• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Szkocja > Hogsmeade i okolice > Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie > Boisko quidditcha
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
13-10-2025, 12:38

Boisko quidditcha
Rozległe, owalne boisko znajduje się na błoniach. Drewniane trybuny wznoszą się wysoko, umożliwiając doskonały widok na całe pole gry. Na ziemi wyrysowane są linie i trzy ustawione po obu stronach pętle do zdobywania punktów. Tutaj odbywają się treningi drużyn poszczególnych domów i oficjalne mecze, które przyciągają tłumy uczniów. Boisko otacza wiatr i echo krzyków kibiców, a w powietrzu niemal zawsze unosi się ktoś na miotle. To serce sportowych emocji w Hogwarcie, gdzie rywalizacja łączy się z magią latania i dumą z własnego domu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Anastasiya Trubetskoy
Czarodzieje
si tu n'existais pas déjà
je t'inventerais
Wiek
29
Zawód
utrzymanka i matka
Genetyka
Czystość krwi
potomkini wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
16
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
5
15
Siła
Wyt.
Szybkość
10
5
10
Brak karty postaci
13-02-2026, 23:50
30 kwietnia, późny wieczór
Konsternacja mieszała się z pewnością, duma ― ze wstydem; pąs samolubnego zadowolenia wykwitł na twarzy wraz z zaczerpnięciem świeżego powietrza, którego stanowczo zażądała tuż po mimowolnym opuszczeniu Wielkiej Sali. Mimowolnym, bo wyjątkowo nią dziś przejęty i zainteresowany eks ― zwany zamiennie świnią, dupkiem, niedoszłym-obecnym narzeczonym, w końcu też miłością jej życia ― niepytany wyrwał ją z objęć Vincenta, pozwalając sobie na farsę, która bynajmniej jej dziś nie bawiła.
Bo przyszła tu, do cholery, tego jednego dnia w roku, poczuć się na powrót silną i niezależną, chwilowo zapomniawszy o kryzysach, które raz to podniecały ją, by wkrótce doprowadzić do żałosnego szlochu; bo przyszła tu, do cholery, tego jednego dnia w roku, nie jako czyjaś matka, kochanka, służebnica czy sprawczyni cudzych marzeń, lecz przede wszystkim wolna kobieta. Niespętana zobowiązaniem, niespętana złudzeniem, niewinnie tylko odkrywająca życie na nowo ― tak jak zasugerowała jej Tonia, tak jak niemo przytakiwała Varya i kilka, co najmniej, szczerze dla niej życzliwych koleżanek.
A on, jakże egoistycznie i samolubnie, musiał to wszystko zaprzepaścić ― wyłącznie z racji swojego kapryśnego widzimisię, wyłącznie z bliżej niezrozumiałego dla niej grymasu zazdrości, której nigdy przedtem względem niej nie okazywał.
A on, jakże kłamliwie i paskudnie, nie dotrzymał słowa danego jej z początkiem marca, raz po raz racząc ledwie błahą korespondencją, momentami ubliżającą jej jakąś brzydką perfidnością, by ni z tego i owego nagle obdarować ją pamięcią o jej urodzinach, albo zaskakującym poczuciem odpowiedzialności za los jej i ich syna. Jego sowa przynosiła wszakże ostatnio coraz to częściej sakiewki wypełnione galeonami, jego sowa raczyła nawet donosić mniej lub bardziej przychylne odpowiedzi na jej listy; przy tym jednak nie odwiedził ich obydwojga przez ostatnie dwa miesiące nawet raz, przy tym formalnie nie przypominał w żadnym stopniu mężczyzny, jakim obiecał jej wtedy być ― ale rozumiała dlaczego, rozumiała to lepiej, niż zechciałaby głośno przyznać.
Bo przecież nie sposób oczekiwać kochania od kogoś, kto nie znał jego definicji; bo przecież nie miała prawa widzieć w nim kogoś, kim nigdy miał się nie stać; bo przecież nie był wówczas sobą, tak znamiennie omamiony urokiem, upojną nocą, a może i nawet prozaiczną wygodą przygotowanej przez nią kolacji.
― Dumny z siebie jesteś? ― rzuciła bez zwłoki, puściwszy jego dłoń w pierwszym amoku złości, że znowu ktoś inny zdecydował za nią; intensywne perfumy rozniosły się w powietrzu jako ta przyjemna mgiełka, oczy świeciły jasno, choć z wyraźną iskrą, a krok prowadził ich dynamicznie naprzód, bez jasno określonego celu, nawet jeśli szpilki jej butów zapadały się nieco w zawilgotniałej od wieczornej rosy ścieżce. ― Ten jeden raz chciałam się zabawić, ten jeden raz chciałam się oderwać od tego wszystkiego ― kontynuowała, chwilowo nie dając mu nawet dojść do słowa ― nawet jeśli w głębi ducha rzeczywiście czekała, by usłyszeć, co odkrywczego miał jej tym razem do powiedzenia. Podobno się zmienił? Nazwał ją tam, w tłumie, kochaniem? ― Następnym razem, zamiast robić sceny i psuć mi wieczór, znajdź jaja, by mnie z wyprzedzeniem zaprosić... Chociaż ty przecież wolisz machać nimi przed twarzami tych swoich kurewek! ― W końcu fasada elegancji pękła, a jej rozgniewana twarz ― w swych rysach kojarząca się teraz już nie tyle z nieludzkim pięknem, co budzącym grozę cieniem harpii ― obróciła się wreszcie w stronę tej męskiej. ― Właściwie to nieistotne, naprawdę ― stwierdziła nagle, gniew przeistaczając w obojętność, a może raczej bezradność ― bo od emocji zakręciło się jej w głowie, bo od wysiłku przed oczyma wykwitły nagle mroczki, a ona zbladła wyraźnie. Dłonią wsparła się o jego ramię, po prawdzie po to tylko, by nie stracić równowagi, nim nie przemówiła ponownie:
― Twoje sceny, twoje kurewki, twoje pieniądze przesyłane w dowód łaski... Nie mam już na nie siły ― zawyrokowała ciszej, biorąc głębszy oddech, a potem obracając się wokół własnej osi. Plecami do niego, byleby tylko nie patrzeć mu w oczy, gdy nadejdzie zatrważający wyrok.
