuconego tematu, domyślał się, iż ten wnet wróci, dlatego był przygotowany na słowa, które płynęły z ust blondyna, lecz to jak przy tym emocjonalnie reagował, było tym ciekawsze, a Lestrange, coraz bardziej posuwał się w śmiałych przypuszczeniach, że wcale nie przyjęcie darowizny wprawiało jego towarzysza w taki nastrój, ale śmiałość, z jaką ów gest został zrealizowany, jakby brał go za codzienność. Czyżby to kuło Ambrose, że można powiedzieć o nim wszystko, co dobre, jeśli chodzi o wypełnianie obowiązków, lecz również przytknąć mu stereotypowe wady do pleców? Mierzył go uważnym spojrzeniem, balansując siłę domysłów i argumenty cisnące się na usta.
— Ależ nie postrzegam cię w ten sposób. Zasłużyłeś na drobne podziękowanie — uśmiechnął się z lekka złośliwie, bo mając świadomość, że go to drażni, chciał, nieco podokuczać mężczyźnie, wobec jakiego miał uśpione pokłady wdzięczności. Nawet jeśli ten miotał się w słowotoku wyraźnie zagubiony, tak bez cienia drwiny czekał, aż uwolni się z macek własnych myśli i powróci do głównego wątku – oskarżenia.
— A skąd pewność, że nie wysłałem? — tym razem na ustach Lestrange’a pojawił się perfidny uśmiech rozbawienia. Mimowolnie poszybował spojrzeniem za blondynem i sięgnął po kamień, który przyciągał ich uwagę. Był dziwny, mienił się nitkami barw i budził ciekawość, a dłoń zwykle ostrożna w przypadku takich błyskotek poszybowała nad wyraz pewnie, co zaowocowało cichym syknięciem i odrzuceniem znaleziska. — Dziwne — mruknął zmienionym głosem, bardziej do siebie, niż do znajomego.
Jego pytanie przywróciło go na powrót światu i tej rozmowie, którą wiedli: — Pocałunek dementora — odparł, zupełnie poważniejąc i wbijając wzrok w panoramę, jaka roztaczała się ze wzgórza. Odszedł kilka kroków od Ambrose i stanął tak, by mieć go za plecami.
Nie czuł się urażony; nie czuł żalu o pytania; nawet nie było mu smutno, tylko tak po prostu chciał odetchnąć. Przetrawił, zaakceptował i oswoił się ze stratą już dawno. Pozostały tylko wspomnienia i teraźniejszość, która potrafiła być niezwykle przewrotna.



HP: 280/275
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
29-03-2026, 05:23
Zastanowił się i pomyślał przez moment. O gryfońskiej odwadze i puchońskiej lojalności i kruczej mądrości i ambicji węża. Wysłanie nagrody za wykonywanie własnych obowiązków faktycznie było czymś oślizgłym, ale czy na pewno związanym ze Slytherinem? Czy jedynie z sakiewką Lestrangów?
- Wmawiano nam tak, żebyśmy przejmowali się punktami w rywalizacji domów. - zdecydował w końcu, ujmując w słowa coś, co zawsze czuł podskórnie. Nie cofał spojrzenia, spoglądając Lestrangowi prosto w oczy—choć nieco złośliwie przypomniał sobie, że jest od Ślizgona minimalnie wyższy. Prawdopodobnie o maksymalnie centymetr, ale to zawsze coś. Nie odczuwał tego z daleka, ale teraz już tak, bo zbliżył się o kolejny krok. - W drużynie Gryfonów grałbyś równie dobrze. - skwitował, wplatając w to mimochodem nie-tak-znowu-zawoalowany komplement. Niegdyś obsesyjnie analizował grę Lestranga, doprowadzając Titusa do irytacji swoją małą fiksacją. - Dlaczego przestałeś grać, tak naprawdę? - przechylił lekko głowę, bo już w szkole nie dawało mu to spokoju, ale wtedy nie sposób było uzyskać poważnych odpowiedzi. Niby Lorcan grał w drużynie dopóki nie skończyli szkoły, ale w pewnym momencie zaczęło być odczuwalne, że w przeciwieństwie do Ambrose'a nie myślał o tym zawodowo.  - Rodzina? - spróbował odgadnąć. Powiedzieli mu, że to niepoważne? To chyba pasowało do takich rodzin, ale tak naprawdę Ambrose pomyślał o tym,  bo przestał grać przez własną.
