• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Walia > Domostwa > Cardiff Bay > Salon
Salon
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
02-08-2025, 21:31

Salon
W centralnej części pomieszczenia stoi duża, wygodna kanapa otoczona fotelami, a na podłodze leży stary, lecz dobrze utrzymany dywan, który dodaje wnętrzu charakteru. Nad kominkiem, w którym pali się ogień, znajduje się półka z mini replikami statków – drobiazgami, które świadczą o pasji właściciela. W drewnianej komodzie, nieco ukryte, znajdują się kolejne modele, starannie wykonane, jakby ktoś poświęcał każdą chwilę, by stworzyć małe arcydzieła. Ściany zdobią marynistyczne obrazy, a okna wpuszczają ciepłe światło, które odbija się od jasnych, nieco sfatygowanych mebli.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#21
Riven Thorne
Akolici
Feel the rain on your skin. No one else can feel it for you. Only you can let it in. No one else.
Wiek
24
Zawód
Barmanka, kochanka kapitana Fernsby
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
10
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
11
Brak karty postaci
27-01-2026, 23:26
Oczekiwałam najgorszego. Nie spodziewałam się tego. Nie takiej reakcji. Patrzyłam na niego zaskoczona jak wstawał z kanapy. Zmarszczyłam brwi nie rozumiejąc co się dzieje i gdzie idzie. Nie oddalił się jednak za daleko, bez słowa podszedł do kominka. Zaczął układać drewno, czemu towarzyszyło moje ciche odetchnięcie. Ogarnęła mnie dziwna ulga. Nie był zły, nie kazał mi odejść. Po prostu był. Nadal obok. Nadal spokojny. Stały w swoich emocjach. Cicha inkantacja, salon został oświetlony ogniem z kominka. Dosięgło mnie ciepło, a przyjemny dźwięk palącego się drewna wypełnił ciszę. Kenneth usiadł na podłodze, zaprosił mnie do siebie. Nie zwlekałam, podniosłam się z kanapy ciągnąć za sobą koc. Usiadłam tuż obok, tam gdzie poklepał miejsce. Nim zdążyłam cokolwiek zrobić to Kenneth przejął inicjatywę. Sięgnął po naszyjnik, trzymał go w palcach tym samym mnie zmuszając, abym zwróciła się w jego stronę. Patrzyłam na niego uważnie, chłonęłam jego słowa z niemałym zdziwieniem. Rozchyliłam lekko usta, próbując zrozumieć słowa, którymi mnie obdarzał. Jego głos był pewny, a słowa ostre jak brzytwa, które wbijały się we mnie swoim znaczeniem. Naszyjnik nie był tylko ozdobą, ani oznaczeniem mnie jako jego własności. Miał również drugie, głębsze dno, którego wcześniej nie dostrzegłam. Wziął mnie pod swoje skrzydła, chciał otoczyć opieką, był miała w nim oparcie. Bym czuła się bezpiecznie. Bym była bezpieczna. Aby nikt mnie nie tknął, nikt nie ważył się skrzywdzić. To był układ, to prawda. Oszalałam na jego punkcie, gdy zobaczyłam go po raz pierwszy. Szalałam za nim mimo upływu lat. Czy mogłam liczyć z jego strony na coś więcej? Raczej nie. Czy dostałam więcej niż kiedykolwiek śmiałam marzyć? Zdecydowanie. Wyłożyłam wszystkie karty na stół. Odsłoniłam się ze swoimi emocjami, uczuciami, problemami jakie miałam i jakie nagle powstały. Nie broniłam się, cichym płaczem nie chciałam wymusić reakcji, litości czy współczucia. Wiem, że swoimi słowami pokazałam, że nie gram na dwa fronty. Byłam szczera do bólu. Kolej była na niego. Trzymał mój naszyjnik i zamiast go ściągnąć z mojej szyi utwierdzał mnie w przekonaniu, że wciąż należę do niego. Ale to bycie jego było czymś głębszym, czymś więcej niż mi się wydawało.
Ujął mój podbródek zmuszając, abym nie odwróciła wzroku. Zadrżała mi dolna warga gdy pytanie zawisło pomiędzy nami. Tak bardzo się go bałam. Nastała cisza, przerywana jedynie trzaskiem drewna. Jego spojrzenie było przeszywające, czułam się przy nim całkowicie naga, pozbawiona zewnętrznej skorupy, zbroi, która dotychczas stanowiła moją ochronę. A jednocześnie, mimo wszystko, czułam się niezwykle bezpiecznie. Nie śmiałam odwrócić wzroku, milczałam próbując zebrać myśli. To trwało ledwie chwilę, a miałam wrażenie, że całą wieczność.
- Jestem twoja, to się nie zmieniło - zaczęłam cicho, trochę nieśmiało. Wypowiedzenie tego po raz pierwszy na głos w takiej formie było kojące. - Chcę być…
Nazywałam Kennetha różnie, gdy opowiadałam o tym co się między nami wydarzyło. Był moim mężczyzną. Był moim kapitanem. Jego kobietą nazywałam się tylko w myślach. Byliśmy swoi, bo nie wiedziałam kto kogo tak naprawdę wybrał. On mnie. Czy ja jego. Wziął za mnie odpowiedzialność, gdy ja obiecałam mu bycie ostoją. Chronił mnie od złego, gdy ja miałam być jego miejscem odpoczynku i ciepła po długiej podróży. Układ, obopólna korzyść. Głębsza niż mogłam się tego spodziewać. Myślałam, że będę tylko kochanką. Kobietą, którą będzie chciał mieć tylko w łóżku. Dodatkiem w ciągu dnia. A byłam czymś więcej, nie rzeczą. Widział we mnie osobę, widział moje uczucia i wziął i za nie odpowiedzialność.
- Co do Keitha… dam mu czas, a potem... - wzruszyłam lekko ramionami, łzy ponownie zatańczyły w kącikach oczu. - Zobaczę co będę miała do wyboru. Jest dla mnie ważny, tego nie wymażę. Jestem jego przyjaciółką, cokolwiek się stało i nią będę, jeśli tylko będzie tego chciał.
