• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Rozgrywka > Mgły czasu > Izba Pamięci > 1943 - Prawy do lewego
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
04-02-2026, 21:14

Wesele
Ambrose & Titus na weselu Day'ów
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
04-02-2026, 21:18
Było za głośno i zbyt duszno.
Rozpiął pierwszy guzik koszuli, a potem drugi. Matka powie mu, że to nieeleganckie, ale miał to gdzieś. Był najtrzeźwiejszą osobą na tym weselu. Na swoim własnym weselu.
NIkt nie powiedział mu, że na trzeźwo bawi się tak źle; choć nie bawił się dobrze nawet wtedy, gdy poszedł na tamtą imprezę w stodole.
Gdyby tam nie poszedł, nie skończyłby tak. Tutaj.
Twarze przewijały się jak w kalejdoskopie. Choć na kawalerskim nie było prawie nikogo, to na ślub i wesele chcieli przyjść wszyscy. Znajomi z Gryffindoru, znajomi Allie i jej rodziców, sąsiedzi z Doliny, państwo Harrison, nawet Malcolm Young prosił o zaproszenie, ale Ambrose skłamał Titusowi, że nie mają już dla niego miejsc.
I tak nie mógł się pozbyć Jenevy (choć chciał), bo Jeneva przyszła z Titusem, bo Jeneva była narzeczoną Titusa. Narzeczoną. Wciąż było mu tak ciężko o niej myśleć.
Ostatnie tygodnie spędził w odrętwieniu, obserwując jak świat wokół wiruje jak kołowrotek, w ciągłym pośpiechu. Rodzice Allie i nawet jego mama chcieli zorganizować wesele jak najszybciej, zanim brzuch Allie stanie się widoczny. Na szczęście, nikt nie pytał go o zdanie (więc nic mu się nie podobało), więc mógł obojętnie milczeć i patrzeć jak jego własne życie toczy się bez niego.
Życie Titusa też najwyraźniej zaczęło toczyć się bez niego. Nie spodziewał się zupełnie tych zaręczyn, choć może powinien. Gdy się dowiedział, wsiadł na miotle i latał nad Somerset bardzo, bardzo długo. Tak, żeby wiatr wiał mu prosto w twarz... ale gdy wreszcie wylądował to i tak miał mokre policzki.

Było już bliżej wschodu niż zachodu słońca, a on mógł zostawić Allie, bo wreszcie zaczęła być wstawiona. Dopiero teraz. Zanotował w pamięci, że była wstawiona dopiero teraz, wracając wspomnieniami do tamtej imprezy. Jego wspomnienia urywały się dużo wcześniej niż o trzeciej w nocy i bardzo go to zirytowało.
Na fali tej irytacji spytał mamy, czy Allie powinna tyle pić w ciąży, ale usłyszał w odpowiedzi, że to przecież nie szkodzi i żeby nie był głupiutki. Potem mama się rozpłakała na samą myśl o jego przyszłości i Ambrose wycofał się z rosnącym zniecierpliwieniem.
Kątem oka zobaczył Jenevę, ale gdzie był Titus?

Zatańczył z Jenevą i nadepnął jej na stopę, a potem skłamał, że jest kiepskim tancerzem i urwał taniec w połowie, bo Titus mignął mu z parkietu.
Harrison rozmawiał z jego teściem, a Ambrose pamiętał, co teść mówił czasem o szlamach i zrobiło mu się zimno i poszedł tam jak najprędzej.
Teść śmiał się jednak serdecznie, a Titus tytułowal go per Dick. Dick był już na tyle pijany, że Ambrose chwycił Harrisona za przedramię i odciągnął go na bok bez silenia się na wymówkę.
- Jesteś pijany. - zauważył, spoglądając w nieco szkliste oczy przyjaciela. Obejrzał się przez ramię, szukając wzrokiem Jenevy Young. Po raz setny zadał sobie pytanie, czy byłby dzisiaj w tej sytuacji gdyby poszedł na tamtą imprezę w stodole, ale z Titusem, ale może nie było sensu tego roztrząsać. Może upiliby się obaj i przyjaciel wcale nie uratowałby go z tego ambarasu, tak jak Ambrose czasami sobie wyobrażał.
Liczyło się to, że teraz jeden z nich był trzeźwy. A ucząc się na własnych błędach, postanowił trzymać Titusa jak najdalej od Jenevy.
Jak na złość, zjawiła się przed nimi, też wstawiona, ale chyba trochę zaniepokojona, gdy Ambrose odciągał już przyjaciela w stronę toalet.
