• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Walia > St Davids (Pembrokeshire)
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
15-06-2025, 20:50

St Davids (Pembrokeshire)
Najmniejsze miasto w Zjednoczonym Królestwie wygląda raczej jak wioska i właśnie tak woli być nazywane – niskie domy, piaszczyste uliczki, poczta, kawiarnia i katedra, która wydaje się zbyt duża jak na tak skąpą ilość mieszkańców. Ale stoi od wieków – z szarego kamienia, ciężka od historii, zaopatrzona w długą wieżę. W St Davids ludzie zdają się funkcjonować poza czasem. Sklepy zamykają się o zmierzchu i czasem otwierają dopiero po południu, ludzie mówią powoli, z akcentem miękkim jak trawa po deszczu. Tutejszy kamieniarz zna każde nazwisko na lokalnym cmentarzu, a mleczarka przywozi butelki w ciszy. Tu wszyscy się znają, tu słowa bywają czasami zupełnie zbędne. Miasto nie ma murów, ale każdy, kto tu dotrze, zostaje na chwilę w zawieszeniu. Jakby coś go poprosiło, by pozostał na dłużej.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
14-02-2026, 00:01
18 maja '62

Teleportacja potrafi czasem zrobić psikusa. Leopoldine Flint i Keith Croft doświadczyli tego na własnej skórze. Krótki, znajomy skok i zamiast znajomego punktu docelowego znaleźli się pośrodku rozległego, zielonego podwórza, pełnego świateł, girland i ludzi ubranych odświętnie, jakby wyjętych z majowego snu.
Muzyka ucichła na moment. Kilka par oczu zwróciło się w ich stronę. A potem ktoś się uśmiechnął. - Och! Już są! - zawołała jakaś kobieta, chwytając jedno z nich za rękę, jakby znała je od lat. - Państwo młodzi już po ceremonii, chodźcie, nie stójcie tak!
Zanim zdążyli zaprotestować, w ich dłonie wciśnięto kieliszki z jasnym, owocowym winem. Pachniało słodko, ciepło, beztrosko. Gdzieś obok, przy starym płocie i drzewach owocowych, rosła Floraconiuncta - wpleciona w wianki i dekoracje, niemal niezauważalna, a jednak obecna. Jej zapach mieszał się z winem i majowym powietrzem, sprawiając, że myśl o natychmiastowym zniknięciu… traciła na pilności.
Szybka próba teleportacji nie przyniosła efektu. Magia ślizgała się, jakby coś w tym miejscu ją rozpraszało albo jakby samo miejsce nie chciało ich jeszcze puścić.
Goście zaczęli zagadywać. Pytania padały jedno po drugim: skąd przyjechali, czy są rodziną panny młodej, czy pana młodego, jakie łączą ich wspomnienia. Trzeba było improwizować. Uśmiechać się. Odpowiadać półsłówkami. Trzymać się blisko siebie, by nie pogubić się w kłamstwach.
Kiedy muzyka znów ruszyła, ktoś pociągnął ich na środek. Taniec był szybki, wirujący, pełen śmiechu i przypadkowych dotknięć. Zbyt łatwo było zapomnieć, że są tu nieproszonymi gośćmi. Zbyt łatwo dać się ponieść atmosferze. Floraconiuncta działała cicho. Sprawiała, że spojrzenia zatrzymywały się dłużej, a myśl o tym, jakby to było stać po drugiej stronie ołtarza, pojawiała się zaskakująco naturalnie - nie jako plan, lecz jako niewypowiedziane pytanie.
A jednak wiedzieli, że nie mogą zostać tu na zawsze. Pytanie brzmiało tylko: czy odejdą natychmiast, gdy w końcu znajdą sposób… czy pozwolą sobie jeszcze na jeden taniec?

Zadanie jest precyzyjne: musicie wtopić się w otoczenie, zanim ktoś zorientuje się, że jesteście nieproszonymi gośćmi. Goście traktują was jak dalekich krewnych, zadają pytania, oczekują toastów, wspomnień i udziału w zabawach. Musicie utrzymać spójną wersję swojej obecności: improwizować wspólne historie, odpowiadać za siebie nawzajem i reagować na zaczepki tak, by nie wzbudzić podejrzeń. Gdy rozpoczynają się tańce, stajecie przed kolejnym wyzwaniem: zająć swoje miejsce na parkiecie, nie wyróżniając się, a jednocześnie pozostać razem, bo tylko w duecie jesteście w stanie kontrolować narastający chaos i znaleźć moment na bezpieczne odejście.

WŚCIBSCY GOŚCIE
Poniżej znajdziecie krótkie wstawki dialogowe - niektóre mogą przyprawić was o zawrót głowy, a inne… sprawić, że poczujecie przyjemne ciepło. Możecie wybrać te, które najlepiej pasują do waszej rozgrywki, albo pozwolić losowi zdecydować, rzucając 1k6 i odkrywając, co się wydarzy.

1. Ciocia z rodziny panny młodej:
Ciotka podchodzi z kieliszkiem wina, patrzy na was uważnie, po czym uśmiecha się ciepło. - Och, tak się cieszę, że dotarliście. Zawsze mówiłam, że najlepiej przychodzić na takie uroczystości we dwoje, bo wtedy wszystko jest jakieś… prostsze. - upija łyk i spogląda to na jedno, to na drugie. - A wy? Od dawna już tak razem trzymacie się świata?

2. Świadkowa (lekko podpita, bardzo bezpośrednia):
Świadkowa pojawia się obok, poprawia wianek, mierzy was spojrzeniem. - Dobrze was widzieć. Naprawdę. Widziałam was wcześniej, jak rozmawialiście - macie ten sam uśmiech i błysk w oku! - pochyla się konspiracyjnie. - To się ponoć zdarza tylko wtedy, kiedy ludzie są ze sobą… blisko. Zawsze tak było, czy to przez dzisiejszy wieczór?