― Poluzuj mi gorset w sukni, słabo mi... ― i tu głos zadrżał, by wzmocnić się pozorem tylko na chwilę ― Jestem z tobą w ciąży, znowu. Ale tym razem nie zamierzam czekać na twoją obecność po drzwiami. Jeśli twój plan na najbliższe miesiące to dalej bycie nieobecnym sponsorem, to jutro po tym dziecku nie będzie już śladu. Nie potrzebuję kolejnego syna, który będzie pytał, dlaczego ojciec woli od niego własne rozrywki ― wymamrotała, palcem ocierając z kącika wzbierającą się tam łzę.
I choć nie chcę tego robić, tak nie zniosę już więcej, że ciebie przy mnie nie ma, ugrzęzło w krtani głuche i niewypowiedziane; bo na to wyznanie najzwyczajniej w świecie bynajmniej dziś nie zasługiwał.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Augustus Rookwood
Śmierciożercy
paint me as a villain
Wiek
32
Zawód
właściciel pubu, przestępca, oszust
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
5
16
OPCM
Transmutacja
7
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
15
10
Brak karty postaci
14-02-2026, 22:38
Nogi poniosły go same. Musieli odejść gdzieś daleko, najlepiej na zewnątrz, inaczej mógłby eksplodować ze złości - choć ona opadała z wolna, pod wpływem poczucia triumfu, gdy półwila posłusznie podążyła za nim, pozostawiając swojego towarzysza bez pożegnania. Ciągnął ją tak przez pół Hogwartu i całe błonia, nie zadając sobie nawet trudu, aby wyjaśnić gdzie zmierzają, bo nie mogła mieć przecież pojęcia - uczyła się we francuskiej szkole magii.
- Powiedzmy, że tak - odparował bez zastanowienia Augustus.
Wypuścił od razu jej dłoń, bardziej zaaferowany widokiem boiska quidditcha, na którym rozegrał swoje pierwsze mecze. Powróciły do niego jedne z piękniejszych wspomnień. Wygranych meczy, rozwalonych Gryfońskich łbów i połamanych szlam. To sprawiło, że poczuł się jeszcze bardziej dumny z siebie. Nie dość, że Anastasiya znów zatańczyła dokładnie tak jak jej zagrał, choć próbowała to jemu zagrać na nosie i nerwach, to po raz wtóry zmusił ją do ugięcia się do jego woli, co zawsze sprawiało mu niewysłowioną satysfakcję. Większość jej słów puścił mimo uszu. Kiwał głową, oczywiście, wydając z siebie ciche mhm lub hmmm, lecz przez większość jej tyrady myślami był w powietrzu. Stał na zielonej murawie, z dłońmi wspartymi o biodra, zwracając ku niej spojrzenie dopiero wtedy, gdy zarzuciła mu brak jaj. Miał ochotę zwrócić Rosjance uwagę, że najchętniej robił to przed jej własną twarzą, obawiał się jednak, że wtedy doprowadzi ją do stanu ostatecznego, w którym aktywują się geny jej przodkiń, Anastasiya przemieni się w prawdziwą harpię i go pożre. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że naprawdę jest tego bliska.
- Nie dramatyzuj tak, skarbie, złość piękności szkodzi - skomentował to, przestając się uśmiechać; choć właściwie znów skłamał, w chwilach złości jej rysy wyostrzały się nieco, lecz wcale nie odbierało to pólwili urody. Nic nie było w stanie tego zrobić. Ani złość, ani smutek, ani choroba, ani ciąża - zawsze zdawała mu się olśniewająca.a
- Jakie kurewki, Nastya, jakie kurewki... Nie chodzę na dziwki i nigdy nie chodziłem - odparował szczerze obrażony tą obrzydliwą insynuacją, że miałby zniżyć się do żałosnego poziomu jakim było płacenie złotem za bliskość fizyczną. Nie potrzebował galeonów, aby miła dla oka czarownica chętnie uda. W jego przekonaniu wyłącznie nieudolni, tudzież brzydcy mężczyźni musieli to robić, bo inaczej byliby skazani na kontemplowanie nieba, zielonej trawy lub własną rękę. Głos rozsądku podpowiadał mu jednak, że Nastyi wcale nie poprawi to humoru, a mianem kurewek określała wszystkie urodziwe czarownice, które znalazły się w dystansie mniejszym niż pięć metrów od niego. Był też przewrócenia oczyma, gdy skrytykowała także przesyłane przez niego pieniądze, co czynił w dobrej wierze, bo miał do niej sentyment, bo wiedział, że nie ma tu nikogo innego i samotnie wychowuje swojego syna. Znów utwierdzila go w przekonaniu, że kobiety po prostu nie wiedzą czego chcą. Raz żądała od niego pieniędzy, twierdząc, że to jego powinność, ale teraz najwyraźniej to także robił źle. Za tą kobietą po prostu nie dało się nadążyć. Milczał jednak, obserwując jak się obraca, a brwi zmarszczyły się lekko; czy to kolejna jej sztuczka? Czy znów zamierzała przekonać go, aby powiedział to, czego pragnęła usłyszeć używając najsilniejszego argumentu - uroku i swego ciała? Wlaściwie byłoby to nawet ekscytujące, jeszcze nigdy nie robił tego na murawie boiska quidditcha, w szatni owszem, ale tak tutaj... Miał pewne obawy, że Hogwart jest dziś zbyt tłumny jak na takie swawole, w kazdej chwili mógł pojawić się tu ktoś, kto pragnął powspominać szkolną ligę quidditcha.