Kenneth nie mógł wymazać mojej przeszłości. Miałam swoją historię, swoje wzloty i upadki. Lepsze i gorsze momenty, a także problemy, z którymi musiałam się zmierzyć. Mógł być dla mnie wsparciem, pomocą w trudnej chwili. Ale nie mógł kazać mi zapomnieć o najbliższych. Byłam w stanie zrobić dla niego wiele, co myślę, że zdążyłam już udowodnić. Ale były pewne granice. Keith był dla mnie bardzo ważny, był częścią mojego życia. Kenneth mógł wziąć mnie całą, mogłam być tylko jego. Ale ze wszystkim. Tą przeszłością, dobrymi i złymi cechami, problemami. Wszystkim. Czułam, że to rozumie. Czułam, że akceptuje. A przynajmniej tak mi się wydawało. Taką miałam nadzieję.
Dopiero teraz pozwoliłam sobie na odwrócenie wzroku. Na zabranie brody z jego palców. Odwróciłam się w stronę kominka, bawiąc się naszyjnikiem i wpatrując w ogień. Sen dzisiejszej nocy nie przyjdzie, ale ciepło i dźwięk trzeszczącego drewna było mi wystarczające.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#22
Kenneth Fernsby
Czarodzieje
Wiek
31
Zawód
Kapitan "Złotej Łani", przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
11
12
Brak karty postaci
28-01-2026, 09:58
Gdyby był młodszy o dziesięć lat, złość wybuchłaby pierwsza, szybka i głośna, podszyta urażoną dumą. Może pojawiłoby się też rozczarowanie, karmione przekonaniem, że powinien być tym jedynym, centralnym punktem jej świata. Że jeśli ktoś decyduje się na niego, to bez cieni, bez historii pobocznych, bez emocjonalnych pęknięć. Kiedyś łatwo było mu myśleć w takich kategoriach. Z czasem jednak, wraz z przebytymi milami morskimi, z portami, z których się nie wracało takim samym, nauczył się jednego. Życie nie składa się z jednej linii ani jednej decyzji. To zbiór scen, momentów i zbiegów okoliczności, na które nie ma się wpływu, nawet jeśli bardzo by się chciało. A najmniejszy wpływ ma się na ludzkie emocje. One nie pytają o pozwolenie, nie układają się w logiczne ciągi, nie respektują zasad, które tak dobrze sprawdzają się na mapach i w umowach. Dlatego złość w tej chwili niczego by nie zmieniła. Była bezużyteczna. Zamiast niej wybrał to, co zawsze pomagało mu myśleć jasno. Proste czynności. Słuchanie bez natychmiastowej reakcji. Dopiero wtedy dotarło do niego coś jeszcze. Riven sama nie rozumiała wszystkiego do końca. Poruszała się po omacku, podejmując decyzje najlepiej, jak potrafiła w danym momencie. Dopiero gdy mówił o naszyjniku, zobaczył to wyraźnie. O tym, że nie był tylko ozdobą ani emocjonalnym symbolem. Oznaczał jego odpowiedzialność. Jego słowo. Ostrzeżenie dla innych, że przekroczenie tej granicy nie pozostanie bez odpowiedzi. Zobaczył jej reakcję, rozchylone usta, szczere zdziwienie, które nie było grą ani udawaniem. Wtedy zrozumiał, że teraz już wie.
Czekał na jej odpowiedź, na to jak zacznie się zastanawiać jak to wszystko uporządkować. Nie spodziewał się, że będzie miała od razu gotowy plan działania, ale chciał by zaczęła myśleć na przód niż pogrążać się w rozpaczy. Zwłaszcza, że zależało jej na Keithcie, co do tego nie miał wątpliwości. Nazywała go przyjacielem, a na samo wspomnienie jego imienia w kącikach oczu znów zbierały się łzy. Zranił ją, a ona brała całą winę na siebie. Zapewne ona zraniła jego, podejrzewał, że padły słowa, których obydwoje żałowali. Czy to znaczyło, że miał zamiar się wycofać? Bynajmniej. Była jego Syreną, kochanką, spokojną przystanią, choć teraz targaną burzą i sztormem emocji, na których musiał się utrzymać jak statek na wzburzonych falach. Nie spodziewał się tego, nie sądził, że przyjdzie mu się mierzyć z takimi emocjami i to tak szybko. Podejrzewał, że za jakiś czas dziewczyna oznajmi mu, że się zakochała, że nie wie co z tym zrobić i chciałaby odejść, uwolnić się z umowy jaką zawarła z kapitanem. Nadal chciała być jego, co przyjął z cieniem uśmiechu na ustach, a być może była to gra światła od bijącego ognia? To oznaczało, że odpowiedzialność nadal trwała. Kiedy się odwróciła on oparł się plecami o mebel za nim by znaleźć lepszą pozycję. -Dobrze. - Skomentował krótko. Nie pytał jeszcze o pełen plan, bo nie istniał. Nie mógł zaistnieć, ale ważne, że został zakotwiczony w jej umyśle. Wyciągnął teraz dopiero do niej dłoń, zachęcając, aby zanurzyła się ramionach kapitana. -Nie wiem czy opowiadałem ci o tym jak przybyliśmy na wyspy Galapagos, a bosman Brown odkrył w sobie żyłkę zielarza. - Zmienił płynnie temat, bo poprzedni na ten moment uważał za zakończony i nie było sensu go drążyć.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#23
Riven Thorne
Akolici
Feel the rain on your skin. No one else can feel it for you. Only you can let it in. No one else.
Wiek
24
Zawód
Barmanka, kochanka kapitana Fernsby
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
10
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
11
Brak karty postaci
28-01-2026, 14:27
Jak mogłabym się wycofać? Dałam słowo, dla mnie ono było ważniejsze niż wszystko inne. Słowo podparte uczuciami, które były głębokie i stałe od lat, chociaż w pewnym momencie zapomniane. Odkąd pierwszy raz do zobaczyłam, to wiedziałam, że to musi być ten. Głupie przeczucie, które nie raz i nie dwa formowało się bez wizji, bez obrazów. Było chwilowe, ale spowodowało fascynację, szaleństwo. Najpierw jego brawurą, historiami i opowieściami. Jego pewnością siebie, tym jak bardzo był przystojny. Oczami wyobraźni widziałam siebie u jego boku, chociaż byłam wtedy jeszcze gówniarą, na którą mało kto patrzył tak naprawdę. Starałam się. Czekałam. Potem odpuściłam myśląc, że mi się po prostu wydawało. Byłam dobra w zakopywaniu emocji, chowaniu ich głęboko w sercu i zapominaniu. Przecież robiłam to nie raz. Ale to nie oznaczało, że one zniknęły. Więc jak mogłabym się wycofać?