3. Starszy wujek, który „zna życie”:
Wujek opiera się o stół, wzdycha, patrząc na parę młodą. - Wiecie, miłość to nie są wielkie słowa. To takie drobiazgi, ktoś pamięta jaką pijesz herbatę, ktoś inny wie, kiedy lepiej w ogóle się nie odzywać. - uśmiecha się pod nosem. - A wy? Które z was jest od tych drobiazgów?

4. Kuzynka, która wszystko zauważa:
Kuzynka siada obok, podaje wam kieliszki. - Nie musicie się martwić, nie zapytam kiedy ślub. - uśmiecha się znacząco. - Ale ciekawi mnie jedno… czy wy zawsze tak potraficie za siebie nawzajem kończyć zdania?

5. Pijany wujek w trakcie wolnego tańca:
Wujek kiwa się lekko, wskazuje na parkiet. - Patrzcie, to jest ta piosenka. Zawsze przy niej ktoś się zakochuje, nawet jeśli nie planował. - mruga do was. - I jak, czujecie już, że to ta?

6. Ktoś, kto myśli, że was zna:
Starsza kobieta podchodzi, ściska dłonie. - Tak dobrze was widzieć razem. Zawsze mówiłam, że wy dwoje macie w sobie coś… spokojnego. - marszczy brwi - Tylko przypomnijcie mi - kto kogo wtedy uratował?

Mistrz Gry nie kontynuuje z Wami rozgrywki. Miłej zabawy! Lucinda Macnair
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Keith Croft
Akolici
Wiek
23
Zawód
Pracownik restauracji
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
9
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
6
Siła
Wyt.
Szybkość
10
8
8
Brak karty postaci
16-02-2026, 21:16
Zdecydowanie nie tak zaplanował sobie ten dzień. Skończył prace wczesnym popołudniem i miał zamiar się udać do Londynu na małe zakupy. Chciał skoczyć na Aleję Alchemików i kupić kilka ingrediencji, które potem miał zamiar przejść się po Pokątnej i zajrzeć do jednego sklepu w poszukiwaniu nowej koszuli. Mógł to zrobić w Cardiff, ale skoro i tak już miał być w Londynie, to równie dobrze mógł tam nabyć nową część garderoby. Po pracy wziął prysznic, po czym włożył na siebie czyste, nie pachnące jedzeniem ubrania, jasną koszulę i ciemne spodnie. Pogoda dopisywała dzisiaj więc odpuścił sobie kurtkę. Przed lustrem poprawił sobie włosy, przybierając tym razem ciemny blond i zaczesując je do tyłu. Widząc swoje odbicie pokiwał głową z zadowoloną miną. Wyszedł z restauracji głównym wyjściem i przeszedł kawałek aby znaleźć dogodne miejsce do teleportacji. Rozejrzał się czy w okolicy nie szwendają się żadni mugole, po czym skupił się na celu swojej podróży i wykonał skok teleportacyjny. Znajome szarpnięcie w okolicy pępka i już po chwili jego nogi ponownie wylądowały na twardym podłożu, a w każdym razie tak mu się początkowo wydawało. Szybko jednak dotarło do niego, że ziemia wcale nie jest tak twarda jak Londyńskie chodniki. Rozejrzał się i zrobił wielkie oczy. To nie był Londyn, oj zdecydowanie daleko było temu miejscu do Londynu. Zieleń w około, piękne oświetlenie i pełno ludzi ubranych w pół oficjalne pół luźne ubrania. Usłyszał ciche nuty muzyki, a po chwili głosy skierowane w jego stronę. Moment, czemu zwracali się do niego w liczbie mnogiej? I dopiero wtedy zorientował się, że nie stoi sam. Tuż obok niego stała kobieta, mniej więcej w jego wieku i wyglądała na równie zagubioną co on. Co tu się wydarzyło właśnie? Czemu teleportacja zawiodła? Okey, może nie miał licencji, ale przecież nigdy wcześniej mu się coś takiego nie zdarzyło.
