• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, Vauxhall Road 119/4 > Gabinet
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
01-03-2026, 17:57

Gabinet
Jednym z najmniejszych pomieszczeń w mieszkaniu Manon zostało przeznaczone na gabinet. Niedaleko okna ustawiono niewielki sekretarzyk, na którym najczęściej można spotkać jedną z książek czytanych aktualnie przez Manon, a także świeże, cięte kwiaty. Przy dwóch ścianach ustawiono dwa wysokie regały wypełnione książkami. Część z nich nawiązuje do sztuki alchemii, pośród nich można znaleźć również publikacje ojca Manon. Na okiennym parapecie znajduje się przygotowana przestrzeń do palenia kadzidła; to właśnie jego delikatnie różany zapach najczęściej czuć w pomieszczeniu. Zapach ten długo utrzymuje się na ubraniach każdego, kto spędzi w środku przynajmniej kilka minut.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Manon Baudelaire
Śmierciożercy
Wine stained lips and soft fingertips
Wiek
25
Zawód
alchemiczka w szpitalu św. munga
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
10
OPCM
Transmutacja
4
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
23
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
7
Brak karty postaci
05-03-2026, 17:19
2 maja 1962

Wiele razy podnosiła i opuszczała pióro. Powinna odwołać to spotkanie, choć Leopold wydawał się go potrzebować. Gdzieś pomiędzy jeszcze chłopięcymi porywami złości, wreszcie by zrozumiał. Powinna odwołać to spotkanie, bo nie była pewna, czy była w stanie zatrzymać go w chwili, gdy emocje sięgną zenitu. Powinna odwołać to spotkanie, bo właśnie tego dnia, na chwilę przed finalną destynacją, przed jej mieszkaniem, zatrzymała ją magiczna policja i odkryła, że nie stawiła się w Ministerstwie, aby zarejestrować swój pobyt. W ciągu jednego, krótkiego spotkania uderzono ją trzy razy.
W kieszeń — bowiem brak rejestracji okazał się kosztować trzydzieści galeonów, niespodziewanie wysoką cenę.
W tożsamość — bo po rutynowej, wypowiedzianej bez większych emocji formułce dowiedziała się, że pomimo tego, że nie znała innego życia, jak życie w Anglii, pomimo tego, że to angielski był jej językiem ojczystym, pomimo faktu, że jej rodzina, choć wywodząca się z Francji, miała także dlugie i mocne korzenie angielskie, odebrano jej prawo do nazywania się obywatelką tego kraju.
W godność — bo wymagali od niej oddania różdżki. Odebrania dostępu do magii, do której miała przyrodzone prawo; w jej żyłach płynęła krew czysta, niezmącona żadnym szlamim elementem, magia towarzyszyła jej od samego początku istnienia, nigdy nie zaniedbywała swojego dziedzictwa i przed Lordem Voldemortem obiecała je chronić. Ministerstwo Magii pod rządami szlamy uderzało w samą jej istotę, upokarzało w sposób, którego nigdy się nie spodziewała, którego nie potrafiła zaakceptować. Którego nie mogła zaakceptować.
Najpierw próbowali odebrać im, czarodziejom, którzy zbudowali ich wspólny, magiczny świat, wolność. Później przychodzili po godność. Czy przyjdą po życie? Czy dlatego właśnie pozbawiali jej jedynej możliwości obrony?
Nie chciała, aby Leopold widział ją w takim stanie. Pobladłą jeszcze bardziej, niż zazwyczaj, z twarzą napiętą w nerwowym oczekiwaniu, z wyraźnymi śladami na wnętrzu dłoni od zaciskania mocno pięści, aż paznokcie wbiły się boleśnie w delikatną tkankę. Nie chciała, żeby ktokolwiek dowiedział się o tym, że ją dostali. Bo powinna była wyjść tym chłystkom naprzeciw, powinna była być pierwszą, której przyjdzie wzniecić ogień niezadowolenia, rewolucji. Tej prawdziwej, bezwzględnej, wszechogarniającej, bez nudnych przemówień o braterstwie łączącym czarodziei. Jej nic nie łączyło ze szlamami, nie podzielała ich ułomności, niezrozumiałej miłości do tego, co mugolskie. Nie podzielała ich słabości, która kazała rozrzedzać świat czarodziejski wpływami mugolskimi tylko dlatego, że nie mogli w pełni zrozumieć piękna świata, do którego nie powinni mieć dostępu. Powinna była rozedrzeć mundurowych na strzępki, przecież była w stanie. Ale z tyłu głowy widziała wciąż słowa nakreślone ręką Czarnego Pana, które wzywały do cierpliwości. Do obserwacji i nasłuchu. To on miał dać ostateczny sygnał do walki.