Poznawałam go na nowo. Nie tego Kennetha na pokaz, skorego do bójki, śpiewania szant i wyrywania każdej nocy innej panny. Poznawałam Kennetha spokojnego, stanowczego, pewnego swoich działań i takiego, który nie boi się wziąć na siebie odpowiedzialności. Mógł zrobić wszystko, a jednak zdecydował się mi pomóc, pokierować, uspokoić i pokazać, że to co dzisiaj jest dramatem jutro, jeżeli tylko będę mieć plan, może zmienić się w sukces. Byłam jak burza nad oceanem, sztormem na głębokiej wodzie. On nie zawrócił, nie wycofał się chociaż mógł. Był prawdziwym kapitanem. Moim kapitanem.
Nie krytykował tego pomysłu, jakikolwiek by on nie był. Nie podjął się analizy, nie zachęcał do ustalania kolejnych kroków. To wystarczyło. Przytaknął bez cienia zadowolenia, ale i złości. Przyjął do wiadomości. A mi wypowiedzenie tych słów tak bardzo dużo dało. Miałam plan, który chciałam zrealizować. Jeszcze nie wiedziałam jak. Ale było do czego dążyć.
Odwróciłam się, gdy poczułam jego dłoń zapraszającą mnie w objęcia. Całe napięcie jakie we mnie było opadło. Poczułam jak automatycznie rozluźniły się moje ramiona. Przesunęłam się bliżej niego i owinięta w koc wtuliłam się w jego klatkę piersiową. Wpatrywałam się w ogień myśląc, że tu sobie tak tylko posiedzimy i pooglądamy palące się kawałki drewna. Kenneth jednak zdecydował się płynnie zmienić temat, zaproponować opowieść, której jeszcze nie słyszałam. Uniosłam na niego swoje spojrzenie i przez krótką chwilę wpatrywałam się w jego profil z czułością.
- Opowiedz mi - mruknęłam cicho, ponownie skupiając spojrzenie na ogniu w kominku.
Uwielbiałam słuchać jego opowieści. Gdy snuł historie otwierał mi bramę na świat. To dzięki nim wiedziałam jak wyglądają inne miejsca, kultury i jak przebiegało życie w innych rejonach kuli ziemskiej. Nawet jeżeli te opowiadania nie były zawsze do końca prawdziwe, czasem mniej lub bardziej podkoloryzowane, nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Zanurzałam się w nich, wyobraźnią odkrywając nowe miejsca. Nie ważne czy to był Madagaskar, Kolumbia czy właśnie wyspy Galapagos. Gdy Kenneth opowiadał mi o historii bosmana Brown’a ja starałam się z całych sił nie zasnąć. Jego głos był taki spokojny i stateczny, ciepło bijące z kominka otulało moje ciało, a jego klatka piersiowa unosiła się rytmicznie. Walczyłam z zamykającymi się powiekami, które stawały się cięższe i cięższe. Unosiłam się gwałtownie kilka razy czując, że odpływam, a ja tak bardzo chciałam dosłuchać do końca, jak skończyła się historia bosmana zielarza.
Pozwoliłam sobie zamknąć oczy ledwie na chwilę. To miało być tylko dłuższe mrugnięcie, ale nie dałam rady już ich otworzyć. Płynęłam statkiem, ku ujściu z portu w Cardiff. Szum wiatru, znajomych zapach rozgrzanego od słońca drewna i soli. Cichy oddech mężczyzny przy moim karku. Ciepło słońca ogrzewało moją twarz. Bym po chwili, jako wrona, wzbiła się w powietrze i leciała dalej. Ku morzom i oceanom. I tym wyspom Galapagos.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#24
Kenneth Fernsby
Czarodzieje
Wiek
31
Zawód
Kapitan "Złotej Łani", przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
11
12
Brak karty postaci
28-01-2026, 15:13
Na razie nie wiedział, co zrobić z tym wyznaniem. Z informacją, że za nim szalała od dłuższego czasu. Przyjął to do wiadomości, odłożył gdzieś w myślach, ale nie potrafił ani nie chciał jeszcze do tego wracać. To nie był moment na rozbieranie takich słów na części, na szukanie w nich znaczeń, które mogłyby ich oboje zaprowadzić w miejsce, na które nie byli gotowi. Riven mu się podobała, to wiedział od dawna. Miał do niej słabość, wyraźną, choć rzadko analizowaną. Ujmowała go swoją osobowością, uporem, sposobem, w jaki potrafiła być jednocześnie krucha i zaskakująco twarda. Ale to, co do niej czuł, nie było płonnym uczuciem ani nagłym uniesieniem. Nie było czymś, co wymagało natychmiastowej deklaracji. Raczej stałą obecnością, którą uznawał za fakt. Uznał, że może być idealną kochanką i bezwstydnie zaproponował układ, na który poszła bardzo chętnie. Dlatego nie podjął tego wątku. Ta rozmowa dotyczyła czegoś innego. Granic, konsekwencji, decyzji, które już zapadły i tych, które dopiero miały zostać podjęte. Skupianie się teraz na jej wyznaniu tylko zaciemniłoby obraz, przesunęło akcenty w niewłaściwą stronę. A on nie miał w zwyczaju mieszać spraw, zwłaszcza gdy stawka była wysoka. Wyznanie zostało wysłuchane, zapamiętane, odłożone na później. I na ten moment to musiało wystarczyć.
Męskie ramiona owinęły się wokół skulonej dziewczyny, zamykając w ciasnym, ale bezpiecznym kokonie. -Kiedy dobiliśmy do Galapagos i zarządzona została przerwa na zebranie zapasów, odpoczynek i podreperowanie Łani, bosman Brown został przeze mnie przyłapany z prowizorycznym aparatem destylacyjnym. - Rozpoczął snucie swojej opowieści, głos miał spokojny, miarowy niczym fale, które leniwie kołyszą łajbą na morzu. -Sklecony z garnka, miedzianej rurki i czegoś, co kiedyś było częścią astrolabium. Brown twierdził z pełną powagą, że bada lokalną florę. - Kontynuował opowieść z cichym rozbawieniem w głosie na samo wspomnienie tamtych wydarzeń. -Zapytałem go wtedy, czemu te badania bulgoczą i pachną jak najgorszy bimber z Cardiff to odpowiedział, że “to proces kapitanie”. - Opowiadał dalej, jak bosman znikał wieczorami z notatnikiem, w którym zamiast zapisków botanicznych były krzywe rysunki liści i bardzo szczegółowe uwagi o tym, „po ilu liściach bananowca człowiek przestaje widzieć podwójnie”. Jak próbował destylować coś z kaktusa, co sprawiło, że przez dwa dni załoga śmiała się bez powodu, a papugi na brzegu zaczęły unikać statku. Jak w końcu Brown z dumą przyniósł kubek mętnej cieczy, twierdząc, że to eliksir zdrowia, a po jednym łyku pierwszy oficer ogłosił, że został żółwiem i próbował zejść na ląd na czworakach. Skończył opowieść tym, jak kazał Brownowi wylać całą zawartość „zielarskiego dorobku” do morza, a bosman stał nad burtą i żegnał się z nim jak z bliskim krewnym.