Ktoś ruszył w ich stronę, zaczął coś mówić o parze młodej. Na Merlina, czy on właśnie wparował nieproszony na ślub? Chyba jednak nikt oprócz niego tak tego nie postrzegał, chyba wzięli zarówno jego jak i tą kobietę za gości weselnych. Nawet nie zdążył sie odezwać kiedy został kieliszek z winem został mu wciśnięty w dłoń, podobnie jak jego towarzyszce. Wymienił z nią szybkie spojrzenia, po czym uśmiechnął się uprzejmie do osoby, która obdarowała ich alkoholem.
- Nie mam bladego pojęcia co się tu dzieje… - nachylił się do dziewczyny obok niego - ale jeśli nie chcemy zostać uznani za intruzów trzeba będzie zagrać w grę. - powiedział przyciszonym głosem, po chwili nad jej głową wymieniając z kimś skinienie głowy w formie powitania, kto to był, nie miał pojęcia - Jestem Keith. - dodał jeszcze na nowo kierując spojrzenie na dziewczynę, po czym lekko stuknął kieliszkiem o jej kieliszek.
Na Merlina, jak dobrze, że postanowił się przebrać przed wyjściem z domu, przynajmniej się teraz prezentował należycie i nie pachniał jedzeniem. Upił łyk wina, było słodkie, ale smaczne. Rozejrzał się po otoczeniu w poszukiwaniu jakiejś drogi wyjścia, może uda im się jakoś wybrnąć z tej sytuacji, może wymknął się chyłkiem i nikt nie zwróci na nich uwagi. Po chwili jednak jego spojrzenie padło na bawiących się ludzi i poczuł się jakoś dziwnie lekko. Może była to niecodzienna sytuacja, ale może by tak…nie trzeba było się zwijać…ale w sumie?
Zauważył, że ktoś idzie w ich kierunku. Jeśli zaczną się pytania mogą mieć problem. Nie miał pojęcia kim jest jego towarzyszka, nie wiedział jak idzie jej kłamanie i czy uda im się jakoś synchronizować, a będą musieli to zrobić chcąc nie chcąc. Na szczęście, chociaż zależy jak na to patrzeć, ktoś w ostatnim momencie wyciągnął ich na parkiet. Keith w ostatnim momencie zdążył dopić zawartość kieliszka, a kiedy znaleźli się wśród wirujących par, nie myślał dwa razy. Złapał ją za dłoń, po czym lekko do siebie przyciągnął, by po chwili poprowadzić ją w tańcu. Dziękował sobie w duchu za te wszystkie godziny spędzone na potańcówkach, bo nie miał teraz problemu żeby dopasować się do reszty gości, zwłaszcza, że muzyka szybko wpadła mu w ucho.
- Będzie trzeba poszukać jakiegoś wyjścia ewakuacyjnego kiedy nikt nie będzie nad nami siedział. - zwrócił się do dziewczyny patrząc na nią uważnie, ale jakoś mimowolnie uśmiechał się przy tym.
Obrócił ją w tańcu, by po chwili znów do siebie przyciągnąć. Starał się ich wtopić w tłum i chyba jak na razie mu to całkiem nieźle. Ludzie bawili się w około nich, brali za swoich, chociaż nie mieli pojęcia kim byli. Muzyka w końcu jednak ucichła i Keith ponownie złapał ją za dłoń i odprowadził na bok, po drodze chwytając dwa kieliszki z winem i podając jej jeden.
- Nie wiem…może podczas jakiś zabaw kiedy wszyscy będą skupieni na parze młodej? - uniósł brew ku górze zatrzymując się przy jednym ze stolików - Jakieś pomysły? - spytał cicho, kiedy w tym momencie stanął obok nich mężczyzna w średnim wieku, pewnie czyiś wujek.
Wujek oparł się o stół, westchnął ciężko, jakby z nuta nostalgii mając spojrzenie skierowane na parę młodą.
- Wiecie, miłość to nie są wielkie słowa. To takie drobiazgi, ktoś pamięta jaką pijesz herbatę, ktoś inny wie, kiedy lepiej w ogóle się nie odzywać. - uśmiechnął się pod nosem by w końcu spojrzeć na ich dwójkę - A wy? Które z was jest od tych drobiazgów? - padło pytanie.
Keith uśmiechnął się do niego uprzejmie, po czym udał, że się zamyśla nad odpowiedzią, jednocześnie szukając wzrokiem pomocy u towarzyszki.

