Wczoraj przedstawiła to miejsce Yelizaviecie jako ich dom. Czuła się odpowiedzialna za los starszej kobiety, którą traktowała nie tylko jako domową pomoc, ale także jako najbardziej zaufaną przyjaciółkę. Choć pochodziły z różnych światów, istniała między nimi więź, której Leopoldine Flint nie potrafiła opisać słowami. Gdy myślała o więzi silniejszej od uścisku czasu i przeznaczenia, miała przed oczami twarz swojego bliźniaka. Twarz, której widoku oczekiwała najbardziej, gdy przekroczyła progi Tir Eilean. Nim znaleźli się — pierwszy raz od dawna — w jednej przestrzeni, wyobrażała sobie ich spotkanie wielokrotnie. Widziała siebie z perspektywy osoby trzeciej, jak rzuca się w ramiona brata, jak on na chwilę porzuca swoją niewzruszoną pozę, tylko na niewielki ułamek sekundy, bo bicie jego serca i siła uścisku ramion zdradziłoby jego siostrze wszystko, co chciałaby o nim wiedzieć.
Żadne z luster, które odbijały jej sylwetkę, nie było jej znajome. Nie była znajoma również im - cichym, nieporuszonym świadkom przygotowań do wystąpienia. Gdy rozpoczynała swoją karierę, nie spodziewała się tego, jak balet może różnić się od tego, które miejsce wybrał sobie za dom. Cisza panująca w garderobie brzmiała zupełnie inaczej niż ta w teatrze imienia Kirova. Nawet mury Arkadii oddychały w zupełnie inny sposób. Nie mogła się skupiać na tym, co było obce. Komfort myśli i skupienie odnajdywała zawsze w tym, co znajome. Pośród pudrów, pachnideł i kosmetyków do włosów znajdowało się coś jeszcze. Srebrzysty metronom, pozostający w milczącym bezruchu, do czasu, w którym smukłe palce Leopoldine poruszyły jego wskaźnikiem, a przestrzeń wypełniło rytmiczne tik-tak. Tyle pomogło w odzyskaniu znajomego napięcia mięśni. Była gotowa. Urodziła się gotowa. W głowie młodej kobiety nie było bowiem miejsca na zwątpienie w siebie, w swoje umiejętności, w kostium, scenę, całe corps de ballet. To było premierowe przedstawienie, to, które reklamowała sama sobą, spoglądając z afiszy wywieszonych w najbardziej uczęszczanych miejscach stolicy, centrach stolic hrabstwa, a także z rubryki Proroka Codziennego, z tych kilku marnych stron poświęconych sportowi i kulturze. Ze wschodzącej gwiazdy baletu radzieckiego zmienić się miała w najjaśniejszy punkt na firmamencie brytyjskiej kultury w zaledwie jeden wieczór.
Och, jak bardzo nienawidziła marnować swojego cennego czasu na wizyty w urzędach. Nigdy nie rozumiała tego, jak ktoś mógł wiązać się z Ministerstwem Magii na całe swoje życie. Było tyle zdecydowanie ciekawszych, bardziej potrzebnych zawodów do wykonywania w ich świecie. Tyle możliwości, aby robić to, co się naprawdę kochało, rozwijać swoje pasje i zainteresowania, a tak wiele osób wybierało akurat pracę na etacie. Rozumiała, że nie wszyscy mogli być atletami, jeszcze mniej osób mogło bez oszukiwania samych siebie nazwać się artystami, ale już nawet praca w byle jakim sklepie wydawała się być w jej wyobrażeniach bardziej ekscytująca niż niekończące się wypełnianie papierków. Może dlatego z załatwieniem spraw po powrocie z zagranicy czekała tak długo, aż sumienie nie zaczęło jej podpowiadać, że może najwyższe czas, aby uporządkować swoje sprawy raz na zawsze. Jedyne gorsze od pracy w urzędzie byłoby chyba tylko więzienie.