Dostrzegał jak momentami Riven już przysypiała, wybudzała się w gwałtownych dragniach, ale zaraz znów opadała na jego pierś. On zaś mówił dalej, pozwalając jej zasnąć. Zmęczenie zrobiło swoje i potrzebowała tego odpoczynku. Kiedy upewnił się, że odpłynęła w senne marzenia podniósł się powoli z ziemi wraz z Riven na rękach. Zdaje się, że przebudziła się na moment zaskoczona nagłą zmianą pozycji, ale zaraz znów zapadła w sen. Powoli wszedł po schodach i ułożył ją do łóżka upewniając się, że jest dobrze okryta. Jeszcze przez chwilę przyglądał się jej śpiącej twarzy, pogładził palcami po policzku i bezszelestnie wyszedł z pomieszczenia. Miał parę spraw do załatwienia.

|zt x 2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#25
Riven Thorne
Akolici
Feel the rain on your skin. No one else can feel it for you. Only you can let it in. No one else.
Wiek
24
Zawód
Barmanka, kochanka kapitana Fernsby
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
10
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
11
Brak karty postaci
22-02-2026, 16:50
| 3 maja 1962, o świcie

Miałam kaca. Potężnego. I wyrzuty sumienia. Wszystkie jakie tylko można było mieć. Ale czego się spodziewałam? Chwilowa ulga spowodowana upojeniem i narkotykami sprawiła, że to co bolało najbardziej wróciło ze zdwojoną siłą. Teraz nie dość, że bolała mnie głowa i było mi niedobrze, to jeszcze wciąż bolało mnie serce, a każda komórka ciała krzyczała rozrywana na strzępy. I tak było lepiej niż w dzień po zlocie absolwentów. Wtedy cierpiałam bardziej, na szczęście dzięki rozmowie z Kennethem poukładało mi się w głowie. To co powiedział i co mi wyjaśnił, a także to jaką myśl we mnie zakotwiczył sprawiło, że było mi lepiej. Trochę. Tylko ciało potrzebowało upustu, alkohol i dymorośl chwilowo załatwiły sprawę. Ale tylko na chwilę.
Miałam nie wrócić na noc i faktycznie mnie nie było. Nie wiem która była godzina, słońce delikatnie, bardzo nieśmiało próbowało się wychylić. Myślę, że mogło być po piątej rano. Całą noc spędziłam nad Tamizą w Londynie z butelką rumu, fajką skręconą z dymoroślem i Axelem u boku. Jego towarzystwo było niespodziewane, ale niezwykle miłe i pomocne. Był ze mną gdy trzeba było potrzymać mi włosy, nikt też nas nie zaczepiał. Mogłam spokojnie otumanić wszystkie myśli niczym się nie przejmując. Kiedy już wystarczająco zmarzliśmy, a ja trochę doszłam do siebie… chociaż może po moim chwiejnym kroku nie było tego widać, wróciłam do Cardiff. Poszłabym do siebie, wyspałabym się i wyrzygała się tam, ale byłam głupia. Klucz do mieszkania został w moich rzeczach w sypialni Kennetha. Co za pech i byłam wściekła na siebie z przeszłości, że o tym nie pomyślałam, było to jednak na tyle impulsywna decyzja, aby ruszyć do Londynu, że na to nie wpadłam. Teraz przyjdzie mi cierpieć w jego domu, a nie na własnych poduszkach na swojej podłodze w łazience.
“To informacja, że jesteś pod moją opieką”, “to informacja, że biorę za ciebie odpowiedzialność. To wiedza dla ciebie, że możesz na mnie polegać” huczało mi w głowie przy każdym kroku gdy zbliżałam się do Cardiff Bay i jego domu. Miałam wrażenie, że to wszystko co się wydarzyło, to było za dużo na moją małą główkę. Zbyt dużo informacji, zbyt dużo emocji, bólu i euforii jednocześnie. Kompletny roller-coaster, nic dziwnego, że nie wytrzymałam. Normalnie tyle nie piłam, byłam też zdania, że mam całkiem mocną głowę jak na moje sto sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu i pięćdziesiąt kilo wagi. Nie wiem co mi się stało, że tak bardzo zapragnęłam tego stanu upojenia. Otumanił moje myśli, otumanił mój ból, a dymorośl pozwolił się rozluźnić. Czy myślało mi się wtedy lepiej? Absolutnie nie, wręcz nie specjalnie mój mózg był wtedy skalany jakąkolwiek myślą. Czy po tej nocy było mi lepiej? Jeszcze bardziej nie. Ale mogłam sobie tylko pluć w brodę, bo to była moja wina. Jak wszystko co ostatnio się wydarzyło.
Nacisnęłam na klamkę. Drzwi były otwarte, uchyliłam je więc na tyle by wsunąć się do środka. Odwróciłam się w ich stronę, by zasunąć zasuwę. Nie mogłam powiedzieć, abym była specjalnie cicho. Nie odwracając się w stronę salonu zsunęłam z ramion sweterek, który chciałam powiesić na wieszaku, ale ten wylądował na podłodze. Zsunęłam też buty, tym razem nie rzuciłam nimi z hukiem na podłogę, a odstawiłam pochylając się co skończyło się moim zachwianiem i próbą ratowania się przed upadkiem łapiąc się czegokolwiek. Udało się. Wyprostowałam się, pomieszczenie przede mną lekko wirowało. Zmrużyłam więc oczy i krzywiąc się zaczęłam rozglądać się czy Kenneth tu jest. Może paliło się światło w gabinecie, a może był w kuchni, mógł też siedzieć na kanapie z papierosem w dłoni lub schodzić właśnie po schodach z sypialni. Dlatego też mój wzrok padł na każde z tych miejsc, a gdy go dostrzegłam było widać jak się spięłam. Ramiona uniosły się do góry, napięcie pojawiło się na mojej twarzy, palce dłoni wygięłam w nerwowym geście.