rzut na wścibskiego wujka
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Leopoldine Flint
Czarodzieje
if i was the moon, would you still look for the stars?
Wiek
23
Zawód
wschodząca gwiazda baletu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
13
16
20
Brak karty postaci
01-03-2026, 13:08
Po skończonej próbie miała wrócić do Margate;  ostatnie dni jej życia były tak bardzo intensywne, że rezydencja rodowa Flintów stała się dla niej niespodziewanym azylem. Począwszy od dziwnego snu, którego konsekwencje ciągnęły się za nią jeszcze na początku tygodnia, przez wszystkie listy, które wymieniała z panem Carrow, do samego narzeczeństwa, które z perspektywy stało się już naprawdę realną możliwością — ze spokojem można było przyznać, że miała naprawdę sporo na głowie. Zamierzała zaszyć się w namiastce domowego zacisza albo udać się na tor wyścigów konnych, choć tak naprawdę nie była pewna, czy odnajdzie tam swojego bliźniaka. Niemniej jednak, w garderobie teatru Arkadia założyła na siebie jasnobłękitną, jedwabną suknię do ziemi, o delikatnym dekolcie łódkowym, który odkrywał zarysowane obojczyki tancerki. Suknia ta miała wycięcie na plecach, głębokie, ale poprowadzone ze smakiem; miało ono odkrywać linię kręgosłupa baletnicy. Sukienka ta należała do jednej z jej ulubionych. W Leningradzie nie miałą wielu okazji do zakładania jej, tamtejszy klimat był zdecydowanie bardziej chłodny, a wiosna nieporównywalnie krótsza. Maj na Wyspach Brytyjskich potrafił być jednakże na tyle urokliwy, że wiosenny, ciepły wiatr nie wywoływał ciarek, nie zmuszał do zarzucenia na siebie kolejnego artykułu odzieży. Wręcz przeciwnie, sprzyjał myślom o zabawie, o radości, która w życiu Leopoldine wydawała się być... Nieosiągalna.
Może to było tylko złudzenie?
Powstała z zajmowanego miejsca i przymykając oczy, skupiła się na swojej destynacji. Na zielonym polu, na skraju plaży w Margate. Znajome szarpnięcie w okolicy pępka przygotowało ją na pojawienie się w wyobrażonym sobie miejscu, tak, jak magia czyniła to wielokrotnie. Jej stopy dotknęły, zgodnie z przewidywaniami, miękkiego, trawiastego podłoża. Nim otworzyła oczy, uśmiech zadowolenia zakwitł na jej wargach. Inne zmysły wysyłały sygnały odrobinę opóźnione, dlatego najpierw wzięła głęboki wdech powietrza — pachnącego kwiatami, szczęściem i owocowym winem, nie zaś solą morską. Zamiast niedalekiego szumu fal i szmerów wiatru do jej uszu docierała wesoła muzyka, zachęcająca wciąż rozgrzane ciało do dalszych pląsów. Czyżby padła ofiarą i trafiła na przyjęcie—niespodziankę? Urodziny miała w grudniu, mieli środek maja. Zaskoczona otworzyła wreszcie oczy, aby dostrzec, że z pewnością nie znajdowała się w Margate. Wpadła, przypadkiem, na czyjeś przyjęcie, należało więc równie dyskretnie się z niego wydostać, czyż nie? Ale nim zdążyła zareagować, słyszała już głosy; już są!, liczba mnoga. Rozejrzała się wokół, tuż obok niej znajdował się nietypowy, jak na Wielką Brytanię walczącą z imigracją gość; mężczyzna chyba w jej wieku, o wschodnich rysach twarzy i włosach koloru ciemnego blondu. Sądząc po jego minie, również musiał trafić tutaj przypadkiem.
Nie było czasu na zadawanie pytań, w szczególności dlaczego, jak i po co. Wciśnięte w dłonie nietypowej bądź co bądź pary kieliszki z winem były zaproszeniem do wspólnej zabawy. Podziękowała uprzejmie, ze wciąż kołatającą się w głowie myślą, że należy po prostu niepostrzeżenie zniknąć z zabawy, aby nie psuć jej — jak się okazało — młodej parze. Jasnym było, że nieznajomy mężczyzna u jej boku również zjawił się tutaj przypadkiem; byli więc kamratami w tej małej, towarzyskiej zbrodni, co potwierdził również w swoich pierwszych słowach.
— Ja też nie wiem — odpowiedziała z rozbrajającą szczerością, uśmiechając się do mężczyzny, zupełnie tak, jakby znali się od lat; umiejętności aktorskie z przedstawień baletowych miały okazać się tego wieczoru szczególnie potrzebne. — Teraz wszyscy na nas patrzą. Musimy się trochę pobawić, pozwolić im oswoić się z naszą obecnością. Potem... Potem wtopimy się w tłum i znikniemy — zaproponowała mu ściszonym szeptem, nadstawiając kieliszek z winem do stuknięcia. Szkło odpowiedziało pięknym, pasującym do okazji i okoliczności brzdęknięciem. Wino zaś smakowało jak odsunięcie od siebie odpowiedzialności. Jak rozerwanie kajdan, jak promień słońca padający na trzęsące się z zimna ciało. Ledwie powstrzymała się przed kolejnym łykiem, nie rejestrując nawet, że nagła chęć powrotu przestała być aż tak... Nagła.