Sięgnął dłońmi do sznurków gorsetu, rozplątując górny węzel i wysuwając wstążki ze szlufek, jednocześnie rozluźniając gorset, zgodnie z żądaniem blondynki, a wtedy... znieruchomiał, słysząc jej słowa, zamarł w bezruchu i chyba jego serce także przestało bić. Znowu?, cisnęło mu się na usta, lecz głos ugrzązł mu w gardle. Milczał dluższą chwilę. Ze mną?, chciał też spytać, ale nie był dość głupi, aby popełnić po raz wtóry ten błąd. Zbyt wiele dała mu dowód oddania, zbyt uparcie dążyła do tego, aby mimo licznych upokorzeń z jego strony, odrzuceń, afrontów, milczenia i krzywd, stworzyli rodzinę. Przed oczyma stanął mu chłopiec, którego widział kilkukrotnie, którego przyprowadzała przed oblicze Augustusa wbrew jego woli; wystarczyło jedno spojrzenie, aby dostrzegł na nim chłopca z fotografii, które jego matka trzymała w jakimś starym kufrze, bo nie była zbyt sentymentalna. Właściwie w ogóle nie była. Wypierał to od czterech lat. Wypierał z własnej świadomości i wypierał się przed innymi. Każdemu znajomemu, do którego Anastasiyi udało się dotrzeć i przekonać, że to jego syna urodziła, powtarzal, że coś sobie ubzdurała. Mało to blondynów w tym kraju? W głębi ducha jednak wiedział. W głębi ducha wiedział to od pierwszego spotkania z tym chłopcem, lecz nie potrafił i nie chciał się do tego przyznać. Nie był gotów na założenie rodziny. Nie był gotów na przyjęcie odpowiedzialności jaką jawiła mu się rola męża i ojca. Chciał być wolny, niezależny i niespętany żadnym zobowiązaniem, żadną obietnicą i przysięgą. Może poza Mrocznym Znakiem na przedramieniu, znaczenia którego Nastyi nigdy nie wyjawił, tłumaczył, że to wyłącznie taka ozdoba. Ileż jednak mógł w tym trwać? Wszyscy wokół powtarzali, że winien był się ustatkować. Wszyscy mężczyźni w jego rodzinie, będąc w jego wieku, mieli już co najmniej dwójkę, o ile nie trójkę dzieci. Patrzył też na Drew, na którego ludzie zaczęli spoglądać inaczej, kiedy wreszcie ożenił się z Lucindą, gdy przyszedł na świat ich syn - jak na kogoś dojrzalszego, bardziej godnego szacunku. Jakby znalazł się wyżej w hierarchii społecznej, nie tylko przez wzgląd na karierę polityczną, ale po prostu dojrzalszą rolę jaką przyjął. A on, Augustus, nie zamierzał być postrzegany jako wieczny chłopiec.
Czarodziejów czystej krwi było zbyt niewielu. Ich populacja kurczyła się nieustannie, a Anastasiya bądź co bądź była przecież czystej krwi, ponadto była półwilą, władającą silnym urokiem, czego doświadczył na własnej skórze... Z nią u boku stałby się wręcz statecznym, dojrzałym mężczyzną, ponadto - obiektem zazdrości, skoro usidlił zachwycającą pólwilę... W jego głowie pojawił się więc plan. Plan nie mający nic wspólnego z miłością i szczerym uczuciem, o jakich marzyła ona; w tym, co zamierzał uczynić tkwiła raczej chłodna kalkulacja, która dokonywała się w jego głowie na przestrzeni ostatnich tygodni. Nosił się z tym zamiarem od kilku dni, lecz jej list, tragiczna pomyłka co do nazwy ukochanej drużyny, jedynie wszystko odwlekła, lecz teraz... Postawiła go w sytuacji wręcz idealnej. Co prawda nie spodziewał się, że usłyszy właśnie to, nie był gotowy do roli ojca jednego syna, co dopiero dwójki, lecz...
- Nie będzie musiał o to pytać - wyrzekł Rookwood głucho, a swój własny głos słyszał tak, jakby te słowa wypowiadał ktoś inny, jakby on sam stał z boku i słuchał siebie ze szczęką na murawie. - Odwróć się - zażądał od niej i nie czekając, aż zrobi to sama, pociągnął ją za ramię, zmuszając, by zrobiła. Jednocześnie drugą dłonią sięgnął do wewnętrznej kieszeni szaty. - Ja... - ja co? Zamilkł na chwilę, szukając odpowiednich słów, nigdy nie był dobrym pocieszycielem. - Nie płacz - poprosił, kciukiem wycierając łzę z kącika jej oczu, po czym ujął kobiece dłonie we własne - i wsunął w nie to, co miał wcześniej w kieszeni. Czerwone, iskrzące pióro, niemal ciepłe w dotyku. - Wszystko się ułoży - obiecał Augustus. Kąciki ust uniosły się w zachęcającym uśmiechu i włożył w to całą siłę woli, aby wyglądał szczerze, choć wcale nie było mu do śmiechu. Strasznie działał mu na nerwy płacz dzieci. - Wyjdziesz za mnie - powiedział. Nie prosił, nie pytał o zgodę, po prostu stwierdził fakt. On decydował i podkreślał to na każdym kroku. Mógł poprosić o jej rękę, tylko po to, aby tradycji stało się zadość, lecz nie teraz, nie tutaj, nie w takiej sytuacji. I tak przecież znał odpowiedź. Był bowiem święcie przekonany, że Anastasiya prędzej umarłaby, niż odpowiedziałaby mu nie. - I będziemy rodziną.
Przez ostatnie słowo niemal zrobiło mu się słabo, lecz wyrzekł je z niezmiennym uśmiechem na ustach, patrząc jej głęboko w oczy. Potrafił kłamać, robił to już wielokrotnie, nigdy jednak nie obiecywał jej tego, co obiecywał jej teraz. Odjął prawą dłoń od rąk półwili, aby wpierw pogładzić jej blady policzek, a później położyć dłoń na swoim sercu.
- To koniec gier.
Albo dopiero początek.