- Kenneth - mruknęłam, przełknęłam ślinę. - Zawaliłam... za dużo wypiłam… i jest mi niedobrze - oparłam się o drzwi i zaczęłam oddychać ciężko.
Było mi go żal. Wziął sobie kochankę, sprowadził mnie do domu i chociaż mówił mi, że jest dla mnie oparciem, że bierze mnie pod opiekę, to na pewno wolałby teraz mieć mnie w łóżku niż patrzeć na pijaną barmankę. Wziął za mnie odpowiedzialność w jednym z najgorszych momentów w moim życiu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#26
Kenneth Fernsby
Czarodzieje
Wiek
31
Zawód
Kapitan "Złotej Łani", przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
11
12
Brak karty postaci
22-02-2026, 19:42
Krótka notatka zostawiona w salonie najpierw go zaskoczyła, potem lekko zirytowała, a na końcu wyrzucił ją z rezygnacją w gestach. Nie tak wyobrażał sobie posiadanie kochanki, a jednocześnie nie mógł przewidzieć, że zostanie wplątany w pewien mały dramat, który zaczynał mu ciążyć niczym kamień u szyi. Nie miał zamiaru jej pilnować i trzymać przy sobie siłą, ani tym bardziej szukać po porcie i zmuszać do siedzenia w Cardiff Bay. Na razie dawał jej czas na poukładanie sobie wszystkiego w głowie, ale też zawarli pewien układ, z którego miał prawo oczekiwać, że dziewczyna się będzie wywiązywać. Do późnego wieczora siedział nad papierami, zajrzał do pubu, wysłał parę sów. Kiedy zbliżała się już noc zerknął w stronę ulicy, sprawdzając czy znajoma sylwetka nie majaczy. Drzwi zostawił otwarte, gdyby miała wrócić wcześniej. Ostatecznie noc spędził sam w łóżku, a ranek powitał go nieśmiałymi promieniami słońca wpadającymi przez szpary zaciągniętych przed spaniem zasłon.
Schodząc usłyszał cichy klik otwieranych drzwi. Dostrzegł jak wchodziła do domu, a potem zamyka zasuwę. Oparł się o poręcz krzyżując ramiona na piersi oceniając stan dziewczyny. Nie płakała, a to już była jakaś odmiana. Sweterk nie trafił nawet na haczyk tylko smętnie opadł na ziemię, a obok nich buty. Tym razem nie rzucała nimi po kątach, ale wyglądała jakby balowała całą noc. Kiedy ich spojrzenia się spotkały cała napięta niczym struna podjęła próbę wytłumaczenia się ze swojego stanu.
Odsunął się od poręczy, by w paru krokach, choć niespiesznych, znaleźć się obok niej. Zapach mieszaniny rumu oraz używki sprawił, że uniósł nieznacznie brwi. -Ktoś tu nieźle się bawił. - Skomentował, ale bez przygany w głosie, a jedynie z nutą rozbawienia. -Nie zamykaj oczu bo wtedy będzie jeszcze gorzej. - Przekazał dziewczynie, po czym ujął ją pod rękę, aby poprowadzić ku fotelowi w salonie i tam posadzić. Następnie zniknął na chwilę w kuchni, z której wrócił z potężnym wiadrem jakie jej podał bez ceregieli. Było jasne, że miało jeden cel. -Siedź. Zaraz do ciebie przyjdę. - Kolejne polecenie, krótkie i dosadne. Nie spodziewał się, że będzie stawiać opór, choć mogła, aby nie stać się utrapieniem dla kapitana. Patrząc na nią z pewną pobłażliwością, wróciła do kuchni, gdzie dało się słyszeć krzątaninę. Lejący się strumień wody, otwierane słoiki, charakterystyczny dźwięk mieszania łyżką. Co jakiś czas zerkał przez ramię, aby ocenić stan Riven, po czym wracał do swoich czynności. Dla siebie nastawił kawę.
Każdy radził sobie ze stresem i problemami na swój sposób. Nie mógł jej prawić morałów. Po pierwsze nie był w tej pozycji, a po drugie, w jej wieku nie był lepszy. Problem, idziemy go zapić w tawernie. Idziemy utopić zmartwienia we flaszce rumu czy innego trunku, a konsekwencjami będziemy martwić się później. Teraz alkohol pomagał mu zebrać myśli, ale daleko mu było do popijaw, z których nic nie pamiętał. Nawet jak pił, to tak, że doskonale wiedział co mówił i jak się zachowywał, a kac morderca już go nie nawiedzał.
Wykonał szybki ruch różdżką, a obok Riven znalazła się miska z lodowatą wodą oraz czysta szmatką. On zaś przysiadł się do niej z wysoką szklanką w dłoni. Płyn w niej miał zielonkawy kolor. Szklankę postawił obok siebie, a szmatkę zanurzył w wodzie. -Pochyl się. - Polecił, tym razem miększym tonem niż poprzednio. Odsłonił kark barmanki i przyłożył do niego zimny okład. -Ile wypiłaś i co dokładnie brałaś? -Zapytał, znów spokojnym głosem, takim, który nie oceniał.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#27
Riven Thorne
Akolici
Feel the rain on your skin. No one else can feel it for you. Only you can let it in. No one else.
Wiek
24
Zawód
Barmanka, kochanka kapitana Fernsby
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
10
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
11
Brak karty postaci
22-02-2026, 20:46
I właśnie tego dotyczyły wszystkie moje wyrzuty sumienia. To co się stało między mną a Keithem, to w jakiej pozycji postawiłam Kennetha, a także to, że nie wywiązywałam się z naszego układu. Ale jak miałam iść z nim do łóżka, gdy głowa była pełna myśli, a ciało bolało jakby każdy jego kawałek był przebijany ostrym sztyletem? Mógł wziąć mnie siłą, nawet nie mogłabym być zła. Ale nie trzymał mnie na uwięzi, ten naszyjnik nie był smyczą. Byłam mu za to wdzięczna. Jednak wyrzuty sumienia i tak miałam.