W otoczeniu pięknych, kwiatowych dekoracji, lekkości bytu powodowanej radością z okazji małżeństwa dwójki młodych ludzi, mieli grać w towarzyską grę, jakby byli przestępcami. A przecież radość z cudzego szczęścia (nawet w przypadku, gdy zjawiali się gdzieś bez zaproszenia!) nie była przecież czymś inherentnie złym.
— Mam na imię Leopoldine — wyznała wreszcie, z zaskakującą lekkością. Ciało same zaczynało reagować na dźwięki muzyki, kobieta na ten moment ograniczała się do przenoszenia ciężaru ciała z jednej nogi na drugą. Najchętniej chyba porwałaby teraz nieznajomego Keitha do tańca, ale ktoś nadchodził z naprzeciwka, wyraźnie w ich stronę. Upiła kolejny łyk wina, na równi z Keithem, a kieliszek odłożyła wprost na tacę przechodzącego obok kelnera. W doskonałym momencie, bowiem jej skromne, niewypowiedziane marzenie właśnie się spełniło. Goście najwidoczniej pragnęli dojrzeć ich w tańcu, Keith stanął na wysokości zadania. Nie wyrywała dłoni z jego uścisku, tę drugą, wolną, ułożyła natomiast na jego barku, pozwalając się prowadzić w tańcu. Mężczyzna mógł zauważyć, że porusza się naprawdę zwiewnie, jakby w ogóle nie dotykała ziemi.
Taniec dodawał jej odwagi, taniec odsuwał wszystkie problematyczne myśli na bok. Gdy więc jej partner szeptał kolejne plany wydostania się z owej sytuacji, Leopoldine była już w innym świecie. Odrzuciła głowę w tył, a wraz z nią kaskadę jasnobrązowych loków. Zaśmiała się — dźwięcznie, szczerze, w dziewczęcej beztrosce. Wystarczył jej bowiem uśmiech Keitha, już pal licho z tym, o czym mówił. Czuła się w jego towarzystwie... zaskakująco dobrze.
— Później go poszukamy. Teraz tańczmy — czy miał jej za złe zbywanie konieczności ucieczki? Miała nadzieję, że nie. Odsunęła się od niego w obrocie, by później pozwolić się przyciągnąć; obracała się wokół własnej osi, aż wreszcie zatrzymała się, stykając się nagą skórą pleców z materiałem kryjącym klatkę piersiową mężczyzny. Zostało im jeszcze kilka taktów, nim muzyka ucichła na moment, a goście rozpierzchli się wokół parkietu, zajęci głównie kosztowaniem wina i wspólnymi rozmowami.
Zdążyła ledwo otworzyć usta, by spróbować odpowiedzieć na pytania Keitha, gdy obok nich pojawił się starszy czarodziej, wyglądający jak czyiś wuj. Zatrzymał się przy stole, naprzeciwko kwiatu, którego półwidoczny pyłek osiadał właśnie na włosach, skórze i ubraniach pana Crofta i panny Flint. Słowa, które wypowiadał sugerowały, że według niego byli zakochaną parą. Nie rozumiała, skąd takie wrażenie i czy niedługo w scenie, którą grali nie pojawi się prawdziwa para, której tożsamość przyjęli na moment Leopoldine i Keith. Widziała spojrzenie tego ostatniego, które posłał jej zastanawiając się nad odpowiedzią. Tyle wystarczyło.
— Och, zdecydowanie on — niemalże wyszczebiotała, układając spokojnie głowę na ramieniu mężczyzny; spoglądała tak na niego z dołu przez moment, nim wróciła spojrzeniem w kierunku znającego życie wuja. — Gdyby nie Keith, już dawno utonęłabym w chaosie. Ma wręcz legendarną cierpliwość, jest tak wyrozumiały, że... Czasami zastanawiam się, co on we mnie takiego widzi, że nie ma mnie dość — zaśmiała się raz jeszcze, splatając ze sobą ich dłonie w uścisku, dla zwiększenia wrażenia intymności. Wuj wydawał się ustatysfakcjonowany ową odpowiedzią. Przed odejściem dalej pokiwał głową, uniósł swój kieliszek z winem do góry i po stuknięciu się z Keithem i Leopoldine, wypili wspólnie zdrowie młodej pary.
Gdy pozostali na moment sami, Leopoldine nie mogła już powstrzymać się od szerokiego uśmiechu. Zastrzyk adrenaliny sprawił, że była gotowa na jeszcze więcej scenek do odegrania, ba — znajdywała motywację, aby wymyślać jeszcze bardziej wiarygodne kłamstewka, które zbudują ich wspólny wizerunek jako wzorowej pary.
— Było całkiem przekonująco, prawda? — spytała, spoglądając wprost w twarz Keitha; dopiero po sekundzie zorientowała się, że wciąż trzyma go za dłoń. Puściła ją z przepraszającym uśmiechem, mając niewypowiedzianą nadzieję, że młody mężczyzna nie będzie miał jej za złe naruszania jego granic dla celów utrzymania ich przykrywki.
Los miał na nich inny pomysł, bowiem już z daleka widać było, że przez tłum gości przebija się delikatnie przygarbiona, starsza kobieta. Gdy wreszcie znalazła się przy nich, obrzuciła ich spojrzeniem, w którym coś zdradzało, że ich pamiętała, choć tak naprawdę nie mogła. Uścisnęła ona najpierw dłonie Leopoldine, później Keitha, nim zaczęła mówić:
— Tak dobrze was widzieć razem. Zawsze mówiłam, że wy dwoje macie w sobie coś… spokojnego. — marszczyła brwi — Tylko przypomnijcie mi — kto kogo wtedy uratował?