Wybierając się na Portobello Road nie spodziewała się, że jej dzień zostanie naznaczony przez dwa przypadkowe spotkania. Po pierwsze — jedna z klientek salonu urody, której historię zdążyła już poznać nie tylko biedna dziewczyna, na której barki spadła odpowiedzialność za doświadczenia tejże, ale także, wydawać by się mogło, cały salon. Słuchając od dłuższego czasu całej perypetii miłosnej, czy też miłosnego dramatu, bo tak pewnie wolałaby to nazwać tamta kobieta, Leopoldine nie mogła odgonić się od wrażenia, że był to dramat skonstruowany na własne życzenie. Jeżeli ta zachowywała się w podobny sposób względem swojego wybranka, będąc tak głośną, tak... wymagającą uwagi, panna Flint wcale nie dziwiła się tajemniczemu jegomościowi, że jego cierpliwość wyczerpała się i postanowił spełnić zachciankę swojej (już chyba byłej) ukochanej. Tylko dobre wychowanie sprawiło, że nie zaciskała szczęki, jak miała to w zwyczaju robić, gdy była szczególnie zirytowana, czy też nie przewróciła oczami, jak siedząca niedaleko Nylah Black. Nylah Black, która była drugim definiującym dzień spotkaniem. Przypadek, bądź los chciał, że spotkały się w przybytku chwalonym przez niezliczoną ilość kobiet, tak z wyższych — jak one — sfer, jak i bardziej zamożnych obywatelek stolicy. Zanim jednak odpowiedziała na pytanie znajomej, Leopoldine pozwoliła sobie na ciche westchnienie; to i tak zginęło gdzieś pomiędzy znaczonym udawanym przejęciem dopytywaniem zajmującej się kobietą pracownicy salonu, a kolejnymi, jeszcze bardziej oburzonymi odpowiedziami.
Tańczyła na deskach Arkadii już od niemalże miesiąca, ale te wciąż pozostawały dla niej obce. Jej pot poił je bez dyskryminacji, w rytuale, który powinien połączyć ją z teatrem na kolejnych wiele lat, wreszcie uczynić go jej. Mimo to, chłód panujący na korytarzach kulis, tym bardziej odczuwalny, im mocniej rozgrzane było ciało pierwszej solistki, podpowiadał jej, że nie mogła nazwać tej przestrzeni swoim artystycznym domem, przynajmniej jeszcze nie teraz. Po kolejnej próbie nie czuła żalu z tego, że opuszcza budynek, co byłoby nie do pomyślenia w przypadku rezydencji w teatrze im. Kirova. Tego dnia szukała jakiejś wymówki, impulsu, tego rodzaju artystycznego spełnienia, którego nie mogła odnaleźć w swojej roli. Nowe przedstawienie wystawiać mieli dopiero za kilka miesięcy, był czas na opanowanie choreografii do perfekcji, ale czymże był taniec, bądź sztuka w ogóle, gdy brakowało natchnienia? Ledwie rzemiosłem, odtwarzaniem opracowanego przez kogoś innego, bądź nawet siebie samego planu działania, w którym każde odejście od normy mogło zakończyć się katastrofą. Leopoldine Esme Flint nie była jednak rzemieślnikiem, przynajmniej nie w typowym tego słowa znaczeniu. Była artystką, jej ciało — jej instrumentem. A dusza? Gdzie było miejsce dla duszy?
OPIS Jej pozycja w Teatrze Arkadia nie była jeszcze tak mocna, co w samym corps de ballet. Wciąż była tutaj nowa — i wszystko wokół niej wydawało się przypominać jej o tym fakcie. Dlatego też, gdy baletmajster wspomniał o tym, że potrzebna była jedna osoba, aby pomóc w pracy jednej z malarek, zgłosiła się do pomocy bez chwili zawahania. Dobrze było odnaleźć przyjazne dusze w nowym miejscu pracy, czyż nie? Nie mogła pozwolić, aby okazja na zawiązanie nowej znajomości przeszła jej przed nosem.
Gdzieś koło siebie słyszała podekscytowaną młodą kobietę mówiącą, że nie spodziewała się, aby w jednym zamku mogło zmieścić się aż tyle osób. Leopoldine uśmiechnęła się do zasłyszanych prawie przypadkiem słów pod nosem — bowiem wiedziała doskonale, że w środku zamku Hogwart mogłoby się z powodzeniem znaleźć drugie tyle osób, nawet bez większego ubytku dla przestrzeni osobistej każdego z gości. Wybór Hogwartu na miejsce przeprowadzenia takiego przedsięwzięcia jak Zjazd Absolwentów był o tyle dobry, że po pierwsze — stanowił on miejsce „pośrodku” południa Francji i Norwegii, po drugie zaś — był miejscem zdecydowanie przyjaźniejszym niż mury szkoły, w której wychowała się panna Flint. Na samą myśl o tym, że podobne atrakcje — bal maskowy, stoły uginające się pod ciężarem przekąsek, rozchichotane nadrabianie zaległości z koleżankami i kolegami z ławki — mogłyby mieć miejsce w czarnych jak słoma, chłodnych murach Durmstrangu, dostawała gęsiej skórki. Coś w tym obrazku definitywnie nie pasowało. Inną sprawą było oczywiście — co nie umknęło uwadze baletnicy — zorganizowanie zjazdu przez samego Albusa Dumbledore’a. Cóż powiedzieć, nie bez powodu czarodziej ten znajdował się w miejscu, w którym się znajdował. Nie można było mu odmówić swoistego politycznego sprytu, choć biorąc pod uwagę najgorętsze wydarzenia polityczne Magicznej Wielkiej Brytanii z ostatnich miesięcy, ktoś mógł się zastanawiać, w którą stronę poprowadzi społeczeństwo ponownie rozkwitający konflikt między Akolitami a stronnictwem przyjaznym dyrektorowi Hogwartu.