Wygramy, a jak nie, to przynajmniej rozwalimy kilka łbów
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Anastasiya Trubetskoy
Czarodzieje
si tu n'existais pas déjà
je t'inventerais
Wiek
29
Zawód
utrzymanka i matka
Genetyka
Czystość krwi
potomkini wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
16
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
5
15
Siła
Wyt.
Szybkość
10
5
10
Brak karty postaci
15-02-2026, 21:31
Cienka, przewiewna tkanina balowej sukni majestatycznie falowała wzdłuż kostek, a wygrzebane z odmętów szafy szpilki błyszczały srebrzyście, podobnie do jej upiętych włosów, podobnie do lśniącego gorsetu, który w domu tak gorliwie zawiązywała. I to szarpanie za sznurki zdawało się bodaj znamienną częścią tego kobiecego rytuału, pachnącego sypkim pudrem do twarzy i lakierem do włosów, poświęconego zmysłowym pachnidłem o sercu z paczuli, namalowanego czernią maskary do rzęs oraz czerwienią pomadki; zdawało się, bo w kontrolowanym ruchu palców była jedna jeszcze intencja, odmienna od myśli, że na tu i teraz potrzebuje zgrabnej talii osy.
Refleksja, że w duchu wcale nie chciała tej ciąży, tego dziecka, tego płaczu, tych pieluch; refleksja, że tak naprawdę nigdy nie odnajdywała się dostatecznie w roli troskliwej i wyzbytej egoizmu matki, a nabyte przez ostatnie lata doświadczenia wcale nie miały tego zmienić. Jego obecność, jego pieniądze, a nawet ta nigdy przy nim niezaznana, zupełnie wyimaginowana stabilność, dzięki której czuć by się mogła wreszcie bezpiecznie, wreszcie normalnie, były na tyle odległe, że właściwie w ogóle ich nie rozważała.
I choćby przez moment przy nich nie trwała, zasłyszawszy tylko od uzdrowiciela o drugim dziecku, całkiem mimowolnie ― jakby ciało i umysł działały wbrew jej deklarowanym marzeniom ― chciała się go, tak po prostu, pozbyć.
Więc nie zwlekając długo, napisała pokrętną prośbę Earnestowi, by chwilę później ― nie znosząc jego aroganckiego wścibstwa ― posłać intymny list do Antonii; więc nie czekając długo, od swej powierniczki otrzymała truciznę z miesięcznika, a potem ukryła pod ruchomym panelem podłogi w sypialni, z dala od świadomości i oczu Charliego. Tylko widmo jego roześmianej buzi, jego iskrzących się oczu, powstrzymało ją przed wypiciem jej od razu; tylko naiwność nakazała zawczasu poinformować ojca ― nim świadomie, odrzucona przezeń po raz wtóry, nie zakończy przedwcześnie tego, co obydwoje nierozsądnie zapoczątkowali.
Bo gdyby wykpił ją i tym razem, nie zadrżałaby jej przy tym nawet powieka; bo gdyby odtrącił ją i tym razem, nie myślała już więcej do niego wracać ― nigdy, nigdy, już przenigdy. Tak postanowiła i tego postanowienia zapragnęła się trzymać; tak postanowiła i po tej krótkiej rozmowie z Rookwoodem kierowałaby się pewnie na powrót do zamku, oczekującym spojrzeniem szukając w tłumie znajomej twarzy Vincenta ― tylko po to, by odprowadził ją do domu, tylko po to, by w jej towarzystwie spędził tę ostatnią kwietniową noc. I wcale nie jedyną ― bo cicho życzyła sobie oglądać go jutro, pojutrze i po pojutrze; bo tam, na parkiecie Wielkiej Sali, bynajmniej nie rzucała słów na wiatr, pojmując wreszcie, co tak naprawdę powinna była zrobić.
Zawalczyć o siebie, wymieniała pomiędzy szczerym uśmiechem jednym i drugim, posyłanym mu pomiędzy krokiem trzecim i czwartym.
Zawalczyć o ciebie, dodawała ciszej, niepewna jeszcze, czy ten gotów będzie otworzyć na nią swoje, bądź co bądź, popękane serce.
Zawalczyć o nas, postanawiała już pewniej, jakby cień jego admiracji oraz jej beztroski ― dziś wyraźniejszy niż kiedykolwiek przedtem ― odważnie podjął decyzję za nich obydwojga.
Więc w pierwszej chwili ― gdy niespodziewanie Augustus zagrzmiał tam obecnością, roszcząc sobie do niej prawa ― jej chichot był tyle skonsternowany, co i szaleńczy; bo przecież z ich wspólnego obrazka wymazała go na dobre, zanim ten zechciałby się po raz kolejny nią zabawić, bo przecież ― w matni nieetycznej potrzeby aborcji, snach o łyżwiarstwie i pełnej rodzinie ― na jego miejsce arbitralnie wkleiła już wizerunek Rinehearta.
A z drugiej strony ― tak dziwacznie, tak niezrozumiale ― w oczach byłego upatrywała przecież niezmiennie śladów wyjątkowego uczucia. Mylnie kojarzyła je z miłością, choć w istocie więcej w nim było namiętności, pociągającej adrenaliny, może i jakiegoś młodzieńczego sentymentu; mylnie nazywała je kochaniem, choć po prawdzie bliżej mu było do niezdrowego, obsesyjnego przywiązania do iluzji. Do tych kojących wspomnień, w których ubóstwiał ją, wiedziony urokiem i zarazem całkowicie trzeźwy, adorował, komplementował i doceniał; do tych ładnych migawek retrospekcji, w których jego impulsywność ustępowała łagodności, w których jego oczy gubiły grozę, a usta rozwierały się w dojrzałej konstatacji. Wbrew temu co często zwykł postulować, zdawało jej się wiecznie, że i on wierzy w wiążące ich ciasno nici przeznaczenia; wbrew temu, co nakazywał zdrowy rozsądek, ona lubiła losowi pomagać, więc starym zabobonem, zaklęciem, niekonwencjonalną klątwą, wreszcie ― skonkretyzowaną rutyną, od niespełna pięciu lat wpisywała ich obydwoje w jego ramy.