Gdy stałam tak na dole pod drzwiami, a moje spojrzenie znalazło go na schodach było mi tak strasznie głupio. Patrzyłam jak schodzi, próbowałam ocenić jego stan. Czy był zły? A może zawiedziony? Wodziłam za nim, gdy stałam oparta o drzwi i oddychałam ciężko próbując powstrzymać wymioty. Nie wymiotowałam całą drogę, czy naprawdę musiało zachcieć mi się rzygać właśnie teraz?
- Wcale się nie bawiłam - zaprzeczyłam, nie opierając mu się gdy wziął mnie pod ramię i zaprowadził do fotela. Jęknęłam siadając i przycisnęłam dłoń do ust. Oddychać, musiałam oddychać. - Siedziałam… nad Tamizą i… spotkałam Axela, wiesz? Siedział ze mną - pokiwałam głową, jakby to miało potwierdzić moje słowa.
Chwyciłam mocno garnek, niemal się do niego przytulając. Miałam siedzieć i czekać, nie planowałam nic innego. Nie bardzo miałam siły by się ruszyć. Wystarczyło, że Kenneth odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę kuchni, by moja głowa wylądowała w garnku zwracając całą zawartość żołądka. Głównie płyn, który jak się sama zaraz zorientowałam, śmierdział rumem. Przecież byłam wieczorem na tyle mądra, by nie zjeść nic sensownego i pić sobie na pusty żołądek. Czy mogłam się więc dziwić, że po takiej ilości alkoholu mój żołądek się zbuntował. Opadłam na oparcie, odchyliłam głowę przecierając wierzchem dłoni usta. Włosy przykleiły mi się do czoła i policzków, niezgrabnie próbowałam się ich pozbyć. Chcąc skupić się na czymś innym niż nadchodzącą kolejną porcją mdłości, skupiłam na Kennecie całą swoją uwagę. Patrzyłam jak się krząta, coś otwiera, miesza, gotuje wodę. Ściągnęłam z ramion swoją torebkę, która opadła na podłogę. Oh, od razu zrobiło mi się wygodniej. Ale teraz było mi strasznie gorąco, kolejna fala mdłości i znów po pomieszczeniu rozniósł się charakterystyczny dźwięk wymiotowania. Pięknie zaczynaliśmy wspólne mieszkanie. Od dramatu i rzygania po nocnej ucieczce do Londynu.
Drgnęłam, gdy kolejna miska pojawiła się przy fotelu. Kenneth podszedł, obserwowałam go jak niesie szklankę z jakimś zielonkawym płynem. Skrzywiłam się, jeśli myślał, że to wypiję to się grubo mylił. Ciotka Boyle miała ze mną Merlinowskie utrapienie za każdym razem gdy trzeba było podać mi lekarstwo w płynie, a uzdrowicielka w Hogwarcie zawsze dziwiła się czemu zdrowienie zajmuje mi tyle czasu. No, jak eliksiry leczące lądowały w doniczce z kwiatami, to oczywiste, że z przeziębieniem będę się męczyć siedem dni, a nie trzy dni gdybym zażyła eliksir od razu. Tylko, że one były ohydne. Gorzkie i o konsystencji glutu. Na samą myśl robiło mi się znowu niedobrze.
Garnek przesunęłam pomiędzy nogi na podłogę. Chyba będę w stanie szybko po niego sięgnąć, jeśli kolejna fala mdłości mnie dopadnie. Pochyliłam się tak jak kazał, poczułam jak dotyka mojego karku i go odsłania, a następnie kładzie lodowatą ścierkę na rozgrzanej skórze. Powstrzymałam się przed zamknięciem oczu, ostrzegał, że może mi się wtedy zrobić gorzej.
- Czy ktoś ci już mówił, że jesteś strasznie pociągający jak tak rzucasz rozkazami? - Zachichotałam. Oparłam łokcie o kolana, a brodę o dłonie. Włosy opadły mi na policzki, więc może nie zauważył delikatnego rumieńca. Ale było mi też po prostu gorąco, czerwone policzki mogłam mieć też dlatego. - Eee… mam wymienić?
Podrapałam się po czole. Syknęłam, dotykanie siniaka, którego miałam na skórze po uderzeniu o schody nie dało się zignorować. Bolał mocno przy każdym dotyku. Zimny okład podziałał na mnie rozluźniająco, nie siedziałam już taka spięta.
- Najpierw trochę piwa, potem… e.. wódki. A potem zwinęłam butelkę rumu i… i miałam jeszcze dymorośl, fajkę z tego zrobiłam… oh, niedobrze - jęknęłam.
Wspomnienie rumu i jego smaku zadziałało szybko. Zdążyłam sięgnąć po ten garnek, moja twarz zniknęła w naczyniu, a moje ciało przechodziły silne torsje. Chwile trwało nim znowu podniosłam głowę.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#28
Kenneth Fernsby
Czarodzieje
Wiek
31
Zawód
Kapitan "Złotej Łani", przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
11
12
Brak karty postaci
22-02-2026, 21:18
Odgłosy z salonu docierały do niego. W głowie zaczął liczyć ilość zwrotów z żołądka. To mogło mu pomóc w ocenie stanu dziewczyny i tego jak długo będą torsje ją męczyć. Wcześniej widział, że bała się jego reakcji, jakby obawiała się, że wyrzuci ją z domu. To również zanotował w pamięci, by kiedyś do tej myśli wrócić. Teraz miał inne zadanie - upewnić się, że nie zapaskudzi całej tapicerki w salonie, a później odeśpi zarwaną noc. Należało ją postawić jakoś na nogi, na tyle, żeby mogła odespać szaleństwo na jakie sobie pozwoliła. -Axela? - Powtórzył za nią. -Mówi z francuskim akcentem? Jeżeli tak, to znam. - Dodał i dopisał do listy w pamięci kolejną sprawę. Nie miał zamiaru Axelowi czynić wyrzutów. Widać był towarzyszem topienia smutków w alkoholu. Uchylił okno w salonie wpuszczając trochę świeżego powietrza, morska bryza chłodziła, a była jeszcze wczesna pora. Okolica wciąż spała, choć dało się słyszeć pierwsze dźwięki porannej krzątaniny. Ktoś otworzył okiennice, a zawiasy zapiszczały krótko i ostro, przecinając miękką ciszę poranka. Gdzieś wyżej zatrzeszczała drewniana framuga, gdy ciężkie okno ustąpiło pod naporem dłoni. Z wnętrza wypadł stłumiony kaszel i stuknięcie fajki o parapet. Przesunęła się skrzynia, gdzie drewno zaszurało po kamieniach, a potem rozległo się charakterystyczne stuk-stuk-stuk, gdy ktoś poprawiał jej ustawienie czubkiem buta. Metalowy hak zahaczył o krawędź wozu i zabrzęczał krótko, cienko, jak struna. Z oddali dobiegł dźwięk dzwonu okrętowego. Jedno uderzenie. Potem drugie. Niosły się nisko, ciężko, mieszając z krzykiem mew, które budziły się z nagłą, drapieżną energią. Ich skrzek przecinał powietrze jak rozdarcie płótna. Odpowiadało im szczeknięcie psa, przywiązane do drzwi magazynu, oraz przekleństwo rzucone półgłosem przez rybaka, który potknął się o własną sieć. W głębi uliczki rozległo się skrzypienie kół. Wóz ruszył powoli, osie jęknęły pod ciężarem beczek. Płyn w środku poruszył się z głuchym bulgotem. Woźnica cmoknął cicho na konia, a zwierzę odpowiedziało parsknięciem i miękkim tupotem kopyt, które odbijały się od kamienia miarowo i bez pośpiechu.