Mijał drugi miesiąc, odkąd powróciła na brytyjską ziemię, a wciąż nie mogła odgonić się od towarzyszącego jej niemalże na stałe głodu tęsknoty. Nie potrafiła go zidentyfikować, ale doskonale czuła, jak uczucie to, niespodziewane, ale towarzyszące jej już wcześniej, zjadało ją od środka. Walijczycy określali to, co czuła mianem hiraeth, tęsknotą za domem, który nigdy nie istniał. Ale Leopoldine nie potrafiła w stu procentach dostosować się do tej definicji. Bo kiedyś miała dom. W kamienicy w centrum Wiednia, niedaleko Ringu, w którym mieszkali w piątkę — ona, Leopold, Agnes, ojciec i mama. W dniu jej śmierci zakończył się pewien rozdział życia Leopoldine, a niedługo później na zawsze zamknęły się za nią drzwi domu, którego namiastki szukała po całej Europie. W Margate, w Instytucie Durmstrang, w wynajmowanym mieszkaniu przy budynku Admiralicji w Leningradzie, wreszcie — ponownie w Margate. Przez te wszystkie lata nie potrafiła nasycić swojego głodu w pełni. Zawsze czegoś, kogoś brakowało. Wreszcie nauczyła się szukać namiastki domu w otaczających ją ludziach. W Yelizaviecie, która towarzyszyła jej z oddaniem, w Leopoldzie, który towarzyszył jej jeszcze przed przyjściem na świat, w krewnych, zarówno ze strony ojca, jak i matki. Cieszyła się na ogłoszony jakiś czas temu Zjazd Absolwentów. Nie tylko z tej prostej, niemalże dziecięcej przesłanki, że wreszcie będzie mogła odwiedzić zamek Hogwart, który przez siedem lat był domem olbrzymiej ilości jej znajomych, kolegów i koleżanek. Przede wszystkim cieszyła się, bo oznaczało to niechybne spotkanie z ludźmi, których tak dawno nie widziała.
Znajomy trzask teleportacji oznajmił przybycie Leopoldine przed bramy Tir Eilean. Tuż obok niej, w odstępie sekundy, pojawił się domowy skrzat służący Flintom dłużej, niż sięgała pamieć Leopoldine. Istota spojrzała na nią swoimi wielkimi, przeszklonymi oczami, oczekując najwyraźniej jakiegoś polecenia, jednak z ust Leopoldine wypadło tylko pytanie:
— Gdzie jest panicz Leopold?
Po skończonej próbie miała wrócić do Margate; ostatnie dni jej życia były tak bardzo intensywne, że rezydencja rodowa Flintów stała się dla niej niespodziewanym azylem. Począwszy od dziwnego snu, którego konsekwencje ciągnęły się za nią jeszcze na początku tygodnia, przez wszystkie listy, które wymieniała z panem Carrow, do samego narzeczeństwa, które z perspektywy stało się już naprawdę realną możliwością — ze spokojem można było przyznać, że miała naprawdę sporo na głowie. Zamierzała zaszyć się w namiastce domowego zacisza albo udać się na tor wyścigów konnych, choć tak naprawdę nie była pewna, czy odnajdzie tam swojego bliźniaka. Niemniej jednak, w garderobie teatru Arkadia założyła na siebie jasnobłękitną, jedwabną suknię do ziemi, o delikatnym dekolcie łódkowym, który odkrywał zarysowane obojczyki tancerki. Suknia ta miała wycięcie na plecach, głębokie, ale poprowadzone ze smakiem; miało ono odkrywać linię kręgosłupa baletnicy. Sukienka ta należała do jednej z jej ulubionych. W Leningradzie nie miałą wielu okazji do zakładania jej, tamtejszy klimat był zdecydowanie bardziej chłodny, a wiosna nieporównywalnie krótsza. Maj na Wyspach Brytyjskich potrafił być jednakże na tyle urokliwy, że wiosenny, ciepły wiatr nie wywoływał ciarek, nie zmuszał do zarzucenia na siebie kolejnego artykułu odzieży. Wręcz przeciwnie, sprzyjał myślom o zabawie, o radości, która w życiu Leopoldine wydawała się być... Nieosiągalna.