| rzut
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Keith Croft
Akolici
Wiek
23
Zawód
Pracownik restauracji
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
9
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
6
Siła
Wyt.
Szybkość
10
8
8
Brak karty postaci
02-03-2026, 18:12
Z każdą chwilą spędzoną na parkiecie tracił mimowolnie chęć opuszczenia tego miejsca. W całej tej sytuacji było coś wyzwalającego. Nawet jeśli nigdy wcześniej nie zdarzyło mu się wtargnąć nieproszonym na żadne przyjęcie, to w tym momencie jakoś przestawał się powoli tym przejmować. Wszyscy traktowali ich jakby byli w odpowiednim miejscu, nikt nie patrzył na nich podejrzanie, byli serdeczni, uśmiechnięci i świętowali wspólnie piękny dzień. Nie miałby serca aby to wszystko zepsuć, dlatego postanowił grać w tą grę tak długo jak to będzie konieczne. Trochę zabawy jeszcze nikomu nie zaszkodziło.
Leopoldine najwyraźniej też to nie przeszkadzało. Nie umknęło mu w żadnym razie, że na parkiecie czuła się jak ryba w wodzie. Poruszała się bez najmniejszego problemu, z gracją, doskonale wiedziała co robić. Może zawodowo tańczyła? Przemknęło mu to przez myśl, ale po chwili już na nowo skupiał się na muzyce. Była skoczna, przyjemna dla ucha i nie męcząca, idealna na uroczystość jaką było właśnie wesele. Ludzie bawili się w około nich, uśmiechy nie schodziły z ich twarz nawet na moment. On sam uśmiechał się cały czas, początkowy niepokój zniknął już całkowicie i teraz się po prostu bawił. Słysząc śmiech swojej partnerki, również się roześmiał i pokręcił głową z rozbawieniem. Nawet jeśli nie tak wyobrażał sobie ten dzień, to w sumie nie wyszło wcale tak źle.
- Jak sobie życzysz. - powiedział z uśmiechem kiedy zarządziła, że potem poszukają jakiejś drogi ucieczki.
W sumie przestało mu się tak śpieszyć. Nie pamiętał kiedy ostatnio był na jakimś weselu, był chyba wtedy młokosem, a tamto wesele wyglądało kompletnie inaczej. Croftowie swojego czasu należeli do wysoko postawionych rodzin, wizyty na bankietach i innych tego typu wydarzeniach były częste, więc w zasadzie wiedział jak należało się zachowywać w takich miejscach. Tutaj jednak było inaczej, było lekko, nie dostrzegł aby obowiązywały jakieś surowe zasady co do zachowania. Ludzie byli razem, rozmawiali, śmiali się i tańczyli, zapominając o smutkach dnia codziennego. Tak, zdecydowanie tak powinno to wszystko wyglądać.
Bawił się naprawdę dobrze. Nawet pojawienie się wuja z wąsem nie wyprowadziło go specjalnie z równowagi, chociaż na szybko nie mógł wymyślić jakiegoś wiarygodnego kłamstwa. I tutaj z pomocą przybyła Leopoldine. Wychodziło na to, że nie tylko w tańcu jest biegła. Jej odpowiedź była tak przekonująca, że nawet on sam zaczął się zastanawiać czy nie jest prawdziwa. Jej zachowanie było tak naturalne, że uśmiech sam pojawił się na jego twarzy. Kompletnie mu nie przeszkadzało kiedy oparła się o jego ramię, a jedynie spojrzał na mężczyznę i pokiwał głową.
- No niech pan tylko na nią spojrzy. Przecież to istne złoto. - powiedział na potwierdzenie jej słów, delikatnie zaciskając palce na jej dłoni.
To wszystko wydawało mu się tak prawdziwe, tak naturalne, że nawet nie zauważył pyłku, który osiadł na nich wszystkich. Co prawda uważał siebie za pewnego rodzaju zielarza, zawsze był w tym dobry, ale to wszystko co działo się w około nich sprawiło, że przestał zwracać uwagę na takie szczegóły. To był problem dla niego na później, bo z całą pewnością zacznie się z czasem zastanawiać co i dlaczego się wydarzyło. Szło im naprawdę dobrze, czuł się zdecydowanie coraz pewnie w tej swojej niecodziennej roli. Upił jeszcze jeden łyk wina i spojrzał na Leopoldine z uśmiechem.
- Żartujesz? Przez chwilę prawie sam w to uwierzyłem. - pokiwał głową ze szczerym uśmiechem widniejącym na ustach - Masz talent, winszuję. - skłonił przed nią lekko głowę, jednocześnie mrugając na nią z widocznym, lekkim rozbawieniem widniejącym na twarzy.
On również nie zdał sobie sprawy, że nadal trzymają się za dłonie. Więc kiedy zabrała swoją, uniósł brew ku górze, a po chwili dotarło do niego co się tak naprawdę wydarzyło. Z reguły był raczej śmiały, teraz w zasadzie była idealna okazja na to aby dać tego wszystkiemu wydźwięk, ale jednak mimo wszystko nie znali się. Los chciał, że oboje się tutaj dzisiaj znaleźli. Może to była dobra okazja do poznania się?
Chciał coś powiedzieć, ale nie było mu to dane. Pojawiła się kolejna osoba, która zdecydowanie była przekonana, że ich zna. Jej słowa o tym świadczyły i pewnie gdyby nie to wszystko, zacząłby się zastanawiać skąd w ogóle u wszystkich ten pomysł. Słysząc pytanie starowinki uśmiechnął się łagodnie.
- Ach mówi pani o tej sytuacji podczas przymiarek? Leopoldine jest tą, której należą się podziękowania. Gdyby mnie wtedy nie uratowała od tych latających tkanin, kto wie jakby się to skończyło. - pokręcił głową z uśmiechem - I wtedy to wszystko się zaczęło, od ratunku. - dodał jeszcze zerkając na dziewczynę i jej również posyłając lekki uśmiech.
Nie miał pojęcia skąd wziął mu się nagle w głowie pomysł na taką, a nie inną odpowiedź, ale wychodziło na to, że była dość przekonująca. Kobieta pokiwała głową z zadowoloną miną.
- I tak się zaczynają piękne historię. Następne wesele będzie wasze. - powiedziała, po czym również i z nią wypili zdrowie pary młodej zanim odeszła.
Keith przeniósł spojrzenie na swoja partnerkę powstrzymując śmiech.
- Słyszałaś? Mamy w sobie coś spokojnego. - poruszał zabawnie brwiami.
Po chwili zaproponował jej ramię i przeszli kawałek dalej do stołu z przekąskami. Skoro mieli się wtopić w tłum, to równie dobrze mogli coś zjeść, prawda? Akurat sięgał po jeden z koreczków, kiedy obok nich pojawiła się kobieta, ubrana w lekko różową sukienkę z bufiastymi rękawami i bardzo dziwnym upięciem włosów. Przez moment przyglądała im sie obojgu, a potem uśmiechnęła się ciepło.
- Och, tak się cieszę, że dotarliście. Zawsze mówiłam, że najlepiej przychodzić na takie uroczystości we dwoje, bo wtedy wszystko jest jakieś… prostsze. - upija łyk i spogląda to na jedno, to na drugie. - A wy? Od dawna już tak razem trzymacie się świata?