Bo przed nim i po nim miała już przecież wielu, ale żaden nie był nim, żaden nie był jej pisany; dziś na chwilę uwierzyła, że omam ten spełzł już z jej powiek, wpuszczając do duszy objaw otwarcia się na kogoś innego, ale on, znowu on, strząsnął go z jej piedestału, samemu się na nim usadawiając.
― Pff, nikt nie mówi o dziwkach! Nie wydałbyś na nie zaplutego knuta, jesteś na to zbyt dumny i zbyt skąpy ― tu zaśmiała się teatralnie, choć jej głos nie był już wysoki i nieznośnie drżący ― momentalnie stał się na powrót niski i gardłowy, jakby próbowała odnajdywać w tym absurdzie jakieś szczątki rozsądku, jakby wstydziła się nagle, że wywlekła ten temat na wierzch, ponownie kąsając go za to pretensją. ― Miałam na myśli te twoje rude lafiryndy ― tę z pracy i tę, którą w marcu osobiście wyprowadzałam z twojego salonu. Ile ich jeszcze jest? ― dopytała, choć podobno temat ten nie obchodził jej wcale; na samą tylko myśl, kogo mógłby jeszcze wymienić, dostała bólu głowy, a w klatce ją zakłuło, ale objaw ten wygodnie zignorowała ― zaledwie na chwilę, bo już za moment zwielokrotnione tętno przyspieszało, kolana słabły, oczy poszukiwały ostrości, a usta ― na jednym wydechu recytowały wyznanie, którego tak bardzo się obawiała.
Lęk nakazał więc jej milczeć, niemym westchnieniem łaknąc świeżego powietrza, przywracającego trzeźwość przemyśleń i siłę w nogach; poluzowany gorset sukni nieznacznie zsunął się z jej piersi, nieznacznie pogłębiając odsłonięty dekolt, ale zaraz poprawiała go już z powrotem, teraz dopiero orientując się, że w damskiej toalecie omyłkowo zostawiła swoją elegancką kopertówkę. Zrezygnowanie stało się więc tylko głębsze, frustracja ― wybrzmiała kolejnym, przydługim oddechem, nim ten nie przemówił wreszcie dyrektywą, szarpiąc ją za ramię i postanawiając coś całkiem odwrotnego do tego, co usłyszała odeń kilka lat temu.
Nie będzie musiał pytać.
Nie płacz.
Wszystko się ułoży.
Patrzyła mu w oczy, gdy mówił to tak miękko, gdy zwracał się do niej tak ludzko; patrzyła i nie dowierzała, łaknąc więcej, nie przerywając, nie protestując, nie negując ― bo najwyraźniej naprawdę się zmienił. I pomyślała tak być może przez magiczne pióro wetknięte jej pomiędzy palce, które ściskała nieświadomie, by wreszcie upuścić pod ich nogi; i pomyślała tak być może wyłącznie przez własną łatwowierność, tak długo oczekującą na podobne słowa, na analogiczne deklaracje.
A jednak najsampierw zwątpiła, gdy tylko padły trzy następne zdania.
Wyjdziesz za mnie. I będziemy rodziną. To koniec gier.
― P-przestań ze mnie żartować, Augustusie, bo to jest już naprawdę podłe ― stwierdziła cicho i pokręciła głową w zaprzeczającym geście, jakby chciała obudzić się z tego nieprawdopodobnego snu, jakby doświadczana na twarzy jawa nie była niczym więcej od paskudnej bajki, usypiającej jej co dzień na dobranoc. ― Ja nie żartowałam, więc i ty bądź poważny, choć na chwilę ― poprosiła, dodając do tego krótkie, wyzbyte złości, badawcze zapytanie: ― To jakiś żałosny zakład z kolegami? Zemsta za to, co powiedziałam na parkiecie? ― Przecież wiem, że nie chcesz brać ślubu, przecież wiem, że nie lubisz dzieci, mogłaby dodać, ale powstrzymała się; zamiast tego ujęła boki jego twarzy w dłonie i przemówiła ponownie:
― Spójrz mi w oczy i obiecaj to jeszcze raz ― zażądała spokojnie, choć serce dudniło jej w piersi jak młot; kciukiem pogładziła go po policzku, tak jak on uczynił to z jej łzą sprzed chwili, dodając: ― Spójrz mi w oczy i obiecaj, że już nigdy nas nie zostawisz; mnie i Charliego.
Bo nic innego mnie już przy tobie nie zatrzyma.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Augustus Rookwood
Śmierciożercy
paint me as a villain
Wiek
32
Zawód
właściciel pubu, przestępca, oszust
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
5
16
OPCM
Transmutacja
7
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
15
10
Brak karty postaci
11-03-2026, 20:41
- Nie jestem skąpy - odparował Rookwood, a jego głos otarł się o ton obrażonego nastolatka, któremu zarzucono, że rzucił łajnobombą w nauczyciela - bo przecież on nią nie tylko rzucił, ale i bezbłędnie trafił, a rozmówca ujmował mu zasług. Nie uważał się za człowieka skąpego i mało kto, kto go znał, użyłby tych słów względem niego, znając słabość Augustusa do zabawy, hazardu i swawoli. Na swoje zachcianki i kaprysy nie żałował sobie galeonów (chyba, że czekała go poważna inwestycja - wówczas zdarzało mu się nieco przycisnąć pasa), podarowując prezenty bywał też hojny, o czym Trubetskoy powinna była pamiętać, bo niespełna dwa tygodnie wcześniej otrzymała od niego podarki urodzinowe. Otwierał już usta, aby jej o tym przypomnieć i podkreślić ogromną różnicę pomiędzy skąpstwem, a asertywną odmową łożenia na utrzymanie nieswojego dziecka (dotychczas nie uznawał przecież własnego ojcostwa - ani przed nią, ani przed nikim, a przede wszystkim nie przed sobą samym), lecz znów wywlekła na wierzch tamten wieczór, gdy włamała się do jego domu i nakryła z kochanką. Nie miała prawa mu tego wypominać, do niczego nie zobowiązywał się przed pierwszym marca, wtedy był wolnym i szczęśliwym kawalerem. - Nie mam żadnych lafirynd na boku - wyrzekł niemal beznamiętnie, wiele siły woli wkładając w to, aby pomiędzy głoski pod żadnym pozorem nie wkradło się znużenie. Słyszał już podobne obelgi, zarzuty i wyrzuty setki razy z jej strony, nic sobie z nich nie robił, nie miał najmniejszego zamiaru się zmieniać.