Mieszanka, która w była w szklance mogła pomóc dwojako - sprawić, że żołądek się uspokoi i tym samym przestaną nią szarpać torsje lub sprawi, że wyrzuci z siebie wszystko do cna. Tak czy siak będzie jej lepiej. Jednak uznał, że jeszcze chwilę z tym poczeka. Tym bardziej, że dostrzegł spojrzenie mówiące mu, że nie będzie skora do opróżnienia całej szklanki. Zdjął po chwili kompres, zamoczył go ponownie w wodzie, odcisnął i ułożył na nowo na skórze dziewczyny. Drugą dłoń przyłożył do jej czoła i policzków; była cała rozpalona. -Odchorujesz mocno wyprawę nad Tamizę. - Mruknął pod nosem. A gdy wystrzeliła ze swoim nagłym wyznaniem zaśmiał się w głos. -Byłoby to bardzo pociągające, gdyby nie mówiła tego kobieta, która właśnie mocniej obejmuje miskę niż mnie. - Odparł drocząc się z nią nieco, po czym zgarnął jasne włosy i splótł w warkocz, aby jej nie przeszkadzały przy kolejnej fali torsji, a ta mogła nadejść w każdej chwili. -Wszystko. - Podkreślił oczekując pełnej odpowiedzi i w tym czasie ponownie zmienił kompres na jej karku. Kiedy znów wstrząsnęły nią wymioty, gładził dłonią jej zgięte plecy i przytrzymywał warkocz. Z jednej strony było mu jej żal, a z drugiej pewne rozbawienie zdobiło jego twarz. -Żeby barmanka tak mieszała. - Pokręcił z dezaprobatą głową nadal gładząc jej plecy, a potem wstał i wrócił do niej ze szklanką wody. -Wypłucz dokładnie usta. Będzie trochę lepiej, a potem wypijesz to. -Wskazał na bladozielony napój. Mogła mieć pewność, że nie ma konsystencji gluta. -Kwaśne jak skurwysyn. - Wcisnął jej szklankę do dłoni. -Do dna.
Jego ton świadczył o tym, że nie będzie przyjmował żadnych negocjacji.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#29
Riven Thorne
Akolici
Feel the rain on your skin. No one else can feel it for you. Only you can let it in. No one else.
Wiek
24
Zawód
Barmanka, kochanka kapitana Fernsby
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
10
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
11
Brak karty postaci
22-02-2026, 21:54
Dźwięki dochodzące z dworu wskazywało na to, że Cardiff budziło się do życia. Kiedy ja szłam, swoim chwiejnym krokiem, było jeszcze ciemno i pusto. Tylko w niektórych oknach paliło się światło, ludzie zdawali się jeszcze spać. Tak jak ptaki, nawet myszy żadnej nie widziałam. Gdy Kenneth otworzył okno i świeże powietrze wpadło do salonu, a wraz z nim wszystkie dźwięki, nie można było mieć wątpliwości co do tego, że rozpoczynał się nowy dzień. Dla mnie miała dopiero nastać noc o ile przestanę w końcu wymiotować.
Nie wiedziałam dlaczego tak bałam się wrócić do domu i spojrzeć mu w oczy. Jedno, to wstyd. Drugie, to wyrzuty sumienia. A trzecie? Przecież wiedziałam, że tego nie zrobi. A nawet jeśli, to przecież miałam gdzie pójść. Jak nie moje mieszkanie, do Philippa, ciotka czy ktokolwiek inny. A jednak bałam się. Bałam się jak wtedy, gdy sprawiałam problemy ciotce, a ona straszyła mnie oddaniem do sierocińca. Kiedyś nawet chwyciła mnie, pod wpływem złości i wyrzuciła za drzwi tawerny. Przyjęła z powrotem, ale od tamtej pory pilnowałam się bardzo, by się jej nie narazić.
Czekał mnie ciężki dzień, wiedziałam o tym. Mdłości nie przejdą tak szybko, głowa nie przestanie boleć, a gorączka nie przejdzie od zwykłych zimnych okładów. I chociaż były kojące, to musiałam swoje wycierpieć. Należało mi się. Po stokroć mi się należało.
Nie miałam nawet sił się złościć, gdy droczył się ze mną i dokuczał. Czułam jak zaplata mi włosy, jak gładzi mnie po plecach gdy moja twarz wylądowała w garnku. To było męczące, to było bolesne, ale ból żołądka odciągał uwagę organizmu od bólu serca. To też był jakiś sposób, by na chwilę o tym wszystkim zapomnieć. Gdy uniosłam głowę, oddychałam ciężko.
- Powtórzę… jak już nie będę ściskać tego garnka - odparłam, ocierając usta. - Po za tym… barmanka wie najlepiej jak zmieszać, żeby kogoś poskładać. Eee… tym razem siebie - odetchnęłam, odstawiając znowu naczynie.