- Drobne podziękowanie? Nie było drobne! - prychnął, bo nie wyczuł ironii Lorcana. - I nie, nie zasłużyłem. Zasłużyliśmy, bo wiem, że wysłałeś to do nas obojga. - wytknął, mając na myśli Titusa, oczywiście. - Za zwykłe wykonywanie obowiązków. Nawet tego nie potrafisz przyjąć, Lestrange? Że ktoś może rozwikłać sprawę twojej tragedii rodzinnej tak samo starannie jak morderstwa jakiegoś Evansa czy Smitha? Nie, dla ciebie to musi być specjalne, tak? Gratulacje, zapamiętałem cię! - zarzucał, wyrzucając z siebie słowa coraz szybciej. A przecież zapamiętałby Lorcana i tak. Zapamiętałby też Persephone Burke, czy jakąkolwiek inną kobietę znalezioną w tamtym zaułku. Nie zapominał takich rzeczy, ale żadnej z łapówek czy prezentów też nie zapominał.
- Mogłeś się doradzić. Powiedziałbym ci, że jemu lepiej wysłać dobre ciastka. - zacisnął usta, próbując nie dać się sprowokować bardziej. W jasnych oczach błysnęło jednak zaskoczenie, błękitnokrwiści naprawdę byliby tak bezczelni by wysłać pieniądze komendantowi?
Może jednak powinien rozwiązywać ich problemy częściej. Nie morderstwa, ale kruczki podatkowe, mandaty za ściganie się zbyt szybko na miotle i takie tam. Coś, co nie odbije się cieniem na jego sumieniu i wzbudzi gorzkie rozbawienie zamiast zwykłej goryczy.
Zamiast poświęcić jemu uwagę albo zadumać się nad majestatem prawa, Lestrange skupił się jednak na jakimś kamieniu. Świetnie, naprawdę świetnie. Ambrose przypatrywał się temu ze skrzyżowanymi ramionami. Choć nie lubił, gdy kobiety przekraczały granice jego sfery osobistej, właściwie lubił gdy poświęcały mu niepodzielną uwagę. Tylko przy mężczyznach uderzało go, jak to jest—być ignorowanym.
- Szukasz tu kamieni? - zagaił, bo Titus mówił mu, że czasami wypada podtrzymywać rozmowę. Uniósł brwi, gdy kamień oparzył Lorcana i gdy mężczyzna wypuścił go z dłoni. Wiedziony może przekorą, a może ambicją (najwyraźniej mogą ją mieć nie tylko Ślizgoni), schylił się po kamień i...
...beztrosko zważył go w dłoni. Kamień jak kamień.
- Jaja sobie ze mnie robisz? - zarzucił Lorcanowi, mając na myśli ten teatr z wypuszczeniem znaleziska. W końcu jego samego nic nie oparzyło.
Spoważniał, gdy i Lestrange spoważniał. Ostatni rozdział tamtej sprawy został wreszcie domknięty.
- Zastanawiałem się, czy tak się skończy czy oskarżony pójdzie w argumentację o zbrodni motywowanej emocjami i uzyska łagodniejszy wyrok. - przyznał cicho. - To... dobrze. - zawiesił głos, nieco pytająco. Lestrange pragnął takiego wyroku? - Mogło pójść w dwie strony. - dodał, tak jakby Lorcan o tym nie wiedział. Tak, jakby odpowiednio pociągnięte sznurki nie przyczyniły się do tego wyroku—o tym Ambrose w końcu nie wiedział, nawet jeśli logika kazałaby się domyślać, że nie tylko on otrzymał podziękowanie. - Powinienem był ci zwrócić te pieniądze. Były brudne. - powiedział w końcu cicho, odruchowo chowając kamień do kieszeni by wyjąć z niej papierośnicę. - Ale i tak je wydałem. Na rodzinę i na mecze Quidditcha. Zapalisz?


kamień mnie wybrał
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 18:47 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.