Zmieniłem się, wyszeptał jej jednak do ucha zaledwie kilkanaście minut wcześniej.
To nawet połowicznie nie była prawda. Od kilku tygodni kiełkowała w nim myśl o tym, aby diametralnie zmienić swoje zachowanie względem Nastyi, a fałszywie składane jej obietnice przekuć w realny czyn, lecz nie miało to żadnego związku z jego duchowym odrodzeniem i mistyczną przemianą. Nie zaznał katharsis, nikt nie wyciągnął mu kręgosłupa moralnego, nie wyprostował i włożył od nowa, teraz we właściwej pozycji, nie uświadomił sobie też, że pochodząca ze wschodu półwila jest jego jedyną i prawdziwą miłością. Nic z tych rzeczy. Wszystko to było chłodną kalkulacją, rachunkiem zysków i strat, które analizował odpychając od siebie niechęć do zobowiązań i wizję małżeńskich kajdanek. Tego wiedzieć nie musiała, nawet nie powinna była, inaczej rychło powróciłaby do tego złamasa, który został sam jak kołek na środku Wielkiej Sali. Rookwood gryzł się więc w język, starał panować nad mimiką, najdrobniejszymi nawet gestami jakie mogłyby go zdradzić. Nie odwracał wzroku, gdy Nastya patrzyła mu prosto w oczy. Każdy jego gest wydawał się czuły i pełen troski, kiedy oddawał jej pióro feniksa (na całe szczęście, że zapomniał go wyciągnąć z tej kieszeni...) i ścierał łzy z policzków. Spojrzenie tylko na chwilę uciekło za czerwienią tego pióra, spadającego na ziemię, a na usta cisnęła się oburzona uwaga, że ono było drogie, lecz darował sobie.
- Nie żartuję sobie - żachnął się znów, tym razem nie zapanował nad tonem głosu i zabrzmiała w nim uraza. Naprawdę starał się brzmieć wiarygodnie i poważnie. Znów powstrzymał chęć przewrócenia oczyma. Przestąpił z nogi na nogę; nie lubił, kiedy coś nie układało się po jego myśli, a w męskiej wyobraźni Anastasiya właśnie rzucała mu się na szyję piszcząc z radości, skoro właśnie spełniał jej marzenie, raziła więc go jej niewdzięczność w tamtym momencie i zarzut niebycia poważnym, lecz dalej - wytrwale - grał swoją rolę. Zdusił w sobie irytację,
- Nie żartowałbym tak - znów skłamał, bo zrobił to już kilkakrotnie. Nie w takich słowach, nie tak dosadnie i dosłownie, ale jednak. Skoro jednak powiedział, że się zmienił, to powinna była potraktować jego słowa również poważnie, czyż nie? - Mówię poważnie. To, że dziś nie mam przy sobie pierścionka, nie oznacza, że nie mam go wcale - mówił tonem cierpliwym i niemal łagodnym, niewłaściwym dla jego prawdziwej natury, koniecznym jednak dla dobra tej sceny jaka rozgrywała się na boisku quidditcha. Zawsze odnosił sukcesy w tym miejscu i ten wieczór nie mógł być wyjątkiem, nawet jeśli nie miał miotły między nogami. Tym razem on powinien znaleźć się między nogami - a konkretnie między nogami Nastyi, lecz na to jeszcze przyjdzie pora - kiedy chwyciła go za policzki, stwierdził, że jednak połknęła ten haczyk. - A kiedy miałbym się z kimkolwiek założyć, skoro prosto z parkietu przyszliśmy tutaj? - przypomniał jej przytomnie. Nie miał przecież okazji, aby doszło do podobnego zakładu przez to, co powiedziała na parkiecie. - To co powiedziałaś na parkiecie puszczę w niepamięć - stwierdził łaskawie. - Zaczniemy od nowa - oznajmił, jakby jedynie od podejmował decyzję; a przypomniawszy sobie o tym, że chciała tego przed dwoma miesiącami i wówczas obiecał jej, że tak właśnie się stanie, szybko się zreflektował. - Tym razem jak należy. Pierścionek czeka na odpowiedni wieczór - dodał prędko, a kącik ust uniósł się w uśmiechu wyżej - ów pierścionek czekał w jednej ze szkatułek matki. Ojciec wsunął jej go na palec trzydzieści pięć lat temu, a ona po ślubie go zdjęła. Był rodzinną pamiątką, nosiło go przed nią co najmniej kilka żon Rookwoodów, od lat czekał na narzeczoną Augustusa - i najwyraźniej powinien był go stamtąd wreszcie zabrać.
- Obiecuję, że już nigdy nie zostawię ciebie i Charliego - odpowiedział tonem uroczyście poważnym, spoglądając w oczy Nastyi z mocą i determinacją, jakby samym tym spojrzeniem pragnął ją zawstydzić i znów stłamsić, zawstydzić myślą o tym, że w ogóle śmiała posądzić go o podobne niecne podstępy względem niej. - Ty i.... nasz syn - czuł jak zasycha mu w gardle, gdy wypowiada te słowa - po raz pierwszy określając w ten sposób Charliego - i ten który się narodzi... Nie będziecie sami, bo będziemy rodziną - uściślił.