Nie miał do tego cierpliwości, więc uśmiechnął się do panny Young (niedługo pani Harrison) zniewalająco i tchnął całą swoją magię w prośbę, by zajęła się Allie, specjalnie dla niego, może niech nawet razem zatańczą.
Gdzieś podświadomie spodziewał się, że to nie zadziała. Że Jeneva spojrzy na niego jak na wariata i wyrazi zmartwienie stanem swojego narzeczonego i że będzie patrzył, jak czule obejmuje Titusa i sama prowadzi go do łazienki i potem będzie musiał sobie wyobrażać, co tam robią.
Ale zadziałało. Spojrzenie Jenevy zrobiło się nieobecne, a odchodząc musnęła Ambrose’a ramieniem, a on poczuł się gorzej i lepiej zarazem.
Po chwili zamknęły się za nimi drzwi łazienki. Zaryglował je i nagle znowu było cicho. Jeneva i Allie, tesćiowie i mama, wszyscy zostali za drzwiami.
- Papierosa? - zapytał od razu. Przez ostatnie tygodnie zaczął sporo palić, o wiele więcej niż wcześniej. Nie pomyślał, że połączenie nikotyny i alkoholu może sprawić, że komuś zrobi się niedobrze, bo jeszcze tego nie próbował i już nie spróbuje. - Jak się masz? - pomógł przyjacielowi oprzeć się o ścianę, a samemu usiadł na podłodze, podpierając drzwi plecami. Zaciągnął się dymem i powoli wypuścił go z ust, nie odrywając od Titusa wzroku. - Zabawne, to z Dickiem. Richard, Dick. Nie wpadłem na to - oczywiście, że samemu na to nie wpadł - a tak pasuje. Kutas jeden. - mruknął i wziął głębszy oddech. Zabawne, ale jakoś nie był rozbawiony, bo coś innego zajmowało jego myśli.
- Nigdy nie mówiłeś, że planujesz się jej oświadczyć. Już w te wakacje. - wycedził powoli. Słowa, których nie potrafił ująć w liście, których w ogóle miał nie mówić na głos. Nagle, gdy tak świdrował Titusa wzrokiem, wydały się możliwe. - Oświadczyłbyś się jej, gdyby nie mój ślub?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
10-02-2026, 22:48
To był okropny dzień, chociaż panna Young ściskała jego dłoń mocno, kiedy wydawał się jej najbardziej wzruszonym gościem na ślubie – ocierając oczy od pierwszych momentów ceremonii. Chyba złapał ją za serce – tak przynajmniej mówiła – swoją wrażliwością. Mówiła, że przecież nie musiał się przed nią wstydzić, znali się od zawsze. Nie wyprowadza jej z błędu – woli uchodzić za zbyt emocjonalną parodię mężczyzny, niż powiedzieć prawdę, która wydawała się okrutnie niewygodna. Jeneva chwali suknię ślubną panny młodej, chwali fryzurę pana młodego i w rozmowie z Dolores – zaraz po ceremonii – chwali się cicho, że uszyła sobie sukienkę własnoręcznie. Potem zachęcona wspomina, że przerobiła garnitur starego Harrisona dla swojego narzeczonego. Narzeczony ucieka wzrokiem, kiedy matka przyjaciela ogniskuje na nim własny.
Pyta Jenevę o to ile chciałaby mieć dzieci – wygląda w końcu na taką zdrową dziewczynę, nie wychudzoną tyczkę… A Harrison wyłącza się, nie chcąc słyszeć odpowiedzi. Obserwuje z boku jak jego własny ojciec – opierając się o lasce – składa życzenia młodej parze. Tite spina się, kiedy kolej pada na nich – na szczęście Jeneva przejmuje całą inicjatywę, składając Allie i Ambrose’mu życzenia tak serdeczne i szczere, by świeżo upieczona żona nie wymagała więcej. By uśmiechała się też do Titusa – nawet jeżeli ten opierał się policzkiem o głowę Young – chowając część twarzy wśród loków obejmowanej ramieniem narzeczonej – umyślnie unikając spojrzenia własnego przyjaciela.
Przyjmuje z ochotą każdy proponowany toast – po kilku kolejkach przejmując nawet inicjatywę. Pije za zdrowie pana młodego, za sukcesy pana młodego, za angaż pana młodego do dobrej drużyny, a kiedy unosi kieliszek by wypić za zdrowie teściów z obu stron – Richard, tata Rosalie, zaczepia go i zachęca do zajęcia miejsca przy jego stoliku. Ambrose nie pije – co za szkoda – a Dick szuka towarzystwa. Harrison ma osiemnaście lat i uważa, że jego głowa to wytrzyma. Odpowiednio pijany zaczyna na chwilę ignorować, na czyim weselu właściwie się znajduje.