Z żalem zmieszanym ze złością przełknęła tę pigułkę, choć wciąż trzęsła się z nerwów, które zmusiły ją do wypalenia kilku papierosów, gdy wreszcie zatrzymała się w otwartym na oścież oknie. I choć używała do tego cygaretki, miała wrażenie, że zapach tytoniu przeniknął do jej skóry, następne więc minuty, zaraz przed nadejściem Leopolda spędziła w łazience, szorując cienką skórę dłoni, aż ta zaczerwieniła się już zupełnie, poza szczypaniem pozostawiając tylko intensywny zapach różanego mydełka.
Róże właściwie towarzyszyły jej w tym miesiącu; różane mydełko, kadzidło palące się w gabinecie, w którym miała przyjąć Leopolda, bukiet róż, który kupiła sobie sama tego ranka, tylko po to, aby wykurzyć z mieszkania zapach męskiej obecności, zapach Cassiusa. Może to jemu powinna poświęcić dziś przynajmniej kilka myśli, ale wobec osobistego dramatu, który rozegrał się popołudniem, nie miała na to ani czasu, ani chęci. Zresztą, tego dnia w jej sercu nie było miejsca na sentymenty. Było zaś miejsce na skrupulatnie układany w myślach, skomplikowany plan zemsty; było miejsce na myślenie o gościu, o tym, że zupełnie nie wiedziała, jak przedstawić mu swoją — bądź co bądź — porażkę. Nienawidziła być nieprzygotowaną.
A taką zastało ją charakterystyczne pukanie do drzwi.
Otworzyła je; ręcznie, bez użycia magii, za to ze starym, dobrym kluczem. I tak oto pojawiła się w orbicie pana Flinta; w białej koszuli z rękawami podwiniętymi do łokci, której dwa pierwsze guziki zostały już rozpięte. Z niewielkim, srebrnym wisiorkiem, który ułożył się pomiędzy wyraźnie zarysowanymi obojczykami. Z granatową spódnicą do połowy łydki, w którą wciśnięto białą koszulę. Z zaskakującym, bo prawie niewidywanym u niej, zdesperowanym zmieszaniem.
— W samą porę, Leopoldzie — nie zmuszała ust do uśmiechu, pozwalając swej aurze niepokoju płynąć swobodnie przez wąski korytarz, do którego go wpuściła. Prześlizgnęła się ostrożnie po jego lewej stronie, do drzwi, aby zamknąć je za nim, ponownie na klucz, bez żadnego zabezpieczającego zaklęcia. — Drzwi po prawej — wskazała jeszcze pokój, do którego miał się udać, gdy pozbędzie się butów i wierzchniego odzienia. — Nie naprzykrzali ci się po drodze?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Leopold Flint
Śmierciożercy
Mocniej czuję każdy mały smak, każdy gniew
Wiek
23
Zawód
dżokej - wyścigi na granianach
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
18
20
15
Brak karty postaci
18-03-2026, 20:15
Czuje, że znowu się budzi. Otwiera ślepia - najpierw jedno, potem drugie. Sapie głośno do przyśpieszonego rytmu wybijanego przez serce. Potem obnaża kły, aby wydać z gardła mrukliwy pomruk, któremu bliżej do zwierzęcego warkotu.
Zaciska palce na okładce książki, którą czytał, zanim nie zmorzył go sen i mruży wściekle oczy, przysłaniając twarz dłonią. Noc zastąpił dzień; poranek, jaki wlał się do pomieszczenia, jest za jaskrawy, ma wrażenie ,że zaraz wypali mu spojówki.
Wczorajszy dzień pamięta jak przez mgłę. Wlał w siebie zbyt dużo whisky, czego skutkiem jest ostrze bólu przeszywające na wskroś jego skronie i światłowstręt. Wydaje mu się, że to tylko kwestia czasu, kiedy udekoruje pawiem chodnik. Młodości, jakie mu dokuczają, wzbierają na sile, gdy wygrzebuje się spod kołdry i wstaje. Chwiejnym krokiem podchodzi do drzwi łazienki. Kręci mu się głowie, gdy łapie w palce klamkę i ją przekręca. Półmrok panujący w łazience jest na tyle zbawienny, że zostawia otwarte drzwi za plecami i nie zapala światła.
Odmawia sobie wątpliwego romansu z muszlą klozetową, zamiast tego dopada do lustra. Przygląda się przez chwile mu swojemu odbiciu - wygląda tak, jak się czuje - okropnie. Ma podkrążone oczy; zmęczenie namalowało pod nimi sine pręgi. Spierzchnięte usta, włosy w całkowitym nieładzie. Charczy znowu coś nie zrozumiałego pod nosem; dźwięki, jakie opuszczają jego wargi nie mogą przybrać konkretnego kształtu. Są zupełnie jak jego myśli - całkowicie od niego odległe.