Skłamałby znów mówiąc, że jego własny plan go mimo wszystko nie przeraża. Małżeństwo zawsze jawiło mu się jako klatka i niepotrzebne zobowiązanie, a teraz sam się do niej pchał.
Wygramy, a jak nie, to przynajmniej rozwalimy kilka łbów
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Anastasiya Trubetskoy
Czarodzieje
si tu n'existais pas déjà
je t'inventerais
Wiek
29
Zawód
utrzymanka i matka
Genetyka
Czystość krwi
potomkini wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
16
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
5
15
Siła
Wyt.
Szybkość
10
5
10
Brak karty postaci
13-03-2026, 00:16
Każda inna kobieta już dawno porzuciłaby widmo mężczyzny, który bezkompromisowo uczynił z niej swoją niewolnicę; każda inna, szanująca się kobieta już dawno związałaby się z takim, którego to ona uczyniłaby swoim niewolnikiem. Ta konkretna, blondwłosa, stojąca teraz w świetle miesiączka omiatającym szkolne boisko, miała do tego naprawdę imponujące zasoby; ta konkretna zdawała się pojmować to naprawdę dobrze, naprawdę całą sobą, a jednak przez gardło nie przechodziło jej dotąd tyle brzydkich myśli.
By Augustusa zostawić, zajmując się kimś innym; bo chyba nikt poza nim nie miał nigdy doprowadzić jej do takiej euforii, takich kryzysów, wreszcie ― takiego obłędu, jak potrafił to zrobić właśnie on.
By Augustusa sobie, tak po prostu, odpuścić; bo, po prawdzie, chwilami wolałaby już widzieć go martwym, niż istnieć w przekonaniu, że musiałaby się z kimkolwiek nim dzielić.
By od Augustusa najzwyczajniej się odciąć, wyjeżdżając na powrót do Francji; bo podjąwszy najsampierw taki trud, dalej pisałaby, płakałaby, tęskniłaby, oglądając co dzień jego dorastającą kopię i prędko pojmując, że jej życie utraciło właśnie jakikolwiek sens.
I często nie rozumiała już samej siebie, spoglądając w taflę zwierciadła a potem powtarzając jak mantrę to koniec, by później ― w obliczu kryzysu samotności czy bezsilności ― znowu wznawiała to, co czarem postanowienia jeszcze niedawno chciała podsumowywać; i często nie rozumiała już samej siebie, więc bezradnie nazywała to miłością, kochaniem, nowym uzależnieniem. Tym, które zastąpiło jej łyżwy i wódkę, sycąc podobną dawką adrenaliny, spełnienia, niekiedy też i niepowodzenia; tym, które wyznaczył jej los, a z nim przecież nie należało igrać.
― Nie masz? ― powtórzyła za nim z dziwną nadzieją, jakby wyjątkowo podobała jej się ta jego doraźna uległość; leciwy półuśmiech prędko jednak strąciła z twarzy, po raz kolejny przyjmując na twarz maskę pożądanej obojętności. Nie dam ci tej satysfakcji, zarzekała się w duchu, gdy niepewny krok dopiero to prowadził ich z parkietu na boisko; naprawdę?, podpowiadały jednak teraz myśli, znowuż zmiękczone jego obecnością, znowuż tak głupio i nienormalnie omamione każdym atomem jego istnienia, które w istocie przejmowało ją bardzo. Gdzieś w podbrzuszu łaskotała ją myśl, że zazdrośnie zainterweniował na oczach wszystkich, gdzieś przy naiwnej duszy, którą naprawdę łatwo było oszukać, skrzywdzić i zmanipulować, przylgnęła też blisko ta nienormalna powaga.
Powaga, którą ujął ją chyba za wszystkie te strzaskane atomy serca, chwilowo składając je w całość; powaga, której w ogóle od niego nie oczekiwała, a jednakowoż od niego otrzymała.
Powaga, która nie pasowała do niego wcale, a może nawet wydawała się alarmująca ― ale tego bynajmniej widzieć nie chciała. Zamiast tego widziała już przed oczyma to, co jej fantazja budowała nadzieją już od niespełna pięciu lat ― ją w roli żony i matki, jego w roli męża i ojca, z Charliem u boku, z psem na ganku ich domu, razem, razem, w końcu razem.
I pozwalała mu mówić, ciepłymi dłońmi gładząc jego policzek, jasnymi oczyma świdrując zaś te jego ― zakłamane i okrutne, ale dla niej przecież od zawsze piękne, od zawsze noszące jakąś dziwną łagodność, przez innych pewnie niedostrzeganą.
Cisza spętała ich na chwilę, gdy całemu złu najzwyczajniej zaprzeczył, gdy zgodnie z prośbą, tak po prostu, jej to wszystko raz jeszcze obiecał; ciszę przerwała w końcu jej własna, ostateczna dla całej sprawy, odezwa:
― Jeśli prędzej czy później okaże się, że to jakaś żenująca, szczeniacka farsa... ― wymruczała tuż przy uchu Rookwooda, jedną dłonią sięgając jego karku, drugą ― zabierając z męskiej twarzy i badając fakturę eleganckiej marynarki. ― ...to osobiście cię zamorduję ― uznała całkiem na serio, nawet jeśli jej ton wydawać się mógł teraz czysto figlarny; paznokcie podrapały go lekko po skórze, nozdrza nacieszyły wonią znajomych perfum, a usta ― spragnione, ale i wyraźnie zadowolone ― odnalazły wreszcie te jego, chcąc przypieczętować tę pozornie nieformalną umowę. ― A póki co... przypomnij mi, za co cię tak głupio kocham ― zasugerowała, a może poleciła?; nie znosząc sprzeciwów, złapała go za rękę i dopowiedziała:
― Odprowadzisz mnie, Augustusie... i dopilnujesz, bym tej nocy nie miała ani jednego powodu, by znów zacząć w ciebie wątpić. Zostań. Musimy... ponadrabiać zaległości.