Jeneva bawi się świetnie – dobrze bawi się z młodszymi koleżankami i dobrze tańczy – zajmując czas kuzynom Allie. Znika z radaru Harrisona po drugim kieliszku czystej wypitym z Dickiem Clintem. Dick próbuje przełamać lody – myśli, że kupi uwagę Titusa ciekawą plotką o własnej córce, która zaszła w ciążę – stąd ten szybki ślub. Kupuje jednak jego gwałtowną irytację. Harrison ma już ochotę zaśmiać się mu w twarz, dopytać czy są pewni co do ojcostwa Ambrose’a i czy wiedzą, że ich córka jest kurwą – kiedy na przedramieniu czuje zaciskające się, silne palce pałkarza.
Odciągnięty na bok, nawet się nie zapiera. Nie żegna się z Richardem – po prostu odchodzi w akompaniamencie komentarza. Informacja dociera do niego z opóźnieniem, a przytłumione zmysły pozwalają rozpoznać Day’a… Dopiero po kilku krokach. Dopiero gdy ten otwiera drzwi do łazienki i zaciąga ich tam razem. Harrison nie pamięta niczego, co zdarzyło się potem. Ale pan młody… Pan młody mógł zapamiętać wszystko.
– Jennie bawi się dobrze i beze mnie – kwituje to, że przyjaciel odesłał ją – jak mu się teraz wydawało – bardzo uprzejmie. Gdy drzwi zostają zaryglowane, gdy Ambrose osiada na ziemi, gdy wyciąga papierosy i gdy spogląda ku górze – ku postaci podpitego Harrisona… Ten zjeżdża plecami po kafelkowej ścianie, byle usiąść tuż obok pana młodego. W głowie mu się kręci, a palce, którymi przeczesuje długie włosy… Wydają się mniej czułe na dotyk. Nie zauważa nawet kiedy tymi samymi palcami znalazł końcówkę krawata przyjaciela i kiedy zaczął obracać ją między opuszkami. – Ładny krawat… A Dick… Tak, merlinie, tak… O rany, co za skurwiel, gdybyś się nie pojawił, chyba bym mu… – żartuje, ale szybko kończy; czuje, że dym uciekający z ust przyjaciela gryzie go w gardło… Nieco za mocno. Ignoruje chwilowe mdłości. Gdy Day świdruje go wzrokiem – ten Harrisona wydaje się niemal błogo zamglony. Nagle przypatrywanie się zmęczonej twarzy Ambrose’a wydaje się tak proste – dużo prostsze niż jeszcze kilka godzin temu, gdy powinien składać mu życzenia – a gdy nabrał wody w usta.
– Nie… – zaczyna, owijając krawat wokół palca. Piękny rulonik, prawie jak… Taki grubszy papieros. – Nie tak szybko. Ale muszę z kimś, no nie? – jakby nie dało się poczekać nawet chwili. Jakby musiał pokazać, że też panuje nad sytuacją i też idzie do przodu. – Rany, kręci mi się w… Posiedzisz tu chwilę ze mną? – proponuje. – Aż mi… Minie. – Jakby to właśnie on potrzebował chwili spokoju i ciszy. Jakby to on zaciągnął go tu w porywie żałości. – Robi mi się… Strasznie zimno – nigdy nie zatruł się jeszcze alkoholem. No to masz za swoje.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
22-02-2026, 01:06
- Jeneva zbyt dobrze bawi się bez ciebie. - jego słowa zabrzmiały bardziej jak warkot rozwścieczonego psa, ale Titus był chyba zbyt pijany żeby to zauważyć. Samemu bawił się dzisiaj beznadziejnie, bez Titusa. Na imprezie w stodole czuł się onieśmielony nową popularnością, więc wlewał w siebie kolejne kieliszki koniaku, więc też bawił się beznadziejnie. I też bez Titusa.
Ilekroć na weselu migał mu uśmiech Jenevy Young, tylekroć czuł nową falę irytacji. Irytacji, która zdawała się bardziej paląca i gorzka niż gdy irytowały go na przykład pomięte ubrania—ale to musiała być irytacja, bo co innego?
Ze złością trącił kolano Titusa własnym, jakby chciał się upewnić, że Harrison naprawdę tu siedzi. Z nim, a nie z nią.
Na jego palce na własnym krawacie… nie zareagował. Dotyk innych ludzi czasem zdawał się parzyć, ale tego Titusa czasem nie zauważał.
- Mama mi wybrała. - westchnął, nieobecnie spoglądając na krawat. Czarny, satynowy.