Kwadrans później on i zrozumienie spotykają się w wannie, podczas długiego kąpieli. Wspomnienie z ubiegłego dnia wracają do niego. Najpierw nawiedza go źródło jego obecnej irytacji - nowy dekret spisany ręką urzędu nowego ministra. Dekret, który podważa jego pochodzenie, który sugeruje, że nie ma najmniejszego prawa do angielskiego obywatelstwa.
Nurkuje; pod wodą Leopoldowi myśli się lepiej, swobodniej. I tym razem, gdy zatrzymuje oddech w płucach na dłużej niż minuta - ostatnio pobił swój życiowy rekord, chociaż kąpiel w wannie to nie to samo co w morzu! - wszystko, co znajdowało się dotychczas za mgłą zamroczenia, nabiera konkretnych kształtów.
W tych kształtach widzi wspomnienia zeszłego dnia. Pasja, która nakłoniła go do napisania listu. Złość, jaka podniosła temperaturę jego ciała o przynajmniej jeden stopień. I pokusa - frywolna, zrodzona z dziecięcej próżności i drzemiących w nich pokładów autodestrukcji, by zapalić aż do gołej ziemi posiadłości Nobby'ego Leacha. Szlamę, która usiłuje zburzyć porządek świata.
Wynurza się z wody dopiero wówczas, gdy czuje znajome pieczenie w płucach, w których od kilku chwil nie ma już życiodajnego tlenu.
Przypomina sobie jej odpowiedź. Deklaracja, które brzmiała wczoraj jak obietnica, że nie spróbuje ugasić ognia jego emocji, lecz go podsycić.
Sprosta temu wyzwaniu? Co kryło się w tym kruchym ciele? W tym drapieżnym spojrzeniu - drapieżnik czy ofiara?
Po wyjściu z wanny zegarek, który wrócił na jego przegub, informuje go ,że poranek już dawno minął, nadeszło popołudnie. Przespał połowę dnia.
Uśmiecha się cierpko. Wizyty Traversa zawsze kończył ten sam schemat - alkohol, a potem jeszcze więcej alkoholu.
Doprowadzenie się do stanu, w jakim brylował na tegorocznym Zjeździe zabiera mu cenną godzinę. Po wyjściu z pokoju, ocenia swoje szanse na zetknięcie się z Leopoldine. I podskórnie liczy na to, że jej nie spotka. Ostatnio z trudem znosi jej obecność.
Pod wieczór to bliżej nieokreślona pora; pod wieczór może być równie dobrze przed tym, zanim zajedzie słońce, lub po tym, jak wskazówki zegarka wskażę szóstą. Pozwoliwszy sobie na dowolną interpretacje, jego wybór pada na opcje numer jeden.
Był już kiedyś w mieszkaniu Manon. Parę miesięcy temu, ale jego ulotna pamięć nie przypomina sobie szczegółów tamtego spotkania. Powinien pamiętać?
Takich kobiet, jak Manon Baudelaire przecież się nie zapomina. Zapadają w pamięć, jak pierwsze samodzielnie zdobyte trofeum.
Puka do drzwi pewnie, donośnie, jakby składał jej wizyty co najmniej raz w tygodniu, jakby to był ich mały, odwieczny rytuał, a nie nagłe, wręcz awaryjna potrzeba, aby pobyć z kimś kto go z r o z u m i e.
- Obawiałem się, że przyjdę spóźniony - przyznaje, wchodząc do środka. Składa na jej ręce butelkę wina. Nie lubi wina - i tego paskudnego posmaku, jaki pozostawia na języku, ale zgaduje, że francuska krew, jaka płynie w naczyniach krwionośnych Baudelaire, nie podziela jego zdania.
Wyczuwa unoszący się w powietrzu smród niepokoju, jaki oblepia Manon.
Nie przejmuj się, skarbie, rozwiążemy nasz problem.
Bestia znowu się budzi. Otwiera leniwie prawe ślepie. Przeciąga się, ziewa. Czeka przyczajona, aby w końcu zerwać się z łańcucha. Leoopold czuje jej obecność. Jest w nim zakamuflowana w postaci złości, która w nim kwitnie, jak kwiaty w ogrodzie babki.
- Nie, chyba wyczuli mój podły nastrój/- odpowiada jej, z lekkim, wijącym się na ustach uśmiechem, w którym jest więcej podłości niż uroku osobistego; więcej własnej prywatnej krzywdy, niż chęci jej zaimponowania.
Podążając za jej instrukcją, otwiera drzwi po prawej. Wchodzi do środka, ale zaraz odwraca się przodem do drzwi.
- W tobie, zdaje się, też wybuchł pożar.
Chociaż nie taki, jaki rozgrzał do czerwoności Flinta. Jej wydaje się zupełnie innego rodzaju.
Taki, który łamie skrzydła.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 20-03-2026, 02:31 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.