Taki był przecież plan. Zapić się, by zapomnieć o problemach. Utopić wszystkie smutki, konsekwencjami się nie przejmować, albo zostawić je jako problem dla siebie z przyszłości. Przecież dobrze wiedziałam co robię, zrobiłam to specjalnie. Z pełną premedytacją. Czy ktoś mógł mnie winić? Co najwyżej ja sama siebie.
Odprowadziłam go wzrokiem do kuchni, a potem obserwowałam jak przynosi mi wodę. Sięgnęłam po nią chętnie, najpierw kilka pierwszych łyków by przepłukać usta i wyplułam wszystko do garnka. Kolejny łyk, bardzo malutki, by się napić. Barmanka też wiedziała co ze sobą zrobić gdy się przesadzi. Po pierwsze musiałam się nawodnić, ale nie od razu wypijając całą szklankę wody. Bo wyrzygam ją szybciej niż ją wypiłam. Powolutku, małymi łyczkami. I wodę mogłam pić, ale gdy Kenneth podmienił mi szklankę z wodą na zieloną breję… Cóż, nawet nie starałam się ukryć swojego grymasu na twarzy.
I tak samo jak ja bardzo nie chciałam tego pić, tak samo jego ton i spojrzenie wskazywało, że nie przyjmie żadnego sprzeciwu. Trzymając szklankę patrzyłam to na niego, to na zieloną breję. Znowu na niego, znowu na breję. I im dłużej patrzyłam, tym większy grymas pojawiał się na mojej twarzy.
- A czy to konieczne? - Zapytałam nieśmiało.
I w tej samej chwili, sądząc po jego spojrzeniu, od razu zorientowałam się, że nie jestem w pozycji by się sprzeciwiać. Nie zmieniało to jednak faktu, że w tym momencie byłam najbardziej obrażoną i najbardziej skrzywioną panną pod wschodzącym słońcem. I z całych sił pokazując jak bardzo mi się ten pomysł nie podoba przyłożyłam szklankę do ust. Pachniała kwasem. Zielona breja nie wyglądała zachęcająco, dotknęłam zawartość językiem. Była faktycznie kwaśna jak sam skurwysyn, Kenneth nie kłamał. Spojrzałam na niego żałośnie, wykrzywiając usta w podkówkę urażona, że naprawdę mam to zrobić. Zaczęłam jednak pić, wypiłam wszystko. Do dna, jak kazał. Gdy oddawałam mu szklankę towarzyszył mi okropny kaszel, łzy napłynęły do oczu i spłynęły po policzkach, a żołądek spiął się mocno powodując okropny ból.
- O-ohydztwo! - Jęknęłam tylko.
Oparłam się o fotel, oddychałam ciężko. Nie chciałam znowu wymiotować. jeżeli teraz zwymiotuje tą kwaśną breją, to chyba wypalę sobie dziury w gardle. Tak myślałam przynajmniej. Z całych sił starałam się więc powstrzymać mdłości i żołądek bulwersujący się pod wpływem ilości płynów.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#30
Kenneth Fernsby
Czarodzieje
Wiek
31
Zawód
Kapitan "Złotej Łani", przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
11
12
Brak karty postaci
23-02-2026, 14:10
Miał inne plany na ten poranek, ale rzeczywistość postawiła przed nim Riven, której nie mógł tak zostawić. Złożył pewną obietnicę, a to co miał do załatwienia mogło spokojnie poczekać nim skieruje ją do łóżka. Robiła dobrą minę do złej, a obydwoje wiedzieli, że właśnie cierpi katusze i ani trochę nie jest zadowolona, że tak się to skończyło. Sięgnął po chusteczkę, którą już wcześniej przygotował i podał czarownicy aby miała czym wycierać usta.
Kiedy sam przedobrzył z alkoholem to choć było mu głupio, to bym wdzięczny za kumpli, którzy drażniąc się z nim, jednak byli obok i pilnowali, aby Fernsby wrócił cało do domu. Nie omieszkali mu potem przez kolejne dni wypominać zdarzenia, ale nigdy nie był sam. Dlatego też trwał przy dziewczynie wiedząc, że takie wsparcie jest potrzebne, nawet jeśli towarzyszy temu wstyd. Wątpił w to, że ta eskapada pomogła czarownicy, raczej zagłuszyła na chwilę pewne myśli, ale problemów nie rozwiązała żadnych. Na razie co innego zaprzątało jej głowę. Kolejna fala torsji wstrząsnęła ciałem. Przynajmniej trafiała do miski, to mógł uznać za jakieś szczęście. -Hmm… - mruknął bez przekonania w głosie na jej twierdzenie. A gdy się wyprostowała i odchyliła ściągnął z mokrego czoła przyklejonego do niego kosmyki włosów i przetarł rozpaloną twarz kobiety zimną szmatką.
Obserwował jak dozowała sobie ostrożnym łykami wodę. Jak starała się nie podrażniać żołądka, a tym samym dać sobie chwilę wytchnienia. Do zielonego napoju podeszła z dużo mniejszym entuzjazmem. Nie podejrzewał niczego innego, ale nie miał zamiaru ustępować. -Pij. - Powtórzył, krótko i zwięźle. Czekał, aż wypije całość. Żałość wypisana na jej twarzy nie robiła na nim wrażenia. Patrzył cały czas na nią dając znać, że nie miał zamiaru odstąpić póki nie wypije całości. Z rozbawieniem obserwował jak się krzywi, jak przedłuża moment wypicia całości, jak stara się tego nie robić wiedząc, że z góry jest skazana na porażkę. Ostatecznie wychyliła całość, a potem żałosny kaszel poniósł się po pomieszczeniu. Dopiero wtedy odebrał od niej szklankę i ponownie przetarł czoło dziewczyny. -Albo zwrócisz zaraz wszystko i poczujesz się lepiej, albo po prostu poczujesz się lepiej. - Przyszedł z marną pociechą, ale widać było, że jest pewien tego co mówi, jakby nie od dzisiaj stosował mieszankę, którą jej zaserwował. Powoli wstał ze swojego miejsca. W kuchni czekała na niego kawa. Już zdążyła ostygnąć ale to nie przeszkodziło mu w wypiciu jej. Miał ochotę też na śniadanie, jednak założył jego zapach może nie zadziałać dobrze na Riven, która dogorywała na kanapie. Musiała mu na razie wystarczyć letnia kawa. Teraz pozostało mu czekać, aż zielona mieszanka zdziała cuda i pozwoli uspokoić żołądek Riven.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 02-03-2026, 19:24 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.