Teraz, w łóżku i poza nim; jutro, przy śniadaniu i tuż potem; pojutrze ― w dzień i w nocy, bo nie oddam cię już z powrotem.

zt
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Augustus Rookwood
Śmierciożercy
paint me as a villain
Wiek
32
Zawód
właściciel pubu, przestępca, oszust
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
5
16
OPCM
Transmutacja
7
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
15
10
Brak karty postaci
16-03-2026, 15:34
- Nie - przytaknął jedynie, choć miał ochotę przy tym przewrócić oczyma i westchnąć z irytacją - bo ile mógł to powtarzać?
Czy było to kłamstwo? Zależy jak na to patrzeć. W mniemaniu samego Rookwooda nie, bo żadnej z lafirynd nie traktował poważnie i nie miał ich na boku, a w tym właśnie momencie interpretował posiadanie lafiryndy na boku jako posiadanie jej na stałe, a w tę definicję wpisywała się jedynie ona - Anastasiya. Wszystkie inne kobiety, które przewijały się przez jego łóżko (i nie tylko) to jedynie przelotne romanse. Zarówno Beth, jak i każda inna (niekoniecznie ruda, to nieprawda, że miał słabość do ognistowłosych, po prostu tak się zdarzyło) czarownica. I to się najpewniej nie miało nigdy zmienić, bo nie wyobrażał sobie pozostać wiernym jednej kobiecie, nawet takiej, którą darzyłby szczerym uczuciem - co w tym momencie wydawało mu się całkowicie niemożliwe. Rookwood nie wierzył bowiem w miłość romantyczną, a jedynie w pożądanie, fizyczną chemię i ewentualne psychiczne uzależnienie. W swym ponad trzydziestoletnim życiu miewał romanse, jedne bardziej ogniste, inne mniej, do niektórych czarownic zbliżał się bardziej, inne jedynie wykorzystywał, lecz nigdy nie nazwałby niczego, co go z nim łączyło miłością.
Wszystkie te kobiety - przeszłe, obecne i przyszłe - miały jednak pozostać tajemnicą, o której Anastasiya nie powinna była się dowiedzieć. Zwłaszcza w swoim stanie. Im mniej wiedziała, tym lepiej spała. Teraz po prostu musiał być ostrożniejszy. Zdecydowanie bardziej dyskretny i sprytny. To będzie wymagało małej gimnastyki umysłowej i logistycznej, lecz jakoś sobie z tym poradzi. Zresztą - nie martwił się o to teraz wcale, to zmartwienie na później; teraz skupiał się na niej, na tym, aby ją udobruchać i przekonać o swojej prawdomówności, o szczerości intencji i chęci do naprawy tego, co - jak zapewniała - zamierzała pozostawić za sobą, tak jak przekonywała go o tym w ostatnim liście.
Wiedział, że było to kłamstwo, że znów pisała bzdury (może pod wpływem wódki - jak zwykle) - i miał rację.
Dowiedzenie tego wymagało od Augustusa więcej niż zwykle, musiał postarać się zdecydowanie bardziej, aby przekonać półwilę do swego; przez krótką chwilę, zanim jeszcze wcisnął jej pióro feniksa do ręki, by jego magia pomogła mu wpływając na kobiecy umysł, napełnił go (jak przekonywał sprzedawca magicznych ingrediencji) wiarą i nadzieją w lepsze jutro, uczynił podatną na wpływy, wahał się, czy tym razem nie będzie od niego wymagała dłuższych starań, lecz ptaszyna nie zdołała wymknąć się z pomiędzy jego palców, w których zamknął ją kilka lat temu.
- Nic takiego nie będzie miało miejsca, najdroższa, obiecuję ci to - odpowiedział w podobnym tonie, przyciągając Nastyę bliżej siebie; poczuł zadowolenie, satysfakcję płynącą z tego, że znów miał ją w garści, a jego plan zadziałał skutecznie, choć wciąż zdawała się nieco powątpiewać - na co dowodem była ta głupiutka groźba. Naprawdę myślała, ze mogłaby mu uczynić krzywdę. Nie wyprowadzał jej z błędu, pozwolił wierzyć, że miałaby w tym starciu jakieś szanse, jeśli to poprawiało jej samopoczucie. Sukces jednak nie sprawił, że się rozluźnił. Zbyt swobodny mógłby wypalić coś głupiego, wyjść z roli, a teraz nie mógł sobie na to pozwolić - nie dziś, nie teraz. Nie, dopóki nie wsunie jej obrączki na palec i tym samym zamknie na zawsze w swojej klatce, skąd nie ucieknie, jeśli on jej na to nie pozwoli. A pozwoliłby na to jedynie po to, aby włożyć ją do trumny. Był staromodny, nie uznawał rozwodów, dlatego tym większy niepokój i lęk budziła w nim głęboko jego własna decyzja.
Trudno było jednak myśleć o konsekwencjach, kiedy znalazła się tak blisko. Półwili urok znów go ogłupiał. Znalazła się zbyt blisko, a jej zapach i miękkość skóry - jak zawsze - zawróciły mu głowie. Skinął więc głową, jakby to on był jej posłuszny, z rozanielonym uśmiechem, zgadzając się na to, czego żądała.
- Zatańczymy... najpierw w wielkiej sali, a później... zobaczymy - wymruczał niemal w jej usta, w które zaraz po tym wpił się z pożądaniem - najchętniej wcale nie wracałby już do wielkiej sali, na ten bal, na ten zjazd, a zabrał ją do swojej sypialni, lecz skoro już obiecał... Z trudem się odsunął, podając Nastyi elegancko ramię, aby mogli po chwili powrócić w stronę Hogwartu - tym razem idąc obok siebie.
I przed wejściem do sali, gdzie odbywał się bal, znów włożył na twarz maskę - tym razem materialną, zanim poprosił Nastyę do tańca.

| zt
Wygramy, a jak nie, to przynajmniej rozwalimy kilka łbów
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 20-03-2026, 06:16 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.