Przez jego twarz przemknął nagły grymas gdy Titus przyznał, że nie oświadczyłby się Jenevie (albo chociaż nie tak szybko) gdyby nie jego ślub. Równie nagle zerwał się na równe nogi, łapiąc oddech nieco zbyt prędko, jakby ciało nie mogło sobie poradzić z przytłaczającą świadomością, że teraz obydwoje zmarnują sobie życie.
W pierwszej chwili… nie był w stanie wrócić do tematu. Titus, Jeneva, oświadczyny, Jeneva z ręką zaplecioną wokół ramienia Titusa, oni obydwoje na ślubnym kobiercu, za rok dorobią się trzynaściorga dzieci i…
- Nie wytrzymam - sapnął, spoglądając w dół, na własną koszulę, jakby to na nią chciał przekierować te wszystkie sprzeczne emocje. - Jest tak cholernie pomięta. - dotykała jej w tańcu Allie, musnęła się o nią Jeneva, Dick serdecznie łapał go za ramię. Prędko rozpiął koszulę i z obrzydzeniem cisnął ją na ziemię, zamiast w ogóle ją składać. To śmieć, już nigdy jej nie założy. Został w samym podkoszulku i krawacie (który został uratowany jedynie komplementem Harrisona) i nieobecnie zaczął drapać się po przedramieniu, jakby miał ochotę zerwać z siebie fantomowe wspomnienie ich dotyku. Wreszcie mógł zaczerpnąć głębszego oddechu. Zrobił to i ze złością odwrócił się przodem do Titusa.
- Nie żeń się z nią, nie tak szybko. Nie przez… - przeze mnie, chciał owiedzieć, ale nagły wstyd ścisnął mu gardło. Klapnął ciężko na podłogę, z powrotem siadając obok Titusa.
- Powinieneś ożenić się z miłości, a nie tak… pośpiesznie. Chociaż ty jeden, skoro ja mam przesrane. Ko… - głos nagle mu się załamał, ale może musiał to usłyszeć. Odkąd przeczytali razem list, Ambrose czekał na gorzkie słowa albo na pięść wymierzoną w brzuch, na cokolwiek co zaboli, ale Titus uparcie nie wymierzył mu kary, więc dobrze, sam sobie ją wymierzy i spyta, choć nie rozumiał dlaczego tak bał się odpowiedzi i czemu wiedział, że go zaboli, jakakolwiek by nie była. -…chasz ją? Nie żeń się z nią, jeśli jej nie kochasz, Tite, do cholery… - wyciągnął dłoń i mocno zacisnął ją wokół palców Titusa, może po to żeby sprawdzić, czy naprawdę mu zimno.
- Jasne, że tu z tobą posiedzę. Nie chcę tam wracać. Nie chcę… Allie... ona ma mocną głowę, rozumiesz? - nie zrozumie, Ambrose też dopiero zaczął rozumieć, dlaczego tak bardzo mu to przeszkadzało. Chciał odlecieć jak najdalej i zniknąć. Chciał mocno popchnąć Titusa i bić się mocno i gorączkowo, dopóki jeden nie znajdzie się na drugim, a łazienkowych kafelków nie zabarwi krew. Nie mógł zrobić ani jednego, ani drugiego, bo Allie nosiła w brzuchu dziecko, a Titus był pijany. Czuł coraz większy nacisk na skronie i wszystko zaczynało mu przeszkadzać, a najbardziej koszula Titusa. Też była pomięta, pewnie przez Jenevę. Pół biedy, gdyby tak tu przyszedł, ale w trakcie składania życzeń była jeszcze wyprasowana i pewnie wyprasowała ją pierdolona Jeneva. - Nie złożyłeś mi życzeń. - zauważył martwo. - Pewnie ci zimno, bo się przepociłeś, zdejmij koszulę to będzie ci lepiej. - zarządził jakże racjonalnie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
23-02-2026, 17:28
A świat faktycznie wirował, od kiedy tylko zaczął pachnieć wypalanym tytoniem; ruchy Day’a były chyba zbyt szybkie, by nie wydawały się momentami jedynie rozmazanym, pokracznym obrazem. Agresywne trącenie kolanem umknęło przydymionym zmysłom Harrisona, tak samo jak umknęła mu oczywista irytacja w głosie przyjeciela. W swoim mikroświecie, w którym obecnie istniały tylko cztery ściany toalety, kilka umywalek (ktoś tego używał?), trzy kabiny i cztery pisuary, a i ich dwójka – cieszył się po prostu, że mógł ochłonąć chwilę, usiąść spokojnie, czuć obecność Ambrose’a i słyszeć jego głos – nawet jeżeli ten wydaje się zbyt dociekliwy i zbyt oskarżający. Cieszył się, póki blondyn wciąż siedział obok, ale zerwał się, zerwał z siebie koszulę i dopiero wtedy wydał się przesadnie spięty. Chyba… Chyba oboje byli spięci, a Harrison poczuł się lepiej dopiero po którymś z kolei kieliszku, kiedy powoli stawał się ślepy na obecność panny młodej – pijąc kilka toastów z rzędu tylko i wyłącznie za zawodowe i prywatne sukcesy pana młodego.