rzut
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Leopoldine Flint
Czarodzieje
if i was the moon, would you still look for the stars?
Wiek
23
Zawód
wschodząca gwiazda baletu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
13
16
20
Brak karty postaci
05-03-2026, 18:23
Doskonale znała konsekwencje wtargnięcia na przyjęcie nieproszonym. Kiedyś, w jedną z przerw świątecznych pomiędzy semestrami nauki wymknęła się ukradkiem ze swojej sypialni, aby po przykucnięciu w ciemności panującej na schodach przyglądać się trwającemu piętro niżej balowi. Była wtedy zachwycona blichtrem, który panował w balowej sali Tir Eilean, sukniami kobiet z migoczącymi elementami, wyszukanymi upięciami, kunsztem orkiestry, która przygrywała wszystkim obecnym. Ciągnęło ją, aby wmieszać się w tłum, choć wiedziała, że to niemożliwe — ktoś od razu dostrzegłby dziecko w koszuli nocnej zaplątane wokół gości. Zresztą, niedługo później poczuła czyjąś dłoń na ramieniu i niemalże podskoczyła, zaskoczona, że ktoś odkrył jej plan, nim jeszcze miała okazję wprowadzić go w życie. Na szczęście wtedy był to jej brat bliźniak, doskonale wiedzący, gdzie szukać nieobecnej w sypialni siostry. Gdyby na podglądaniu nakrył ją ktoś inny, miałaby zdecydowanie większe problemy.
Dziś, na przyjęciu weselnym nieznajomej młodej pary wydawało się jej, że nie czeka ich żaden zły los. Wręcz przeciwnie, im więcej czasu spędzała w towarzystwie nowopoznanego mężczyzny o imieniu Keith, tym mniej pilności czuła. Czy to jego towarzystwo tak na nią wpływało? Czy może raczej wino, które popijali raz za razem?
Jej uśmiech poszerzył się znacząco, gdy usłyszała odpowiedź zgadzającą się z jej zdaniem. Jak każda kobieta uwielbiała, gdy mężczyźni się z nią zgadzali, a gdy robili to tacy, których nie znała najlepiej, było to jeszcze bardziej przyjemne i łechtające wciąż dziewczęce momentami ego baletnicy. Czując zaciśnięcie palców na swojej dłoni, nie cofnęła jej, tak jakby zrobiła to normalnie. Może udzieliła jej się łagodna, lekka atmosfera zabawy, a może po prostu dobrze patrzyło mu z oczu — efekt był jednak ten sam. Nie sprawiał wrażenia osoby niebezpiecznej, wręcz przeciwnie. Zachowywał się dokładnie tak, jak powinien zachowywać się dobry partner. Może dlatego tak prosto przychodziło jej kłamanie?
Bo przecież to roziskrzone spojrzenie, które posłała mu z dołu, gdy nazwał ją istnym złotem, było tylko grą aktorską, a nie szczerym objawem kołatających się za klatką żeber emocji?
— Magia chwili — odpowiedziała ściszonym szeptem, puszczając mu perskie oczko. W pewnym stopniu porozumiewawcze, a z drugiej strony wciąż trzymające się nadziei, że po prostu mieli szczęście, a odchodzący od nich wuj z wąsem nie był przesadnie spostrzegawczy, przynajmniej nie w takim stopniu, aby przejrzeć fasadę ich kłamstw. Drobnych kłamstw, czyli takich, które były usprawiedliwione. W końcu nie krzywdzili tym nikogo, prawda? Pobawią się chwilę, wreszcie znikną ludziom z oczu, a ich drogi już nigdy się nie przetną. Sekret pozostanie sekretem, państwo młodzi nie dowiedzą się o nieproszonych gościach, a wesele pozostanie w ich pamięci najpiękniejszym wieczorem życia.
Weselni goście mieli jednak inne plany; niedaleko nich znalazła się starsza pani, starowinka, która mogłaby być ich prababcią, gdyby oceniać tylko na podstawie wyglądu. Stanowiła zresztą klejną z osób, które uznały, że Keith i Leopoldine byli parą. Ciekawa była, czy gdzieś na świecie istnieli ich odpowiednicy. Ci, którzy faktycznie byli parą, w dodatku tak bardzo do nich podobną. Na chwilę skupiła spojrzenie tylko i wyłącznie na Keithcie, na charakterystycznym kolorze jego włosów, egzotycznej urodzie. Nie, chyba nie istniał drugi taki, na całym świecie.
— Jesteś wyjątkowy — zwróciła się do niego, nieco rozmarzonym tonem. Z boku mogło to wyglądać, jakby naprawdę przypominała sobie tamtą szczególną chwilę, gdy wszystko zaczęło się od ratunku. I choć nigdy nie uratowała Keitha przed utonięciem w latających tkaninach, była skłonna uwierzyć, że miało to miejsce naprawdę. Nawet, jezeli myślami była na moment gdzieś indziej. — Cieszę się, że wtedy nie było tam nikogo, poza nami. Gdyby była tam choć jedna kobieta, z pewnością rzuciłaby ci się do pomocy i... Co bym wtedy poczęła? — westchnęła, odrobinę teatralnie, ale nie zatracając przy tym naturalnej maniery. Znów sięgnęła jego dłoni, której wierzch przytknęła odważnie do swego policzka. Przymknęła na chwilę powieki, nim dotarł do niej głos starowinki, która oznajmiła światu, że następne wesele będzie ich. — Słyszałeś? Już się ode mnie nie uwolnisz — odpowiedziała Keithowi, gdy tylko zostali sami, wcześniej opijając zdrowie panny młodej. Uśmiech z jej ust nie znikał nawet na moment; ba, podobała jej się ta gra, w którą wchodzili coraz to odważniej, wymyślając kolejne wyszukane kłamstwa.
Nie było im jednakże dane nawet spokojne spróbowanie przekąsek. Gdy Keith sięgał po koreczki, uwagę Leopoldine przyciągnęły cytrynowe babeczki z ziarnami maku. Trzymała już jedną w obu rękach, gdy niedaleko nich znalazła się kobieta wyglądająca dość... specyficznie. Cóż, nie można było odmówić jej szczególnego poczucia stylu, ale Leopoldine, opierając się na latach nauki dobrego wychowania, nie przyglądała się jej dłużej lub natrętniej, niż wypadało.
— Och, ciociu — ściszyła głos do konspiracyjnego szeptu, typowego dla dwóch plotkujących kobiet, raz tylko spoglądając w stronę Keitha porozumiewawczo. — Wybaczy mi ciocia to wzruszenie, ale chyba w moim wieku jeszcze mi wypada? — spojrzała na kobietę, której oczy otworzyły się szerzej, a twarz przybrała znajomy, zaciekawiony wyraz. Chyba naprawdę szukała jakiejś poruszającej szczerością historii młodej miłości, ponieważ tym chętniej nadstawiła ucha. — Z nim nauczyłam się nie liczyć dni. To prawda, że szczęśliwi nie liczą czasu. Zresztą, nigdy nie pozwoliłbyś mi się nudzić, prawda, kochanie? — ostatnie słowo wypowiedziała tak lekko, że sama odrobinę się zaskoczyła. Na policzkach baletnicy pojawiła się drobna, choć już widoczna, różowa poświata rumieńca.
I chyba to wykorzystał wyraźnie korzystający z dobrodziejstwa wina wujek, który zatrzymał swoje chwiejne kroki tuż przy Keithcie, a następnie oparł ciężko swą dłoń na ramieniu młodego mężczyzny. Orkiestra weselna rozpoczynała grać wolny taniec, przebój Prelvisa Esleya z zeszłego roku, "Nie przestanę się zakochiwać". Wujek kiwnął się lekko i wskazał na parkiet:
— Patrzcie, to jest ta piosenka. Zawsze przy niej ktoś się zakochuje, nawet jeśli nie planował — mrugnął do nich — I jak, czujecie już, że to ta?

| rzut
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Keith Croft
Akolici
Wiek
23
Zawód
Pracownik restauracji
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
9
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
6
Siła
Wyt.
Szybkość
10
8
8
Brak karty postaci
16-03-2026, 18:49
Branie udziału w imprezach nie było dla niego niczym nowym. Odkąd przybył do Cardiff wyjście raz w tygodniu w towarzystwie Riven było wręcz obowiązkowe. To właśnie dzięki takim wyjściom nauczył się tańczyć, co miało przynieść owoce w przyszłości, chociażby i tego dnia. Chociaż na parkiecie byli zaledwie chwilę, to miał przeczucie, że jeszcze tam wrócą. Już całkowicie pozbył się chęci opuszczania tego miejsca. Bawił się naprawdę dobrze, a ich mała gra pozorów, niewinne kłamstewka rzucone w dobrej wierze i wspólnie wymyślana na poczekaniu historia ich wyimaginowanego związku, sprawiało, że naprawdę dawno się tak dobrze nie bawił.
Nie zdawał sobie sprawy z tego, że głównym winowajcą przede wszystkim jest kwitnąca nieopodal roślina, w tym momencie wychodził z założenia, że to właśnie Leopoldine sprawiała, że czuł się tak dobrze. Nie znali się w ogóle, nie było im dane nawet przez chwilę porozmawiać czy ustalić plan działania, a jednak zgrali się idealnie, wystarczył sygnał rzucony spojrzeniem aby jedno wiedziało, co drugie ma na myśli. To było na swój sposób niesamowite. Domyślał się, że kiedy opuszczą wesele, już nigdy się nie spotkają, ale doskonale zdawał sobie sprawę, że ten dzień na długo zagości się w jego umyśle i będzie do niego wracał z uśmiechem widniejącym na twarzy.
Utkwił spojrzenie w jej jasnobrązowych tęczówkach na zdecydowanie dłużej niż powinien, po czym uśmiechnął się łagodnie. To w jaki sposób na niego patrzyła sprawiło, że zrobiło mu się jakoś tak ciepło i przyjemnie na duszy i nie miał pojęcia skąd to wszystko się wzięło. Zamrugał kilka razy, powoli wracając do rzeczywistości z odmętów własnego umysłu.
- Oj tak, zdecydowanie jest coś magicznego w tej chwili. - pokiwał głową z uśmiechem.
Nikt nie zapamięta ich z tego wesela, para młoda nie dowie się o ich obecności, jednak oni mieli pamiętać to długo. Te zmyśle kłamstwa, które przychodziły z taką łatwością kiedy miało się odpowiedniego partnera. A oni, wychodziło na to, że dobrali się pod tym względem idealnie, a może to sam los chciał, że właśnie we dwoje się tutaj przez przypadek pojawili. Keith nie wierzył w przeznaczenie, nie wierzył, że co jest dla każdego zapisane z góry, ale w tym momencie przeszło mu przez myśl, że właśnie tak miało być, taki był plan aby ten dzień właśnie tak się potoczył. Tak, zdecydowanie tak miało być.
Czuł się przy niej bardzo swobodnie i chociaż udawali, to wiedział, że w tym momencie nie do końca musi on sam udawać. To wszystko było takie naturalne. Słysząc jej kolejne słowa pokręcił lekko głową z rozbawieniem.
- Już nie pamiętasz? Przecież mówiłem ci, że od razu przyciągnęłaś mogą uwagę, nie dałbym się uratować innej kobiecie. - powiedział z uśmiechem przez moment patrząc na ciotkę, a potem juz przenosząc spojrzenie na Leopoldine, a kiedy ta ułożyła jego dłoń na swoim policzku, łagodny uśmiech zagościł na jego ustach i zanim się w ogóle sam zorientował, lekko pogładził jej policzek kciukiem.
W zasadzie nawet nie zarejestrował tego, że ciotka odeszła, pozostawiając ich samych. Udzieliła mu się atmosfera tego miejsca, to poczucie jedności i miłości, które otaczało ich ze wszystkich stron. Powrót do domu w tym momencie był jedynie przykrym obowiązkiem, który odsuwał w czasie najbardziej jak się tylko dało.
- Nie jest to wcale taka zła wizja. - odezwał się po chwili kiedy wspomniała, że już się od niej nie uwolni i dopiero po chwili zdał sobie sprawę ze swoich własnych słów.
Odchrząknął cicho, po czym delikatnie zabrał dłoń z jej policzka, chociaż gdzieś z tyłu głowy zamajaczyła mu myśl, że jej skóra jest niezwykle delikatna. Uśmiechnął się do towarzyszki delikatnie. Kiedy stali przy stole z przekąskami właśnie miał zjeść pierwszy koreczek kiedy nadeszła jedna z wielu ciotek. Był w połowie ruchu dłoni do ust więc ucieszył się, że teraz Leopoldine postanowiła przejąć pałeczkę. Przysłuchiwał się jej jednak z zainteresowaniem, ciekaw co tym razem wymyśli i znów musiał przyznać jej, że świetnie z tego wybrnęła. Była przy tym tak naturalna, że zaczynał powoli wierzyć we wszystko co mówili. Przełknął koreczek, który w końcu trafił do jego ust, po czym pokiwał głową z nutką rozbawienia.
- Ależ oczywiście. Nuda ci przy mnie w żadnym razie nie straszna moja droga. - odparł spokojnie patrząc na nią z uśmiechem, po czym spostrzegł delikatny rumieniec na jej policzkach, co jedynie dodało jej urody, ale również i wiarygodności całej sytuacji.
Sięgnął po kolejny kieliszek ze słodkim winem i akurat upijał łyka kiedy poczuł na ramieniu silną, męską dłoń. W pierwszej chwili pomyślał, że ktoś przejrzał ich cwany fortel, ale kiedy usłyszał słowa, które padły w jego kierunku, cicho odetchnął z ulgą. To jedynie kolejny wuj, który postanowił wypowiedzieć jedną ze swoich życiowych mądrości. Keith spojrzał na mężczyznę, a po chwili dotarły do jego uszu pierwsze dźwięki granej z magicznego gramofonu, melodii i uśmiechnął się.
- Myślę, że my to mamy za sobą, ale nie zaszkodzi, spróbować jeszcze raz, prawda? - uniósł brew ku górze, odstawiając kieliszek na przelatującą tacę, po czym wyciągnął dłoń w kierunku Leopoldine - Zakochajmy się jeszcze raz. - powiedział miękko patrząc na nią, a kiedy złapała jego dłoń, puścił oczko do wuja i poprowadził ją na parkiet.
Ułożył delikatnie dłoń w jej talii, drugą chwytając ją za rękę, po czym powoli zaczął prowadzić ją w tańcu, który tym razem nie wymagał tak naprawdę żadnych specjalnych umiejętności, bo przecież była to piosenka typowa do bujania się. Zanim się zorientował, zaczął cicho nucić słowa piosenki pod nosem, patrząc na nią z lekkim uśmiechem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 20-03-2026, 04:34 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.