Dwa dni temu obiecał sobie, że będzie spokojny. Ułoży własne życie, pozbędzie się niewygodnych myśli, pełnych zazdrości sentymentów. Problem polegał na tym, że nie był ani spokojny, ani skory do zabijania wspomnień – prędzej do kolekcjonowania ich w przeglądanych często katalogach.
Miotnięta na płytki koszula przyciąga uwagę Harrisona. Jest mu zimno, ma straszne dreszcze, mógłby ją ubrać i liczyć na to, że dodatkowa warstwa materiału załatwi sprawę. Ale robi mu się nieco cieplej, kiedy Ambrose ponownie siada obok, ramię w ramię. Spojrzenie rozmydlonych oczu spływa gładko z wysokości przesadnie czujenej twarzy – z ust zadających zbyt trudne w tym czasie pytanie – wprost na wysokość obojczyków, dalej zsuwając się wzdłuż bladego, atletycznego barku. Nie zdąży przyjrzeć się dokładniej, bo na dłoni czuje już mocny nacisk palców – ten gest wreszcie przebija się mocniej do świadomości.
– Nie wiem… – a chociaż nie wiem znaczyć może wszystko, w tym wypadku znaczyło chyba wyłącznie nie. Harrisonowi nie mieściło się w głowie kochanie kogoś tak prędko – nawet jeżeli lubił ją, chciał o nią dbać i może po czasie założyć rodzinę, na którą obecnie wcale nie czuł się gotowy. Nie umiał powiedzieć tego, nie w tym stanie. Trzeźwy pewnie chętniej wyminąłby temat i nigdy do niego nie wrócił. Teraz był gotów… Podrążyć. – Nie chcę robić tego… Szybko – przełyka ślinę, zbyt gorzką, zbyt kwaśną, zbyt mocno zapowiadającą coś, na co może powinien być gotowy, gdyby nie był to jego pierwszy raz. – Poczekam aż… Będziemy gotowi okej? – prostuje nogi, byle po chwili usiąść w innej, wygodniejszej pozycji. W takiej, w której notorycznie nie uciska brzucha – tak bolesnego, tak kurczącego się brzucha… – Nie możesz jeszcze… Jakoś tego odkręcić? – proponuje dobrotliwie, w samą porę (bo na końcu wesela), nieco łamiącym się głosem, patrząc na mężczyznę z dołu i wsuwając kilka długich kosmyków za własne ucho. Rzeczywiście – nie rozumie nic z mocnej głowy Allie, ale przytakuje gestem własnej głowy – nie tak mocnej, to jest pewne. Dym papierosowy wdziera się do nozdrzy, a z każdą kolejną chwilą w obecności uzależniającej, tytoniowej woni, czuje się jeszcze słabszy i jeszcze bardziej drżący. Nie próbuje uwolnić się od dłoni Ambrose’a, a jedynie przysuwa się nieco bliżej, byle oprzeć się bokiem głowy o ramię pana młodego.
– Nie złożyłem, bo… Wiedziałem że tak będzie, wiesz? Czułem, jakbym już to widział. Jakbym wiedział, że tak będzie, mówiłem ci, że zostanę sam, mówiłem. Mówiłem, że tak będzie – zapiera się, drugą dłonią odnajdując jego przedramię i głaszcząc je łagodnie. Okazywanie czułości przychodziło łatwiej, kiedy organizm ulegał substancji. – Wiedziałem, że skończysz z tą krową. Ale bardzo tego nie chciałem – powiedział wreszcie jakimś żałosnym tonem, podnosząc spojrzenie na usta Ambrose’a, bo z tej pozycji umiarkowanie namierzyć mógł jego oczy. Każdy ruch był jednak wysiłkiem, a on nie był właściwie pewien czy wolał teraz zasnąć, czy może wejść do rozgrzanego pieca. Albo zalać się magmą. – Nie – odpowiada z przedziwną pewnością. – Cały się trzęsę – mówi gwałtownie. – Jak rozebranie się ma pomóc… Tobie jest cieplej? Ja czuję się dziwnie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 02-03-2026, 17:41 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.